jak zwykle świetne odcinki! przy czym drugi podobał mi się bardziej
zawirowania jak w pralce frani
haha ubawiłam się przy czytaniu... bylebym tylko dotrwała do lutego ad 2016 będę się zdrowo odżywiać i ciepło ubierać... a może akurat dam rade
nie no... Emilu jesteś boski
Normalnie się tarzałam... sposób Twojego pisania jest bardzo wciągający... przyznam, że troszkę mi zajęło ogarnięcie całości... jakieś 1,5 godziny z przerwami na inności, świetna historia.
Brygida była opiekuńczą córką: przyrządziła Bernardowi herbatkę z lipy, sprawdziła, czy nie ma gorączki i podążyła za ojcem do pracowni, by porozmawiać o tajemniczej nieznajomej w parku. Tak to sobie bowiem ubzdurała: nowa sympatia wyleczy seniora rodu van Loose ze starczych depresji, płaczliwości, melancholii i właściwie ze wszystkiego poza dobrym sercem i zdolnością do Prawdziwej Miłości – do żywej kobiety, a nie tylko do zgasłej przedwcześnie ś.p. Eleonory.
He! He! He!
Czarna plama arcydzieła pod tytułem „Bezlitosna parasolka” wisiała nad łóżkiem Bernarda i Brygidą wstrząsnął niemiły dreszcz. Z obrazu emanowała tak przejmująca rozpacz, że nasza bohaterka zawstydziła się uczucia szczęścia i spełnienia, które towarzyszyło jej od momentu, gdy w parku w samo południe Jan wsunął obrączkę na jej kształtny, starannie wymanikiurowany palec.
Z tym większym niepokojem zerknęła na obraz, który ojciec rozpoczął zanim tajemnicza moc nie wywaliła całej rodziny przed dom. Było to… kolejne drzewko szczęścia.
- Tatusiu… już podarowałeś nam ten obraz! – zaczęła bojąc się najgorszego: a nuż ojciec stoczył się ostatecznie w objęcia Damy Sklerozy? – Nie pamiętasz? Wczoraj wieczorem ofiarowałeś nam to drzewko w prezencie ślubnym. Powiesiliśmy je obok komody w naszej sypialni, na wprost łóżka…
Ale Bernard sklerozy nie miał. A przynajmniej nie całkowitą.
- Wiem, córeczko. To kopia. Pomyślałem, że się przyda…
- Ach, rozumiem! Byłeś w parku i poznałeś tę tajemniczą damę! Chcesz jej dać prezent?
- Czy poznałem? Nie nazwałbym tego poznaniem, Brygido... Owszem, byłem w parku i spotkałem ją nad stawem. Zauważyłem, że spadła jej kropka z parasolki, więc podniosłem i chciałem zwrócić…
- Wzięła, podziękowała i zaczęliście rozmawiać? – nasza bohaterka aż klasnęła w ręce.
- Nie. Spojrzała na mnie jak na wroga i powiedziała, że nienawidzi kropek, a to co ma na parasolce, to groszki! Rozumiesz, córeczko? GROSZKI!
- Przecież to wszystko jedno! – zdumiała się nasza bohaterka
- Dla niej widocznie nie… Ileż pogardy było w jej spojrzeniu. Poczułem się jak nędzny robak, który niebacznie zapuścił się w okolicę jej białych bucików…
Jako malarz i w ogóle esteta Bernard zauważał detale, które umknęłyby mniej wprawnemu oku. Co i tak nie przesłaniało faktu: dla tajemniczej damy był robakiem, nieudolnym podrywaczem, przedmiotem wrogości i pogardy.
Czyżby nieznajoma była wojującą feministką?
- A potem… - Bernard zwiesił głowę i przygarbił się - …nazwała mnie impertynentem, zaczepiającym w parku samotne kobiety. Bo ona nie jest samotna. Ma męża… dzieci… wnuki. Całą gromadę. A po parku spaceruje, żeby zażyć chwili odpoczynku, gdy wyprawi wnuczęta do szkoły.
- Mówisz, że miała białe buciki? A ubranie?
- Białą spódniczkę i sweterek bordo w czarne paski. I dyskretny srebrny naszyjnik – tu akurat można było na Bernardzie polegać, zauważył wszystko – Ale jakie to ma znaczenie?
- Rozejrzę się, popytam. Ktoś ją musi znać, tato. Ludzie nie rodzą się z powietrza! Białe buciki, bordowy sweter, biała spódnica. Zapamiętam.
- Buciki na koturnie, wsuwane! – zaznaczył skrupulatnie Bernard – Rzucił mi się w oczy ten fason, gdy obejrzałem się odchodząc… Też za mną patrzyła po swojemu, wrogo i smutno. Więc pomyślałem, że zrobię kopię waszego drzewka szczęścia i powieszę w parkowym pawilonie. Może zajrzy tam kiedyś… i obraz choć na chwilę ulży jej w rozpaczy?
(Na marginesie: skoro ludzie nie rodzą się z powietrza, to skąd w grze wzięły się klony już trójki naszych bohaterów? - zapytowywuje Wasz Uniżony Tfurca i jak zwykle nie spodziewa się odpowiedzi od maksisów i reszty krzemowego towarzycha)
Jana ani starszych chłopaków nadal nie było – sprzed domu dobiegały odgłosy NAPRAWDE długiego i ostrego kazania – więc Brygida nakarmiła młodsze dzieci świeżo usmażonymi naleśnikami, choć sama znalazła w lodówce przeoczony przez nieznanego niszczyciela jeszcze jeden talerz arcydzieła kulinarnego pani Alicji S. i z pełnym poświęceniem próbowała go skonsumować.
Mała Agatka podejrzliwie oglądała swoją porcję.
- Nie lubisz naleśników, kochanie? – zaniepokoiła się Brygida – Może zrobić ci sałatkę albo tosty?
- Lubię. Tylko patrzę, czy nie są nadziewane… grzebiuszkami pasiastymi.
- Ależ, Agatko! Grzebiuszki nie nadają się nawet na pieczone udka, ich nóżki od ciągłego grzebania stają się wyjątkowo twarde i łykowate Co ci przyszło do głowy?
Ivo szybko zajął się swoim talerzem.
- Dlaczego ojciec tak się gniewa na Mundka i Maćka? – zapytał wyraźnie niekontent z dyskusji o kulinarnym zastosowaniu żab, na przykład zamiast wędliny do kanapek – W drodze ze szkoły nie odzywali się do siebie… i są tacy jacyś poobijani…
- Synku, już ci mówiłam, będziesz mógł nazywać tatusia ojcem dopiero, gdy zdasz do szkoły średniej! – upomniała blond aniołka Brygida
- No… zapomniałem… - zawstydził się Ivo
- Tatuś widocznie ma powody, żeby się gniewać! – pouczyła go z wyższością Agatka – Powinien skrzyczeć jeszcze kogoś… ale nie powiem, kogo i za co!
- Ivo znowu coś nabroił? – westchnęła z rezygnacją Brygida
- Nic ważnego, mamusiu. Bo teraz jesteś już moją prawdziwą mamusią, tak? Maciek mówił, że wzięliście ślub dzisiaj w parku i dostaniecie papierek z ratusza! I że mogę walnąć w zęby tę głupią Magdę Serducho, jeśli znowu będzie gadała, że żyjecie w kombinezonie!
- W kombinacie! – poprawił ją ucieszony zmianą tematu Ivo – Magdę mogę walnąć ja. Nie brudź sobie rąk… siostra!
