Uff, trochę mi się zaległości nazbierało Niezmordowany i niepokonany Jan dzielnie toczył boje o "błogosławieństwo" swoich dzieci i swój cel osiągnął Wszystko idzie tak dobrze, że koniec końców z wesela powinien wyjść klops xD Ale mam nadzieję, że mój pesymizm się nie sprawdzi i Jan i Brygida zostaną szczęśliwą Młodą Parą
Wybacz, iloraz płodności do uwielbialności. Trudno, skoro się tworzy, trzeba się dzielić. Często. Słuchaj, do kościoła chodzi się jak do kina, tak mnie uczyła Mama. Skoro ani tam, ani tam nie chodzę to tylko uprzedzę Ciebie że na zaślubiny na południe przychodzi się 40 minut przed. Uświadamiam. Proszę zrozumieć.... )
O jejku, jakiż z Jana mechanik precyzyjny, zaplanował wszystko drobnych szczegółach. Choć jak to mówią "co się w głowie urodzi, nie zawsze wychodzi". XD Wprawdzie udało mi się delikatnym podstępem z dozą perswazji, przekonać do jego planów własne dzieci, ale czy Brygida wie, co on dla niej planuje, oprócz ślubu. Czy zgodzi się na to, by oprócz roli żony i matki, załapać się jeszcze na angaż kucharki i sprzątaczki. Haha, zobaczymy
Emilu - dopiero teraz doczołgałam się poprzez forumowe korytarze do twojego kącika. Specjalnie zostawiłam sobie na koniec, by pracowity (i smutny, niestety) dzień zakończyć ocieraniem łez, ale ze śmiechu.
- Powiem ci, że Jan rozczula mnie tą cielęcą miną, a fotki wklejasz bezbłędne! Ileż ich musisz się natrzaskać, by wybrać z tego kilka perełek!
Aaa, zapomniałam dodać, że w aptece nabyłam - oprócz biletu- także sole trzeźwiące, i w napięciu obserwuję strategiczną ławkę w parku. Niech no ktoś śmie ją zająć:) Będę ją okupować nie 40 minut, ale dwie godziny przed uroczystością, a co!
P.T. Elżbieta - uprasza się o niewkładanie w moje usta, tfu tfu - klawiaturę - niczego, co z niej nie wyleciało.
Cieszę się, że ty też (i co ważniejsze - nadal) cieszysz się razem z nami historyjką, może bez pioruńsko przystojnego amanta w roli głównej, ale z jakże namiętnym romansem w tle
Mam nadzieję, że wrócisz do swojej historyjki po powrocie, i cieszyć się będziemy na przemian - zabójczo przystojnym amantem Devilem, i cielęcym Janem.
Na marginesie - Elu - ten amant u mojej Simki zabrał się od razu "do rzeczy", Simka nie oponowała, więc zostawiłam ich w trakcie wyznawania sobie wielkich uczuć. Pewnie jak odpalę wreszcie grę, to zastanę ich z bobasem w ramionach :P Ale coś ty mu zrobiła z tym zamiłowaniem do podlewania kwiatków!
Co do klawiatury - nie znam się na tym akurat, ale gdzieś mi się obiło, że można wgrać dodatkowe oprogramowanie do obsługi konkretnego języka. Tak jak nowe kroje czcionek.
Ale dla obu historyjek włączyłam sobie większą czcionkę ,więc dam radę, Elu i bez polskich znaków
Była czwarta pięćdziesiąt cztery, gdy skręcony w korkociąg Tfurca postękując zwlókł się z kanapy... ups, pardon. Nie ta retoryka
Zanim wkleję kolejny odcinek, poproszę o wyjęcie chusteczek. Rozprostowywarki nie będzie - zainteresowana Dama może skorzystać ze wspomnianej wcześniej wyciągarki do drutu. Podajnik koktajli Jan zbuduje po weselu, a Wasz Uniżony Sługa wklei go przed kolejnym odcinkiem.
A teraz Szanowne Panie mogą podnieść przemarznięte przedsięwzięcia z ławek. Zaczynamy!
Dzień wstał niezły. Może nie tak słoneczny, jak w wizjach Jana - ale podejrzewamy, że tego wymarzonego nie było w ogóle w ziemskich kalendarzach. Nawet na Saharze.
Kurierzy przybyli na czas. Oba garnitury pasowały idealnie, więc po rodzinnej konsultacji zdecydował się na jaśniejszy. Przeważył argument eleganta Mundka (wciąż naburmuszonego z powodu nikłych efektów wczorajszych negocjacji):
- No co ty, ojciec! Jedziesz na ślub czy na pogrzeb?
Ba! To wiedział tylko Los!
Wkraczając do parku na dwie godziny przed czasem ród Chrzanów prezentował się imponująco. Natychmiast zbiegli się reporterzy z tabloidów, te hieny wyczulone na każdą sensację. Od razu wyniuchali poboczne newsy dnia:
- Maciek dlatego bez skrępowania wpychał się im w transfokatory, bo chciał zademonstrować światu swój PŁASKI brzuch! Nie było to bynajmniej efektem systematycznego joggingu. Jego marynarka została po prostu lepiej uszyta, niż codzienna koszulka w paski.
- Agatka zaszczyciła ślub w stroju bynajmniej nie wizytowym!
Dobrze, że nie słyszeli jej komentarza na temat dostarczonych rano sukienek (nawet tej w pomarańczowe grochy). Mieliby o czym pisać jeszcze przez miesiąc, ubolewając nad wulgaryzacją języka komunikacji społecznej.
Tylko do Mundka nie mieli się o co przyczepić. Z zawiści zrobili mu więc nietwarzowe zdjęcie i wypchnęli na margines swoich szmatławców alias bulwarówek.
Jana w sztywniaku pod krawatem już widzieliście. Ale co nam szkodzi powtórzyć fotkę?
UWAGA TECHNICZNA: focie chrzanowego narybku Wasz Prywatny Reporter musiał wykadrować OSOBIŚCIE. Bulwarowe bydlaki sadystycznie dały na swoje plugawe łamy takie ujęcia, gdzie najlepiej wyszedł tłum okolicznej dzieciarni, wytykającej młodych Chrzanów brudnymi paluchami, podśmiewającej się z ich doskonałej prezencji, albo po prostu dłubiącej w nosie.
Brygida się spóźniała. Jan naiwnie sądził, że przybędzie do parku już o świcie, równie podekscytowana jak on, ale na godzinę przed ceremonią ukochanej jeszcze nie było. Młodsze pokolenie rodu Chrzanów uwaliło się więc na ławkach, żeby nabrać sił przed głównym wydarzeniem dnia – a nasz bohater ruszył na obchód parku.
