Beata Kreweta była kobietą inteligentną, błyskotliwą i zabawną, ale w życiu czegoś jej brakowało. Ostatnie miesiące spędzała w pustym domu, pijąc coraz mniej wymyślne drinki i zastanawiając się nad sensem ludzkiej egzystencji. Ostatecznie doszła do wniosku, że potrzebuje dwóch rzeczy…
Po pierwsze:
zmian! W tym celu postanowiła przeprowadzić się do nowego miasta, gdzie nikt jej nie znał i gdzie będzie mogła zacząć wszystko od nowa. Wybór padł na wiecznie słoneczną
Oazę Zdrój.
Po drugie:
dziedzictwa. Zegar biologiczny tykał i choć Beata wcale nie przepadała za dziećmi, uznała że musi się rozmnożyć, by nie zmarnować doskonałych genów jakimi niewątpliwie dysponowała. Lubiła swój umysł, kreatywność, ładną buzię i duży biust; zamierzała zatem wydać na świat kilka nowych istot, które będą równie mądre, utalentowane oraz atrakcyjne.

By spełnić takie założenia, wcale nie potrzeba luksusów – wystarczy niewielki domek z bieżącą wodą i podwójnym łóżkiem. Dlatego panna Kreweta oszczędziła sporo pieniędzy, kupując skromną posiadłość, zwaną
Kamiennym Zakątkiem. Dużym atutem była bliskość popularnego klubu „Sok z Grzechotnika”, gdzie można było łowić przyszłych tatusiów… Tylko w sensie biologicznym; nasza rezolutna okularnica nie zamierzała używać mężczyzn do celów innych niż seksualne.

Zanim jednak Beata zabrała się za przykre obowiązki, pozwoliła sobie na odrobinę przyjemności, czyli szukanie pracy. Zawsze pasjonowała ją moda, z wiadomych przyczyn głównie interesowała się niszą pt. „plus size”. Dotychczas zajmowała się tym wyłącznie amatorsko, czyt. wstawiała fotki na instagrama, gdzie zgromadziła kilkuset obserwatorów… niestety większość stanowili internetowi napaleńcy, a dyskusji o stylu, krojach i kolorystyce prowadzić się z nimi nie dało. Stanowisko „komentatora konfekcji” było zatem spełnieniem marzeń. Pełna werwy, świeżo upieczona dziennikarka modowa ruszyła na ulice przeprowadzać wywiady! Jak widać na załączonym obrazku, żółte czapki były tego roku absolutnym
must have!

Tego samego dnia sąsiedzi urządzili nowej lokatorce przyjęcie powitalne i poczęstowali wyjątkowo niesmacznym ciastem jabłkowym. Prowodyrem akcji był młody artysta sceniczny
Johnny Zest, zwabiony apetycznymi krągłościami czarnowłosej kobiety. Beata początkowo nie chciała zarzucać na niego swych sieci, blondyn wydawał jej się mdły, nijaki i zbyt wymuskany. Jednak dziwnym trafem, to jego imię zapamiętała, a ciemnoskórą koleżankę praktycznie zignorowała. Cóż, numer do pierwszego faceta w nowym mieście zapisany – może jeszcze się przydać. Z braku laku…

Kreweta liczyła na kogoś lepszego, dlatego postanowiła po raz pierwszy odwiedzić słynny „Sok z Grzechotnika”. Wiele słyszała o tym lokalu, jednak pierwsza wizyta okazała się sporym rozczarowaniem. Mimo kocich ruchów na parkiecie i licznych flirciarskich rozmów z przypadkowymi mężczyznami, nie znalazła nikogo zainteresowanego. Praktycznie wszyscy byli zajęci, zupełnie jakby miało to jakieś znaczenie! Przecież ona nie chciała się z nikim wiązać, chodziło wyłącznie o chwilę przyjemności i materiał genetyczny!


Może dlatego kolejna niezapowiedziana wizyta Johnny’ego Zesta ucieszyła Beatę. Nadal nie uważała go za zbyt interesującego, ale wyglądał na zdrowego, a dodatkowo był wyraźnie nią zauroczony. W myśl zasady „kuj żelazo póki gorące”, wyrachowana uwodzicielka najpierw zainicjowała kontakt cielesny na kanapie, by następnie zaciągnąć ambitnego, acz głupkowatego artystę do łóżka. Stąd już nie było odwrotu, pierwsza upojna noc w Oazie Zdrój stała się faktem.


Cóż, naiwny Johnny rzeczywiście okazał się zdrowy, bo już przy pierwszej próbie zaliczył złoty strzał. Beata Kreweta spodziewała się pierwszego dziecka, o czym wkrótce poinformowała swojego kochanka. Długo rozważała czy to zrobić, ale ostatecznie uznała, że jest mu to winna. Chłopak nie spanikował, chyba poważnie potraktował sprawę, bo zaraz zabrał się za pomaganie przyszłej matce, wynosząc śmieci… Biedaczek myślał, że ciąża oznacza związek, tymczasem Beatka nie uwzględniała go w dalszych planach. Johnny zrobił swoje, Johnny może odejść.


Co robi odpowiedzialna ciężarna kobieta? Idzie na imprezę! Wywija na parkiecie, zaczepia obcych facetów i pije drinki, oczywiście bezalkoholowe. Niestety, jak widać na załączonym obrazku, w stanie błogosławionym pęcherz nie sługa… No i bądźmy szczerzy, powodzenie u płci przeciwnej spada, gdy kobieta nosi w sobie dziecko obcego gościa.


Mimo niezbyt odpowiedzialnego trybu życia, poród przebiegł zgodnie z planem i na świecie pojawił się nowy człowiek:
Benedykt Kreweta. Beata liczyła na dziewczynkę, ale hej – nie można mieć wszystkiego. Młoda matka szybko chwyciła za telefon i zatrudniła niańkę – jak miało się okazać, w ten sposób upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu… Ale o tym w kolejnym odcinku!