- Dobra. Walnij… bracie! Byle mocno. Ale z pojazdu kosmicznego korzystam pierwsza!
Ivo zrezygnowany wbił oczy w pusty już talerz.
- Podobno dziewczynom trzeba ustępować… Co za idiotyzm!
Cóż, uniknięcie sankcji za wsadzenie żaby do kanapek Agatki miało swoją cenę, więc nasz blond aniołek najpierw dokończył lekcje, a potem zainspirowany nową myślą czytał książkę „Żaba nie umie skakać na skakance”. Jako kreatywny dzieciak zaczął bowiem kombinować, że zrobi z ulubionych okazów Agatki wspaniałą trupę akrobatyczną i sprzeda do cyrku.
- Niezbyt się lubicie, prawda? – zasmuciła się Brygida, gdy zostały z Agatką same przy stole.
- To nie to, mamusiu. Ale nie rozumiem, po co w ogóle są chłopaki. A ty wiesz?
- Chyba wiem… - przyznała po namyśle Brygida. – Czasem przydają się w domu. Coś naprawią, przestawią ciężki mebel, przykręcą wieszak. A twój tatuś…
- Tatuś nie jest chłopakiem! To powinno działać tak, najpierw dzidziuś, a potem od razu tatuś… znaczy się, dorosły.
- Wtedy nie miałabyś braci, kochanie. Mundek i Maciek od dawna byliby żonaci i mieszkaliby oddzielnie. Chciałabyś tego?
- No… nie – przyznała mała Chrzanówna po intensywnym namyśle – Dobra. Niech sobie będą te chłopaki. Braciszka Iva też polubię, jak już go wytresuję. Chyba kiedyś pojmie, czym różni się planetoida od asteroidy, a żaba sercowata od wirującej kwiatowej?…
Tymczasem rozprawa Jana z draniami powoli zmierzała ku końcowi. Maciek z zainteresowaniem przysłuchiwał się, gdy Jan najpierw zrugał Mundka – charakternemu nastolatkowi należało się pierwszeństwo jako starszemu z drani.
Ale wkrótce przyszła kolej i na Maćka, co spodobało mu się znacznie mniej. Zwłaszcza, że Jan ani słowem nie wspomniał o skrzynce po cytrusach czy o garniturze. Jak pijany płotu uczepił się tematu bójki i nie chciał z niego zleźć mimo zapewnień, że nic poważnego się nie stało.
- Ojciec, nie takie rzeczy dzieją się w szatni… - próbował go przekonać Mundek – Gdyby dyro zobaczył, podpaliłby szkołę i rozwalił sobie łeb o kaloryfer. Żebyś wiedział, co wyrabia Dupcio Grzechuwarty albo Marycha, jak jej ktoś zalega z kasą za… za pomoce naukowe. My z Maćkiem tylko tak… daliśmy sobie raz czy dwa po czerepie i załatwione!
- Raz dwa po czerepie! A skąd się wzięła na suficie krew, której sprzątaczki nie mogły przez dwie godziny usunąć?
Dranie wymieniły między sobą zdziwione spojrzenia i Maćka pierwszego olśniło.
- Jaka krew? To była szminka, fater! Jeszcze zimą dziewczyny pokłóciły się o makijaż i jedna drugiej roztrzaskiwała kosmetyczkę o sufit! Wyszło niezłe grafitti ale reszta kolorów już wyblakła… No, na podłogę mogło mnie albo Mundkowi coś chlapnąć… ale na sufit?
- O co się pobiliście?
Oba dranie zamilkły jak jeden drań i Jan westchnął ciężko. Teraz powinien im powiedzieć o wyrzuceniu z Elitarnego Liceum Fundacji Landgraaba i o konieczności wyprowadzki z Wierzbowej Zatoczki… ale się wahał. Nie, najpierw musiał naradzić się z Brygidą. Niech chłopaki ostatnią noc prześpią spokojnie nieświadome topora, który zawisł nad ich dalszą karierą naukową… a może i całym życiem, jeśli Mundek nie zda matury w nowej szkole.
- No, słucham! – powtórzył groźnie – Nie puszczę was, dopóki się nie dowiem!
- Ojciec… ja naprawdę muszę do łazienki… - Mundek rzeczywiście przestępował z nogi na nogę, więc jego kapitulacja była tylko kwestią czasu – No dobra. Poszło o to, że na dużej przerwie byłem z chudym la… z Kassandrą Ćwir na boisku do siatkówki i Maciek się wściekł.
- Ty… byłeś… z Kaśką… na… boisku… do siatkówki? – zapytał głucho młodszy z Chrzanów i gdyby nie obecność naszego bohatera, kryminalna powieść „Śmierć pod wieszakami” wzbogaciłaby się o tom drugi: „Morderstwo pod Trzema Dupkami” - Nie żyjesz, zdrajco!
- Nie mam wyboru! – Jan kątem oka zauważył ciekawe spojrzenia przechodniów, którzy mijali „Dom Pod Gnomami” (tradycyjnie czyli po drugiej stronie ulicy) i zrozumiał, że jeszcze chwila i trzeba będzie się nie tyle wyprowadzać, ile chyłkiem uciekać z Wierzbowej Zatoczki z trupem Mundka w skrzyni po gruszkach – Obaj biegiem do swojego pokoju i ani się ważcie wyjść, dopóki nie powiecie prawdy. Całej prawdy! Jasne?
- A ja i tak pójdę do łazienki! – zbuntował się Mundek
- Fater, nie mogę oddychać tym samym powietrzem, co zdrajcy! – wrzasnął Maciek – Wolę umrzeć z głodu u dziadka. Albo w tej pracowni na piętrze, gdzie trzymasz stare rupiecie…
- Zamknij się, jołopie, bo się zleję! – zajęczał Mundek i był to naprawdę ostatni dzwonek
- Obaj do swojego pokoju! – powtórzył Jan takim tonem, że Maciek grzecznie zrobił pierwszy krok we wskazanym kierunku – Ty, Mundek, masz trzy minuty na łazienkę. I zapowiadam, nie wyjdziecie, dopóki wszystkiego się nie dowiem!
- Do szkoły też nie? – przerazili się obaj, jeden ze względu na potrzebę zamordowania niewiernej Kaśki, drugi z uwagi na oddalającą się perspektywę podróży do Mormońska, po zdaniu matury oczywiście.
- Minęła minuta! – obwieścił sucho Jan i oba dranie puściły się biegiem w kierunku domu, przy czym Mundkowi zdecydowanie plątały się nogi.
Niestety, nie był to jednak szczęśliwy dzień dla naszego charakternego nastolatka. Zaledwie z westchnieniem ulgi usadowił się na kiblu i zaczął główkować, jak wybrnąć z klinczu…
…do łazienki wpadł zaniepokojony Ivo.
- Co się dzieje, bracie? Ojciec… to znaczy tata…
- Won, blondasie! – ryknął Mundek i jego wściekłość omal nie przewróciła wanny z jaccusi do góry nogami – Nie jestem twoim bratem! Nie jestem niczyim bratem! Won!
Spłoszony Ivo umknął z łazienki, prawie roztrzaskując się o drzwi. Mundek nie był jego bratem? Ani bratem Maćka i Agatki? Tak podziwiany, ba, uwielbiany elegant rodu Chrzanów w ogóle nie pochodził z tej rodziny? Co było grane?
Akurat z drugiej łazienki wyszedł Bernard, w zamyśleniu nie dostrzegając wnuka, więc Ivo poczuł, że jego świat zawalił się ostatecznie.
