Emilu - delikatnie zapytam - strajk założyłeś? A może tym razem coś poważnego cię złożyło, a my tu niewdzięcznie domagamy się, abyś tyrał w historyjce... Tak czy siak - daj choć znak, że żyjesz!
A i owszem, żyję - wróciłem właśnie z CILECAT i najpierw ogarnę bajzel w chałupie, potem się wyśpię, potem poczytam, co się działo przez te kilka dni na forum, a potem dokończę odcinek i wkleję. Czyli żaden strajk. Dziękuję za pamięć, Madame - w ramach oddechu zbuduję Ci wiktoriańską willę z basenem bez modów, skórek, żmurek i tych całych CC
Oj, Eda - mylisz się - działo się i to bardzo wiele! Przegapiłaś co najmniej jedno wesele, ze dwa mordobicia, no i przygotowania do imprezki. Nie mam czasu gadać - lecę extra kieckę kupić - w tym butiku wedle świętej Bosackiej, o którym Emil wspomniał Ani!
- A ty w międzyczasie zajrzyj do mojego wiktoriańskiego światka - śliczne tapetki tam są! I wyobraź sobie - trafiłam na Margierytkowe z dwójki! I przyszło mi do głowy, że skoro dwójkę tak łatwo można konwertować do czwórki, może pokusisz się na skonwertowanie przeeeeeeślicznych dwójkowych tapet z Komosims? Wiem, że potrafiłabyś... Pliiiz!
-
- halo halooooo! hop hoooop jest tu kto?
*zagląda nieśmiało do kącika*
- kurz i pajęczyny! kto to widział!? tak się zapuścić! *zdecydowanie rozgląda się wokoło i bierze miotełkę zamiatajkę*
- trzeba tu trochę odkurzyć i przewietrzyć! *dziarsko otwiera wielgachne okna na oścież i wymiata pajęczyny spod fotela*
- no teraz lepiej *mruczy pod nosem skrobiąc coś na niewielkiej karteczce, którą kładzie na biurku i przyciska lampą, żeby nie odfrunęła*
"Drogi Emilu żyjesz? co u Państwa Chrzanów, jak im tam idzie, rodzina się powiększyła? daj znaka, może być świetlny lub dymny z pozdrowieniami funka"
Ja przepraszam - Tfurca mi się zbiesił. A jak się odbiesza, to gra się zawiesza albo mam za mało czasu, żeby porządnie przejrzeć i skończyć kolejny odcinek (długi będzie, he, he)
Jeśli przeżyję do czwartku, to dokończę i wkleję. Na razie wystarcza mi tylko czasu, by wpaść co kilka dni na forum i zobaczyć, co się dzieje.
Uff, nareszcie. Grać jeszcze nie mogę, ale część zdjęć udało mi się po reinstalacji odzyskać. Jutro znów będzie informatyk - w pierwszej kolejności zabierze się za TS 4. Zamieszczam kolejny odcinek i sorry za długą przerwę.
Odcinek XXIV
CZWARTE WESELE Wieczór (c.d.)
I. Blondyn wieczorową porą
Zanim Jan dźwignął się z łoża negocjacji, gdzie ustalali z czarnowłosą rozjemczynią dalszy tryb postępowania z draniami, Brygida wesolutka jak szczygiełek już przygotowywała na kolację wspaniałą paellę ze szpinakiem.
- Gdzie ona nauczyła się tak gotować? – przemknęło przez myśl naszemu rudowłosemu mechanikowi, gdy patrzył na żonę żonglującą jednocześnie deską do krojenia warzyw, dwoma nożami i ciężką, żeliwną patelnią – W gastronomii przecież nie pracowała, wiedziałbym o tym!
Ale proste zapytanie Brygidy o sekret jej wyjątkowego opanowania umiejętności kucharskich w grę, niestety, nie wchodziło. Jan musiałby w rewanżu przyznać się, gdzie naprawdę pracuje i dlaczego jego konto bankowe wydaje się niewyczerpane… a tego chciał uniknąć. Póki mógł.
- Twoja mama doskonale gotuje! – oznajmił synkowi Brygidy, który szczęśliwy niczym norka po zabawach w rakiecie zmierzał właśnie w głąb domu – Czujesz ten zapach?
- No… - potwierdził po namyśle i pociągnął noskiem – Paella. Szkoda, że ze szpinakiem, zamiast z papryką i grzybami. Ale mamusia mówi, że szpinak zdrowszy.
- Ma rację! Jest znacznie zdrowszy – przyznał pedagogicznie nasz rudowłosy bohater, chociaż sam także wolałby na kolację paprykę i grzyby… a jeszcze chętniej samą kucharkę – Gdzie się mamusia nauczyła tak świetnie gotować, nie wiesz?
- Wiem. Od babci Eleonory. Tej co zgasła, jak mówi dziadek… chociaż nie rozumiem, o co chodzi z tym zgaśnięciem. Przecież to była babcia, nie telewizor!
- To takie staroświeckie powiedzenie, synku. Zgasła czyli odeszła z tego świata… umarła. Rozumiesz?
- Staroświeckie jak dziadek? No, rozumiem… proszę pana.
- Dlaczego mówisz do mnie „proszę pana”? – zdumiał się Jan
- A bo ja już nic nie wiem! – wybuchnął malec, wreszcie wyrzucając z siebie ogrom frustracji, towarzyszącej połączeniu rodzin – Raz jestem czyimś bratem, a za chwilę już nie jestem. To chcą ze mną gadać, to nie chcą i odpędzają jak psa. Agatka pierwsza pcha się do rakiety, a ja nie mogę nawet okiem mrugnąć, bo się jaśnie pani pilotka obrazi! I jeszcze karmię te jej żabska… i sprzątam pokój jak jakiś służący!
- Ożeniłem się z twoją mamusią, więc jesteś moim trzecim synkiem. Proszę pana mówi się do obcych! – Jan zanotował sobie w pamięci, by porozmawiać z Agatką o obowiązkach hodowcy żab oraz o utrzymanie porządku w dziecięcym pokoju, ale malec już się rozpędził.
- Wszyscy traktują mnie jak piąte koło u wozu! Mamusia albo gotuje, albo ćwiczy na bieżni, albo siedzi w waszej sypialni i nawet nosa nie wytknie! Dziadek tylko maluje i kaszle coraz gorzej. A jego obrazy? Takiego jednego czarnego aż się sam wystraszyłem! Już wolałem, kiedy całymi nocami grał te swoje uwertury. Przykrywałem uszy poduszką i zupełnie mi nie przeszkadzało!
Nasz rudowłosy mechanik próbował powiedzieć małemu, że nie tylko w rodzinie van Loose’ów pozmieniało się praktycznie wszystko, ale łobuziak powstrzymał go stanowczym gestem i pędził dalej, wyraźnie mając w nosie ogólnie przyjęte reguły asertywności oraz poprawne do zerzygu zasady komunikacji społecznej.
- Ja wiedziałem, że po przeprowadzce będzie inaczej! Ale myślałem, że lepiej, a jest… no, okropnie! Chciałem się przenieść do pokoju chłopaków - nie pozwolili. W szkole posadzili mnie w jednej ławce z Agatką, bo nasza wychowawczyni myśli, że pozwolę jej od siebie ściągać na klasówkach. Taki obciach, z dziewczyną w jednej ławce! Cała szkoła rży z radochy! Dostałem dzisiaj szóstkę z rysunków za samolocik i kto mnie pochwalił? Nikt! Nawet mamusia ledwie spojrzała, bo miała ważniejsze zajęcia…
Jan pochylił się i przyjrzał buzi małego. Nie wyrażała gniewu, raczej żal do świata, który wypuszcza dzieci na głębokie wody i nie daje im do ręki żadnego kompasu, umożliwiającego dopłynięcie do stabilnego i trwałego skrawka lądu. Na którym można bezpiecznie postawić nogę i nie bać się, że pierwsza fala zmyje cię do wody jak niepotrzebny własnej rodzinie balast i porwie w groźne odmęty życia między obcymi ludźmi.
- Rozumiem, że ci ciężko, synku – nasz bohater serdecznie ujął łobuziaka za ramiona ale buzia małego pozostała smutna i poważna – Ale zobaczysz, wszystko się ułoży…
- Taaa… Ułoży się. W trumnie. Jak babcia Eleonora! – burknął Ivo i Jan pomyślał, że jednak z dziewczynkami jest łatwiej, przynajmniej dopóki nie wyrosną z wieku Agatki.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie i zapamiętaj trzy rzeczy – nasz rudowłosy bohater wystawił przed siebie odpowiednią ilość palców i ad hoc sformułował podstawowe zasady nowej struktury organizacyjnej rodziny – Po pierwsze, jesteś i zawsze będziesz moim synkiem, bo ożeniłem się z twoją mamusią z Wielkiej Prawdziwej Miłości i pozostaniemy razem do końca życia. Po drugie, Agatka jest dobrą dziewczynką, ale strzela fochy. Jak każda kobieta. Więc jeśli ci każe wyręczać się w obowiązkach, jak karmienie żab czy sprzątanie własnego bałaganu, po prostu powiedz jej to, co mnie. Że nie jesteś niczyim służącym, a lokaja póki co zatrudniać nie będziemy. A po trzecie…
- Chwila moment… tato. Ta druga rzecz… Więc mogę powiedzieć Agatce, żeby się wypchała własnymi żabami albo ubraniami i nie będziesz się gniewał ani skarżył do mamusi?
- Przed mamusią nigdy nie będę na ciebie skarżył, synku! Jeśli coś przeskrobiesz, załatwimy to jak mężczyźni, między sobą.
- Jak z Mundkiem i z Maćkiem? Ekstra! – uradował się Ivo i Jan pomyślał, że bycie jedynakiem, oczkiem w głowie mamy i dziadka musiało małemu mocno doskwierać – Bo ja właśnie coś… no, spsociłem. Na razie nikt nie zauważył, ale pewnie się wyda...
- Co spsociłeś? – zachęcił go Jan życzliwie
- Przestroiłem telewizor. Bo brat Mundek bez przerwy ogląda jakieś filmy o Syberii na National Geografic, a po co się w kółko gapić na śnieg? Więc zamieniłem kanał na Telezakupy Mamgo Tamgo Gdziemamgo. Sprzedają pampersy i worki do cewników… Już widzę minę brata Mundka!
- Ja też! – nasz rudowłosy bohater bardzo niepedagogicznie zachichotał – To wszystko?