Komentarz
Dzięki za miłe słowa
ODCINEK 2 - WĄTPLIWE UROKI MACIERZYŃSTWA
Jako się rzekło, Beata natychmiast po urodzeniu Benedykta zatrudniła niańkę, która ku jej niekłamanej radości okazała się mężczyzną. Paweł Szpilka był opiekunem idealnym - miły, łagodny, uśmiechnięty, a do tego całkiem przystojny. Kreweta lubiła zawiesić oko na kimś atrakcyjnym. Trzeba jednak przyznać, że kompletnie nie miała instynktu macierzyńskiego - najchętniej opłaciłaby Pawła, żeby wziął sobie dziecko i oddał w wieku nastoletnim, kiedy już będzie o czym porozmawiać z pierworodnym synem... I pójść z nim na pierwszą wspólną imprezę, rzecz jasna.
Beata nie wytrzymała długo. Szybko uznała, że pan Szpilka będzie idealnym materiałem na ojca i to właśnie z nim zamierzała zmajstrować drugie
dziecko. Chociaż nie należała do osób wstydliwych bądź pruderyjnych (wręcz przeciwnie) flirt z niańką, której w końcu płaciła za obecność w domu, mógł być dość niezręczny. Dlatego urabiała Pawła stopniowo, używając wszystkich argumentów - zaczęła od "przypadkowego" objęcia na kanapie...
... następnie wypróbowała wszystkie najbardziej uwodzicielskie pozy...
... aż wreszcie zaciągnęła mężczyznę do łóżka. (warto zwrócić uwagę na jego gustowną piżamkę)
I bum! Znów pierwsza próba zakończyła się pełnym sukcesem. Beata Kreweta zaszła w swoją drugą ciążę, co ucieszyło zarówno ją, jak i jej wybranka. Paweł, podobnie jak wcześniej Johnny, planował związać się z matką swego dziecka na stałe, ale on również napotkał stanowczy opór niezależnej specjalistki od mody plus size. Miał jednak trochę więcej szczęścia - ze względu na wykonywany zawód i tak spędzał w Kamiennym Zakątku dużo czasu. Zamierzał to wykorzystać i powoli przekonać Beatę do nawiązania bardziej formalnej relacji.
Jeżeli chodzi o opiekę nad rosnącym jak na drożdżach Benedyktem, to postawiono na sprawiedliwy podział obowiązków... Tzn. dzieckiem zajmowali się na zmianę Paweł i Johnny, podczas gdy Beata leżała i pachniała. "Muszę się oszczędzać, przecież jestem w ciąży" - któż nie zgodziłby się z takim argumentem?
Szczerze mówiąc, Szpilka radził sobie dużo lepiej niż Zest, ale bądźmy uczciwi - lata praktyki robią swoje.
Słodka laba skończyła się dla Krewety wraz z narodzinami długo wyczekiwanej córki, Barbary. Mimo pomocy Pawła, Beata kompletnie nie radziła sobie z dwójką maluchów, momentami smród wydobywający się z pieluch był nie do zniesienia, a przestrzeganie godzin karmienia i mycia przekraczało kompetencje młodej mamuśki. Opieka społeczna siedziała jej na ogonie, co byłoby ogromnym problemem wizerunkowym... No i oczywiście żal byłoby stracić dzieci, bo mimo wszystko, panna Kreweta kochała Benedykta i Barbarę.
Ostatecznie trening czyni mistrza. Beata zaczęła powoli chwytać o co chodzi w macierzyństwie i znalazła wspólny język ze swym potomstwem. Czyż obrazki takie jak ten nie są urocze?
Okej, wystarczy tej sielanki. Czarnowłosa seksbomba potrzebowała wreszcie wyrwać się z domu i odwiedzić ulubiony "Sok z Grzechotnika". Powszechnie znanym był fakt, iż Beatka lubiła zarówno mężczyzn, jak i kobiety, a że ostatnio przebywała głównie z facetami... Nadeszła pora na flirt z przedstawicielką własnej płci. Wybór padł na Genowefę Nowak, która zwróciła uwagę Krewety atrakcyjną figurą i stylowymi okularami. Dodatkowo określała siebie jako "nieangażująca się", co tylko dodawało pikanterii... Noc z Genowefą była iście upojna, właśnie tego potrzebowała Beata po ostatnich, wyjątkowo ciężkich dniach!
Niestety, za rogiem czyhały kolejne problemy. Benedykt wkrótce miał osiągnąć wiek szkolny, a jak wszyscy wiemy: małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Benedykt Kreweta, gdy tylko osiągnął wiek szkolny, rozpoczął życie imprezowe i zwiedzanie pobliskich klubów. Już pierwszy wypad na miasto zaowocował zawarciem znajomości z Klaudią Piętką, dojrzałą autorką opowiadań. Dla chłopca była to pierwsza młodzieńcza fascynacja, podczas gdy kobieta traktowała go wyłącznie jako wyjątkowo pocieszne, ale jednak tylko dziecko.
Benedykt zasypywał krągłą blondynkę głupkowatymi dowcipami i żalił się na swoich rodziców, choć matkę kochał bezwarunkowo, a wiecznie nieobecnego ojca idealizował. Po prostu chciał zwrócić na siebie uwagę i wzbudzić litość… Skutecznie. Klaudia szczerze współczuła rzekomo „biednemu chłopcu” i chętnie mu matkowała – sama nie miała dzieci, była singielką (by nie rzec „starą panną”) mieszkającą wraz z siostrą i bratem.
Podczas jednej z sekretnych „schadzek” para przyjaciół była świadkiem śmierci, śmierci… no właściwie do dziś nie wiadomo czyjej śmierci. Jakiejś randomowej kobiety, mniejsza z tym. W każdym razie zgon w miejscu publicznym zawsze jest dość traumatycznym doświadczeniem, o wizycie Mrocznego Kosiarza nie wspominając… Benedykt jeszcze nie wiedział, że „tego dziwnego pana z kosą” spotka później nie raz i to w bardziej dramatycznych okolicznościach.