- Dziadku, czy ty jesteś moim dziadkiem, czy też nie? – zaczepił go zrozpaczony, wciąż z palcem w buzi
- Oczywiście, że tak! – zdziwił się senior połączonych rodów – Jestem dziadkiem i twoim, i was wszystkich, dzieciarni młodszej i starszej. Oraz ojcem twojej mamy i teściem taty. Co ci przyszło do głowy?
- Bo jeśli moją siostrą jest ta pyskata Agatka… ale Mundek już nie… i tata tak się denerwował… jeśli to w ogóle jest tata…
- Jest. Nosicie różne nazwiska, ale to twój tata. Mundek i Maciek mieli dzisiaj z nim jakąś przykrą rozmowę ale obaj są twoimi braćmi. A Agatka siostrą. A mama bez zmian, mamą.
- Na pewno? Mundek jest moim bratem?
Bernard przytulił wnuka serdecznie jak zawsze, mimo własnych zmartwień.
- Tak. Od dzisiaj masz dwóch braci i jedną siostrę… na razie.
- To dlaczego nazwał mnie blondasem?
- A zapukałeś przed wejściem do łazienki?
Zawstydzony blond aniołek przyznał, że zapomniał, po czym wlazł do łóżka razem z głową, skąd długo nie ośmielił się wyjrzeć.
A Bernard poszedł do pracowni i namalował wspaniałego Króla Lwa do pokoju dziecięcego, nieomal zapominając o tajemniczej damie, gdyż był to obrazek z gatunku emocjonalnych, który w najgorszym pechowcu mógł wzbudzić lwią dumę i pewność siebie.
CIĄG DALSZY NASTĄPI
PS. Wielbicieli, a zwłaszcza P.T. Wielbicielki małej Agatki Tfurca zapewnia, że to jeszcze nie koniec popołudnia i Wasza ulubienica weźmie znaczący udział w kolejnych wydarzeniach, aż do wieńczącego rozdział późnego wieczoru.
Bernard jest uroczym facetem -zdecydowanie moj faworyt w rodzinie Chrzanow - i zdecydowanie za dlugo kobieta jego zycia jest jedynie s.p. nieboszka Eleonora. Choc z drugiej strony, szkoda ze ta dama odeszla ze swiata zywych nim Maxisy daly jej szanse bytowania jako ducha. Coz to za sceny mogly by powstac do opisania!
Skoro jednak jest jak jest, mam nadzieje, ze Brygida rozpracuje tajemnicza dame z parku w bialych bucikach na koturnie. Wsuwanych!
Nieszczesna Cwirowna jest znow przyczyna niesnasek miedzy bracmi. Dobrze, ze w swiecie Chrzanow Nancy Landgraab nie jest prawdopodobnie nastolatka, o ile w ogole istnieje, bo o te ladna wyjatkowo jak na Twory Maxisa panienke lby by sobie pourywali. W moim swiecie jest coreczka Landgraaba i jest to wyjatkowo bezczelna i pyskata panienka.
Ale wyglada, ze kazdy swiat rownolegly, troche inaczej jest uksztaltowany
Agatka i jej niewolnik jak zawsze cudnie pyskata i pewna siebie. Biedny Ivo blond aniolek nie ma lekko. Przyszywana siostra tyran i przyszywany brat, ktory akceptuje go tylko wtedy , gdy ma dobry humor. Dobrze, ze ma kochajacego dziadka
Po takiej akcji, to bym najpierw mocno pukała do ubikacji zanim bym weszła... zdecydowanie możne dostać lęków kiblowych po takiej reakcji... jakby nie wiadomo na czym go nakrył :P
Biednemu blondaskowi robią pianę z mózgu. Jest bratem, nie jest bratem... Biedny dzieciak. No i dzięki Bogu, że w tej rodzinie jest kochany Bernard! Smutny czy nie ale to prawdziwa podpora rodziny!
Ciekawe, komu tak bardzo zależy na pozbyciu się Chrzanów z miasta?
Kolejny świetny odcinek ze świetnymi dialogami i opisami.
Bernard zakochany w damie w białych bucikach... absolutne foux pas!
p.s. ona ma tam jeszcze wepchnięte różowe... RÓŻOWE! Skarpety...
Bardzo fajnie że rodzinne więzy się zacieśniają, miły to widok Brygida, gotująca panna młoda i dzieciaki.
Jak ma już inną parę kaloszy. Dwój molestantów.. czy jakoś tak...
Jednakże biedny Ivo nie musiał być narażany na widok półnagiego przyrodniego brata zasiadającego na tronie, pewnie coś przeskrobał i dopadła go kara. Śmierdząca...
Lewek na obrazie jest fantastiko!
Piękny kawałek opowiadania. Żal mi Iva, bo jakoś tak polubiłam go z odcinka na odcinek, a tu blond aniołek przechodzi taką emocjonalną huśtawkę... Raz ma braci siostrę tatę, mamę i dziadka, a raz nie... I jak ma biedny dzieciak za tym nadążyć, skoro ja nie nadążam
Ale ja zauważyłam jeszcze coś.
Najwyraźniej Maciek dopiero podczas reprymendy "naulicznej" dowiedział się, o co się bili z Mundkiem. I w rzeczywistości najwyraźniej nie była to wcale walka o chudego la.. to znaczy Cassandrę... Co ten Mundek znowu ukrywa!
No no... Robi się coraz ciekawiej... Bernard już nie wzdycha tak często do ś.p. Eleonory... A na horyzoncie pojawiła się tajemnicza dama... Z groszkami zamiast kropek... Z gromadą dzieci i wnuków. Ha! Pamiętaj jednak Emilu...
Tfu, tfurco...
że modu na zwiększenie liczby mieszkańców na parceli chyba jeszcze nie wyprodukowano :P
O tak,mała to moja ulubienica w tym serialu zdecydowanie Dobrze się też stało,że klony zeszły na razie na drugi plan bo przestałem już nadążać za treścią Właściwie nadal nie wiem czy nadążam ale tym bardziej jestem ciekaw jak się to dalej rozwikła (lub uwikła bardziej).
Podoba mi się zabawa abstrakcją - po klonach zgubione kropki na parasolu itd.Świetnie się to czyta i humor szybko się poprawia
Po komentarzu Anny aż zerknąłem czy tajemnicza femina ma różowe skarpety
Bernard wyraźnie czuje się bardzo samotny, pomimo tak licznej, i sympatycznej rodzinki wokół siebie. Mam nadzieję, że spotka jeszcze tą panią w butach na koturnie ozdobionych różowymi skarpetkami.
Mam nadzieję, że właściwie odebrałeś nasze żarty z garderoby Alicji. Bo to są bardzo sympatyczne żarty.
Kibicujemy Bernardowi ze wszystkich sił. Mam nadzieję, że ci w międzyczasie nie zszedł z tego simowego świata.
Bo ja ostatnio przeżyłam panikę, gdy mój Antonio chcąc ogrzać dłonie - podpalił cztery litery, bo wypiął je niebezpiecznie blisko kominka :P Byłyby świetne fotki, gdybym nie przeraziła się utratą bohatera historyjki i czym prędzej nie wyleciała z gry bez zapisywania! A chciałam trochę moją historyjkę popchnąć do przodu
Alicjo, na przyszłość: najpierw foty a potem panika i wylatywanie bez zapisu! No takich rzeczy nie zobaczymy!
A Emil pewnie pluska się w basenie w swoim Aquaparku!