- No… niezupełnie… - zawahał się Ivo – Ale tego drugiego nikt nie widział, więc się chyba nie liczy?
- To zależy. Mów!
- Bo wiesz, tatusiu… Ten głupi Olek Ćwir przechwalał się w szkole, że wybudowali sobie basen jako pierwsi w całej Wierzbowej Zatoczce. Zadzierał nosa aż pod sufit. No to się podkradłem przez mur i obejrzałem to cudo… Malutki ten basenik, ponury całkiem jak tata Olka…
…i… i… Ale my też będziemy mieli basen, prawda? – mały spróbował zmienić temat, nagle przerażony wagą tego, co miał wyjawić – Bo i Oprychowie budują, i Kawkowie … i wszyscy. A państwo Laangraab zamówili nawet u takiego znanego architekta Delsa całą pływalnię z siłownią i odnową biologiczną!
- Kiedyś na pewno będziemy mieli, synku! I też zamówimy projekt u jakiejś sławy, u Kruliha czy Pierwszych Dam Architektury, Danuty, Kamelii, Cyryi czy innej wizjonerki. Ale teraz mamy niewielką działkę. Nawet porządnego ogrodu nie da się założyć, mamy tylko donice przed domem. Chyba… chyba, że zlikwidujemy wasz pojazd kosmiczny. Wtedy owszem, jakiś niewielki basen na pewno się zmieści.
- To nie. Trudno! – zdecydował bohatersko Ivo – Agatka by się zapłakała na śmierć, gdyby zabrać jej rakietę. Podobno miasto ma wybudować Aquapark na Pięknych Bagnach. Mogę chodzić tam… jeśli pozwolicie, ty i mamusia.
- Będziemy chodzić wszyscy – obiecał Jan, szczerze ujęty troską łobuziaka o dobre samopoczucie jego własnej prześladowczyni – W każdą niedzielę. Mamusia przygotuje prowiant i urządzimy sobie mnóstwo pięknych rodzinnych pikników! Ale powiedz wreszcie, co spsociłeś na basenie Ćwirów?
- Nasiusiałem do wody… - wyznał Ivo prosto w ucho Jana - I jeszcze wrzuciłem dwie żaby, które złapałem w drodze ze szkoły. Tej wirującej kwiatowej było mi trochę szkoda, Agatka bardzo chciała ją mieć, ale na pewno złapię drugą. A potem zobaczyłem skunksa pod furtką… i wpuściłem go na podwórko. Więcej już nic nie mogłem wymyślić, bo skunks obsikał cały basen i smród był nie do wtrzymania... No to wróciłem do domu i odrobiłem lekcje.
- Całkiem nieźle! – teraz Jan naprawdę nie mógł powstrzymać śmiechu, choć wiedział, że sam sobie robi krecią robotę wychowawczą – Dobrze, że nie miałeś przy sobie żadnego żrącego płynu, bo skończyłbyś w poprawczaku!
- No przecież mówiłem, nikt nie widział! – obruszył się mały – Ulica była pusta, w oknach nikogo… Sprawdziłem teren, zanim przelazłem przez mur! Taki głupi to ja nie jestem… tatusiu!
- Wiem, synku! Jesteś mądrym i myślącym chłopaczkiem… tylko czasem impulsywnym. Twój miś miał znowu oderwaną łapkę, którą przyszyłeś strasznie koślawym ściegiem, prawda?
- Nie, to Agatka przyszyła… żebyś się nie gniewał… - zaczął niepewnie Ivo ale Jan przytulił go serdecznie, ucinając tłumaczenia.
Tym razem buzia małego wyrażała bezgraniczne szczęście. Znalazł swoje miejsce w powiększonym gronie rodziny van Loose’ów-Chrzanów przynajmniej do momentu, gdy maksisy nie naprawią bugu z nazwiskami małżomlów i Wasz Uniżony Tfurca będzie mógł ustalić precyzyjnie, kto przynależy do jednej, a kto do drugiej familii.
Ale znając życie sądzimy, że nastąpi to w wiele lat po ukończeniu naszej opowieści.
II. Dwaj rudzi wieczorową porą
- Kolacja gotowa! – zawołała z kuchni Brygida – Siadajmy do stołu!
- Zjedz z ojcem i z dzieciakami, najdroższa… - Jan skusił się tylko na przedkolacyjny aperitiff czyli czule pocałował ślubną mistrzynię rondla – Ja muszę się wreszcie porachować z draniami!
- Zrobisz to po kolacji… - zasugerowała Brygida ale nasz bohater z uporem potrząsnął głową.
- Jak Maciek się naje, cały efekt diabli wezmą. Znowu przyłoży Mundkowi, gdy tylko spuszczę go z oka. Temat trzeba załatwić raz na zawsze, ukochana. Wystarczy nam kłopotów na zewnątrz, w domu musimy się trzymać jak jeden oddział bojowy…
- Ja też zjem później! – zawołał Bernard ze swojego pokoju – Właśnie zacząłem malować!
Istotnie, przymierzał się do produkcji kolejnego arcydzieła czyli portretu zbiorowego, który miał porazić perfidne gnomy z poddasza mocą zardzewiałych szpilek woodoo i starannie wymierzał palcami proporcje ich twarzy czyli wrednych gnomich mord.
Otwierając drzwi do pokoju chłopaków Jan z zadowoleniem spostrzegł, że przestali się na siebie boczyć i nawet prowadzą ożywioną rozmowę. Nie wyglądało to na ustalanie wspólnej strategii obronnej, a bardziej na dyskusję o czym? Rzecz jasna, o dziewczynach.
- Więc mówisz, że Kaśka nie różni się od innych lachonów? – pytał Maciek spokojnie, choć wysunięta do przodu szczęka wskazywała, że lada moment może się rozpętać kolejne piekło – A co, jeżeli się różni? No, wiem że chuda… ale ma piękne oczy! I kocha mnie!
- Prędzej mi kaktus wyrośnie, jeśli jakakolwiek baba przetrwa z miłością dłużej niż miesiąc… - Mundek precyzyjnie pokazał bratu miejsce kiełkowania kaktusa na własnej dłoni ale na widok Jana pośpiesznie schował ręce za siebie.
- O babskim ogrodnictwie potem! – uciął srogo nasz bohater – Najpierw pokażę wam obydwóm, jak się przycina zdziczałe pędy. Maciek, za mną!
- Ojciec, to nie tak, jak myślisz! – zaprotestował charakterny Mundek ale Jan już zamknął drzwi i powlókł struchlałego Maćka na górę do siłowni.
- Na bieżnię! – zakomenderował srogo, ustawiając suwak na maksymalne tempo – Najpierw sprawdzimy, ile sił zużyłeś na bójki! Ruchy! Ostro! Raz, raz, raz, raz!
- Fater… padnę… - ośmielił się jęknąć przycinany pęd rodu Chrzanów ale Jan miał dzisiaj dla zdziczałych odrośli wyjątkowo kamienne serce.
- To padniesz! Nie będziesz mi dłużej przynosił wstydu!
- Fater… Płuca… mi… pękną… - dyszał nieszczęśnik w tych rzadkich chwilach, gdy udawało mu się złapać dodatkowy haust powietrza – Zaraz… skonam…
- Ja po tobie płakać nie będę! Ruchy! Tempo! Raz, dwa! Jeśli przeżyjesz, odechce ci się bójek w szkole!
- Lecę… na ryj… Fater, nie…
Taśma bieżni zgrzytała, jakby także wyrażała sprzeciw wobec okrucieństwa naszego bohatera. Zanim jednak Maciek padł zgodnie z zapowiedzią na twarz, w siłowni niczym czarnowłosy Anioł Miłosierdzia pojawiła się Brygida.
- Dlaczego tak się znęcasz nad biedakiem? – udała zdziwienie i zanim Jan zdążył zaprotestować, przesunęła suwak na rozsądne tempo – Zaraz dostanie zawału…
(Ciąg dalszy nastąpi, gdy informatyk udostępni Waszemu Uniżonemu Tfurcy kolejne fotki z tego pamiętnego wieczoru).
Pewnie się powtórze ale naprawde jestem pod wrażeniem talentu do przysłowiowego pióra - to w jaki sposób obrazasz w żart nawet tak poważne rzeczy jak ..zgaśnięcie kogoś w simowej rodzinie czy zobrazowanie z frustracji dzieci przy perturbacjach rodzinnych,zupełnie jak w "realu" i w końcu rozbawiony i zdumiony Jan,który wcześniej chyba nie zdawał sobie sprawy jakie zamieszanie dzieciaki robia w każdej minucie za jego plecami - rozmowa świezo upieczonego syna z ojcem bezcenna
"(...) Więc mówisz, że Kaśka nie różni się od innych lachonów? " - rozmowa chłopaków nie mniej ciekawa i bezpośrednia
Świetnie wykorzystałeś fotki mimo zawału gry.
Jak zwykle świetnie napisane ! Poczucie humoru Tfurcy rewelacyjne ! Mam nadzieję, że fotki się szybko odnajdą, bo ja już powoli zapominam, co było przedtem a na czytanie całości od nowa życia mi braknie!
Babcia nie telewizor przebila u mnie wszystko, choc i przycinanie zdziczalych pedow zastepujace proces wychowawczy wywolal u mnie usmiech na twarzy.
Rudowlosy mechanik jest wzruszajacy jako ojciec zastepczy dla Aniolka i moglby byc przykladem dla ojczymow z realu, ktorzy w wielu wypadkach nie sa szczesliwi, gdy cudze meskie geny petaja im sie pod nogami.
Przeganianie zas syna po biezni w ramach kary moze zaskutkowac awersja do sportu na cale zycie
Nic tylko te noże na tym oknie widzę... nic innego. tylko te noże.. NA SZYBIE.
Dobrze że wróciłeś z opowiadaniem, mam wielki apetyt na zdania podwójnie złożone, może po ostatniej lekturze Kinga
Niechaj Ci pan informatyk jak najszybciej system naprawi i działaj dalej.
Mam wrażenie że czegokolwiek się Brygida nie dotknie to dobrze jej to wychodzi. Wiem... ona tak na prawdę jest facetem, wy zawsze tak o sobie myślicie, mistrzowie bez wad
- {...} o co chodzi z tym zgaśnięciem. Przecież to była babcia, nie telewizor!
- HAHH HAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!
Ivo nie ma łatwo. Jest jak włos w zupie, oni to zupa a on zbędne owłosienie...no i ...d no i nic właśnie.
- Telezakupy Mamgo Tamgo Gdziemamgo?
- AŁA! MÓJ PĘCHERZ! HAHAH!