Klaudia, jak na odpowiedzialną dorosłą przystało, spróbowała odwrócić uwagę dziecka wesołą piosenką. „Kosi, kosi łapci” w wersji gitarowej okazało się prawdziwym hitem!
Tymczasem Barbara również wyraźnie podrosła, niestety, nie była zbyt urodziwą dziewczynką. Pozostawało mieć nadzieję, że będziemy mieli do czynienia z typowym przypadkiem „brzydkiego kaczątka” i mimo wszystko wyrośnie na atrakcyjną kobietę. Jedno trzeba przyznać – Paweł nie wyparłby się ojcostwa, nawet gdyby chciał! Podobieństwo wprost uderzające.
A propos Pawła: jego ciągła obecność wyjątkowo działała na nerwy Benedyktowi. „Nie jesteś moim ojcem!” – tak podsumowywał praktycznie każdą (zainicjowaną przez siebie) sprzeczkę. Klasyka gatunku. Ponadto, młody cały czas opowiadał o jakiejś Klaudii, którą Paweł brał za zmyśloną przyjaciółkę…
Jak już wspominałem, Barbara nie wyglądała zbyt ładnie, ale za to uczyła się bardzo pilnie. Zbierała dobre oceny (choć Benedykt dotrzymywał jej kroku), a po lekcjach, zamiast do baru, zwykła chodzić do biblioteki. Tam poznała Dorotę Maluch, młodą bibliotekarkę, która dla Basi była pierwszą idolką. Dziewczynka nie zdawała sobie sprawy, jak ważna okaże się w przyszłości ta znajomość…
Co słychać u Johnny’ego Zesta, zapytacie? Blondyn nadal często odwiedzał Kamienny Zakątek, ale Beata pozostawała niewzruszona; wciąż nie zamierzała związać się z nim na stałe. Dlatego doskonale rozumiał się z Pawłem Szpilką, obaj panowie lubili sobie ponarzekać na matkę swoich dzieci… nawet w ich obecności. Wymieniali się też spostrzeżeniami dotyczącymi upodobań Beaty, co nie mogło pozostać bez wpływu na kruchą psychikę Benedykta.
No właśnie, dawno nie widzieliśmy Beaty! Nasza okularnica tradycyjnie robiła rajdy po klubach; w jednym zamieniła nawet kilka zdań z Klaudią, nie mając pojęcia, że to najlepsza przyjaciółka i obiekt westchnień pierworodnego syna. Panna Piętka przeciwnie, zdawała sobie sprawę, że oto siedzi przed nią matka Benedykta, o której słyszała wiele złego… Odniosła jednak zupełnie inne wrażenie i przez głowę przeleciała jej myśl, że może chłopiec nie mówił całej prawdy. Ostatecznie przychyliła się jednak do wersji, że Beata po prostu bardzo dobrze maskuje fakt, iż jest żywym wcieleniem zła. „Ale tę spódniczkę to ma pani śliczną! Hihihi!”
Czymże byłoby wyjście do klubu bez małego flirtu? Beata wiedziała już, że nie ma dominujących genów, ponieważ żadne z dzieci nie było do niej podobne – Benedykt wdał się w Johnny’ego; Barbara to wykapany Paweł. Dlatego gdy zobaczyła rudowłosego barmana, Stefana Kowala, pomyślała „raz kozie śmierć”. Albo urodzi mu płomiennowłosą piękność, albo… rudego chłopaka. Rosyjska ruletka. Cóż, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Beatka wbiła za bar i szybko owinęła sobie Stefana wokół palca – wszystko na oczach zdruzgotanego Pawła. Dobrze, że Szpilka natychmiast mógł utopić wszystkie smutki w alkoholu!
Oczywiście, Stefan chętnie przyjął zaproszenie na noc i szybko skonsumował nową znajomość.
Po wszystkim, rudy barman nie odczuwał żadnego skrępowania i rozsiadł się przed telewizorem w pokoju gościnnym. Oczywiście nic sobie nie robił z obecności biednego Pawła, który znów przeżywał męczarnie, ale jakie wyjście miał poczciwy pan Szpilka? On niestety nadal się łudził i liczył, że przynajmniej nie będzie musiał opiekować się kolejnym cudzym dzieckiem…
O tak, już można powiedzieć, że Benedykt życie uczuciowe prawdopodobnie będzie miał bogate
ODCINEK 4 - WESOŁE JEST ŻYCIE STARUSZKI
Jak nietrudno zgadnąć, Beata zaszła w ciążę po raz trzeci. „I ostatni” – chciałoby się powiedzieć, ale to wcale nie było takie oczywiste. Zdegustowany wyczynami matki, nieobecnością ojca, irytującym opiekunem i niemniej wkurzającą siostrą, Benedykt spędzał coraz więcej czasu poza domem. Zdarzało mu się nawet sypiać na ławce, co nie wzbudziło podejrzeń sąsiadów, policji, ani opieki społecznej. Ostatecznie w Oazie Zdrój zawsze było ciepło i słonecznie, więc cóż złego mogło przytrafić się śpiącemu pod gołym niebem dziecku?
Chłopiec w dalszym ciągu regularnie spotykał się z Klaudią, która o dziwo nie miała dość małego przybłędy. Dawała mu dużo matczynego ciepła i nauczyła grać w szachy, co należy uznać za spore osiągnięcie. Chociaż Benedykt był bystrym, piątkowym uczniem, już teraz można pokusić się o stwierdzenie, że wybitnym myślicielem nie zostanie.
Paweł, czyli chyba najbardziej sponiewierany przez los bohater naszej opowieści, powoli godził się ze swoją sytuację i przyjął postawę „pogodnej rezygnacji”. Poza tym miał serce na dłoni, nic więc dziwnego, że znalazł nić porozumienia z kolejnym adoratorem Beaty, Stefanem Kowalem. Panowie wspólnie oglądali mecze i obgadywali Krewetę, jednak robili to z wyczuciem. Może dlatego, że Paweł żywił wobec niej szczere uczucia, a Stefan był chyba najmniej zaangażowany?