Jestem, jestem - budowałem dzisiaj nową lokację do dalszej części sagi. Jak Tfurca zje kolację, bo się chłopina umordował przy łopacie, zaraz zagonię go do pisania.
Bernard żyje jak najbardziej i właśnie główkuje, co oznaczają te różowe skarpetki pani Alicji...
Gdy Jan zakończywszy pierwszy etap rozprawy z draniami wszedł do domu, czarnowłosa ale już całkowicie ślubna kusicielka czekała na niego niecierpliwie pod drzwiami.
- Co tak długo, najdroższy? – zapytała czule i nasz bohater (jak zwykle, gdy znalazł się w zasięgu jej wzroku) natychmiast uznał, że jest najszczęśliwszym facetem w całej Simlandii, mimo relegowania starszych potomków z Elitarnego Liceum Fundacji Landgraaba i wiszącej nad rodziną konieczności szybkiej wyprowadzki – Mam nadzieję, że nie byłeś dla chłopaków zbyt surowy? Zrobiło mi się ich żal, tacy nieszczęśliwi wrócili do domu…
- Nieszczęśliwi to dopiero będą, gdy z nimi skończę! – wybuchnął Jan resztką złości - Dranie!
- Młodość chmurna i durna… - Brygida bezradnie rozłożyła ręce i miejsce uśmiechu na jej ślicznej buzi zajęło współczucie i troska – Nie chciałam się wtrącać, niewiele miałam do czynienia z nastolatkami… ale gdybym mogła ci pomóc, najdroższy… Porozmawiam z nimi, dobrze?
- Dobrze. Ale niech najpierw skruszeją! Powiedzmy… za godzinę! Albo dwie. Na razie mają siedzieć w swoim pokoju i nie pokazywać się nikomu na oczy. Bo muszę ci opowiedzieć, jaka klątwa zawisła nad nami… Czekaj! A może to naprawdę te dupki? Powodują katastrofy w życiu każdej rodziny, która zamieszka w domu, który uważają za swoją własność? To jedyne racjonalne wytłumaczenie!
- Masz na myśli te gnomy z poddasza? Janie, a co wspólnego ma racjonalizm ze średniowiecznymi przesądami? Nie uwierzę, że ty, technokrata i mechanik precyzyjny, możesz wierzyć w duchy, demony i całą tę podejrzaną magię…
- Fakt… - zawstydził się Jan – Gnomy to gnomy. Po prostu przeceniłem moich… naszych synów. Za bardzo byłem z nich dumny. Że Maciek świetnie się uczy, a Mundek może poderwać bez trudu każdą dziewczynę w Wierzbowej Zatoczce… Los nie lubi ślepych ojców.
- Nieprawda, najdroższy. Nigdy nie byłeś ślepy. Myślę, że mojego małego urwisa wychowasz równie wspaniale. A jeśli przejmujesz się Losem albo gnomami… Daj im to. Prawdziwa Miłość przezwycięży wszystkie złe czary!
I nasza bohaterka wręczyła Janowi purpurową różę, tak piękną i świeżą, jak ich małżeńskie szczęście.
- Dam ją gnomom… - mruknął Jan - …kolcami do góry, w zadki! Ach, Brygido… smutne byłoby moje życie bez ciebie!
- Janie, musimy poroz… - zdążyła wyszeptać Brygida, nim pochwycił ją w swoje silne, męskie ramiona
- Musimy co innego… - odmruknął pomiędzy pocałunkami
- Ale chłopaki…
- Niech kruszeją. Agatka w rakiecie… Ivo czyta, tato maluje. Chodź! Poobserwujemy gwiazdy…
No i poobserwowali. Ech, Janie! Gdzie się podziało twoje precyzyjne planowanie? Taki spontan w momencie, gdy ważą się losy połączonych rodzin van Loose’ów i Chrzanów?
WSTYD!
Dopiero po jakimś czasie usiedli przy stole i Jan opowiedział żonie o fatalnej rozmowie z dyrektorem Elitarnego Liceum Fundacji Langraaba. Słuchała uważnie, nie przerywając.
- To był ten jak mu… Kalasanty Dureń, tak? – zapytała, wysłuchawszy opisu krwawej bratobójczej bitwy w szkolnej szatni i wielogodzinnych zmagań sprzątaczek z kałużami krwi
- Cezary August Brutus Tyberiusz Gamoń – poprawił ją mimochodem – Znasz go?
- Tylko z widzenia. Słyszałam, że trzyma w biurku całą baterię alkoholi… Mały pijaczek z wielkimi plecami.
- Możliwe. Ale wyrzucił chłopaków… i musimy się szybko wyprowadzić, żeby Mundek zdał maturę w nowej szkole!
- Ani myślę opuszczać Wierzbowej Zatoczki! – oznajmiła stanowczo Brygida – Tu jest nasze miejsce, Janie! Wyrzucenie ze szkoły z powodu bójki… zwłaszcza między braćmi… to niewspółmierna kara. Przecież się nie pozabijali, prawda? Mundek może zdawać maturę jako ekstern. Maćka urządzimy u moich krewnych w Oazie. Dlaczego tak łatwo się poddajesz, jakbyś nigdy nie walczył z niesprawiedliwością i manipulacjami, ukochany?
- Całe życie walczyłem… i walczę, najdroższa – na widok jej determinacji Jan nie mógł się nie rozpogodzić – Myślisz, że damy radę? We dwójkę przeciwko całemu miastu?
- Wielkie mi miasto! Te kilkaset osób? A nas jest siedmioro. Troje dorosłych, dwa dranie, Agatka i mój łobuziak, który wystarczy za czterech, jak go spuścimy ze smyczy! Chodź, ukochany, porozmawiamy z tatusiem. Powinien wiedzieć, co postanowiliśmy!
Więc Jan przyniósł sobie wielki talerz spaghetti (zgłodniał od czasu hamburgerów zjedzonych w towarzystwie fałszywego kuzyna) i zasiedli biodro w biodro na łóżku Bernarda.
Drzewko szczęścia było już na ukończeniu i to przypomniało Brygidzie o nieznajomej w parku.
- Ukochany, mieszkasz tu krócej, niż my ale częściej bywasz między ludźmi… Wiesz, kim może być kobieta w białej spódnicy, bordowym sweterku i bucikach na koturnie z różowymi skarpetkami? Ciemnowłosa, szczupła… Nosi parasolkę w kropki.
- W groszki! – poprawił z naciskiem Bernard
- Znam ją! – Jan od razu skojarzył opis z osobą – Grałem z nią wczoraj w szachy w parku. Nazywa się Alicja Groszek-Kropka i ma męża-biznesmena, który ciągle podróżuje… Oraz mnóstwo wnuków. Miła kobieta, przyjemnie się z nią rozmawiało.
- Zależy komu… - mruknął Bernard domalowując ostatnie pomarańczowe listki i odkładając pędzel.
- No wiesz, Janie! – oburzyła się Brygida – Poszedłeś na szachy w piżamie?
- Ja nie bardzo wiem, skąd się tam wziąłem, najdroższa… - Jan sumitował się tak gorliwie, jakby pojawienie się w parku w niekompletnym stroju było przestępstwem, zagrożonym dożywotnim więzieniem – Byliśmy razem w naszej sypialni i właśnie mieliśmy… ehem…
… kiedy zobaczyłem, że siedzę przy szachownicy i rozmawiam z panią Alicją. Nie wypadało się od razu zrywać i uciekać. A kiedy pożegnaliśmy się i ruszyłem w stronę domu…
… okazało się, że już tu jestem… z tobą, najdroższa… i właśnie w najlepsze… ehem…
- Coś takiego! – zdumiała się Brygida – Tak od razu… z parku do naszej sypialni? I ja nie nawet zauważyłam, że figlowałam sama ze sobą? Co za cuda!