O wow! To jest pomysł, zamówić dom u projektantów! No że też na to nie wpadłam ! HAHAH!
Ivo nie martw się! Ty nasikałeś do basenu! Ja jak byłam mała i mnie brat wkurzył to nasikałam mu do oranżady! Do dziś pamięta mój wyraz twarzy gdy ją pił, myślał że mu zazdroszczę
I dobrze! Ćwiczyć ostro tych leni, jak w domu się porządkami nie zajmują to przynajmniej niech jakieś ładne dziewuchy łapią na randkach, a do tego potrzebna jest uroda Vimesów! Na klacie krata i sims wymiata!
Ooo, Emilu, super prezent na zakończenie roku dostałam Zajrzałam niepewnie do historyjki, bo już od dawna posucha, a tu - aż dwa kawałki!
Nie wiem dlaczego - zawsze wzruszasz mnie tym małym Ivo...
Jestem właśnie po obejrzeniu przygód Mikołajka. Filmowa wersja nie dorasta do pięt książkowej, ale i tak się uśmiałam do łez. Ivo w jakiś sposób kojarzy mi się z tym grzecznym, ułożonym chłopczykiem, któremu zawsze coś wychodziło na opak, wbrew intencjom...
Ale jak zwykle - czekam na pełne humoru opisy poczynań Agatki - mojej ulubienicy
Oby tylko informatyk odzyskał utracone fotki i naprawił komputer, bo już się stęskniłam za rodzinką z opowiadania. Jan koniecznie chce scalić rodzinkę, i całkiem dobrze mu to idzie. Rozmowa z Ivo, była rozczulająca. Maciek natomiast miał okazję rozładować swoją energię na bieżni, nie z własnej woli. Tyle tajemnic jeszcze zostało do odkrycia, bo wprawdzie można uwierzyć, że Brygida odziedziczyła talent kulinarny po mamie, ale w cudowne rozmnażanie pieniędzy na koncie Jana już trudno wierzyć.
Ponieważ od czasu zaprezentowania Wielce Wymagającym Czytelnikom poprzedniego odcinka „Czterech wesel…” upłynęło sporo czasu, zaczniemy od przypomnienia, o co w naszej opowieści w ogóle chodziło. Jak w porządnych przedwojennych gazetach, które drukując brukowe powieści po kawałeczku, zamieszczały na początku streszczenie dla sklerotyków, ludzi przytłoczonych tempem bieżących zdarzeń i nie mających głowy do pierdółek, analfabetów oraz dla tych, którym brak kasy, miejsca na dysku czy pod stołem na kolekcjonowanie stosów makulatury.
Dorosłymi bohaterami naszej sagi są: rudowłosy mechanik Jan, najbardziej pożądana w Wierzbowej Zatoczce, acz pełna tajemnic flirciara Brygida oraz jej ojciec, emerytowany muzyk Bernard van Loose, naturalizowany Holender, bez umiaru wracający wspomnieniami do przedwcześnie zgasłej żony Eleonory. Młodsze pokolenie reprezentują: charakterny nastolatek Mundek, czołowy elegant miasteczka, porzucony przez niejaką Mańkę Bezbzikównę, jego młodszy brat Maciek, któremu niedawno w dość dramatycznych okolicznościach skradła serce panna Kassandra Ćwir czyli chudy lachon bez biustu, prywatnie córka Mortimera Ćwira, a także chuligan Ivo, nałogowo urywający łapki pluszowym maskotkom oraz Agatka, przyszły As Kosmosu i ulubienica większości naszych Wielce Wymagających Czytelników. O drobiażdżkach typu świerszczyki za sedesem, grzebuszki pasiaste w kanapkach Agatki, dziwne zniknięcia Brygidy i szeroki gest Jana w zakupie i urządzaniu kolejnych domów wspominać nie warto, żeby nasi niektórzy Wielce Wymagający Czytelnicy nie zapomnieli streszczenia, nim jeszcze doczytają je do końca.
Przy czwartym podejściu dwójce naszych dorosłych bohaterów udało się wreszcie zawrzeć związek małżeński i aktualnie rodzina ustala zasady wspólnej egzystencji. Jan i Brygida muszą się zmierzyć z wieloma nieoczekiwanymi acz przykrymi wydarzeniami, od spisku gnomów po wyrzucenie starszych chłopaków z Elitarnego Liceum Fundacji Langraaba w Wierzbowej Zatoczce. Wokół domu kręcą się podejrzani brygadziści remontowi z firmy „Szepty i Krzyki”, ulice patroluje sponsorowany przez Mortimera Ćwira Komitet Obrony Moralności Młodzieży, na kuchennej szybie nie wiadomo skąd pojawiła się irytująca (niektórych) ozdoba w postaci noży… Na najbliższy skwerek strach wyjść, bo natychmiast wkraczają do akcji klony Jana i Brygidy, mający jakieś niecne zamysły i powołujące się na Cecylię Renatę Chrzan oraz jej rzekomego męża, astronautę o nazwisku Meteor Fyooteck, o którym nasz bohater nigdy nie słyszał… W dodatku świeżo zaobrączkowani bohaterowie mają własne tajemnice, a to zawodowe, a to finansowe, a to… kto wie jakie jeszcze tajemnice kryje podwójna (od dzisiaj) rodzina Chrzanów-van Loose’ów?
A teraz - ad rem!
Ciąg dalszy odcinka XXIV
CZWARTE WESELE Wieczór
II. Dwaj rudzi wieczorową porą (c.d.)
Za Brygidą – co zapewne jeszcze nasi WW Czytelnicy pamiętają, choć Tfurca nie ręczy w tym względzie za Agnieszkę – gdy nasza bohaterka bez pardonu przerwała Mężczyźnie Swojego Życia przycinanie zdziczałego pędu z wykorzystaniem tak nieogrodniczego narzędzia jak bieżnia, niczym cień albo inny duch wsunął się Mundek.
- Et tu, Mundus, contra me? – łypnął srogo na najstarszą latorośl Jan, który (co zdradzamy Naszym Wymagającym Czytelnikom w najgłębszym sekrecie!) nie chcąc wyglądać przy żonie jak kompletny techniczny umysł czyli sakramencki nieuk, ukradkiem przeczesywał Wikipedię w poszukiwaniu co bardziej przydatnych w życiu cytatów i kuł je na pamięć – Wynocha! Przyjdzie i twoja kolej!
- Ojciec, skończ z napinką, bo ci gumka pęknie! To nie było tak, jak myślisz! Daj sobie wytłumaczyć…
- Nie dam! – wrzasnął Jan – Won mi stąd!
- Ciiicho, najdroższy… - słodki uśmiech Brygidy rozbroiłby nawet cztery bojowe głowice atomowe wraz z dwoma plutonami ciężkozbrojnej obslugi, a co dopiero jednego Jana, który na co dzień był wszakże człowiekiem łagodnym, więc pasja ogrodnicza rudowłosego mechanika stopniała jak masło na gorącej paelli.
- Niech będzie! – warknął dla zachowania twarzy, choć oczy same mu się śmiały na widok czarnowłosego Anioła Pokoju i nawet Maciek na bieżni uśmiechnął się do macochy ostatkiem sił, choć dymiło z niego coraz potężniej – Gadaj. Tylko szybko!
- I bez awantur, proszę. Żebym JA nie musiała przejąć funkcji trenera… - ostrzegła obu zupełnie serio Brygida.
- Ależ skarbie, czy jestem awanturnikiem? – próbował targować się Jan ale Mundek już zaczął relacjonować genezę i przebieg awantury w szatni. O dziwo, jego opowieść miejscami nawet zgadzała się z rzeczywistym rozwojem wydarzeń.
Jan poznał wreszcie nieomal prawdziwą prawdę o zagubionym garniturze, o planach ratunkowych uknutych przez spanikowanych oprychów oraz o dalszych powikłaniach zdrowotnych Maćka czyli o tubce ofiarowanej przez Kassandrę maści, która zamiast usunąć siniaki, przyprawiła młodszą latorośl rodu o kompletną demencję. Oraz o braku współuczestnictwa Mortimera Ćwira w rzekomym porwaniu garnituru z ciężarówki, w które to przestępstwo nasz bohater (jak pamiętamy lub nie) zresztą od razu wątpił.
- Wszystko przez ciebie, ojciec! – niestety, Mundek w finale przegiął, omal nie powodując kolejnej katastrofy – Gdybyś nie zafundował Maćkowi szlabanu, ten jołop mógł dalej latać na randki z chudym lachonem i nie zacząłby mnie naparzać w szatni!
- W zęby chcesz? – ryknął z bieżni inkryminowany jołop, zapominając o kompletnym wyczerpaniu forsownym treningiem.
- Coś ty powiedział? – ryknął równie głośno Jan - To przeze mnie wywalono was obu ze szkoły?
Zaległa głucha cisza. Nawet bieżna przestała zgrzytać. Z Maćka zadymiło jeszcze potężniej, Mundek rozłożył ręce, jakby próbując objąć ogrom koszmarnej niespodzianki.
- Hmm… taaak. Miałeś im to zakomunikować delikatnie, prawda? – westchnęła tylko Brygida.
- Nie wierzę… - jęknął Mundek
- Nie wierzysz własnemu ojcu? Czyj to numer? Waszego dyrektora! – Jan wyciągnął smartfon i podsunął pod mundkowy nos rejestr odebranych połączeń – Zostaliście usunięci. Obydwaj. Na amen. Z komentarzem, którego wstydzę się powtórzyć. I co teraz, panowie bojówkarze?
- O, nie! – zakwilił Maciek wznosząc oczy ku niebu w poszukiwaniu dowodów, że to tylko zły sen, po czym spadł z bieżni na ryj, co zresztą zapowiadał wcześniej.
Gdy zaś usłyszał, że od jutra ma zamieszkać u krewnych Brygidy w Oazie i tam skończyć liceum, wytrzeszczył oczy tak, że mogło mu to zostać już na zawsze.
- Spoko, brat! – nie wiadomo, czy perspektywa posiadania krewniaka z chronicznym wytrzeszczem aż tak wstrząsnęła Mundkiem, czy nasz charakterny nastolatek miał po prostu dobre serce, ale starsza latorośl nawet nie zająknęła, że jego spotkał nie lepszy los czyli wywalenie ze szkoły na sześć tygodni przed maturą – Nie zostawię cię. Będę przyjeżdżał do Oazy tak często, jak się da, a gdy Cass skończy szkołę, namówię ją, żeby wynajęła w Oazie pokój, znalazła jakąś pracę i czekała na ciebie… skoro uważasz, że bez niej jesteś jeszcze większym dupkiem, niż przy niej!