Od razu coś zaczęło mu śmierdzieć - i nie chodziło o rybę z grilla. Łuku weselnego nie było. Tych dodatkowych (opłaconych z góry!) kwietnych dekoracji też nie. Pani Alicja S., polecana przez miejską stronę internetową jako najlepszy żywieniowiec w mieście owszem, przybyła na czas w stroju służbowym, ale zamiast ruszyć do garów, zaczęła flirtować z jakimś arabusem.
Wdzięczyła się, puszczała perskie (!) oczka, usiłowała grać z nim w szachy i w ogóle zachowywała się tak bezczelnie, jakby to ona, a nie czarnowłosa Brygida w białej sukni i welonie miała być Głównym Daniem dzisiejszej imprezy.
Dopiero gdy asfalt popędził ją od stolika, wrzeszcząc po arabsku „Won, skatina!” – ruszyła w stronę gigantycznego cebra na czerwony barszczyk, którym mieli pokrzepiać się utrudzeni goście przed, w trakcie i po zaślubinach. Niestety, w cebrze siedział jakiś rozwrzeszczany bachor i oznajmił jej wyniośle z góry, że czeka na kapitana Hooka (?) i nie zamierza opuścić bocianiego gniazda tej korwety (?) z powodu głupiego barszczu. Niech wyp…la do kambuza.
Najlepsza żywieniowiec Wierzbowej Zatoczki rozłożyła więc ręce oznajmiając, że barszczyk z wkładką z bachora gotowałby się zbyt długo i tym samym ona, Alicja S., czuje się zwolniona z obowiązku żywienia weselnych gości.
Kasy Janowi oczywiście nie oddała.
W miejscu, gdzie Jan zaplanował namiot do tańca, tkwił samotny Mundek, wyraźnie na kogoś (ale na kogo?) czekając.
Nie było namiotu, nie było parkietu (ani małego, ani średniego, ani dużego - bo Jan oczywiście zamówił wszystkie trzy), nie było fortepianu i liliowo-białych balonów, które w zamyśle naszego bohatera miały wdzięcznie polatywać nad głowami tańczących gości. Pianista też nie przybył. Ani żaden z jego asystentów czyli trębaczy, perkusistów, waltornistów, altowiolinistów, skrzypków i akordeonisty, niezbędnego przy oczepinach. Jan na wszelki wypadek spenetrował okoliczne krzaki, ale nigdzie nie zauważył nawet śladu muzycznego życia i trąba mu się wydłużyła. Co było grane?
W pobliskim pawilonie nie zobaczył zamówionego (najlepszego w mieście) miksologa. Za barem urzędował nieźle już napruty Adam Gruszka, który wprawiał się w mieszanie drinków, testując swoje wyroby na niekoniecznie trzeźwym Pawle Kawce i jakiejś siwowłosej wiedźmie-szachistce.
Jan uczuł, że się dusi z wściekłości? niepokoju? zgrozy?
Wypadł przed budynek, nabrał wielki haust powietrza… i zobaczył w oddali podjeżdżający do parkowego wejścia znajomy, lekko poobijany kształt Range Rovera rodziny van Loose.
Uff!
Pędząc na złamanie karku przez klomby nie widział, kto wysiada z wozu – i dobrze. Zyskał w ten sposób bezcenne dwadzieścia sekund szczęścia. Bo Range Roverem przybyła nie wytęskniona, promienna Brygida w towarzystwie blond-aniołka Iva podtrzymującego tren białej sukni, lecz… dwóch Bernardów van Loose.
Zahamował przy nich tak gwałtownie, jakby wpadł na ścianę. Aż iskry poszły.
- Który z panów jest… - zaczął niepewnie ale obaj jednocześnie wyciągnęli do niego prawice.
- Blądea – mruknął pierwszy
- Cholernyblądea! – stanowczo poprawił go drugi i Jan zgłupiał do reszty
- Gdzie Brygida? – spytał drżącym głosem
- Kto? A, Brygida… - jeden z Bernardów wykonał półprzysiad, wskazujący na gwałtowny wzrost ciśnienia w pęcherzu – Zaraz przyjedzie. Maluje się, czesze, wpina kwiatki we włosy… Jak to panna młoda. W ostatniej chwili łamiąc obcasy przyleci pod ołtarz…
- Pod łuk weselny… - odruchowo poprawił Jan, ale Bernard (?) już odchodził w kierunku…
Czy Prześwietni Czytelnicy pozwolą Tfurcy użyć nieprzyzwoitego słowa, którym (ponoć) straszy ich w każdym odcinku, czy sami się domyślą, dokąd zmierzał jeden z panów van Loose?
PIERWSZA! Komentarz edytuje po południu bo lecę obiad gotować, a jak zasiądę to będzie woda gotowana na pierwsze i bułka z prądem na drugie! Świetne zdjęcia!
EDIT: Proszę proszę, francja elegancja, panowie jak malowani się prezentują w garniakach
Hahah! Dzieciaki z nudów pozasypiały, widać tak samo się ekscytowały tym wydarzeniem co Brygida.
Ykhm, chciałam zauważyć że na weselach niestety tak jest, żywieniowcy to gwiazdy dnia, co nam po pięknej pannie młodej gdy na obiad ryż mysz i kocie łapki?
Kurcze, brak wystroju, brak profesjonalnej obsługi? Może to nie ten park weselny?!
- Kto? A, Brygida… - jeden z Bernardów wykonał półprzysiad, wskazujący na gwałtowny wzrost ciśnienia w pęcherzu – Zaraz przyjedzie.
- HAHAHA! Boski tekst!
Pozostały z dwóch Bernardów konfidencjonalnie obrócił się w kierunku Jana.
- Łże jak z nut. Oni wszyscy kłamią! – oznajmił tajemniczo – Ja nie będę cię oszukiwać, przyjacielu... a wkrótce i zięciu. Brygida zwolniła małego ze szkoły, ale uparł się, że pójdzie na pierwszą lekcję, bo ma do pokazania jakąś ważną prezentację. Nie wrócił. Byłem w szkole. Poszło o samochodziki. Nauczycielka niebacznie zwróciła mu uwagę, że samochodzik powinien mieć cztery koła, a nie jedno i Ivo się wściekł. Nie przyszedł do domu nawet po to, żeby wtłuc misiowi… Policja podejrzewa, że uciekł na giganta. Brygida jeździ z nimi radiowozem po mieście ale nie martw się, nie zapomniała o ślubie…
Janowi ulżyło i z czułością pomyślał o złotym matczynym sercu Brygidy. Oraz o jej dozgonnej wdzięczności, gdy dostanie tego małego sadystę w ojcowskie (po ślubie) ręce, wybije mu z… hmm… z głowy maltretowanie misiów, giganty, kłótnie z nauczycielami i wychowa go na wzór własnych dzieci - a przynajmniej na wzór Maćka i Agatki.