Bernard tylko wzniósł oczy do nieba. Jemu też zdarzało się po kilku głębszych lewitować do nieznanego wcześniej buduaru jakiejś damy, której imienia nawet nie kojarzył i wcale nie uważał tego za szczególny cud. Oczywiście dopóki nie poznał świętej pamięci Eleonory, która w pojedynkę zastąpiła mu wszystkie damy świata i oduczyła od bywania w cudzych sypialniach. Niezależnie od kompletności stroju.
- A propos cudów… Wyobraźcie sobie, znalazłam dzisiaj w kieszeni żabę tygrysią i kilka skamielin, których w ogóle nie zbierałam. Oraz sadzonki róży. Myślałam, że to głupi żart Iva ale dzieciak przysięgał, że żabę prędzej podłożyłby do kieszeni Agatce, a sadzonki z kolcami na krzesło pani Klaudii Nicpoń, ich wychowawczyni… i tu mu wierzę.
- Może znalazłaś je wracając od Nancy Landgraab, najdroższa? – zapytał podchwytliwie Jan – Skracałaś sobie drogę przez ten bezimienny park obok naszego domu?
- Ależ skąd! Biegłam jak na skrzydłach prosto do ciebie, ukochany! Owszem, zatrzymałam się przez chwilę na pustej parceli koło łowiska i pomyślałam, że warto ją kupić na dom dla Mundka, gdy dorośnie i się ożeni… albo przeznaczyć takie wspaniałe miejsce na inne cele… ale przez żaden park nie przechodziłam. Nawet nie wiedziałam, że mamy go w pobliżu!
- Zaprowadzę cię jutro! – obiecał Jan upewniając się ostatecznie, że Brygida doznała dziwnej amnezji i nie pamięta spotkania z Brygidą-bis i Janem-bis, a także panną Lato oraz pozostałymi mieszkańcami Wierzbowej Zatoczki – A co do samotnego figlowania…
- Niiiigdy więęęęcej samotneeeego figlowaaaania! – zaśpiewała Brygida na melodię przedpotopowego przeboju Szczotra Piespanika z takim uczuciem, że Bernard zesztywniał.
- Nie odziedziczyła muzykalności po tobie, teściu… - szepnął konfidencjonalnie Jan, zasłaniając usta dłonią i mrugając znacząco
- Wiem… - odmruknął Bernard – Słuch ma po mamusi… świętej pamięci. Nie pozwól, żeby śpiewała dzieciom kołysanki, bo będą miały koszmary do białego rana!
- Ale Ivo był potem przez tydzień grzeczny! – obruszyła się Brygida
- Moja żona będzie śpiewać tylko dla mnie! – postanowił Jan bohatersko i posłał ukochanej namiętne spojrzenie - Sypialnia już jest wyciszona. Bardzo solidnie to wykonali. Nie spodziewałem się tak dobrej roboty po miejscowej firmie…
- Dwa razy poprawiali! – Bernard wyczłapał zza sztalugi i opowiedział o dziwnym zachowaniu ekipy remontowej, a zwłaszcza brygadzisty Tasiemki – Myślałem, że nagle pogłupieli… A kłaniali mi się tak nisko, jakbym był cesarzem Chin!
- Pewnie zobaczyli mój dyplom mechanika i zorientowali się, że rozpoznam fuszerkę…
- Trzymasz dyplom w kuchni, zięciu?
- Nie, w komodzie w sypialni. Musieli zajrzeć do szuflady.
- Z sypialni już wtedy wyszli. Wynosili drabiny przed dom. A ten ich brygadzista zajrzał do kuchni po mop i wyskoczył, jakby zobaczył ducha…
- Duchy? W kuchni? – zdumieli się jednogłośnie małżonkowie, bo bezsprzecznym faktem jest, że ani Waszemu Uniżonemu Tfurcy, ani bohaterom niniejszej opowieści duchy nie pokazały się jeszcze w żadnej lokalizacji. Mimo zainstalowanej w odpowiednim czasie aktualki.
- Tak to wyglądało. Wszedł i zaraz wypadł, jakby go gonił Mroczny Kosiarz! Potem wrzeszczał do kogoś przez telefon… że zawiadomi naczelnika, jeśli nie weźmie na plecy jakiejś ciężarówki… Drzwi od mojego pokoju były otwarte ale nie przysłuchiwałem się zbyt uważnie. Malowałem „Bezlitosną parasolkę”.
- Przestraszył się twoich noży, najdroższa! – zaśmiał się Jan dojadając spaghetti
- Moich? Masz na myśli tę ozdobę na szybie? To twoje noże, najdroższy…
- Nigdy wcześniej ich nie widziałem. W starym domu mieliśmy w oknach tylko rolety.
- My też – i Bernard, i Brygida zgodnie wyparli się posiadania śmiercionośnych przedmiotów w charakterze domowych ozdóbek – Byłoby to niebezpieczne przy naszym łobuziaku… Tutaj omijał noże z daleka, bo myślał, że należą do ciebie. Może zostały po poprzednich właścicielach?
- A ja wam mówię, to gnomy! – Bernard wyciągnął oskarżycielsko palec ku sufitowi, a Jan tylko się uśmiechnął do talerza, bo i jemu koncepcja klątwy voo-doo oraz czarów wydawała się najlepszym wytłumaczeniem dziwnych wydarzeń – Od razu mi się nie spodobały! Dzieci opowiedziały mi o jakichś nieporozumieniach między Mundkiem i Maćkiem, ty poszedłeś do parku w samych gaciach… Mam nadzieję, że ta dama… że pani Alicja Groszek-Kropka nie dowie się, jak blisko jesteśmy spowinowaceni!
- Mówiłem ci, teściu, z parkiem to nie moja wina! Nie wiem, jak się tam znalazłem i dlaczego po kwadransie znów byłem we właściwym miejscu… czyli w sypialni. Ale zdarzyło się jeszcze coś, o czym nie wiesz. Zadzwonił do mnie dyrektor liceum i oznajmił…
I Jan wtajemniczył Bernarda w najgorsze z wydarzeń tego dnia: w relegowanie starszych synów ze szkoły i jego skutkach dla rodziny.
Bernard słuchał zasępiony. Stare drzewa trudno adaptują się w nowych miejscach. Wierzbowa Zatoczka była miasteczkiem, do którego przeniósł się po przejściu na emeryturę z młodziutką wówczas córką: tu na skutek natręctwa wszędobylskich akwizytorów urodził się jego wnuk, tutaj odkrył własną pasję malarską. Inne miejscowości w Simlandii były dla seniora rodu van Loose białymi plamami na mapie świata.
- Mamy jakichś krewnych w Oazie? – ucieszył się, gdy Brygida przedstawiła mu dezyderat: nie wyprowadzają się, lecz podejmują walkę z całym miasteczkiem – Dlaczego nigdy nas nie odwiedzili?