- Ale co z tobą? – zafrasował się Maciek, puszczając dupka mimo uszu, co dowodziło bezsprzecznie, że w grę wchodziły aż dwa dobre serca – Miałeś po maturze jechać do Mormońska szukać Mańki… albo pójść do szkoły wojskowej i zostać generałem… i co tam jeszcze planowałeś? Być najlepszym kreatorem mody w całej Simlandii... projektować garnitury i suknie dla elity...
- Pojadę za rok, gdy ciebie wyprowadzę na ludzi. Na Syberii matura niepotrzebna, a wojsko i moda… - zasępił się Mundek ale tylko na chwilę – W cywilu też są możliwości. Handel syberyjskimi futrami… albo lodem do lodówek turystycznych. Będę projektował najpiękniejsze na Syberii bałwany. Nie bój żaby, brat. Dam sobie radę.
I oba nie do końca przycięte pędy padły sobie serdecznie w ramiona ku zadowoleniu Jana i Brygidy. Bo to oznaczało kres domowych waśni – przynajmniej wśród młodszego pokolenia.
- Tylko ani słowa komukolwiek o naszych planach! – zastrzegł jeszcze Mundek, zezując w kierunku wapna czyli reprezentantów starszego pokolenia.
- A co to ja, papla jak Agatka? – i Maciek z namaszczeniem ucałował koniec własnego palca, co wśród młodzieży Wierzbowej Zatoczki było równoznaczne z wynegocjowaniem, podpisaniem i opieczętowaniem najbardziej skomplikowanego traktatu z kategorii „ściśle tajne łamane przez poufne, spalić przed przeczytaniem”.
- Więc wszystko wyjaśnione? – ucieszyła się Brygida – Możemy wreszcie zjeść kolację?
- Zjedz z ojcem i z Maćkiem, najdroższa. Z Mundkiem mam jeszcze do pogadania!
- Janie, czy naprawdę nie możesz… - zaczęła Brygida ale Jan pokręcił głową przecząco z taką stanowczością, że nasz czarnowłosy Anioł Miłosierdzia tylko westchnął i dał spokój, bo mądra kobieta doskonale wie, kiedy jednym uśmiechem zaprowadzi swojego mężczyznę za nos tam, gdzie zechce, a kiedy musi po prostu odczekać. Dwie albo trzy minuty.
- To ja lecę pod prysznic… - z ulgą stwierdził Maciek i czmychnął z miejsca kaźni ile sił w zmaltretowanych nogach, ciągnąc za sobą wielką zieloną chmurę.
Jednak jego mina w łazience świadczyła, że radość była udawana. Martwił się. O Mundka, pozostawionego na pastwę Jana? O swoją podłą egzystencję w Oazie, w oddaleniu od chudego lachona? Tego się nie dowiemy, ale znając naszego młodocianego bohatera możemy założyć z dużym prawdopodobieństwem, że martwił się o jedno i drugie naraz. Prawdopodobnie w równych proporcjach, skoro udało się wynegocjować kompromis między poczuciem braterskiej więzi i Pierwszą (A Może I Jedyną) Wielką Prawdziwą Miłością, jaka przytrafiła się Maćkowi w życiu.
Jan i Mundek zostali w siłowni sami. Bieżnia odetchnęła z ulgą, bo rudowłosy mechanik wyraźnie miał inny pomysł treningowy na starszą latorośl.
- Będziesz zdawał maturę eksternistycznie - oznajmił zdziczałemu pędowi bez wstępów, eufemizmów, owijania pnia w bawełnę czyli (nomen omen) zupełnie bez ogródek - Sam cię przygotuję z przedmiotów ścisłych, a dziadek i mama z całej reszty. A spróbuj nie zdać, to ukatrupię… Wyjmuj książki!
- Ksią… książki? – wyjąkał charakterny nastolatek
- Tak, książki. Podręczniki. Chyba miałeś coś takiego w ręku?
- No… miałem. Ale to Maciek jest kujonem i prymusem, nie ja. Mnie wystarczą tróje.
- Ale mnie nie. Masz zdać maturę dobrze. Rozumiesz? Dobrze albo wcale. Na czwórki. Bo jak nie, to…
- Wiem. Ukatrupisz… - burknął Mundek i z ciężkim westchnieniem wyjął pierwszy podręcznik, istotnie nie noszący cech nadmiernej eksploatacji przez użytkownika.
Oj, takiej burzy mózgów siłownia w domu Chrzanów-van Loose’ów jeszcze nie przeżyła. Dobrze, że ściany wytrzymały – i czaszka maltretowanego nastolatka także - pod naporem wiedzy, na siłę przetłaczanej z głowy Jana do skurczonych w panice zwojów mózgowych najstarszej latorośli.
- Jakie sześć do kwadratu? Jakie sześć do kwadratu? – bestialsko darł się nasz bohater, podczas gdy Mundek dygoczącymi palcami wystukiwał na kalkulatorze cyfry kolejnego piętrowego równania z czterema niewiadomymi i osiemnastoma zerami po przecinku – Podstaw arytmetyki też nie znasz? Coś ty robił przez te wszystkie lata w szkole? Oglądałeś w kiblu świerszczyki i nic więcej?
- Projektowałem dziewczynom sukienki na imprezy… - w głosie Mundka brzmiało lekkie wahanie, bo z tymi świerszczykami jednak było coś na rzeczy, ale naszemu rudowłosemu mechanikowi nie chodziło o realia, tylko o realizację programu szkolnego, który jak wiemy, z prawdziwym życiem ma niewiele wspólnego.
- Więc będą się miały w co ubrać na twój pogrzeb, jeśli nie opanujesz matematyki przynajmniej na czwórkę! Bo ukatrupię bez miłosierdzia!
Niestety, sprawdzian z królowej nauk był zaledwie preludium, obnażającym całą ignorancję Mundka w zakresie przedmiotów ścisłych.
- Ciało rzucone na łoże traci na oporze? A rzucone na dywanik traci bieliznę i stanik?– szalał w furii Jan, sprawdzając mundkową znajomość fizyki – To ma być prawo Ohma? Do jutra wyuczysz się wszystkich praw fizyki, od Newtona do Plancka! I masz z zamkniętymi oczami obliczać w trakcie spadania z 11 piętra prędkość, czas, siłę uderzenia o beton oraz datę własnego pogrzebu, ty matole! A jeśli usłyszę, że jednostką stałej obliczeniowej w fizyce jest żul razy sekundnik…
- …to ukatrupisz! – podpowiedział bez większego przejęcia Mundek – A niech tam, raz się umiera!
Dopiero przy powtórce z geografii Janowi ze zdumienia odebrało mowę. Zrobił karpia, który z powodzeniem wystarczyłby na wszystkie wigilijne dania dla powiększonej rodziny Chrzanów-van Loose’ów.
- Największe rzeki Syberii to Ob, Jenisej, Lena, Angara, Irtysz, Jana, Indygirka i Kołyma – recytował Mundek nawet nie zerkając do podręcznika - Największe jeziora to Bajkał i Tajmyr. Spośród miast najszybciej rozwijał się Tobolsk, Jenisejsk i Irkuck. Największe doroczne jarmarki syberyjskie odbywały się w Irbicie i Mormońsku…
- Widzisz, jak chcesz to umiesz opanować materiał! – Jan próbował przystopować syberyjski słowotok Mundka, ale charakterny nastolatek wyraźnie wpadł w trans.
- Główne bogactwa naturalne to złoto, platyna, aluminium, diamenty, wolfram, żelazo, miedź… Do rozwoju Syberii przyczynili się głównie zesłańcy, wśród których było wielu badaczy i naukowców… W dwudziestym wieku zaczęto na skalę przemysłową wydobywać surowce mineralne w Norylsku, Mirnym i Magnitogorsku, wybudowano elektrownie wodne na Jeniseju i Angarze…
- …oraz instytucje kultury, jak filharmonie i teatry… Zapomniałeś o wpływie kultury na rozwój społeczny, wnuku! – Bernard, który niepostrzeżenie pojawił się obok Jana, znacząco uniósł palec w górę – A to duży błąd…
- No widzisz, geografię znasz jako tako ale musisz jeszcze uzupełnić materiał! – ucieszył się Jan, nie wiadomo czy z przerwy w syberioznawczej perorze Mundka, czy po prostu tak dla zasady – Rozwój społeczny to… tego… ważna dziedzina geografii…
- A kto mówił, że na Syberii do filharmonii powinny chodzić tylko polarne niedźwiedzie?
- Ja tak mówiłem? – zdumiał się Bernard
- A kto? Bo na koncercie wygwizdali twojego przyjaciela Emila… Nie pamiętasz, grandpa? A potem gonili was do samego hotelu, żądając zwrotu pieniędzy za bilety! I do północy krzyczeli pod oknami, że jak ktoś ma cienki głos jak z zadka włos, powinien śpiewać w damskim chórze albo w burdelu dla eunuchów!
- To… to nie przeszkadzajcie sobie. Pójdę pomóc w lekcjach Agatce! – poddał się Bernard i jako stary taktyk pośpiesznie zrejterował na dół.
- Wystarczy na dzisiaj – oznajmił natychmiast Jan, któremu geograficzny popis Mundka wydmuchał z żagla cały pedagogiczny wiatr – Od jutra będziesz po sześć godzin dziennie uzupełniał materiał. Przypilnujemy wszyscy… i przepytamy cię bardzo starannie!
- Od jutra będę ukatrupiony! – burknął Mundek, któremu zapał ojca do samokształcenia zupełnie, ale to zupełnie nie chciał się udzielić – Prawa fizyki i sru na beton.
- Pochowam cię jak należy! – obiecał Jan w przypływie wspaniałomyślności – Zamówię nowy garnitur. Wolisz niebieski czy szary?
Po czym i on opuścił siłownię, pozostawiając charakternego nastolatka, posępnie wgapiającego się w podręcznik.
Ponieważ to jeszcze nie jest koniec wieczoru po czwartym weselu, a informatyk odzyskujący zeżarte fotki okazał się GENIUSZEM, uśmiechając się sadystycznie zapowiadamy Wielce Wymagającym Czytelnikom, że ciąg dalszy nastąpi.
Kiedy?
Jak będą w Polsce Szwedy.