Z dumą przedstawił pozostałemu Bernardowi obu synów. Córeczki nie budził, skoro tak smacznie spała, po czym ruszył na powtórny obchód parku. A nuż w międzyczasie przyjechał namiot i pojawiła się orkiestra? Może rozwrzeszczany bachor znudził się czekaniem na kapitana Hooka i wylazł z cebra na barszczyk?
Młodzi Chrzanowie umieli się zachować. Bez słowa skargi na mendzenie starych repów pozostali z Bernardem Pierwszym i zabawiali go towarzyską konwersacją, a gdy pojawił się Bernard Drugi, Maciek zapozował nawet do pamiątkowej fotografii, chociaż w kadr – zamiast Mundka, wepchnął się jakiś obcy spaślak.
Dwie szybkie rundy po parku przekonały Jana ostatecznie, że nie będzie łuku weselnego, tańców w namiocie, kwiatów, ślubnych dekoracji, pomponików i baloników – i że bachor nadal siedzi w cebrzyku, wrzeszcząc gromko Ahoj! Ahoj! (albo jakoś podobnie).
Jednak serce naszego bohatera biło spokojnie, po męsku. Czy Prawdziwa Miłość potrzebuje tandetnych gadżetów i łuków z papierowymi girlandami? Orkiestry z ubzdryngolonym (jeszcze przed oczepinami) akordeonistą? Tortów z figurkami o twarzach tak wykrzywionych, jak gdyby nowożeńcy zamiast powiedzieć sakramentalne TAK, powybijali sobie nawzajem wszystkie zęby?
Gdy przyjedzie Brygida z odnalezionym gigantowiczem, Jan wesprze ukochaną męskim ramieniem, pogrozi znacząco palcem temu blond cholerze (chyba gówniarz zrozumie, że ma siedzieć jak trusia przynajmniej do końca uroczystości?), ustawi gości w szpaler, zaprowadzi narzeczoną pod fontannę - i wypowiedzą rotę przysięgi małżeńskiej właśnie tam, pod czystym niebem, przy szmerze wody zastępującej rzępolenie skrzypka…
Potem zamiast barszczyku będzie kurczak z grilla, orkiestrę zaimituje wieża stereo, a gdyby zawiodła także limuzyna, przespacerują się po weselu pieszo, z dłonią w dłoni przez usypiającą Wierzbową Zatoczkę - ostatecznie Jan mieszkał niedaleko, najwyżej siedem kilometrów od parku.
Gdy Brygida, jego żona… ŻONA!... poczuje ból pięknych stópek w zbyt ciasnych (jak zwykle) ślubnych pantofelkach, weźmie ją na ręce i…
I w tym momencie po parku gruchnęło jak z armaty: przyjechała panna młoda!
Ale z kim!
Fontanna umilkła przestraszona. Krzaki struchlały. Nawet ptaki nad parkiem zamarły ze zgrozy...
nooo aaaleeee!!
Panie Emilu Kochany...w taaaakim momencie? tak to się nie robi!?
nie po to pewne części ciała odpadywowywywują, żeby teraz o tak o ciąg dalszy miał nastapić
hehe, jakby to powiedzieć... jesteś Pan Zajebistyyyy
wedle wszelkiego zyczenia
Wow, sensacyjnie się dzieje, biedny dzieciak uciekł pewnie bo nie chce się dzielić mamą z jakimś rudzielcem
No i proszę synowie wzorowo się zachowali, o nastrój dbają, tylko o jaki nastrój?
- Jednak serce naszego bohatera biło spokojnie, po męsku. Czy Prawdziwa Miłość potrzebuje tandetnych gadżetów i łuków z papierowymi girlandami? Orkiestry z ubzdryngolonym (jeszcze przed oczepinami) akordeonistą?
- TAK!
Hm! To wszystko wygląda jak w koszmarnym śnie, Jan zaraz obudzi się zlany potem i odetchnie z ulgą ...to tylko zły sen!!. Starannie wszystko zaplanował, a ludzie odpowiedzialni za organizację ceremonii zawiedli ?!! OCH! jestem oburzona jak bardzo nasz bohater ma pod górkę by spełnić swoje marzenie ! Humor jak zawsze genialny! cyt..."Jan mieszkał niedaleko, najwyżej siedem kilometrów od parku"....koniec cyt.
Emilu zadziwiasz mnie coraz bardziej, ciekawe jaką" bombę" nam szykujesz na cdn. Pozdrawiam!:)
Zdecydowanie bohater ma pod gorke - jakas klatwa wisi na jego zwiazku z Brygida. Jak juz malolaty jednej rodziny przygotowane - to coreczka potencjalnej panny mlodej zwiewa- Swoja droga zastanawiam sie , czy nie jakis spisek uknuty przez mamusie malolatow, ktora gdzies musiala przeciez kiedys zaistniec, bo dzieci same z siebie i to sztuk trzy z powietrza sie nie wziely. No chyba, ze mamusia zwiala, gdy Jan odmowil po raz dziesiaty z powodow oszczednosciowych zatrudnienia sprzataczki swojego czasu.
Ja to nawet nie próbuję zgadywać . Takiej wyobraźni to ja nie posiadam, dlatego z wywieszonym jęzorem wpatruję się w ekran i czytam, i czytam, i czytam... No i co dalej?! Ja chcę czytać! Ta historia jest genialna - zawsze jak wracam z pracy to pierwsze co robię to sprawdzam co się tu i tam wydarzyło (w pracy czasami też, ale dziś nie dało rady ). No, takich rzeczy to się nie spodziewałam - rzeczywiście Jan ma pod górkę . Ale od początku było wiadomo, że łatwo nie będzie - nie z Brygidą. Ale jak chce się tak męczyć - jego sprawa .
Biedny Jan, wydał tyle pieniędzy, a wszyscy zatrudnieni ludzie wystawili go do wiatru! I oczywiście przerwa w najważniejszym momencie! Wszystkie umieramy z ciekawości, z kim przybyła Brygida!
Przepraszam Wielce Wymagające Niecierpliwe Czytelniczki: nie mam murzynów od czarnej roboty: fotografuję, piszę, edytuję i wklejam sam Czasem muszę też wejść do gry i połaskotać moich bohaterów, żeby zdobyć screen, potrzebny do zilustrowania czegoś tam w sadze o J i B. Tfurczość to nie praca na akord przy kasie w TESCO. Już dawno tak ciężko nie tyrałem
Anno, Mistrzyni CAS-ów i NRAAS-ów - wybacz staremu Emilowi kolczyki w uszach Jana. Tworząc postać chciałem umieścić JEDEN zawadiacki kolczyk, jak w trójce. Nie zauważyłem, że nieszczęścia w TS 4 chodzą parami Po Twojej przenikliwej uwadze próbowałem zmienić Janowi fryzurę, żeby zakryć tę gejowską ozdóbkę - i natychmiast wywalało mi grę na pulpit.