- To… to właściwie są przyszywani wujowie i ciotki, tatusiu! – pośpiesznie choć nader niejasno tłumaczyła Brygida – Dość starzy… i nieco nudni. Banda starych dziwaków. Ciotka Julia, ciotka Felicja, wuj Antoni, dziadek Leon i jeszcze kilkoro. Nie znasz ich, bo… bo mamusia też za nimi nie przepadała. Ale Maćkiem zajmą się rzetelnie. Jutro pojadę do Oazy i porozmawiam o naszym problemie. Mieszkają w dużym domu, na pewno znajdą pokój dla naszego syna… i dopilnują, żeby odrabiał lekcje, a nie włóczył się z Kassandrą po barach!
- Maciek się włóczy z Ćwirówną po barach? – osłupiał Jan – No, ja mu pokażę!
- Och, nie bądź taki dosłowny, mężu! – Brygida zbyt późno ugryzła się w język – Użyłam figury retorycznej. Zadurzył się, ale mu przejdzie. Zwłaszcza, gdy zamieszka w Oazie i pozna ładniejsze koleżanki w nowej szkole…
Akurat! Maćkowi nie przeszło nigdy, o czym przekonają się nasi Wielce Wymagający Czytelnicy. A przynajmniej ci, którzy nie poumierają z nudów, nie doczekawszy końca sagi.
- Skoro zdecydowaliśmy się pozostać w Wierzbowej Zatoczce, poszukam sposobu na te gnomy – obiecał Bernard już całkiem rozpogodzony – Najpierw namaluję ich wizerunki, a potem postaram się o zardzewiałe igły… Albo wykorzystam te noże z kuchni. W zestawie zauważyłem całkiem porządny szpikulec do lodu.
- Śmierć gnomom… i wszystkiemu, co stanie nam na drodze! – wykrzyknęła Brygida, unosząc w górę zaciśniętą pięść – Niech żyje rodzina Chrzanów i van Loose’ów!
- Niech żyje! Niech żyje! – powtórzyli za nią z entuzjazmem obaj panowie i przez chwilę wszyscy mieli wrażenie, że czas się cofnął i za sprawą niewytłumaczalnych gnomich czarów zostali przeniesieni na peerelowską akademię ku czci kolejnego plenum Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
No, przynajmniej Wasz Uniżony Tfurca oraz stary Emil mieli takie wrażenie i wcale nie było ono inspirujące.
(Ostatni epizod tego odcinka już się nie zmieści. Przenoszę go do kolejnego postu).
Przez ten czas chłopaki przykładnie kruszały. Jak zające, wywieszone za tylne łapy czyli skoki podczas mrozów za okno przed zmieleniem na prawdziwy staropolski pasztet.
- Słuchaj, zdrajco, czy pomiędzy tobą a Kassandrą… to znaczy Kaśką… czy wy nadal… - po kwadransie ponurego milczenia Maciek załamał się pierwszy – Bo jeśli… to ja… skoro wy… na boisku i w ogóle…
- Wsadź sobie Kaśkę w buty! I resztę dziewczyn też! – odburknął wrogo Mundek, nie zaprzestając oglądania własnych paznokci – Nazwałeś mnie zdrajcą! Przy ojcu! Masz w dziób tak, że własnych zębów będziesz szukać przez teleskop w kosmosie!
Po kolejnym kwadransie Maciek przetrawił groźbę i postanowił się nią nie przejmować… chociaż nadal ciężko mu było znaleźć właściwe słowa do wyartykułowania najważniejszej kwestii.
- Czy to znaczy… że ty i Kaśka… że wy… że między wami… Jasne, to chudy lachon… ale ja… bo jeśli wy… nadal…
- A odczep się ode mnie! – wybuchnął wreszcie Mundek – To było sto lat temu… zanim nie poznałem Mań… ładniejszych dziewczyn! Jest brzydka jak noc! I te kitki… Zero wyczucia mody! Kto ubiera się dziś w plisowane spódniczki i sweterki jak od zakonnic?
- Przywaliłeś mi z piąchy, że się mało nie skichałem! – ryczał dalej charakterny potomek rodu Chrzanów – Patrz, jaką mam śliwę, bandyto! Pół głowy mi odstrzeliłeś! Pewnie oko stracę, tak boli… I za co? Że powiedziałem Cass na korytarzu… na korytarzu, rozumiesz, jołopie?!... że nie wiem, dlaczego nie przyszedłeś na boisko podczas dużej przerwy i może uczyłeś się w kiblu do tego sprawdzianu z historii!
- Ale powiedziałeś fatrowi, że…
- Bo lać mi się chciało, baranie, a ojciec trzymał nas pod drzwiami i trzymał! To było pierwsze, co mi przyszło do głowy! Mam gdzieś twoją Cass! I resztę dziewczyn! Zdam maturę i pojadę… w świat! Albo wstąpię do armii! Nie będą musiał patrzeć na twoją głupią gębę, jak ślinisz się do chudych lachonów i rodzonemu bratu wymyślasz od zdrajców!
- Ja mam głupią gębę? – zdumiał się Maciek – Cass… Kaśka mówiła, że jestem całkiem przystojny… i bardzo mądry!
- Jakbyś był mądry, to byś mi powiedział, o co kaman. A nie od razu piąchą w oko!
- Przyłóż sobie surowy kotlet… - Maciek nie bez racji uważał się za eksperta od obrażeń odniesionych na polu walki – A ty mi rozwaliłeś wargę! Tak spuchła, że mogę na nią nadepnąć! Jak ja jutro pójdę na ran… Prawda. Nie pójdę. Ani jutro, ani pojutrze, ani za tydzień…
Posmutniał tak straszliwie, że teraz Mundek wytrzeszczył oczy. Nawet to, z którego pozostała wąska szparka w krwistosinym makijażu, którego nie powstydziłby się żaden zombie.
- O czym ty gadasz?
- Mam szlaban. Za twoje świerszczyki w pudle z garniturem fatra. Całe dziesięć dni!
- Więc chodziło o garnitur, nie o chudego lachona? W szatni, gdy doskoczyłeś do mnie jak furiat…
- …i policzyłem się z tobą za plan ratunkowy? – na twarzy Maćka mimowolnie odmalowało się zadowolenie – Tak. Garnitur był w skrzyni po gruszkach pod starymi albumami. Świerszczyki zabrałeś co do sztuki, a za całokształt oberwałem ja…
Mina Mundka wyrażała zażenowanie? Intensywny namysł? Wstyd?
- O kurde… Sorry, bracie! Widzisz, nie zabrałem ze starego domu żadnych świerszczyków. Przestały mnie kręcić, odkąd poznałem Mań… odkąd poważnie zacząłem się uczyć do matury. Spakowałem je do skrzyni po cytrusach, przywaliłem makulaturą z biblioteki i powiedziałem chłopakom, że jak chcą, to po wyprowadzce mogą sobie wziąć. Garnitur włożyłem na wierzch bo byłem pewien, że go zabierzesz nie zaglądając pod makulaturę…
- No i zabrałem… - westchnął Maciek – Tubkę maści od Kassandry.
Milczenie wlokło się w nieskończoność. Dranie w ponurej ciszy rozmyślali o złośliwości Losu, który tak a nie inaczej urządził trzecie wesele naszych bohaterów.
Całe szczęście, że chociaż czwarte doszło do skutku!
Wreszcie Maciek wygrzebał z kieszeni wyciśniętą do cna tubkę po najskuteczniejszym specyfiku Mortimera Ćwira na rany cięte, szarpane, postrzałowe oraz zadane niezidentyfikowanymi narzędziami tłukącymi.
- Masz. Posmaruj sobie, jeśli kotlet nie pomoże! – podsunął tubkę Mundkowi na znak gotowości do zawarcia pokoju – Faktycznie mocno cię walnąłem…
Mundek spróbował wydobyć z tubki choćby odrobinę maści ale zdrapał tylko jakieś zaschnięte grudki.