Gdzie dwóch się kumpluje, tam… trzeci korzysta! Johnny wykazał najwięcej inicjatywy i zaprosił Beatę na randkę, a ona o dziwo przyjęła zaproszenie. Były to jednak miłe złego początki. Szybko dało się zauważyć, że panna Kreweta wyszła z Johnnym wyłącznie dla zabicia czasu, a w klubie więcej czasu spędzała na rozmowach z obcymi ludźmi, niż ze swym partnerem. W mężczyźnie wreszcie coś pękło, oburzony zakończył wieczór szybciej niż planował, krzycząc „nie dzwoń do mnie nigdy więcej”! Czyżby naprawdę stracił cierpliwość? No cóż, poniekąd słusznie.
Wczesny powrót z randki okazał się jednak dobrym pomysłem, bo wkrótce rozpoczął się poród. Beata miała już niemałą wprawę, wzięła więc klika głębokich oddechów…
… i po chwili trzymała w rękach swoje trzecie dziecko! Niestety, marzenia o rudowłosej piękności legły w gruzach, ponieważ na świat przyszedł chłopiec – Czesław Kreweta. Pozostawało mieć nadzieję, że chociaż kolor włosów odziedziczy po mamie.
Pamiętacie jeszcze Genowefę Nowak? No właśnie, Beata też zapomniała o swojej dziewczynie. Kiedy wreszcie się zreflektowała i zaprosiła ją do siebie, ta… mówiąc krótko, została solidnie nadgryziona przez ząb czasu. W związku z powyższym, należało zakończyć ten związek, on od początku nie miał sensu. Szczęście w nieszczęściu – Genowefa zareagowała spokojnie. „A kim właściwie pani jest”?
Dobry humor nie opuszczał naszej okularnicy, dlatego postanowiła spróbować swych sił w stand-upie. „Wiecie jaki jest plus związku z dużo starszą kobietą? Nie ma pretensji, że zapominacie o rocznicach, bo ona sama zapomina o istnieniu muszli klozetowej!”
Taa… Było wiele radości.
Mały Czesław rósł tymczasem jak na drożdżach. Wyrosły też jego pierwsze włosy… Tak, zgadliście – rude. Nie będzie miał biedak w życiu lekko.
Można się śmiać z Genowefy, ale czas dla każdego biegnie tak samo szybko. W końcu nadszedł dzień urodzin Beaty; dzień, w którym miała oficjalnie zostać „seniorką”. Smutna to okazja, tym bardziej warto spędzić ją w towarzystwie najbliższych. Kreweta rozesłała zaproszenia do przyjaciół (głownie swoich byłych partnerów) i zrobiła to, co lubi najbardziej – rozkręciła dobrą imprezę.
Na parkiecie wpadła jej w oko Dorota Maluch, młoda bibliotekarka, idolka małej Barbary. Chyba ze wzajemnością… Między innymi dlatego impreza przeniosła się wkrótce do Kamiennego Zakątka. Łatwo się domyśleć, jaki plan przyświecał Beacie.
Ale najpierw: obowiązkowy tort!
Po zdmuchnięciu świeczek, Beata wkroczyła w ostatni etap życia, trzeba jednak przyznać, że czas był dla niej wyjątkowo łagodny. Owszem, oczy mniej błyszczące, piersi trochę mniej jędrne, ale cera pozostawała gładka, a we włosach próżno było szukać jakichkolwiek śladów siwizny. Starzenie: robisz to dobrze!
Beata uznała z racji wieku, że pora zakończyć rodzenie dzieci, czas się ustatkować i cieszyć życiem! Trwały związek z kobietą był zatem najlepszym rozwiązaniem, przynajmniej nie trzeba było obawiać się wpadki i kolejnego absorbującego uwagę potomka. Dorota nadawała się do roli partnerki wprost znakomicie – młoda, atrakcyjna, pełna wigoru, lubiana przez co najmniej jedno dziecko… A do tego odwzajemniająca zainteresowanie!
Nie trzeba było dużo czasu, by obie panie podjęły decyzję o wspólnym życiu (i wspólnie spędzonej nocy). Jednak czy Beata Kreweta naprawdę była gotowa na zakończenie imprez, flirtów i przygodnych znajomości?
Dzięki! Zapraszam po więcej
ODCINEK 5 - BUZUJĄCE HORMONY I WIELKIE LESBIJSKIE WESELE
Nareszcie! Benedykt Kreweta został nastolatkiem i zamierzał korzystać z wielu nowych możliwości, jakie właśnie się przed nim otworzyły. A że był nieodrodnym synem swojej matki (choć wygląd zdecydowanie odziedziczył po ojcu), mogło to oznaczać tylko jedno: imprezy! W pierwszej kolejności telefon do Klaudii Piętki i spotkanie w (jakże by inaczej) „Soku z Grzechotnika”. Niestety, przyjaciółka i poniekąd przybrana matka chłopaka nie była już apetyczną blondynką, a miłą starszą panią… O szaleństwach na parkiecie należało zatem zapomnieć, jednak wspólna rozmowa nadal sprawiała niemałą przyjemność.
Okej, dość ploteczek przy herbatce i wdychania naftaliny. Czas na prawdziwą imprezkę! Ku rozczarowaniu Benedykta, w lokalu nie przebywała akurat żadna nastolatka, a dorosłe kobiety nie były zainteresowane flirtowaniem z małolatem. Spójrzcie tylko na tę pełną frustracji twarz! Cóż, hormony buzują, a nie ma jak rozładować napięcia – to musiało boleć.
Pozostawało schować dumę do kieszeni i desperacko krążyć po mieście w poszukiwaniu rówieśniczek. Wreszcie: sukces! Uwagę blondyna zwróciła niejaka Emilia Kołodziej, typowa dziewczyna z sąsiedztwa, ale o odrobinę egzotycznej urodzie. Urok nastoletnich znajomości polega na tym, że bardzo szybko zmieniają się w „coś więcej” – wystarczyło kilka zdań i para już była umówiona na wieczorną randkę. Początkowy stres błyskawicznie zastąpiły kontakty fizyczne; od pocałunków:
… przez masaże…
… aż po obowiązkowe selfie, które oznaczało więcej niż tysiąc słów. Oznaczało, że Emilia chce się pochwalić swoim nowym chłopakiem!