Modów nie uznaję, CAS to dla mnie czarna magia. Gdy tylko znajdę sposób, założę mojemu bohaterowi chustkę na rudy łeb - kolczyki będą mniej widoczne
Odnośnie reszty: Ivo nie uciekł z zazdrości: miał WAZNY powód, co wyjaśniłem w ostatnim odcinku. Prawdziwa Miłość NIE POTRZEBUJE ozdóbek - sama jest napiękniejszą ozdobą życia.
Alkoholizmu akordeonistów nie popieram - tu jesteśmy solidarni. Ale w branży muzycznej mawiamy, że grają na ciąży, na wstydzie lub na kaloryferze. Piją z rozpaczy, w ciężkiej depresji. Zrozum tych nieszczęśników!
Ciryo Kochana - maść na ból doopy również w aptece. Przy okazji zapytaj o preparat witaminowy na skołatane serducho. Mnie samego szlag trafił, gdy zobaczyłem, z kim Brygida przybyła na własny ślub!
Oliwko , to nie był opis sennego koszmaru Jana. To się wydarzyło NAPRAWDE
Elżbietko - jeśli jeszcze raz weźmiesz Iva za dziewczynkę, nie chcę być na Twoim miejscu, gdy mały drań dorośnie! Mamusia małolatów faktycznie się pojawi, ale duuuuuużo później. W swoim czasie nie miała Janowi za złe jego biedy, tylko sprzątała sama. I jeszcze chodziła na posługi do bogaczy, taka była pracowita. Z weselem nie miała nic wspólnego, słowo honoru!
Iwonko - tatuś synka Brygidy nie pojawił się - i nie pojawi. Na wieść o spodziewanym potomku zwiał gdzie pieprz rośnie. A Tfurca brzydzi się tchórzami i w literaturze, i w realu. Co do liczby wesel... Sza! Ale finałowy pogrzeb nie będzie dotyczył Jana. Ani Bernarda. Ani żadnej z osób, które przewinęły się dotychczas przez sagę
Ewelino - Jan nie jest biedny. Ma kapuchy jak lodu i co mu tam parę tysiączków w te czy wewte... Skąd ma? Cóż, każdy ukrywa swoje tajemnice. Jan też Zaś ludzie wynajęci do organizacji pierwszego wesela nie wystawili go do wiatru bez powodu. Oni się bali! Dostali propozycję nie do odrzucenia. Od kogo? O tym już w następnym odcinku
PS. Przed lekturą kolejnego odcinka uprasza się PT Publiczność o zabranie kasków i ochraniaczy. Będzie bójka - a nawet dwie. Tfurca nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby w ogólnym zamieszaniu któraś z Pięknych Pań straciła swoje śliczne ząbki.
Biednym można być dosłownie i w przenośni A co do strachu: czyżby jakieś mafijne porachunki?
Nie czuj się zbyt mocno zobowiązany tym, że my niecierpliwie czekamy. Graj i pisz w swoim tempie, bo najważniejsze, żeby nie przestało Ci to sprawiać przyjemności Przeżyjemy, gdy przyjdzie nam trochę dłużej poczekać, ale gorzej będzie jak rzucisz historię, bo nie będziesz mógł na nią patrzeć przez gonienie na tempo z pstrykaniem fotek i pisaniem.
Jeśli rzucę, Ewelino, to tylko z powodów prozaicznych: niektóre zapisy gry przestały mi funkcjonować! Musiałem rozpocząć ich aż pięć - tego wymagało pozyskiwanie screenów w odpowiedniej scenerii i właściwym momencie akcji, bo Simy tyją jak szalone, a nie chciałem wysyłać Brygidy do ołtarza upasionej niczym Danuta Rinn.
Dziś maksisy wystawiły mnie ostatecznie do wiatru.
Za chwilę przedstawię problem czyszczenia zapisów w Technikaliach. Jeśli ktoś mądry rozplączę tę łamigłówkę, postawię mu piwo i ruszę z kopyta z dalszym ciągiem.
Zamieszczam więc kolejny fragment, który udało mi się przygotować bez wchodzenia do gry.
Odcinek VI WESELE (cz. 2)
Jaka piękna katastrofa!
Ptaki struchlały, krzaki zamilkły a fontanna zamarła w locie… albo na odwrót.
Jan widząc poruszenie w parku ruszył w kierunku pawilonu, gdzie pojawiła się jego piękna narzeczona ale zatrzymał go jeden gość, potem drugi, potem obaj Bernardowie von Loose…
(ZDZIWIENIE TFURCY budzi fakt, że żadna z Pięknych Czytelniczek nie zainteresowała się duplikacją seniora – przyjaciela i wkrótce (?) teścia naszego bohatera. Skąd nagle wzięli się w grze i w parku dwaj Bernardowie von Loose vel Bladeowie? Nie ciekawi Was? To nie. Ale i tak wyjaśnię kwestię – a ściślej, wyjaśni ją Jan - od razu, by nie zostawiać niedopowiedzeń).
I DOPIERO PÓŹNIEJ WRÓCIMY DO SPRAWY STRASZLIWEGO ENTREE BRYGIDY. HE! HE! HE!
A więc Jana zatrzymali za guziki ślubnego garnituru dwaj panowie B.v.L.v.B.
- Ustaliliśmy, ze powiemy ci… - zaczął jeden z Bernardów ale Jan tylko zamachał rękoma
- Później! Przyjechała Brygida i muszę natychmiast…
- Nic nie musisz! – ofuknął go drugi Bernard – Baba nie zajac, sama przyleci. Sluchaj uwaznie. Ja jestem prawdziwy Bernard von Loose, a to jest Bladea.
- Cholernybladea! – z naciskiem poprawił drugi
- Miło mi pana poznać, panie Cholernyblad… Zaraz! Jak brzmi pańskie nazwisko?
I jeden z Bernardów przeciągnął się tak lubieżnie, że Jana przeszły ciarki.
- Janku… rudzielcu mily… Wszystko ci wyjasnie! Moze przejdziemy tam, za krzaczki?.. I mow mi Patti… prosze...
Jan przenosił wzrok z jednego Bernarda na drugiego… i nagle coś mu zaświtało.
- Najpierw opowiedz mi o sobie, Pa… Patti… - zaproponował podstępnie, choć to imię oparzyło go w język.