- Dzięki, bracie… - udał, że smaruje zapuchniętą powiekę, a potem wstał z nagłą determinacją
- Idę do ojca. Wyjaśnię mu, jak było z garniturem… i że połowa szlabanu należy się mnie. Ty tu zostań i trzymaj kciuki. A przy okazji wybij sobie z głowy, że cokolwiek obchodzi mnie twoja Kaśka. Wszystkie baby są podłe i głupie!
Charakterny nastolatek wymaszerował z pokoju chłopaków z dumnie podniesioną głową. Maciek obmacał wargę, skrzywił się boleśnie i w kompletnym pomieszaniu rozłożył ręce:
- Na Kaśkę nie leci… Garnitur się znalazł… Ślub odbębniony… Zaraz, to o co my się właściwie biliśmy?
I było to najmądrzejsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy od chwili, gdy po raz pierwszy zaznał odpoczynku wojownika na boisku do siatkówki Elitarnego Liceum Fundacji Landgraaba.
Którego uczniem przestał być właśnie dzisiejszego popołudnia.
Jak zwykle - lekko i przyjemnie się czytało, Emilu. Naprawdę... Zaskakujesz mnie ciągle i od nowa. Sama się dziwię, że znałam takie słowa... Dezyderat, zażenowanie... Umknęły - jak setki innych w odmętach nowomowy... Chociaż i tego rodzaju żargonem umiesz się posługiwać. Matko - czy ktoś używa słowa żargon? zaraz zakopię się pod kołdrę... Z głową
-I mam coraz większe obawy, że do twojej wysoko ustawionej poprzeczki trudno będzie komukolwiek doskoczyć...
Komentarz
zawirowania jak w pralce frani
haha ubawiłam się przy czytaniu... bylebym tylko dotrwała do lutego ad 2016
nie no... Emilu jesteś boski
cayrees.tumblr.com
Origin ID Cayrees
Odcinek XXI
CZWARTE WESELE
Brygida była opiekuńczą córką: przyrządziła Bernardowi herbatkę z lipy, sprawdziła, czy nie ma gorączki i podążyła za ojcem do pracowni, by porozmawiać o tajemniczej nieznajomej w parku. Tak to sobie bowiem ubzdurała: nowa sympatia wyleczy seniora rodu van Loose ze starczych depresji, płaczliwości, melancholii i właściwie ze wszystkiego poza dobrym sercem i zdolnością do Prawdziwej Miłości – do żywej kobiety, a nie tylko do zgasłej przedwcześnie ś.p. Eleonory.
He! He! He!
Czarna plama arcydzieła pod tytułem „Bezlitosna parasolka” wisiała nad łóżkiem Bernarda i Brygidą wstrząsnął niemiły dreszcz. Z obrazu emanowała tak przejmująca rozpacz, że nasza bohaterka zawstydziła się uczucia szczęścia i spełnienia, które towarzyszyło jej od momentu, gdy w parku w samo południe Jan wsunął obrączkę na jej kształtny, starannie wymanikiurowany palec.
Z tym większym niepokojem zerknęła na obraz, który ojciec rozpoczął zanim tajemnicza moc nie wywaliła całej rodziny przed dom. Było to… kolejne drzewko szczęścia.
- Tatusiu… już podarowałeś nam ten obraz! – zaczęła bojąc się najgorszego: a nuż ojciec stoczył się ostatecznie w objęcia Damy Sklerozy? – Nie pamiętasz? Wczoraj wieczorem ofiarowałeś nam to drzewko w prezencie ślubnym. Powiesiliśmy je obok komody w naszej sypialni, na wprost łóżka…
Ale Bernard sklerozy nie miał. A przynajmniej nie całkowitą.
- Wiem, córeczko. To kopia. Pomyślałem, że się przyda…
- Ach, rozumiem! Byłeś w parku i poznałeś tę tajemniczą damę! Chcesz jej dać prezent?
- Czy poznałem? Nie nazwałbym tego poznaniem, Brygido... Owszem, byłem w parku i spotkałem ją nad stawem. Zauważyłem, że spadła jej kropka z parasolki, więc podniosłem i chciałem zwrócić…
- Wzięła, podziękowała i zaczęliście rozmawiać? – nasza bohaterka aż klasnęła w ręce.
- Nie. Spojrzała na mnie jak na wroga i powiedziała, że nienawidzi kropek, a to co ma na parasolce, to groszki! Rozumiesz, córeczko? GROSZKI!
- Przecież to wszystko jedno! – zdumiała się nasza bohaterka
- Dla niej widocznie nie… Ileż pogardy było w jej spojrzeniu. Poczułem się jak nędzny robak, który niebacznie zapuścił się w okolicę jej białych bucików…
Jako malarz i w ogóle esteta Bernard zauważał detale, które umknęłyby mniej wprawnemu oku. Co i tak nie przesłaniało faktu: dla tajemniczej damy był robakiem, nieudolnym podrywaczem, przedmiotem wrogości i pogardy.
Czyżby nieznajoma była wojującą feministką?
- A potem… - Bernard zwiesił głowę i przygarbił się - …nazwała mnie impertynentem, zaczepiającym w parku samotne kobiety. Bo ona nie jest samotna. Ma męża… dzieci… wnuki. Całą gromadę. A po parku spaceruje, żeby zażyć chwili odpoczynku, gdy wyprawi wnuczęta do szkoły.
- Mówisz, że miała białe buciki? A ubranie?
- Białą spódniczkę i sweterek bordo w czarne paski. I dyskretny srebrny naszyjnik – tu akurat można było na Bernardzie polegać, zauważył wszystko – Ale jakie to ma znaczenie?
- Rozejrzę się, popytam. Ktoś ją musi znać, tato. Ludzie nie rodzą się z powietrza! Białe buciki, bordowy sweter, biała spódnica. Zapamiętam.
- Buciki na koturnie, wsuwane! – zaznaczył skrupulatnie Bernard – Rzucił mi się w oczy ten fason, gdy obejrzałem się odchodząc… Też za mną patrzyła po swojemu, wrogo i smutno. Więc pomyślałem, że zrobię kopię waszego drzewka szczęścia i powieszę w parkowym pawilonie. Może zajrzy tam kiedyś… i obraz choć na chwilę ulży jej w rozpaczy?
(Na marginesie: skoro ludzie nie rodzą się z powietrza, to skąd w grze wzięły się klony już trójki naszych bohaterów? - zapytowywuje Wasz Uniżony Tfurca i jak zwykle nie spodziewa się odpowiedzi od maksisów i reszty krzemowego towarzycha)
Jana ani starszych chłopaków nadal nie było – sprzed domu dobiegały odgłosy NAPRAWDE długiego i ostrego kazania – więc Brygida nakarmiła młodsze dzieci świeżo usmażonymi naleśnikami, choć sama znalazła w lodówce przeoczony przez nieznanego niszczyciela jeszcze jeden talerz arcydzieła kulinarnego pani Alicji S. i z pełnym poświęceniem próbowała go skonsumować.
Mała Agatka podejrzliwie oglądała swoją porcję.
- Nie lubisz naleśników, kochanie? – zaniepokoiła się Brygida – Może zrobić ci sałatkę albo tosty?
- Lubię. Tylko patrzę, czy nie są nadziewane… grzebiuszkami pasiastymi.