#OazaZdrojGirl #OazaZdrojBoy #sweet #ZNajlepszym #LoFcIaM
Ech, ta współczesna młodzież…
Wkrótce nastoletnie rozterki stały się też udziałem Barbary Krewety. Można było wreszcie odetchnąć – z niezbyt urodziwego dziecka wyrosła całkiem interesująca młoda kobieta. Jak widać na poniższym obrazku, twarz i fryzura były spadkiem po ojcu, ale figurę odziedziczyła ewidentnie po mamie:
Benedykt świętował wejście w nowy etap życia samodzielnie, natomiast Barbara uczciła tę okazję pierwszym babskim wieczorem, z udziałem Beaty i Doroty. Świeżo upieczona nastolatka cały czas ogromnie cieszyła się z faktu, iż jej matka związała się z ulubioną bibliotekarką. Dzięki temu mieszkała teraz z dwiema kobietami, które podziwiała od wczesnego dzieciństwa. Nie wiedziała jeszcze, że sielanka może wkrótce dobiec końca…
A co słychać u Czesława? Najmłodszy z rodzeństwa Kreweta wkroczył dla odmiany dopiero w wiek szkolny, jednak zapatrzony w brata i siostrę, również chciał świętować dorastanie na mieście. Widać, że młody nie ma od kogo brać dobrego przykładu. Kobietami jeszcze się nie interesował, ale ubolewał, iż barman nie chciał mu podać drinka, mimo posiadania grubego pliku pieniędzy zwiniętego uprzednio mamie.
Tymczasem Benedykt i Emilia postanowili zrobić „kolejny krok”, czyt.: pójść razem do łóżka. Oczywiście inicjatywa wyszła ze strony chłopaka, jakże by inaczej… Ale trudno go winić, kto mając problemy z potem i trądzikiem nie chciałby choć na chwilę zapomnieć o całym świecie? „Pierwszy raz” Benedykta okazał się sukcesem i miał być jednym z wielu „razów”. Naprawdę, naprawdę wielu.
Młodzi zakochani, jak to młodzi – myśleli wówczas, że oto zaczynają związek na całe życie. O słodka naiwności! Beata, choć była dumna z syna, nie chciała żeby tak szybko pakował się w poważny związek z Emilią. Dlatego postanowiła zniechęcić dziewczynę typowo „krewetowym” (czyli genialnym i kreatywnym) sposobem. Zaprosiła ją do salonu na pogawędkę – niby wszystko spoko; sęk w tym, że Beata nie myła się przez cały dzień i wydzielała z siebie wyjątkowo nieprzyjemną woń. Udawała oczywiście, że nie zdaje sobie sprawy ze smrodu i brudu, jakby był to dla niej normalny stan rzeczy. Emilia wyczuła chyba podstęp przyszłej (?) teściowej i zniosła to dzielnie. Wyczuła też subtelną woń wędzonego łososia…
Jak widać, Beata wciąż potrafiła wpadać na… niecodzienne pomysły, ale zupełnie serio miała zamiar się ustatkować. Uważała Dorotę za partnerkę idealną pod każdym względem, dlatego postanowiła się jej oświadczyć. Bibliotekarka nie powiedziała „nie”. Mało tego, powiedziała nawet „tak”!
Narzeczone nie zwlekały i wkrótce wyprawiły romantyczne wesele w parku. Dobór gości mógł powodować dramy, mało kto może zaprosić na swój ślub trzech byłych facetów! Kto jednak liczył na kłótnie i bijatyki, ten srogo się zawiódł. Wszyscy panowie zachowali klasę; impreza przebiegła spokojnie.
I jeszcze kilka zdjęć z rodzinnego albumu.
Ostatnie chwile wolności:
Sakramentalne „tak”:
Jedyne zdjęcie, na którym udało się uchwycić wszystkich gości (tak, Barbara odrabia lekcje):
Obawiam się, że Czesław skończy jako bardzo niecny sim... Choć historia pokazuje, że z grzecznego dziecka może wyrosnąć niezłe ziółko, może tutaj będzie odwrotnie
ODCINEK 6 - ŚMIERĆ NADZIEJDZIE JUTRO
Gdy zamieszanie związane z weselem w końcu ucichło, wszyscy wrócili do swoich normalnych zajęć. W przypadku Benedykta oznaczało to kolejne wyczyny łóżkowe, choć trzeba mu to oddać – nadal pozostawał wierny Emilii Kołodziej. Chciał jednak urozmaicić nieco życie intymne, dlatego namówił dziewczynę na zrealizowanie swojej fantazji, czyli… seksu w mieszkaniu obcych ludzi. Zakochani wybrali dom losowego faceta, grzecznie zapukali do środka, a gdy gospodarz otworzył drzwi, natychmiast wparowali do najbliższego łóżka. Mężczyzna, delikatnie rzecz ujmując, nie był zachwycony rozwojem sytuacji, ale czego się spodziewał? Mama nie mówiła mu, żeby nie wpuszczać obcych?
Niestety, ten wesoło rozpoczęty dzień zakończył się dla Benedykta bardzo nieprzyjemnie. Chłopak otrzymał smutną wiadomość: jego wierna przyjaciółka Klaudia Piętka zmarła ze starości. Nastolatek postanowił pojechać do domu Piętków, w którym przeżył za dzieciaka tyle miłych chwil, wypełnionych rozmowami, uściskami i grą w szachy. Chciał złożyć hołd Klaudii. Nad jej urną kompletnie się rozkleił, ale miał do tego pełne prawo – cały czas liczył, że kobieta dotrwa do jego osiemnastych urodzin.