- Kiedy bylam mloda blondynka… - zaczął uroczyście jeden z Bernardów i skrzywił się, jakby i jego oparzyło – Ehem… oczywiscie jestem nadal mloda blondynka… i atrakcyjna… ehem…
- Do rzeczy, Pat! – skarcił go surowo pozostały Bernard
- Och, jakis ty prozaiczny, Bernardzie… Moge ci mowic Benny?...
Pozostały Bernard uniósł w górę zaciśniętą pięść.
- Ech, mezczyzni, mezczyzni… Od razu chca przejsc do sedna… Wiec dobrze. Odkad skonczylam dziesiec lat, chcialam zostac wielka pisarka. Laureatka Nobla! Bozyszczem bibliotek! Marzylam ambitnie: „Chce pisac rzeczy, ktore bedzie czytac cały swiat, ktore sprawia, ze ludzie beda krzyczec, plakac, zwijac sie z bolu i wscieklosci…” (tu właściwy Bernard wysiąkał nos we własny krawat). Moje marzenia spelnily sie. Jestem menedzerka dzialu serwisu w centrali Microsoftu i pisze komunikaty o bledach…
Odpowiedziała mu/jej cisza. Ani Jan, mechanik, ani właściwy Bernard, muzyk, nie znali się na komputerach.
- Kilka dni temu moja centrala uslyszala, ze cos waznego bedzie sie dziac w Wierzbowej Zatoczce i postanowila przyslac obserwatora. W porozumieniu z EA, oczywiscie. Wybrano mnie. Dla lepszego kamuflazu mialam sie zjawic jako jeden z mniej waznych mieszkancow miasta…
- Ja jestem mniej waznym mieszkancem? – zachłysnął się oburzony (ten właściwy) Bernard.
- No wlaśnie. Bladea. Cholernybladea.
I wreszcie Jan zrozumiał. Tworząc kopię Bernarda EA zbugowało oba pliki. Żaden z załączonych do gry Bernardów nie wymawiał polskich znaków diakrytycznych!
Błąd EA. Cholerny błąd EA!
- Współczuję ci, Patrycjo… - powiedział i było to wyznanie równie szczere, jak miłość Jana do Brygidy – Wiem co nieco o błędach młodości. Sam popełniłem kilka…
- Przestan sie mazac, Pat! – właściwy Bernard van Loose z niesmakiem spojrzał na zbugowany duplikat – Wez sie w garsc, do cholery i albo zazadaj odwolania do centrali, albo zostan na weselu jako… jako moj brat blizniak! A ja pojde sie zresetować…
- Moge? – Patrycja Enter-Bubel z nadzieja spojrzala… ups, z nadzieją spojrzała na Jana i zalotnie zatrzepotała rzęsami
- Jasne. Zostań… Patryku! Będzie mi miło… i Brygidzie również!
- Patrycjuszu! – z naciskiem poprawił duplikat – Patryk to takie pospolite imie! W przedszkolu, gdzie chodzi moja coreczka…
Duplikat syknął, bo tym razem naprawdę ugryzł się w język. Ale Jan już nie słuchał i nie widział nikogo… poza Brygidą, biegnącą ku niemu przez trawnik w długiej sukni, plączącej się wokół jej smukłych nóżek.
STOP!
Zanim czarnowłosa piękność wpadnie w stęsknione ramiona Jana, NAPRAWDE musimy zajrzeć do pawiloniku.
Komentarz
http://ktosiksims.tumblr.com
- Powiem ci, że Jan rozczula mnie tą cielęcą miną, a fotki wklejasz bezbłędne! Ileż ich musisz się natrzaskać, by wybrać z tego kilka perełek!
Aaa, zapomniałam dodać, że w aptece nabyłam - oprócz biletu- także sole trzeźwiące, i w napięciu obserwuję strategiczną ławkę w parku. Niech no ktoś śmie ją zająć:) Będę ją okupować nie 40 minut, ale dwie godziny przed uroczystością, a co!
P.T. Elżbieta - uprasza się o niewkładanie w moje usta, tfu tfu - klawiaturę - niczego, co z niej nie wyleciało.
Cieszę się, że ty też (i co ważniejsze - nadal) cieszysz się razem z nami historyjką, może bez pioruńsko przystojnego amanta w roli głównej, ale z jakże namiętnym romansem w tle
Mam nadzieję, że wrócisz do swojej historyjki po powrocie, i cieszyć się będziemy na przemian - zabójczo przystojnym amantem Devilem, i cielęcym Janem.
Na marginesie - Elu - ten amant u mojej Simki zabrał się od razu "do rzeczy", Simka nie oponowała, więc zostawiłam ich w trakcie wyznawania sobie wielkich uczuć. Pewnie jak odpalę wreszcie grę, to zastanę ich z bobasem w ramionach :P Ale coś ty mu zrobiła z tym zamiłowaniem do podlewania kwiatków!
Co do klawiatury - nie znam się na tym akurat, ale gdzieś mi się obiło, że można wgrać dodatkowe oprogramowanie do obsługi konkretnego języka. Tak jak nowe kroje czcionek.
Ale dla obu historyjek włączyłam sobie większą czcionkę ,więc dam radę, Elu i bez polskich znaków
Zanim wkleję kolejny odcinek, poproszę o wyjęcie chusteczek. Rozprostowywarki nie będzie - zainteresowana Dama może skorzystać ze wspomnianej wcześniej wyciągarki do drutu. Podajnik koktajli Jan zbuduje po weselu, a Wasz Uniżony Sługa wklei go przed kolejnym odcinkiem.
A teraz Szanowne Panie mogą podnieść przemarznięte przedsięwzięcia z ławek. Zaczynamy!
Odcinek VI WESELE
Dzień wstał niezły. Może nie tak słoneczny, jak w wizjach Jana - ale podejrzewamy, że tego wymarzonego nie było w ogóle w ziemskich kalendarzach. Nawet na Saharze.
Kurierzy przybyli na czas. Oba garnitury pasowały idealnie, więc po rodzinnej konsultacji zdecydował się na jaśniejszy. Przeważył argument eleganta Mundka (wciąż naburmuszonego z powodu nikłych efektów wczorajszych negocjacji):
- No co ty, ojciec! Jedziesz na ślub czy na pogrzeb?
Ba! To wiedział tylko Los!
Wkraczając do parku na dwie godziny przed czasem ród Chrzanów prezentował się imponująco. Natychmiast zbiegli się reporterzy z tabloidów, te hieny wyczulone na każdą sensację. Od razu wyniuchali poboczne newsy dnia:
- Maciek dlatego bez skrępowania wpychał się im w transfokatory, bo chciał zademonstrować światu swój PŁASKI brzuch! Nie było to bynajmniej efektem systematycznego joggingu. Jego marynarka została po prostu lepiej uszyta, niż codzienna koszulka w paski.
- Agatka zaszczyciła ślub w stroju bynajmniej nie wizytowym!