(To była drobna próbka sadyzmu z lat dzieciństwa Emila - tak odpowiadały niektóre nauczycielki i mniej wyrozumiali domownicy na jego nieskończoną litanię pytań o świat, cukierki i terminy klasówek).
Jedno pewne - wyjaśniona zostanie wreszcie tajemnica noży na szybie, oczywiście z użyciem zdań złożonych podwójnie, potrójnie, wzdłuż i w poprzek.
No nareszcie! Powrócił! Witam bardzo serdecznie!
Tfurca miał rację co do pomięci Agnieszki - krótka jest.
Sposób wychowawczy Jana dosyć męczący jest. W jeden wieczór Mundek ma nadrobić 4 lata świerszczyków w kibelku? Zdaniem moim (czyli lenia patentowanego za czasów szkolnych) niewykonalne. Ale ciężko mają chłopaki - owszem swoje za uszami mają, ale o rodzinę się troszczą a tu z każdej strony po łbie dostają. I to w zasadzie nie ze swojej winy...
No, nareszcie słuszna porcja dobrej literatury, czyli zdań podwójnie, poczwórnie i w poprzek złożonych. Krótkich i długich naprzemiennie A tak serio - stęskniliśmy się za twoją opowieścią...
- Wiedza geograficzna Mundka jest powalająca! I przypomniała mi metody pewnej "geograficy", która wymagała wykucia na pamięć np linii brzegowej Ameryki Południowej... Do dziś pamiętam, gdzie leży jezioro Maracaibo, chociaż ta wiedza w życiu do niczego prócz krzyżówek nie była mi potrzebna. Tak jak świadomość, że istnieje kwas deoksyrybonukleinowy, kiedyś zwany dezoksyrybonukleinowym. I bez tej wiedzy przekazałabym potomstwu swoją cząsteczkę DNA :P
Będę czekać z zapartym tchem na rozwiązanie złowieszczej tajemnicy dźwiękochłonnych ścian, morderczej ozdoby ścienno-okiennej, a także tajemnicy rozmnażania zawartości portfela, czy też konta w banku rudowłosego acz romantycznego niedoszłego ogrodnika Może wyciągniesz tę tajemnicę z Jana, z pożytkiem dla pt czytelników?
Komentarz
- A ty w międzyczasie zajrzyj do mojego wiktoriańskiego światka - śliczne tapetki tam są! I wyobraź sobie - trafiłam na Margierytkowe z dwójki! I przyszło mi do głowy, że skoro dwójkę tak łatwo można konwertować do czwórki, może pokusisz się na skonwertowanie przeeeeeeślicznych dwójkowych tapet z Komosims? Wiem, że potrafiłabyś... Pliiiz!
-
tapetki z Komo
http://www.spring4sims.com/2008/10/19-victorian-brick-walls-by-komosims/
*zagląda nieśmiało do kącika*
- kurz i pajęczyny! kto to widział!? tak się zapuścić! *zdecydowanie rozgląda się wokoło i bierze miotełkę zamiatajkę*
- trzeba tu trochę odkurzyć i przewietrzyć! *dziarsko otwiera wielgachne okna na oścież i wymiata pajęczyny spod fotela*
- no teraz lepiej *mruczy pod nosem skrobiąc coś na niewielkiej karteczce, którą kładzie na biurku i przyciska lampą, żeby nie odfrunęła*
"Drogi Emilu żyjesz? co u Państwa Chrzanów, jak im tam idzie, rodzina się powiększyła? daj znaka, może być świetlny lub dymny z pozdrowieniami funka"
cayrees.tumblr.com
Origin ID Cayrees
Jeśli przeżyję do czwartku, to dokończę i wkleję. Na razie wystarcza mi tylko czasu, by wpaść co kilka dni na forum i zobaczyć, co się dzieje.
Odcinek XXIV
CZWARTE WESELE Wieczór (c.d.)
I. Blondyn wieczorową porą
Zanim Jan dźwignął się z łoża negocjacji, gdzie ustalali z czarnowłosą rozjemczynią dalszy tryb postępowania z draniami, Brygida wesolutka jak szczygiełek już przygotowywała na kolację wspaniałą paellę ze szpinakiem.
- Gdzie ona nauczyła się tak gotować? – przemknęło przez myśl naszemu rudowłosemu mechanikowi, gdy patrzył na żonę żonglującą jednocześnie deską do krojenia warzyw, dwoma nożami i ciężką, żeliwną patelnią – W gastronomii przecież nie pracowała, wiedziałbym o tym!
Ale proste zapytanie Brygidy o sekret jej wyjątkowego opanowania umiejętności kucharskich w grę, niestety, nie wchodziło. Jan musiałby w rewanżu przyznać się, gdzie naprawdę pracuje i dlaczego jego konto bankowe wydaje się niewyczerpane… a tego chciał uniknąć. Póki mógł.
- Twoja mama doskonale gotuje! – oznajmił synkowi Brygidy, który szczęśliwy niczym norka po zabawach w rakiecie zmierzał właśnie w głąb domu – Czujesz ten zapach?
Zagadnięty znienacka malec zesztywniał, jakby połknął wyjątkowo kolczasty kij.
- No… - potwierdził po namyśle i pociągnął noskiem – Paella. Szkoda, że ze szpinakiem, zamiast z papryką i grzybami. Ale mamusia mówi, że szpinak zdrowszy.
- Ma rację! Jest znacznie zdrowszy – przyznał pedagogicznie nasz rudowłosy bohater, chociaż sam także wolałby na kolację paprykę i grzyby… a jeszcze chętniej samą kucharkę – Gdzie się mamusia nauczyła tak świetnie gotować, nie wiesz?
- Wiem. Od babci Eleonory. Tej co zgasła, jak mówi dziadek… chociaż nie rozumiem, o co chodzi z tym zgaśnięciem. Przecież to była babcia, nie telewizor!
- To takie staroświeckie powiedzenie, synku. Zgasła czyli odeszła z tego świata… umarła. Rozumiesz?
- Staroświeckie jak dziadek? No, rozumiem… proszę pana.
- Dlaczego mówisz do mnie „proszę pana”? – zdumiał się Jan
- A bo ja już nic nie wiem! – wybuchnął malec, wreszcie wyrzucając z siebie ogrom frustracji, towarzyszącej połączeniu rodzin – Raz jestem czyimś bratem, a za chwilę już nie jestem. To chcą ze mną gadać, to nie chcą i odpędzają jak psa. Agatka pierwsza pcha się do rakiety, a ja nie mogę nawet okiem mrugnąć, bo się jaśnie pani pilotka obrazi! I jeszcze karmię te jej żabska… i sprzątam pokój jak jakiś służący!
- Ożeniłem się z twoją mamusią, więc jesteś moim trzecim synkiem. Proszę pana mówi się do obcych! – Jan zanotował sobie w pamięci, by porozmawiać z Agatką o obowiązkach hodowcy żab oraz o utrzymanie porządku w dziecięcym pokoju, ale malec już się rozpędził.
- Wszyscy traktują mnie jak piąte koło u wozu! Mamusia albo gotuje, albo ćwiczy na bieżni, albo siedzi w waszej sypialni i nawet nosa nie wytknie! Dziadek tylko maluje i kaszle coraz gorzej. A jego obrazy? Takiego jednego czarnego aż się sam wystraszyłem! Już wolałem, kiedy całymi nocami grał te swoje uwertury. Przykrywałem uszy poduszką i zupełnie mi nie przeszkadzało!
Nasz rudowłosy mechanik próbował powiedzieć małemu, że nie tylko w rodzinie van Loose’ów pozmieniało się praktycznie wszystko, ale łobuziak powstrzymał go stanowczym gestem i pędził dalej, wyraźnie mając w nosie ogólnie przyjęte reguły asertywności oraz poprawne do zerzygu zasady komunikacji społecznej.
- Ja wiedziałem, że po przeprowadzce będzie inaczej! Ale myślałem, że lepiej, a jest… no, okropnie! Chciałem się przenieść do pokoju chłopaków - nie pozwolili. W szkole posadzili mnie w jednej ławce z Agatką, bo nasza wychowawczyni myśli, że pozwolę jej od siebie ściągać na klasówkach. Taki obciach, z dziewczyną w jednej ławce! Cała szkoła rży z radochy! Dostałem dzisiaj szóstkę z rysunków za samolocik i kto mnie pochwalił? Nikt! Nawet mamusia ledwie spojrzała, bo miała ważniejsze zajęcia…
Jan pochylił się i przyjrzał buzi małego. Nie wyrażała gniewu, raczej żal do świata, który wypuszcza dzieci na głębokie wody i nie daje im do ręki żadnego kompasu, umożliwiającego dopłynięcie do stabilnego i trwałego skrawka lądu. Na którym można bezpiecznie postawić nogę i nie bać się, że pierwsza fala zmyje cię do wody jak niepotrzebny własnej rodzinie balast i porwie w groźne odmęty życia między obcymi ludźmi.
- Rozumiem, że ci ciężko, synku – nasz bohater serdecznie ujął łobuziaka za ramiona ale buzia małego pozostała smutna i poważna – Ale zobaczysz, wszystko się ułoży…
- Taaa… Ułoży się. W trumnie. Jak babcia Eleonora! – burknął Ivo i Jan pomyślał, że jednak z dziewczynkami jest łatwiej, przynajmniej dopóki nie wyrosną z wieku Agatki.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie i zapamiętaj trzy rzeczy – nasz rudowłosy bohater wystawił przed siebie odpowiednią ilość palców i ad hoc sformułował podstawowe zasady nowej struktury organizacyjnej rodziny – Po pierwsze, jesteś i zawsze będziesz moim synkiem, bo ożeniłem się z twoją mamusią z Wielkiej Prawdziwej Miłości i pozostaniemy razem do końca życia. Po drugie, Agatka jest dobrą dziewczynką, ale strzela fochy. Jak każda kobieta. Więc jeśli ci każe wyręczać się w obowiązkach, jak karmienie żab czy sprzątanie własnego bałaganu, po prostu powiedz jej to, co mnie. Że nie jesteś niczyim służącym, a lokaja póki co zatrudniać nie będziemy. A po trzecie…
- Chwila moment… tato. Ta druga rzecz… Więc mogę powiedzieć Agatce, żeby się wypchała własnymi żabami albo ubraniami i nie będziesz się gniewał ani skarżył do mamusi?
- Przed mamusią nigdy nie będę na ciebie skarżył, synku! Jeśli coś przeskrobiesz, załatwimy to jak mężczyźni, między sobą.