Tymczasem Barbara rozpoczęła poszukiwania pierwszego chłopaka. W oko wpadł jej Krzysztof Piskorz, który jednak okazał się wyjątkowo oporny na wdzięki nastolatki. Błyskotliwe żarty, zalotne spojrzenia i głęboki dekolt nie wystarczyły – Barbara spotkała się ze stanowczą i niewątpliwe upokarzającą odmową. Urażona kobieca duma to nie przelewki… Młoda Kreweta poprzysięgła Krzysztofowi zemstę. Ale spokojnie, jeszcze nie teraz – wszak zemsta najlepiej smakuje na zimno.
Jeżeli chodzi o Beatę, to niestety coraz bardziej odczuwała upływający czas i starcze dolegliwości. Pewnego dnia obudziła się z tak fatalnym samopoczuciem, że od razu zdała sobie sprawę, iż koniec jest blisko. Naprawdę, naprawdę blisko. Chcąc skorzystać z ostatnich chwil życia, próbowała namówić Dorotę na pożegnalny seks. Może powinna ująć to bardziej dosłownie, bo jej małżonka zamiast do łóżka, udała się do pracy bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Kreweta rozumiała Dorotę, która najwyraźniej była nieświadoma powagi sytuacji, ale nie zamierzała odejść z tego świata bez uroczystego „ostatniego razu”. Dlatego zaprosiła do domu Magdalenę Nicpoń i szybko wyłożyła kawę na ławę.
Panie nie znały się za dobrze, rozmawiały ze sobą dotąd raptem kilka razy, jednak w łóżku dogadały się znakomicie. Była chemia, była satysfakcja. Można umierać.
No właśnie, umierać… Beata cały czas liczyła na szybki powrót Doroty, myślała, że zdążą przynajmniej chwilę porozmawiać. W związku z tym zamierzała kulturalnie wyprosić Magdalenę, by nie doszło do niepotrzebnych scysji. Niestety, wtedy siły zaczęły opuszczać panią Krewetę.
Trochę czasu zajęło plotkującym w najlepsze Magdalenie i Barbarze odnotowanie nagłego zgonu.
I oto nadszedł on: Mroczny Kosiarz we własnej osobie. Na nic zdały się błagania, by nie zabierał ukochanej matki, ze śmiercią nikt jeszcze nie wygrał. Benedykt, Czesław i Magdalena byli zrozpaczeni, łzy lały się strumieniami, tylko Barbara, nie bacząc na okoliczności, pomyślała że to dobry moment, by… zrobić sobie selfie. „Takie tam z Ponurym Żniwiarzem XD”.
Wkrótce do domu wróciła Dorota, nieświadoma rozgrywającego się właśnie dramatu. Razem z dziećmi i Magdaleną opłakiwała zmarłą żonę, która tajemnicę przedśmiertnej zdrady zabrała ze sobą do grobu. Dziwna to sytuacja, gdy żona i kochanka stoją obok siebie nad urną i próbują dodać sobie nawzajem otuchy, ale życie Beaty było pełne dziwnych sytuacji!
A Barbara dalej miała znakomity humor, zaprzyjaźniła się nawet z Mrocznym Kosiarzem, który zrobił na nastolatce wrażenie naprawdę fajnego gościa. Taki trochę emo do sześcianu. Może liczyła, że znajomość ze śmiercią przyniesie jej jakieś profity w postaci długowieczności?
Zachowanie dziewczyny bardzo nie spodobało się Dorocie. Macocha urządziła Barbarze kazanie na temat niestosowności jej działań, pierwszy raz mogliśmy zobaczyć spokojną bibliotekarkę (a od niedawna reporterkę) tak zdenerwowaną. Nastolatka próbowała się bronić „każdy przeżywa żałobę na swój sposób”; „ja tak reaguję na ekstremalny stres”; i klasyczne „nie jesteś moją matką, zostaw mnie w spokoju”. Dorota odparła, że jest za to jej macochą, więc wymaga szacunku i natychmiastowego usunięcia numeru do Kosiarza.
Jeżeli ktoś myślał, że to tylko spowodowana dramatycznymi wydarzeniami jednorazowa kłótnia, to… był w błędzie. Gdy kobiety następnego dnia trafiły na siebie na ulicy, znów doszło do gorszących scen. Dorota wyciągnęła skądś (z kieszeni?!) szklankę pełną wody i chlusnęła nią prosto w twarz Barbary.
Młoda Kreweta uznała, że nie będzie reagować na takie zaczepki w obecności ludzi – dzięki temu wyjdzie w ich oczach na ofiarę, a przeciwniczka agresywną wariatkę. Co innego w domu… Tam Baśka wzięła srogi rewanż i bezpardonowo spoliczkowała macochę.
Czyżbyśmy byli świadkami klasycznej historii „macocha vs. pasierbica” w wersji hard? Czy kobiety dojdą wreszcie do porozumienia? Jak będą w stanie razem mieszkać? Czas pokaże…
Młody autor, a jak zna na wylot kobiety...choć nie do końca, "starsze panie" też bywają apetyczne.
ODCINEK 7 - UWIERZ W DUCHY
Życie to jednak nie tylko kłótnie, dramy i zgony, czasem przytrafia się też coś pozytywnego, np. urodziny. I to nie byle jakie, bo oznaczające osiągnięcie pełnoletności. Tak, drodzy państwo, Benedykt Kreweta oficjalnie został dorosłym! A jeszcze niedawno był takim małym chłopcem.
Matki chowajcie córki, córki chowajcie matki! Benedykt zamierzał spożytkować całą energię, jaką tłamsił w sobie będąc nastolatkiem i zamierzał zrobić to już, teraz natychmiast. Co z Emilią Kołodziej, zapytacie? Cóż, simowe prawo było dość ułomne – dorośli nie mogli utrzymywać intymnych kontaktów z nieletnimi, więc z dnia na dzień Emilia stała się zakazanym owocem. W związku z powyższym, nasz ulubiony blondyn, nie marnując choćby minuty, podbił do swojej atrakcyjnej macochy. Dorota, mimo iż dopiero co owdowiała, chętnie odwzajemniła awanse pasierba.