Dobrze, że nie słyszeli jej komentarza na temat dostarczonych rano sukienek (nawet tej w pomarańczowe grochy). Mieliby o czym pisać jeszcze przez miesiąc, ubolewając nad wulgaryzacją języka komunikacji społecznej.
Tylko do Mundka nie mieli się o co przyczepić. Z zawiści zrobili mu więc nietwarzowe zdjęcie i wypchnęli na margines swoich szmatławców alias bulwarówek.
Jana w sztywniaku pod krawatem już widzieliście. Ale co nam szkodzi powtórzyć fotkę?
UWAGA TECHNICZNA: focie chrzanowego narybku Wasz Prywatny Reporter musiał wykadrować OSOBIŚCIE. Bulwarowe bydlaki sadystycznie dały na swoje plugawe łamy takie ujęcia, gdzie najlepiej wyszedł tłum okolicznej dzieciarni, wytykającej młodych Chrzanów brudnymi paluchami, podśmiewającej się z ich doskonałej prezencji, albo po prostu dłubiącej w nosie.
Brygida się spóźniała. Jan naiwnie sądził, że przybędzie do parku już o świcie, równie podekscytowana jak on, ale na godzinę przed ceremonią ukochanej jeszcze nie było. Młodsze pokolenie rodu Chrzanów uwaliło się więc na ławkach, żeby nabrać sił przed głównym wydarzeniem dnia – a nasz bohater ruszył na obchód parku.
Od razu coś zaczęło mu śmierdzieć - i nie chodziło o rybę z grilla. Łuku weselnego nie było. Tych dodatkowych (opłaconych z góry!) kwietnych dekoracji też nie. Pani Alicja S., polecana przez miejską stronę internetową jako najlepszy żywieniowiec w mieście owszem, przybyła na czas w stroju służbowym, ale zamiast ruszyć do garów, zaczęła flirtować z jakimś arabusem.
Wdzięczyła się, puszczała perskie (!) oczka, usiłowała grać z nim w szachy i w ogóle zachowywała się tak bezczelnie, jakby to ona, a nie czarnowłosa Brygida w białej sukni i welonie miała być Głównym Daniem dzisiejszej imprezy.
Dopiero gdy asfalt popędził ją od stolika, wrzeszcząc po arabsku „Won, skatina!” – ruszyła w stronę gigantycznego cebra na czerwony barszczyk, którym mieli pokrzepiać się utrudzeni goście przed, w trakcie i po zaślubinach. Niestety, w cebrze siedział jakiś rozwrzeszczany bachor i oznajmił jej wyniośle z góry, że czeka na kapitana Hooka (?) i nie zamierza opuścić bocianiego gniazda tej korwety (?) z powodu głupiego barszczu. Niech wyp…la do kambuza.
Najlepsza żywieniowiec Wierzbowej Zatoczki rozłożyła więc ręce oznajmiając, że barszczyk z wkładką z bachora gotowałby się zbyt długo i tym samym ona, Alicja S., czuje się zwolniona z obowiązku żywienia weselnych gości.
Kasy Janowi oczywiście nie oddała.
W miejscu, gdzie Jan zaplanował namiot do tańca, tkwił samotny Mundek, wyraźnie na kogoś (ale na kogo?) czekając.
Nie było namiotu, nie było parkietu (ani małego, ani średniego, ani dużego - bo Jan oczywiście zamówił wszystkie trzy), nie było fortepianu i liliowo-białych balonów, które w zamyśle naszego bohatera miały wdzięcznie polatywać nad głowami tańczących gości. Pianista też nie przybył. Ani żaden z jego asystentów czyli trębaczy, perkusistów, waltornistów, altowiolinistów, skrzypków i akordeonisty, niezbędnego przy oczepinach. Jan na wszelki wypadek spenetrował okoliczne krzaki, ale nigdzie nie zauważył nawet śladu muzycznego życia i trąba mu się wydłużyła. Co było grane?
W pobliskim pawilonie nie zobaczył zamówionego (najlepszego w mieście) miksologa. Za barem urzędował nieźle już napruty Adam Gruszka, który wprawiał się w mieszanie drinków, testując swoje wyroby na niekoniecznie trzeźwym Pawle Kawce i jakiejś siwowłosej wiedźmie-szachistce.
Jan uczuł, że się dusi z wściekłości? niepokoju? zgrozy?
Wypadł przed budynek, nabrał wielki haust powietrza… i zobaczył w oddali podjeżdżający do parkowego wejścia znajomy, lekko poobijany kształt Range Rovera rodziny van Loose.
Uff!
Pędząc na złamanie karku przez klomby nie widział, kto wysiada z wozu – i dobrze. Zyskał w ten sposób bezcenne dwadzieścia sekund szczęścia. Bo Range Roverem przybyła nie wytęskniona, promienna Brygida w towarzystwie blond-aniołka Iva podtrzymującego tren białej sukni, lecz… dwóch Bernardów van Loose.
Zahamował przy nich tak gwałtownie, jakby wpadł na ścianę. Aż iskry poszły.
- Który z panów jest… - zaczął niepewnie ale obaj jednocześnie wyciągnęli do niego prawice.
- Blądea – mruknął pierwszy
- Cholernyblądea! – stanowczo poprawił go drugi i Jan zgłupiał do reszty
- Gdzie Brygida? – spytał drżącym głosem
- Kto? A, Brygida… - jeden z Bernardów wykonał półprzysiad, wskazujący na gwałtowny wzrost ciśnienia w pęcherzu – Zaraz przyjedzie. Maluje się, czesze, wpina kwiatki we włosy… Jak to panna młoda. W ostatniej chwili łamiąc obcasy przyleci pod ołtarz…
- Pod łuk weselny… - odruchowo poprawił Jan, ale Bernard (?) już odchodził w kierunku…
Czy Prześwietni Czytelnicy pozwolą Tfurcy użyć nieprzyzwoitego słowa, którym (ponoć) straszy ich w każdym odcinku, czy sami się domyślą, dokąd zmierzał jeden z panów van Loose?
(Przerwa techniczna. Uzasadniona)
EDIT: Proszę proszę, francja elegancja, panowie jak malowani się prezentują w garniakach
Hahah! Dzieciaki z nudów pozasypiały, widać tak samo się ekscytowały tym wydarzeniem co Brygida.
Ykhm, chciałam zauważyć że na weselach niestety tak jest, żywieniowcy to gwiazdy dnia, co nam po pięknej pannie młodej gdy na obiad ryż mysz i kocie łapki?
Kurcze, brak wystroju, brak profesjonalnej obsługi? Może to nie ten park weselny?!
- Kto? A, Brygida… - jeden z Bernardów wykonał półprzysiad, wskazujący na gwałtowny wzrost ciśnienia w pęcherzu – Zaraz przyjedzie.