- Jak z Mundkiem i z Maćkiem? Ekstra! – uradował się Ivo i Jan pomyślał, że bycie jedynakiem, oczkiem w głowie mamy i dziadka musiało małemu mocno doskwierać – Bo ja właśnie coś… no, spsociłem. Na razie nikt nie zauważył, ale pewnie się wyda...
- Co spsociłeś? – zachęcił go Jan życzliwie
- Przestroiłem telewizor. Bo brat Mundek bez przerwy ogląda jakieś filmy o Syberii na National Geografic, a po co się w kółko gapić na śnieg? Więc zamieniłem kanał na Telezakupy Mamgo Tamgo Gdziemamgo. Sprzedają pampersy i worki do cewników… Już widzę minę brata Mundka!
- Ja też! – nasz rudowłosy bohater bardzo niepedagogicznie zachichotał – To wszystko?
- No… niezupełnie… - zawahał się Ivo – Ale tego drugiego nikt nie widział, więc się chyba nie liczy?
- To zależy. Mów!
- Bo wiesz, tatusiu… Ten głupi Olek Ćwir przechwalał się w szkole, że wybudowali sobie basen jako pierwsi w całej Wierzbowej Zatoczce. Zadzierał nosa aż pod sufit. No to się podkradłem przez mur i obejrzałem to cudo… Malutki ten basenik, ponury całkiem jak tata Olka…
…i… i… Ale my też będziemy mieli basen, prawda? – mały spróbował zmienić temat, nagle przerażony wagą tego, co miał wyjawić – Bo i Oprychowie budują, i Kawkowie … i wszyscy. A państwo Laangraab zamówili nawet u takiego znanego architekta Delsa całą pływalnię z siłownią i odnową biologiczną!
- Kiedyś na pewno będziemy mieli, synku! I też zamówimy projekt u jakiejś sławy, u Kruliha czy Pierwszych Dam Architektury, Danuty, Kamelii, Cyryi czy innej wizjonerki. Ale teraz mamy niewielką działkę. Nawet porządnego ogrodu nie da się założyć, mamy tylko donice przed domem. Chyba… chyba, że zlikwidujemy wasz pojazd kosmiczny. Wtedy owszem, jakiś niewielki basen na pewno się zmieści.
- To nie. Trudno! – zdecydował bohatersko Ivo – Agatka by się zapłakała na śmierć, gdyby zabrać jej rakietę. Podobno miasto ma wybudować Aquapark na Pięknych Bagnach. Mogę chodzić tam… jeśli pozwolicie, ty i mamusia.
- Będziemy chodzić wszyscy – obiecał Jan, szczerze ujęty troską łobuziaka o dobre samopoczucie jego własnej prześladowczyni – W każdą niedzielę. Mamusia przygotuje prowiant i urządzimy sobie mnóstwo pięknych rodzinnych pikników! Ale powiedz wreszcie, co spsociłeś na basenie Ćwirów?
- Nasiusiałem do wody… - wyznał Ivo prosto w ucho Jana - I jeszcze wrzuciłem dwie żaby, które złapałem w drodze ze szkoły. Tej wirującej kwiatowej było mi trochę szkoda, Agatka bardzo chciała ją mieć, ale na pewno złapię drugą. A potem zobaczyłem skunksa pod furtką… i wpuściłem go na podwórko. Więcej już nic nie mogłem wymyślić, bo skunks obsikał cały basen i smród był nie do wtrzymania... No to wróciłem do domu i odrobiłem lekcje.
- Całkiem nieźle! – teraz Jan naprawdę nie mógł powstrzymać śmiechu, choć wiedział, że sam sobie robi krecią robotę wychowawczą – Dobrze, że nie miałeś przy sobie żadnego żrącego płynu, bo skończyłbyś w poprawczaku!
- No przecież mówiłem, nikt nie widział! – obruszył się mały – Ulica była pusta, w oknach nikogo… Sprawdziłem teren, zanim przelazłem przez mur! Taki głupi to ja nie jestem… tatusiu!
- Wiem, synku! Jesteś mądrym i myślącym chłopaczkiem… tylko czasem impulsywnym. Twój miś miał znowu oderwaną łapkę, którą przyszyłeś strasznie koślawym ściegiem, prawda?
- Nie, to Agatka przyszyła… żebyś się nie gniewał… - zaczął niepewnie Ivo ale Jan przytulił go serdecznie, ucinając tłumaczenia.
Tym razem buzia małego wyrażała bezgraniczne szczęście. Znalazł swoje miejsce w powiększonym gronie rodziny van Loose’ów-Chrzanów przynajmniej do momentu, gdy maksisy nie naprawią bugu z nazwiskami małżomlów i Wasz Uniżony Tfurca będzie mógł ustalić precyzyjnie, kto przynależy do jednej, a kto do drugiej familii.
Ale znając życie sądzimy, że nastąpi to w wiele lat po ukończeniu naszej opowieści.
II. Dwaj rudzi wieczorową porą
- Kolacja gotowa! – zawołała z kuchni Brygida – Siadajmy do stołu!
- Zjedz z ojcem i z dzieciakami, najdroższa… - Jan skusił się tylko na przedkolacyjny aperitiff czyli czule pocałował ślubną mistrzynię rondla – Ja muszę się wreszcie porachować z draniami!
- Zrobisz to po kolacji… - zasugerowała Brygida ale nasz bohater z uporem potrząsnął głową.
- Jak Maciek się naje, cały efekt diabli wezmą. Znowu przyłoży Mundkowi, gdy tylko spuszczę go z oka. Temat trzeba załatwić raz na zawsze, ukochana. Wystarczy nam kłopotów na zewnątrz, w domu musimy się trzymać jak jeden oddział bojowy…
- Ja też zjem później! – zawołał Bernard ze swojego pokoju – Właśnie zacząłem malować!
Istotnie, przymierzał się do produkcji kolejnego arcydzieła czyli portretu zbiorowego, który miał porazić perfidne gnomy z poddasza mocą zardzewiałych szpilek woodoo i starannie wymierzał palcami proporcje ich twarzy czyli wrednych gnomich mord.
Otwierając drzwi do pokoju chłopaków Jan z zadowoleniem spostrzegł, że przestali się na siebie boczyć i nawet prowadzą ożywioną rozmowę. Nie wyglądało to na ustalanie wspólnej strategii obronnej, a bardziej na dyskusję o czym? Rzecz jasna, o dziewczynach.
- Więc mówisz, że Kaśka nie różni się od innych lachonów? – pytał Maciek spokojnie, choć wysunięta do przodu szczęka wskazywała, że lada moment może się rozpętać kolejne piekło – A co, jeżeli się różni? No, wiem że chuda… ale ma piękne oczy! I kocha mnie!
- Prędzej mi kaktus wyrośnie, jeśli jakakolwiek baba przetrwa z miłością dłużej niż miesiąc… - Mundek precyzyjnie pokazał bratu miejsce kiełkowania kaktusa na własnej dłoni ale na widok Jana pośpiesznie schował ręce za siebie.
- O babskim ogrodnictwie potem! – uciął srogo nasz bohater – Najpierw pokażę wam obydwóm, jak się przycina zdziczałe pędy. Maciek, za mną!
- Ojciec, to nie tak, jak myślisz! – zaprotestował charakterny Mundek ale Jan już zamknął drzwi i powlókł struchlałego Maćka na górę do siłowni.
- Na bieżnię! – zakomenderował srogo, ustawiając suwak na maksymalne tempo – Najpierw sprawdzimy, ile sił zużyłeś na bójki! Ruchy! Ostro! Raz, raz, raz, raz!
- Fater… padnę… - ośmielił się jęknąć przycinany pęd rodu Chrzanów ale Jan miał dzisiaj dla zdziczałych odrośli wyjątkowo kamienne serce.
- To padniesz! Nie będziesz mi dłużej przynosił wstydu!
- Fater… Płuca… mi… pękną… - dyszał nieszczęśnik w tych rzadkich chwilach, gdy udawało mu się złapać dodatkowy haust powietrza – Zaraz… skonam…
- Ja po tobie płakać nie będę! Ruchy! Tempo! Raz, dwa! Jeśli przeżyjesz, odechce ci się bójek w szkole!
- Lecę… na ryj… Fater, nie…
Taśma bieżni zgrzytała, jakby także wyrażała sprzeciw wobec okrucieństwa naszego bohatera. Zanim jednak Maciek padł zgodnie z zapowiedzią na twarz, w siłowni niczym czarnowłosy Anioł Miłosierdzia pojawiła się Brygida.
- Dlaczego tak się znęcasz nad biedakiem? – udała zdziwienie i zanim Jan zdążył zaprotestować, przesunęła suwak na rozsądne tempo – Zaraz dostanie zawału…
(Ciąg dalszy nastąpi, gdy informatyk udostępni Waszemu Uniżonemu Tfurcy kolejne fotki z tego pamiętnego wieczoru).
"(...) Więc mówisz, że Kaśka nie różni się od innych lachonów? " - rozmowa chłopaków nie mniej ciekawa i bezpośrednia
Świetnie wykorzystałeś fotki mimo zawału gry.
Rudowlosy mechanik jest wzruszajacy jako ojciec zastepczy dla Aniolka i moglby byc przykladem dla ojczymow z realu, ktorzy w wielu wypadkach nie sa szczesliwi, gdy cudze meskie geny petaja im sie pod nogami.
Przeganianie zas syna po biezni w ramach kary moze zaskutkowac awersja do sportu na cale zycie
Dobrze że wróciłeś z opowiadaniem, mam wielki apetyt na zdania podwójnie złożone, może po ostatniej lekturze Kinga
Niechaj Ci pan informatyk jak najszybciej system naprawi i działaj dalej.
Mam wrażenie że czegokolwiek się Brygida nie dotknie to dobrze jej to wychodzi. Wiem... ona tak na prawdę jest facetem, wy zawsze tak o sobie myślicie, mistrzowie bez wad
- {...} o co chodzi z tym zgaśnięciem. Przecież to była babcia, nie telewizor!
- HAHH HAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!
Ivo nie ma łatwo. Jest jak włos w zupie, oni to zupa a on zbędne owłosienie...no i ...d no i nic właśnie.
- Telezakupy Mamgo Tamgo Gdziemamgo?
- AŁA! MÓJ PĘCHERZ! HAHAH!
O wow! To jest pomysł, zamówić dom u projektantów! No że też na to nie wpadłam ! HAHAH!