Dla obu stron cała sytuacja mogła wydawać się moralne dwuznaczna. Mogła, ale najwyraźniej się nie wydawała, bo jeszcze tego samego dnia flirt przeniósł się do sypialni, gdzie został skonsumowany.
Jeśli jednak sądzicie, że Benedykt szybko zapomniał o zmarłej matce, a Dorota o swej żonie, to jesteście w błędzie. O Beacie nie da się zapomnieć, zwłaszcza gdy powraca do domu pod postacią ducha. Najpierw przeprowadziła rozmowę z jedyną córką – Barbara wytłumaczyła, że selfie w czasie pogrzebu to najnowsza moda, że znajomością z Mrocznym Kosiarzem chciała uratować matkę, że Dorota jest okropną zdzirą i powinna zostać wyeksmitowana… Nie wspomniała tylko o upojnym wieczorze Benedykta i jego macochy. Nie chciała martwić Beaty? A skąd, po prostu nie wiedziała jeszcze, że do tego w ogóle doszło.
Następnie seniorka rodu zamieniła kilka zdań z Czesławem. Przeprosiła go za wszystkie cierpienia związane z posiadaniem rudych włosów, obiecała mieć na niego oko i zagroziła, że teraz naprawdę widzi wszystko, więc musi być wyjątkowo grzeczny, by pod choinką znaleźć jakikolwiek prezent.
Dyskusja z Benedyktem była bodaj najspokojniejsza. Pierworodny obiecał, że przedłuży istnienie rodu Krewetów (oj, do spełnienia tej obietnicy przyłoży się aż za bardzo) i zwiąże się z kobietą idealną. Nie da się ukryć – mama powinna być zadowolona z potencjalnej synowej, skoro sama wzięła z nią kiedyś ślub.
A propos, nie mogło też zabraknąć spotkania z Dorotą. Beata wyjaśniła ukochanej, jak bardzo chciała spędzić z nią ostatni wieczór przed śmiercią (o zdradzie jednak nie wspomniała); obie panie uznały więc że należy nadrobić zaległości.
Seks z duchem był dla felietonistki dziwnym, acz przyjemnym doznaniem. Wreszcie to Beata mogła być na górze, bez obaw o uszczerbek na zdrowiu partnerki.
Tymczasem Benedykt, zamiast szukać pracy, poszukiwał kolejnych atrakcyjnych kobiet, z którymi mógłby miło spędzić czas. W tym celu wybrał się do „Soku z Grzechotnika” i oto przy barze poznał Helenę Mazur – byłą koleżankę z pracy Beaty. Czasami bywała w Kamiennym Zaułku i zawsze budziła zainteresowanie młodego chłopaka, jednak wiek nie pozwalał wówczas na nic więcej. No to bum – stawiamy drinka i nawijamy makaron na uszy.
Nawijka okazała się skuteczna, ale Benedykt wolał nie zapraszać Heleny do siebie, wszak dopiero co wyznawał zauroczenie Dorocie. Świadomość obecności niewidzialnego ducha matki też nie była afrodyzjakiem, wręcz przeciwnie… Dlatego para udała się do domu Piętków i skorzystała z obcego łoża.
Po wszystkim, czekała nas kolejna niespodzianka. Benedyktowi i Helenie objawił się duch Klaudii Piętki, z którą ucięli sobie miłą pogawędkę.
A kiedy Benedykt i Klaudia zostali sam na sam… cóż, nietrudno przewidzieć rozwój wypadków. Oczywiście, wylądowali w łóżku. Nie tak chłopak wyobrażał sobie ten moment, ale hej liczy się fakt – po tylu latach wreszcie dopiął swego. Na pytanie, czy Klaudia nie czuła się nieswojo figlując z niemalże przybranym synem, odparła krótko: „jestem martwa, to on powinien czuć się dziwnie”. Trudno odmówić jej racji.
Mieszkający samotnie Miłosz Piętka (brat Klaudii) dzielnie znosił fakt, iż Benedykt korzystał z jego sypialni w celach erotycznych, nawet spółkowanie z duchem siostry go zbytnio nie ruszyło. Ale gdy rano młody Kreweta zaczął spokojnie przygotowywać sobie śniadanie, miarka się przebrała. Zdenerwowany Miłosz brutalnie wyrzucił z domu nieproszonego gościa.
Powrót do Kamiennego Zakątka oznaczał kolejne zaskakujące wieści. Dorota oznajmiła, że spodziewa się dziecka, a ojcem, rzecz jasna, jest Benedykt. Młodzieńca to nie załamało, wyszumiał się już całkiem solidnie, a najlepiej było mu właśnie z Dorotą, więc czemu by nie wychować dziecka wspólnie? Błyskawicznie znalazł też pracę jako analityk wywiadu i wszystko wskazywało na to, że będzie wkrótce wiódł szczęśliwe życie rodzinne.
Tylko jak na związek brata ze znienawidzoną macochą zareaguje Barbara? Czy duch Beaty pogodzi się z tym dziwnym związkiem?
Też tak przypuszczam, ale kto wie - może faktycznie już się wyszumiał?
ODCINEK 8 - ŁOWCZYNI JELENI
Co było do przewidzenia, relacja Doroty i Benedykta bardzo nie spodobała się Barbarze. Szczęśliwie ona również przestała być już nastolatką, dlatego podjęła szybką decyzję – przeprowadzka! Pytanie: gdzie i z kim? No cóż, oczywiście gdzieś gdzie jest dużo miejsca i z facetem, który zapewni jej wszystkie niezbędne (oraz, a może przede wszystkim – totalnie zbędne) luksusy. Kobieta sprawdziła zatem w sieci spis kawalerów Oazy Zdrój, wyselekcjonowała najbogatszych i wszystko stało się jasne. Godzinę później Kreweta bezceremonialnie zapukała do drzwi Rezydencji Langraabów, prawdopodobnie najzamożniejszej rodziny w całym mieście. Seniorzy rodu (Geoffrey i Nancy) zmarli ze starości kilka dobrych lat temu; od tamtej pory posiadłość zamieszkiwał ich jedyny syn, typowy stary kawaler, Malcolm Landgraab. Podsumowując: idealny cel dla poszukiwaczek złota.