- HAHAHA! Boski tekst!
Pozostały z dwóch Bernardów konfidencjonalnie obrócił się w kierunku Jana.
- Łże jak z nut. Oni wszyscy kłamią! – oznajmił tajemniczo – Ja nie będę cię oszukiwać, przyjacielu... a wkrótce i zięciu. Brygida zwolniła małego ze szkoły, ale uparł się, że pójdzie na pierwszą lekcję, bo ma do pokazania jakąś ważną prezentację. Nie wrócił. Byłem w szkole. Poszło o samochodziki. Nauczycielka niebacznie zwróciła mu uwagę, że samochodzik powinien mieć cztery koła, a nie jedno i Ivo się wściekł. Nie przyszedł do domu nawet po to, żeby wtłuc misiowi… Policja podejrzewa, że uciekł na giganta. Brygida jeździ z nimi radiowozem po mieście ale nie martw się, nie zapomniała o ślubie…
Janowi ulżyło i z czułością pomyślał o złotym matczynym sercu Brygidy. Oraz o jej dozgonnej wdzięczności, gdy dostanie tego małego sadystę w ojcowskie (po ślubie) ręce, wybije mu z… hmm… z głowy maltretowanie misiów, giganty, kłótnie z nauczycielami i wychowa go na wzór własnych dzieci - a przynajmniej na wzór Maćka i Agatki.
Z dumą przedstawił pozostałemu Bernardowi obu synów. Córeczki nie budził, skoro tak smacznie spała, po czym ruszył na powtórny obchód parku. A nuż w międzyczasie przyjechał namiot i pojawiła się orkiestra? Może rozwrzeszczany bachor znudził się czekaniem na kapitana Hooka i wylazł z cebra na barszczyk?
Młodzi Chrzanowie umieli się zachować. Bez słowa skargi na mendzenie starych repów pozostali z Bernardem Pierwszym i zabawiali go towarzyską konwersacją, a gdy pojawił się Bernard Drugi, Maciek zapozował nawet do pamiątkowej fotografii, chociaż w kadr – zamiast Mundka, wepchnął się jakiś obcy spaślak.
Dwie szybkie rundy po parku przekonały Jana ostatecznie, że nie będzie łuku weselnego, tańców w namiocie, kwiatów, ślubnych dekoracji, pomponików i baloników – i że bachor nadal siedzi w cebrzyku, wrzeszcząc gromko Ahoj! Ahoj! (albo jakoś podobnie).
Jednak serce naszego bohatera biło spokojnie, po męsku. Czy Prawdziwa Miłość potrzebuje tandetnych gadżetów i łuków z papierowymi girlandami? Orkiestry z ubzdryngolonym (jeszcze przed oczepinami) akordeonistą? Tortów z figurkami o twarzach tak wykrzywionych, jak gdyby nowożeńcy zamiast powiedzieć sakramentalne TAK, powybijali sobie nawzajem wszystkie zęby?
Gdy przyjedzie Brygida z odnalezionym gigantowiczem, Jan wesprze ukochaną męskim ramieniem, pogrozi znacząco palcem temu blond cholerze (chyba gówniarz zrozumie, że ma siedzieć jak trusia przynajmniej do końca uroczystości?), ustawi gości w szpaler, zaprowadzi narzeczoną pod fontannę - i wypowiedzą rotę przysięgi małżeńskiej właśnie tam, pod czystym niebem, przy szmerze wody zastępującej rzępolenie skrzypka…
Potem zamiast barszczyku będzie kurczak z grilla, orkiestrę zaimituje wieża stereo, a gdyby zawiodła także limuzyna, przespacerują się po weselu pieszo, z dłonią w dłoni przez usypiającą Wierzbową Zatoczkę - ostatecznie Jan mieszkał niedaleko, najwyżej siedem kilometrów od parku.
Gdy Brygida, jego żona… ŻONA!... poczuje ból pięknych stópek w zbyt ciasnych (jak zwykle) ślubnych pantofelkach, weźmie ją na ręce i…
I w tym momencie po parku gruchnęło jak z armaty: przyjechała panna młoda!
Ale z kim!
Fontanna umilkła przestraszona. Krzaki struchlały. Nawet ptaki nad parkiem zamarły ze zgrozy...
CIĄG DALSZY NASTĄPI
Panie Emilu Kochany...w taaaakim momencie? tak to się nie robi!?
nie po to pewne części ciała odpadywowywywują, żeby teraz o tak o ciąg dalszy miał nastapić
hehe, jakby to powiedzieć... jesteś Pan Zajebistyyyy
wedle wszelkiego zyczenia
cayrees.tumblr.com
Origin ID Cayrees
No i proszę synowie wzorowo się zachowali, o nastrój dbają, tylko o jaki nastrój?
- Jednak serce naszego bohatera biło spokojnie, po męsku. Czy Prawdziwa Miłość potrzebuje tandetnych gadżetów i łuków z papierowymi girlandami? Orkiestry z ubzdryngolonym (jeszcze przed oczepinami) akordeonistą?
- TAK!
Dobra... jestem na wdechu!
Emilu zadziwiasz mnie coraz bardziej, ciekawe jaką" bombę" nam szykujesz na cdn. Pozdrawiam!:)
Anno, Mistrzyni CAS-ów i NRAAS-ów
Modów nie uznaję, CAS to dla mnie czarna magia. Gdy tylko znajdę sposób, założę mojemu bohaterowi chustkę na rudy łeb - kolczyki będą mniej widoczne
Odnośnie reszty: Ivo nie uciekł z zazdrości: miał WAZNY powód, co wyjaśniłem w ostatnim odcinku. Prawdziwa Miłość NIE POTRZEBUJE ozdóbek - sama jest napiękniejszą ozdobą życia.
Alkoholizmu akordeonistów nie popieram - tu jesteśmy solidarni. Ale w branży muzycznej mawiamy, że grają na ciąży, na wstydzie lub na kaloryferze. Piją z rozpaczy, w ciężkiej depresji. Zrozum tych nieszczęśników!
Ciryo Kochana
Oliwko
Elżbietko
Iwonko
Ewelino
PS. Przed lekturą kolejnego odcinka uprasza się PT Publiczność o zabranie kasków i ochraniaczy. Będzie bójka - a nawet dwie. Tfurca nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby w ogólnym zamieszaniu któraś z Pięknych Pań straciła swoje śliczne ząbki.
http://www.hokejomania.pl/sklep-glowna/sprzet-gracza-senior/kaski_539c1b0dda995/bauer_539c1b2b865ed/bauer-kask-hokejowy-5100-combo-sr-bialy-detail
Nie czuj się zbyt mocno zobowiązany tym, że my niecierpliwie czekamy. Graj i pisz w swoim tempie, bo najważniejsze, żeby nie przestało Ci to sprawiać przyjemności
Dziś maksisy wystawiły mnie ostatecznie do wiatru.