Ivo nie martw się! Ty nasikałeś do basenu! Ja jak byłam mała i mnie brat wkurzył to nasikałam mu do oranżady! Do dziś pamięta mój wyraz twarzy gdy ją pił, myślał że mu zazdroszczę
I dobrze! Ćwiczyć ostro tych leni, jak w domu się porządkami nie zajmują to przynajmniej niech jakieś ładne dziewuchy łapią na randkach, a do tego potrzebna jest uroda Vimesów! Na klacie krata i sims wymiata!
Nie wiem dlaczego - zawsze wzruszasz mnie tym małym Ivo...
Jestem właśnie po obejrzeniu przygód Mikołajka. Filmowa wersja nie dorasta do pięt książkowej, ale i tak się uśmiałam do łez. Ivo w jakiś sposób kojarzy mi się z tym grzecznym, ułożonym chłopczykiem, któremu zawsze coś wychodziło na opak, wbrew intencjom...
Ale jak zwykle - czekam na pełne humoru opisy poczynań Agatki - mojej ulubienicy
http://ktosiksims.tumblr.com
Dorosłymi bohaterami naszej sagi są: rudowłosy mechanik Jan, najbardziej pożądana w Wierzbowej Zatoczce, acz pełna tajemnic flirciara Brygida oraz jej ojciec, emerytowany muzyk Bernard van Loose, naturalizowany Holender, bez umiaru wracający wspomnieniami do przedwcześnie zgasłej żony Eleonory. Młodsze pokolenie reprezentują: charakterny nastolatek Mundek, czołowy elegant miasteczka, porzucony przez niejaką Mańkę Bezbzikównę, jego młodszy brat Maciek, któremu niedawno w dość dramatycznych okolicznościach skradła serce panna Kassandra Ćwir czyli chudy lachon bez biustu, prywatnie córka Mortimera Ćwira, a także chuligan Ivo, nałogowo urywający łapki pluszowym maskotkom oraz Agatka, przyszły As Kosmosu i ulubienica większości naszych Wielce Wymagających Czytelników. O drobiażdżkach typu świerszczyki za sedesem, grzebuszki pasiaste w kanapkach Agatki, dziwne zniknięcia Brygidy i szeroki gest Jana w zakupie i urządzaniu kolejnych domów wspominać nie warto, żeby nasi niektórzy Wielce Wymagający Czytelnicy nie zapomnieli streszczenia, nim jeszcze doczytają je do końca.
Przy czwartym podejściu dwójce naszych dorosłych bohaterów udało się wreszcie zawrzeć związek małżeński i aktualnie rodzina ustala zasady wspólnej egzystencji. Jan i Brygida muszą się zmierzyć z wieloma nieoczekiwanymi acz przykrymi wydarzeniami, od spisku gnomów po wyrzucenie starszych chłopaków z Elitarnego Liceum Fundacji Langraaba w Wierzbowej Zatoczce. Wokół domu kręcą się podejrzani brygadziści remontowi z firmy „Szepty i Krzyki”, ulice patroluje sponsorowany przez Mortimera Ćwira Komitet Obrony Moralności Młodzieży, na kuchennej szybie nie wiadomo skąd pojawiła się irytująca (niektórych) ozdoba w postaci noży… Na najbliższy skwerek strach wyjść, bo natychmiast wkraczają do akcji klony Jana i Brygidy, mający jakieś niecne zamysły i powołujące się na Cecylię Renatę Chrzan oraz jej rzekomego męża, astronautę o nazwisku Meteor Fyooteck, o którym nasz bohater nigdy nie słyszał… W dodatku świeżo zaobrączkowani bohaterowie mają własne tajemnice, a to zawodowe, a to finansowe, a to… kto wie jakie jeszcze tajemnice kryje podwójna (od dzisiaj) rodzina Chrzanów-van Loose’ów?
A teraz - ad rem!
Ciąg dalszy odcinka XXIV
CZWARTE WESELE Wieczór
Za Brygidą – co zapewne jeszcze nasi WW Czytelnicy pamiętają, choć Tfurca nie ręczy w tym względzie za Agnieszkę – gdy nasza bohaterka bez pardonu przerwała Mężczyźnie Swojego Życia przycinanie zdziczałego pędu z wykorzystaniem tak nieogrodniczego narzędzia jak bieżnia, niczym cień albo inny duch wsunął się Mundek.
- Et tu, Mundus, contra me? – łypnął srogo na najstarszą latorośl Jan, który (co zdradzamy Naszym Wymagającym Czytelnikom w najgłębszym sekrecie!) nie chcąc wyglądać przy żonie jak kompletny techniczny umysł czyli sakramencki nieuk, ukradkiem przeczesywał Wikipedię w poszukiwaniu co bardziej przydatnych w życiu cytatów i kuł je na pamięć – Wynocha! Przyjdzie i twoja kolej!
- Ojciec, skończ z napinką, bo ci gumka pęknie! To nie było tak, jak myślisz! Daj sobie wytłumaczyć…
- Nie dam! – wrzasnął Jan – Won mi stąd!
- Ciiicho, najdroższy… - słodki uśmiech Brygidy rozbroiłby nawet cztery bojowe głowice atomowe wraz z dwoma plutonami ciężkozbrojnej obslugi, a co dopiero jednego Jana, który na co dzień był wszakże człowiekiem łagodnym, więc pasja ogrodnicza rudowłosego mechanika stopniała jak masło na gorącej paelli.
- Niech będzie! – warknął dla zachowania twarzy, choć oczy same mu się śmiały na widok czarnowłosego Anioła Pokoju i nawet Maciek na bieżni uśmiechnął się do macochy ostatkiem sił, choć dymiło z niego coraz potężniej – Gadaj. Tylko szybko!
- I bez awantur, proszę. Żebym JA nie musiała przejąć funkcji trenera… - ostrzegła obu zupełnie serio Brygida.
- Ależ skarbie, czy jestem awanturnikiem? – próbował targować się Jan ale Mundek już zaczął relacjonować genezę i przebieg awantury w szatni. O dziwo, jego opowieść miejscami nawet zgadzała się z rzeczywistym rozwojem wydarzeń.
Jan poznał wreszcie nieomal prawdziwą prawdę o zagubionym garniturze, o planach ratunkowych uknutych przez spanikowanych oprychów oraz o dalszych powikłaniach zdrowotnych Maćka czyli o tubce ofiarowanej przez Kassandrę maści, która zamiast usunąć siniaki, przyprawiła młodszą latorośl rodu o kompletną demencję. Oraz o braku współuczestnictwa Mortimera Ćwira w rzekomym porwaniu garnituru z ciężarówki, w które to przestępstwo nasz bohater (jak pamiętamy lub nie) zresztą od razu wątpił.
- Wszystko przez ciebie, ojciec! – niestety, Mundek w finale przegiął, omal nie powodując kolejnej katastrofy – Gdybyś nie zafundował Maćkowi szlabanu, ten jołop mógł dalej latać na randki z chudym lachonem i nie zacząłby mnie naparzać w szatni!
- W zęby chcesz? – ryknął z bieżni inkryminowany jołop, zapominając o kompletnym wyczerpaniu forsownym treningiem.
- Coś ty powiedział? – ryknął równie głośno Jan - To przeze mnie wywalono was obu ze szkoły?
Zaległa głucha cisza. Nawet bieżna przestała zgrzytać. Z Maćka zadymiło jeszcze potężniej, Mundek rozłożył ręce, jakby próbując objąć ogrom koszmarnej niespodzianki.
- Hmm… taaak. Miałeś im to zakomunikować delikatnie, prawda? – westchnęła tylko Brygida.
- Nie wierzę… - jęknął Mundek
- Nie wierzysz własnemu ojcu? Czyj to numer? Waszego dyrektora! – Jan wyciągnął smartfon i podsunął pod mundkowy nos rejestr odebranych połączeń – Zostaliście usunięci. Obydwaj. Na amen. Z komentarzem, którego wstydzę się powtórzyć. I co teraz, panowie bojówkarze?
- O, nie! – zakwilił Maciek wznosząc oczy ku niebu w poszukiwaniu dowodów, że to tylko zły sen, po czym spadł z bieżni na ryj, co zresztą zapowiadał wcześniej.
Gdy zaś usłyszał, że od jutra ma zamieszkać u krewnych Brygidy w Oazie i tam skończyć liceum, wytrzeszczył oczy tak, że mogło mu to zostać już na zawsze.
- Spoko, brat! – nie wiadomo, czy perspektywa posiadania krewniaka z chronicznym wytrzeszczem aż tak wstrząsnęła Mundkiem, czy nasz charakterny nastolatek miał po prostu dobre serce, ale starsza latorośl nawet nie zająknęła, że jego spotkał nie lepszy los czyli wywalenie ze szkoły na sześć tygodni przed maturą – Nie zostawię cię. Będę przyjeżdżał do Oazy tak często, jak się da, a gdy Cass skończy szkołę, namówię ją, żeby wynajęła w Oazie pokój, znalazła jakąś pracę i czekała na ciebie… skoro uważasz, że bez niej jesteś jeszcze większym dupkiem, niż przy niej!
- Ale co z tobą? – zafrasował się Maciek, puszczając dupka mimo uszu, co dowodziło bezsprzecznie, że w grę wchodziły aż dwa dobre serca – Miałeś po maturze jechać do Mormońska szukać Mańki… albo pójść do szkoły wojskowej i zostać generałem… i co tam jeszcze planowałeś? Być najlepszym kreatorem mody w całej Simlandii... projektować garnitury i suknie dla elity...
- Pojadę za rok, gdy ciebie wyprowadzę na ludzi. Na Syberii matura niepotrzebna, a wojsko i moda… - zasępił się Mundek ale tylko na chwilę – W cywilu też są możliwości. Handel syberyjskimi futrami… albo lodem do lodówek turystycznych. Będę projektował najpiękniejsze na Syberii bałwany. Nie bój żaby, brat. Dam sobie radę.
I oba nie do końca przycięte pędy padły sobie serdecznie w ramiona ku zadowoleniu Jana i Brygidy. Bo to oznaczało kres domowych waśni – przynajmniej wśród młodszego pokolenia.
- Tylko ani słowa komukolwiek o naszych planach! – zastrzegł jeszcze Mundek, zezując w kierunku wapna czyli reprezentantów starszego pokolenia.
- A co to ja, papla jak Agatka? – i Maciek z namaszczeniem ucałował koniec własnego palca, co wśród młodzieży Wierzbowej Zatoczki było równoznaczne z wynegocjowaniem, podpisaniem i opieczętowaniem najbardziej skomplikowanego traktatu z kategorii „ściśle tajne łamane przez poufne, spalić przed przeczytaniem”.