Mężczyzna wpuścił Barbarę, a ta nie zamierzała owijać w bawełnę. Od razu zaczęła podryw, jednocześnie dowiadując się nowych rzeczy na temat wymarzonego partnera. „A więc jesteś przestępcą? To cudownie!”
Od słów do czynów. Niebawem Kreweta chwyciła Malcolma w swoje szczypce i ani myślała puścić. Zresztą, Landgraabowi chyba odpowiadał taki stan rzeczy.
W punkcie trzecim misternego planu Baśki stało jak byk: „zaciągnąć go do łóżka”. To również nie należało do najtrudniejszych zadań, mężczyzna oczywiście z chęcią przystał na taką propozycję. Gdy już było po wszystkim, nasza podrywaczka pochwaliła dom i wyraziła nadzieję, że jeszcze kiedyś tu wróci. Należało zasiać ziarno, propozycja wspólnego zamieszkania po jednym spotkaniu nawet dla Barbary byłaby delikatną przesadą.
Postanowienie o przeprowadzce jeszcze bardziej wzmocnił w kobiecie fakt, iż Benedykt… oświadczył się Dorocie. Już oficjalnie, nie było odwrotu, macocha awansowała (a może została zdegradowana?) na bratową. Co prawda mało kto wierzył, że ten związek przetrwa, biorąc pod uwagę temperament (by nie rzec dosadniej: rozwiązłość) Benedykta, ale na razie chłopak był pełen szczerego zapału.
By udowodnić, że będzie dobrym ojcem, intensywnie zaangażował się w pocieszanie młodszego brata. Czesław przeżywał właśnie śmierć Stefana Kowala, która sprawiła, że został sierotą w pełnym tego słowa znaczeniu.
Malcolm Landgraab również nadal opłakiwał śmierć swoich rodziców, mimo iż od tego wydarzenia minęło już sporo czasu. To dało okazję Barbarze, by okazać mu wsparcie i zaprezentować rzekomą troskliwość. Czemu rzekomą? Gdy tylko mężczyzna wyszedł do pracy, Kreweta po cichutku zniszczyła obie urny, bo nie chciała widzieć duchów nawiedzających jej przyszły dom. Brutalne, ale prawdziwe; Baśka zaczęła urządzanie wymarzonej willi od wyrachowanej profanacji.
Podczas beztroskiego spaceru, Benedykt spotkał Helenę Mazur, z którą nie tak dawno spędził udany wieczór, spuentowany całkiem udanym seksem. Może nawet zbyt udanym, gdyż kobieta wyraźnie przybrała na wadze… Tak, moi mili, wpadka! Helena nie sprawiała jednak wrażenia załamanej, dla niej był to ostatni dzwonek by doczekać się potomka i wcale nie wymagała od Benedykta żadnych deklaracji. Jakiś czas później przesłała mu tylko smsa, informującego o narodzinach syna imieniem Paweł. Konkretna babka.
Wreszcie do grona nastolatków dołączył tymczasem Czesław Kreweta. I trzeba przyznać, wyrósł na całkiem przyzwoicie wyglądającego mężczyznę – efektowny irokez sprytnie odwracał uwagę od rudych włosów.
Pozbawiony rodziców młodzieniec, jak często bywa w podobnych przypadkach, odczuwał wyraźny pociąg do mało przejrzystych interesów. W „Soku z Grzechotnika” poznał Łucję Małysz, którą zamierzał wciągnąć do nieistniejącego biznesu i tym sposobem wyłudzić od niej pokaźną sumkę. Jednak w trakcie rozmowy, kobieta sama okazała się niezrównoważoną intrygantką, co zaowocowało pierwszym poważnym zauroczeniem. To nie mogło oczywiście dobrze się skończyć, ale póki co…
Niebawem nadszedł długo wyczekiwany moment, rodzinne grono powiększyło się o kolejnego męskiego przedstawiciela – Dorota urodziła bowiem syna, któremu nadała imię Dionizy. Czy będzie lekkomyślny i niewyżyty po ojcu, czy stanowczy i oczytany po matce? Na razie ciężko było wyrokować.
Niemałym zaskoczeniem była wizyta Emilii Kołodziej, pierwszej miłości Benedykta. Dlaczego? Ponieważ ona również spodziewała się dziecka, co kompletnie skołowało młodego Krewetę. Nie mógł sobie przypomnieć, jak do tego doszło, zresztą zdążył prawie zapomnieć o istnieniu dziewczyny, a co dopiero… Podsumowując: nasz buhaj w rekordowym czasie spłodził trójkę dzieci, każde z inną kobietą. To prawdopodobnie oduczy go puszczalstwa, no chyba że z duchami!
Pojawienie się na świecie Dionizego było dla Barbary jasnym sygnałem: nie ma czasu do stracenia, trzeba się jak najszybciej ewakuować! Krótka wizyta u fryzjera, dobre perfumy, pierścionek z lombardu w dłoń i dalej do Langraabów! Basia była w stanie schować do kieszeni resztki godności i sama oświadczyć się Malcolmowi, byle tylko wyraźnie podnieść standard swojego życia. Malcolm rzecz jasna powiedział „tak”!
Minutę później Barbara zamówiła firmę przeprowadzkową i zaczęła mościć sobie wygodne gniazdko w posiadłości Langraabów. Nareszcie! Koniec użerania się z Dorotą, starych sprzętów i klaustrofobicznego wystroju klitki zwanej Kamiennym Zaułkiem! Barbara zabrała też ze sobą Czesława, bo mimo wszystko miała odrobinę serca i kochała swoich braci. Poza tym nie mogła pozwolić, by Dorota przeciągnęła kolejnego Krewetę na swoją stronę…