Za chwilę przedstawię problem czyszczenia zapisów w Technikaliach. Jeśli ktoś mądry rozplączę tę łamigłówkę, postawię mu piwo i ruszę z kopyta z dalszym ciągiem.
Problem, który opisałem tutaj: http://forums.thesims.com/pl_PL/discussion/769151/co-czyścic-porady-dla-niekumatych - nadal czeka na rozwiązanie.
Zamieszczam więc kolejny fragment, który udało mi się przygotować bez wchodzenia do gry.
Odcinek VI WESELE (cz. 2)
Ptaki struchlały, krzaki zamilkły a fontanna zamarła w locie… albo na odwrót.
Jan widząc poruszenie w parku ruszył w kierunku pawilonu, gdzie pojawiła się jego piękna narzeczona ale zatrzymał go jeden gość, potem drugi, potem obaj Bernardowie von Loose…
(ZDZIWIENIE TFURCY budzi fakt, że żadna z Pięknych Czytelniczek nie zainteresowała się duplikacją seniora – przyjaciela i wkrótce (?) teścia naszego bohatera. Skąd nagle wzięli się w grze i w parku dwaj Bernardowie von Loose vel Bladeowie? Nie ciekawi Was? To nie. Ale i tak wyjaśnię kwestię – a ściślej, wyjaśni ją Jan - od razu, by nie zostawiać niedopowiedzeń).
I DOPIERO PÓŹNIEJ WRÓCIMY DO SPRAWY STRASZLIWEGO ENTREE BRYGIDY. HE! HE! HE!
A więc Jana zatrzymali za guziki ślubnego garnituru dwaj panowie B.v.L.v.B.
- Ustaliliśmy, ze powiemy ci… - zaczął jeden z Bernardów ale Jan tylko zamachał rękoma
- Później! Przyjechała Brygida i muszę natychmiast…
- Nic nie musisz! – ofuknął go drugi Bernard – Baba nie zajac, sama przyleci. Sluchaj uwaznie. Ja jestem prawdziwy Bernard von Loose, a to jest Bladea.
- Cholernybladea! – z naciskiem poprawił drugi
- Miło mi pana poznać, panie Cholernyblad… Zaraz! Jak brzmi pańskie nazwisko?
- Enter-Bubel. Patrycja Enter-Bubel. Rozwiedziona, bezdzietna, chetna… gdyby to cie interesowalo… Janku…
I jeden z Bernardów przeciągnął się tak lubieżnie, że Jana przeszły ciarki.
- Janku… rudzielcu mily… Wszystko ci wyjasnie! Moze przejdziemy tam, za krzaczki?.. I mow mi Patti… prosze...
Jan przenosił wzrok z jednego Bernarda na drugiego… i nagle coś mu zaświtało.
- Najpierw opowiedz mi o sobie, Pa… Patti… - zaproponował podstępnie, choć to imię oparzyło go w język.
- Kiedy bylam mloda blondynka… - zaczął uroczyście jeden z Bernardów i skrzywił się, jakby i jego oparzyło – Ehem… oczywiscie jestem nadal mloda blondynka… i atrakcyjna… ehem…
- Do rzeczy, Pat! – skarcił go surowo pozostały Bernard
- Och, jakis ty prozaiczny, Bernardzie… Moge ci mowic Benny?...
Pozostały Bernard uniósł w górę zaciśniętą pięść.
- Ech, mezczyzni, mezczyzni… Od razu chca przejsc do sedna… Wiec dobrze. Odkad skonczylam dziesiec lat, chcialam zostac wielka pisarka. Laureatka Nobla! Bozyszczem bibliotek! Marzylam ambitnie: „Chce pisac rzeczy, ktore bedzie czytac cały swiat, ktore sprawia, ze ludzie beda krzyczec, plakac, zwijac sie z bolu i wscieklosci…” (tu właściwy Bernard wysiąkał nos we własny krawat). Moje marzenia spelnily sie. Jestem menedzerka dzialu serwisu w centrali Microsoftu i pisze komunikaty o bledach…
Odpowiedziała mu/jej cisza. Ani Jan, mechanik, ani właściwy Bernard, muzyk, nie znali się na komputerach.
- Kilka dni temu moja centrala uslyszala, ze cos waznego bedzie sie dziac w Wierzbowej Zatoczce i postanowila przyslac obserwatora. W porozumieniu z EA, oczywiscie. Wybrano mnie. Dla lepszego kamuflazu mialam sie zjawic jako jeden z mniej waznych mieszkancow miasta…
- Ja jestem mniej waznym mieszkancem? – zachłysnął się oburzony (ten właściwy) Bernard.
- No wlaśnie. Bladea. Cholernybladea.
I wreszcie Jan zrozumiał. Tworząc kopię Bernarda EA zbugowało oba pliki. Żaden z załączonych do gry Bernardów nie wymawiał polskich znaków diakrytycznych!
Błąd EA. Cholerny błąd EA!
- Współczuję ci, Patrycjo… - powiedział i było to wyznanie równie szczere, jak miłość Jana do Brygidy – Wiem co nieco o błędach młodości. Sam popełniłem kilka…
- Przestan sie mazac, Pat! – właściwy Bernard van Loose z niesmakiem spojrzał na zbugowany duplikat – Wez sie w garsc, do cholery i albo zazadaj odwolania do centrali, albo zostan na weselu jako… jako moj brat blizniak! A ja pojde sie zresetować…
- Moge? – Patrycja Enter-Bubel z nadzieja spojrzala… ups, z nadzieją spojrzała na Jana i zalotnie zatrzepotała rzęsami
- Jasne. Zostań… Patryku! Będzie mi miło… i Brygidzie również!
- Patrycjuszu! – z naciskiem poprawił duplikat – Patryk to takie pospolite imie! W przedszkolu, gdzie chodzi moja coreczka…
Duplikat syknął, bo tym razem naprawdę ugryzł się w język. Ale Jan już nie słuchał i nie widział nikogo… poza Brygidą, biegnącą ku niemu przez trawnik w długiej sukni, plączącej się wokół jej smukłych nóżek.
STOP!
Zanim czarnowłosa piękność wpadnie w stęsknione ramiona Jana, NAPRAWDE musimy zajrzeć do pawiloniku.
(przerwa techniczna)
- Doskonały wstęp
Niezmiernie intrygujący, dziwny i niezrozumiały dialog Jana i dwóch siwych jegomości... niebywałe, EA zmienia wszystko...
(przerwa techniczna mam nadzieję nie na długo...)