- Więc wszystko wyjaśnione? – ucieszyła się Brygida – Możemy wreszcie zjeść kolację?
- Zjedz z ojcem i z Maćkiem, najdroższa. Z Mundkiem mam jeszcze do pogadania!
- Janie, czy naprawdę nie możesz… - zaczęła Brygida ale Jan pokręcił głową przecząco z taką stanowczością, że nasz czarnowłosy Anioł Miłosierdzia tylko westchnął i dał spokój, bo mądra kobieta doskonale wie, kiedy jednym uśmiechem zaprowadzi swojego mężczyznę za nos tam, gdzie zechce, a kiedy musi po prostu odczekać. Dwie albo trzy minuty.
- To ja lecę pod prysznic… - z ulgą stwierdził Maciek i czmychnął z miejsca kaźni ile sił w zmaltretowanych nogach, ciągnąc za sobą wielką zieloną chmurę.
Jednak jego mina w łazience świadczyła, że radość była udawana. Martwił się. O Mundka, pozostawionego na pastwę Jana? O swoją podłą egzystencję w Oazie, w oddaleniu od chudego lachona? Tego się nie dowiemy, ale znając naszego młodocianego bohatera możemy założyć z dużym prawdopodobieństwem, że martwił się o jedno i drugie naraz. Prawdopodobnie w równych proporcjach, skoro udało się wynegocjować kompromis między poczuciem braterskiej więzi i Pierwszą (A Może I Jedyną) Wielką Prawdziwą Miłością, jaka przytrafiła się Maćkowi w życiu.
Jan i Mundek zostali w siłowni sami. Bieżnia odetchnęła z ulgą, bo rudowłosy mechanik wyraźnie miał inny pomysł treningowy na starszą latorośl.
- Będziesz zdawał maturę eksternistycznie - oznajmił zdziczałemu pędowi bez wstępów, eufemizmów, owijania pnia w bawełnę czyli (nomen omen) zupełnie bez ogródek - Sam cię przygotuję z przedmiotów ścisłych, a dziadek i mama z całej reszty. A spróbuj nie zdać, to ukatrupię… Wyjmuj książki!
- Ksią… książki? – wyjąkał charakterny nastolatek
- Tak, książki. Podręczniki. Chyba miałeś coś takiego w ręku?
- No… miałem. Ale to Maciek jest kujonem i prymusem, nie ja. Mnie wystarczą tróje.
- Ale mnie nie. Masz zdać maturę dobrze. Rozumiesz? Dobrze albo wcale. Na czwórki. Bo jak nie, to…
- Wiem. Ukatrupisz… - burknął Mundek i z ciężkim westchnieniem wyjął pierwszy podręcznik, istotnie nie noszący cech nadmiernej eksploatacji przez użytkownika.
Oj, takiej burzy mózgów siłownia w domu Chrzanów-van Loose’ów jeszcze nie przeżyła. Dobrze, że ściany wytrzymały – i czaszka maltretowanego nastolatka także - pod naporem wiedzy, na siłę przetłaczanej z głowy Jana do skurczonych w panice zwojów mózgowych najstarszej latorośli.
- Jakie sześć do kwadratu? Jakie sześć do kwadratu? – bestialsko darł się nasz bohater, podczas gdy Mundek dygoczącymi palcami wystukiwał na kalkulatorze cyfry kolejnego piętrowego równania z czterema niewiadomymi i osiemnastoma zerami po przecinku – Podstaw arytmetyki też nie znasz? Coś ty robił przez te wszystkie lata w szkole? Oglądałeś w kiblu świerszczyki i nic więcej?
- Projektowałem dziewczynom sukienki na imprezy… - w głosie Mundka brzmiało lekkie wahanie, bo z tymi świerszczykami jednak było coś na rzeczy, ale naszemu rudowłosemu mechanikowi nie chodziło o realia, tylko o realizację programu szkolnego, który jak wiemy, z prawdziwym życiem ma niewiele wspólnego.
- Więc będą się miały w co ubrać na twój pogrzeb, jeśli nie opanujesz matematyki przynajmniej na czwórkę! Bo ukatrupię bez miłosierdzia!
Niestety, sprawdzian z królowej nauk był zaledwie preludium, obnażającym całą ignorancję Mundka w zakresie przedmiotów ścisłych.
- Ciało rzucone na łoże traci na oporze? A rzucone na dywanik traci bieliznę i stanik?– szalał w furii Jan, sprawdzając mundkową znajomość fizyki – To ma być prawo Ohma? Do jutra wyuczysz się wszystkich praw fizyki, od Newtona do Plancka! I masz z zamkniętymi oczami obliczać w trakcie spadania z 11 piętra prędkość, czas, siłę uderzenia o beton oraz datę własnego pogrzebu, ty matole! A jeśli usłyszę, że jednostką stałej obliczeniowej w fizyce jest żul razy sekundnik…
- …to ukatrupisz! – podpowiedział bez większego przejęcia Mundek – A niech tam, raz się umiera!
Dopiero przy powtórce z geografii Janowi ze zdumienia odebrało mowę. Zrobił karpia, który z powodzeniem wystarczyłby na wszystkie wigilijne dania dla powiększonej rodziny Chrzanów-van Loose’ów.
- Największe rzeki Syberii to Ob, Jenisej, Lena, Angara, Irtysz, Jana, Indygirka i Kołyma – recytował Mundek nawet nie zerkając do podręcznika - Największe jeziora to Bajkał i Tajmyr. Spośród miast najszybciej rozwijał się Tobolsk, Jenisejsk i Irkuck. Największe doroczne jarmarki syberyjskie odbywały się w Irbicie i Mormońsku…
- Widzisz, jak chcesz to umiesz opanować materiał! – Jan próbował przystopować syberyjski słowotok Mundka, ale charakterny nastolatek wyraźnie wpadł w trans.
- Główne bogactwa naturalne to złoto, platyna, aluminium, diamenty, wolfram, żelazo, miedź… Do rozwoju Syberii przyczynili się głównie zesłańcy, wśród których było wielu badaczy i naukowców… W dwudziestym wieku zaczęto na skalę przemysłową wydobywać surowce mineralne w Norylsku, Mirnym i Magnitogorsku, wybudowano elektrownie wodne na Jeniseju i Angarze…
- …oraz instytucje kultury, jak filharmonie i teatry… Zapomniałeś o wpływie kultury na rozwój społeczny, wnuku! – Bernard, który niepostrzeżenie pojawił się obok Jana, znacząco uniósł palec w górę – A to duży błąd…
- No widzisz, geografię znasz jako tako ale musisz jeszcze uzupełnić materiał! – ucieszył się Jan, nie wiadomo czy z przerwy w syberioznawczej perorze Mundka, czy po prostu tak dla zasady – Rozwój społeczny to… tego… ważna dziedzina geografii…
- A kto mówił, że na Syberii do filharmonii powinny chodzić tylko polarne niedźwiedzie?
- Ja tak mówiłem? – zdumiał się Bernard
- A kto? Bo na koncercie wygwizdali twojego przyjaciela Emila… Nie pamiętasz, grandpa? A potem gonili was do samego hotelu, żądając zwrotu pieniędzy za bilety! I do północy krzyczeli pod oknami, że jak ktoś ma cienki głos jak z zadka włos, powinien śpiewać w damskim chórze albo w burdelu dla eunuchów!
- To… to nie przeszkadzajcie sobie. Pójdę pomóc w lekcjach Agatce! – poddał się Bernard i jako stary taktyk pośpiesznie zrejterował na dół.
- Wystarczy na dzisiaj – oznajmił natychmiast Jan, któremu geograficzny popis Mundka wydmuchał z żagla cały pedagogiczny wiatr – Od jutra będziesz po sześć godzin dziennie uzupełniał materiał. Przypilnujemy wszyscy… i przepytamy cię bardzo starannie!
- Od jutra będę ukatrupiony! – burknął Mundek, któremu zapał ojca do samokształcenia zupełnie, ale to zupełnie nie chciał się udzielić – Prawa fizyki i sru na beton.
- Pochowam cię jak należy! – obiecał Jan w przypływie wspaniałomyślności – Zamówię nowy garnitur. Wolisz niebieski czy szary?
Po czym i on opuścił siłownię, pozostawiając charakternego nastolatka, posępnie wgapiającego się w podręcznik.
Ponieważ to jeszcze nie jest koniec wieczoru po czwartym weselu, a informatyk odzyskujący zeżarte fotki okazał się GENIUSZEM, uśmiechając się sadystycznie zapowiadamy Wielce Wymagającym Czytelnikom, że ciąg dalszy nastąpi.
Kiedy?
Jak będą w Polsce Szwedy.
(To była drobna próbka sadyzmu z lat dzieciństwa Emila - tak odpowiadały niektóre nauczycielki i mniej wyrozumiali domownicy na jego nieskończoną litanię pytań o świat, cukierki i terminy klasówek).
Jedno pewne - wyjaśniona zostanie wreszcie tajemnica noży na szybie, oczywiście z użyciem zdań złożonych podwójnie, potrójnie, wzdłuż i w poprzek.
Tfurca miał rację co do pomięci Agnieszki - krótka jest.
Sposób wychowawczy Jana dosyć męczący jest. W jeden wieczór Mundek ma nadrobić 4 lata świerszczyków w kibelku? Zdaniem moim (czyli lenia patentowanego za czasów szkolnych) niewykonalne. Ale ciężko mają chłopaki - owszem swoje za uszami mają, ale o rodzinę się troszczą a tu z każdej strony po łbie dostają. I to w zasadzie nie ze swojej winy...
Teraz już i mnie zaczęły te noże intrygować...
- Wiedza geograficzna Mundka jest powalająca! I przypomniała mi metody pewnej "geograficy", która wymagała wykucia na pamięć np linii brzegowej Ameryki Południowej... Do dziś pamiętam, gdzie leży jezioro Maracaibo, chociaż ta wiedza w życiu do niczego prócz krzyżówek nie była mi potrzebna. Tak jak świadomość, że istnieje kwas deoksyrybonukleinowy, kiedyś zwany dezoksyrybonukleinowym. I bez tej wiedzy przekazałabym potomstwu swoją cząsteczkę DNA :P
Będę czekać z zapartym tchem na rozwiązanie złowieszczej tajemnicy dźwiękochłonnych ścian, morderczej ozdoby ścienno-okiennej, a także tajemnicy rozmnażania zawartości portfela, czy też konta w banku rudowłosego acz romantycznego niedoszłego ogrodnika