- Ależ, Agatko! Grzebiuszki nie nadają się nawet na pieczone udka, ich nóżki od ciągłego grzebania stają się wyjątkowo twarde i łykowate Co ci przyszło do głowy?
Ivo szybko zajął się swoim talerzem.
- Dlaczego ojciec tak się gniewa na Mundka i Maćka? – zapytał wyraźnie niekontent z dyskusji o kulinarnym zastosowaniu żab, na przykład zamiast wędliny do kanapek – W drodze ze szkoły nie odzywali się do siebie… i są tacy jacyś poobijani…
- Synku, już ci mówiłam, będziesz mógł nazywać tatusia ojcem dopiero, gdy zdasz do szkoły średniej! – upomniała blond aniołka Brygida
- No… zapomniałem… - zawstydził się Ivo
- Tatuś widocznie ma powody, żeby się gniewać! – pouczyła go z wyższością Agatka – Powinien skrzyczeć jeszcze kogoś… ale nie powiem, kogo i za co!
- Ivo znowu coś nabroił? – westchnęła z rezygnacją Brygida
- Nic ważnego, mamusiu. Bo teraz jesteś już moją prawdziwą mamusią, tak? Maciek mówił, że wzięliście ślub dzisiaj w parku i dostaniecie papierek z ratusza! I że mogę walnąć w zęby tę głupią Magdę Serducho, jeśli znowu będzie gadała, że żyjecie w kombinezonie!
- W kombinacie! – poprawił ją ucieszony zmianą tematu Ivo – Magdę mogę walnąć ja. Nie brudź sobie rąk… siostra!
- Dobra. Walnij… bracie! Byle mocno. Ale z pojazdu kosmicznego korzystam pierwsza!
Ivo zrezygnowany wbił oczy w pusty już talerz.
- Podobno dziewczynom trzeba ustępować… Co za idiotyzm!
Cóż, uniknięcie sankcji za wsadzenie żaby do kanapek Agatki miało swoją cenę, więc nasz blond aniołek najpierw dokończył lekcje, a potem zainspirowany nową myślą czytał książkę „Żaba nie umie skakać na skakance”. Jako kreatywny dzieciak zaczął bowiem kombinować, że zrobi z ulubionych okazów Agatki wspaniałą trupę akrobatyczną i sprzeda do cyrku.
- Niezbyt się lubicie, prawda? – zasmuciła się Brygida, gdy zostały z Agatką same przy stole.
- To nie to, mamusiu. Ale nie rozumiem, po co w ogóle są chłopaki. A ty wiesz?
- Chyba wiem… - przyznała po namyśle Brygida. – Czasem przydają się w domu. Coś naprawią, przestawią ciężki mebel, przykręcą wieszak. A twój tatuś…
- Tatuś nie jest chłopakiem! To powinno działać tak, najpierw dzidziuś, a potem od razu tatuś… znaczy się, dorosły.
- Wtedy nie miałabyś braci, kochanie. Mundek i Maciek od dawna byliby żonaci i mieszkaliby oddzielnie. Chciałabyś tego?
- No… nie – przyznała mała Chrzanówna po intensywnym namyśle – Dobra. Niech sobie będą te chłopaki. Braciszka Iva też polubię, jak już go wytresuję. Chyba kiedyś pojmie, czym różni się planetoida od asteroidy, a żaba sercowata od wirującej kwiatowej?…
Tymczasem rozprawa Jana z draniami powoli zmierzała ku końcowi. Maciek z zainteresowaniem przysłuchiwał się, gdy Jan najpierw zrugał Mundka – charakternemu nastolatkowi należało się pierwszeństwo jako starszemu z drani.
Ale wkrótce przyszła kolej i na Maćka, co spodobało mu się znacznie mniej. Zwłaszcza, że Jan ani słowem nie wspomniał o skrzynce po cytrusach czy o garniturze. Jak pijany płotu uczepił się tematu bójki i nie chciał z niego zleźć mimo zapewnień, że nic poważnego się nie stało.
- Ojciec, nie takie rzeczy dzieją się w szatni… - próbował go przekonać Mundek – Gdyby dyro zobaczył, podpaliłby szkołę i rozwalił sobie łeb o kaloryfer. Żebyś wiedział, co wyrabia Dupcio Grzechuwarty albo Marycha, jak jej ktoś zalega z kasą za… za pomoce naukowe. My z Maćkiem tylko tak… daliśmy sobie raz czy dwa po czerepie i załatwione!
- Raz dwa po czerepie! A skąd się wzięła na suficie krew, której sprzątaczki nie mogły przez dwie godziny usunąć?
Dranie wymieniły między sobą zdziwione spojrzenia i Maćka pierwszego olśniło.
- Jaka krew? To była szminka, fater! Jeszcze zimą dziewczyny pokłóciły się o makijaż i jedna drugiej roztrzaskiwała kosmetyczkę o sufit! Wyszło niezłe grafitti ale reszta kolorów już wyblakła… No, na podłogę mogło mnie albo Mundkowi coś chlapnąć… ale na sufit?
- O co się pobiliście?
Oba dranie zamilkły jak jeden drań i Jan westchnął ciężko. Teraz powinien im powiedzieć o wyrzuceniu z Elitarnego Liceum Fundacji Landgraaba i o konieczności wyprowadzki z Wierzbowej Zatoczki… ale się wahał. Nie, najpierw musiał naradzić się z Brygidą. Niech chłopaki ostatnią noc prześpią spokojnie nieświadome topora, który zawisł nad ich dalszą karierą naukową… a może i całym życiem, jeśli Mundek nie zda matury w nowej szkole.
- No, słucham! – powtórzył groźnie – Nie puszczę was, dopóki się nie dowiem!
- Ojciec… ja naprawdę muszę do łazienki… - Mundek rzeczywiście przestępował z nogi na nogę, więc jego kapitulacja była tylko kwestią czasu – No dobra. Poszło o to, że na dużej przerwie byłem z chudym la… z Kassandrą Ćwir na boisku do siatkówki i Maciek się wściekł.
- Ty… byłeś… z Kaśką… na… boisku… do siatkówki? – zapytał głucho młodszy z Chrzanów i gdyby nie obecność naszego bohatera, kryminalna powieść „Śmierć pod wieszakami” wzbogaciłaby się o tom drugi: „Morderstwo pod Trzema Dupkami” - Nie żyjesz, zdrajco!
- Nie mam wyboru! – Jan kątem oka zauważył ciekawe spojrzenia przechodniów, którzy mijali „Dom Pod Gnomami” (tradycyjnie czyli po drugiej stronie ulicy) i zrozumiał, że jeszcze chwila i trzeba będzie się nie tyle wyprowadzać, ile chyłkiem uciekać z Wierzbowej Zatoczki z trupem Mundka w skrzyni po gruszkach – Obaj biegiem do swojego pokoju i ani się ważcie wyjść, dopóki nie powiecie prawdy. Całej prawdy! Jasne?
- A ja i tak pójdę do łazienki! – zbuntował się Mundek
- Fater, nie mogę oddychać tym samym powietrzem, co zdrajcy! – wrzasnął Maciek – Wolę umrzeć z głodu u dziadka. Albo w tej pracowni na piętrze, gdzie trzymasz stare rupiecie…
- Zamknij się, jołopie, bo się zleję! – zajęczał Mundek i był to naprawdę ostatni dzwonek
- Obaj do swojego pokoju! – powtórzył Jan takim tonem, że Maciek grzecznie zrobił pierwszy krok we wskazanym kierunku – Ty, Mundek, masz trzy minuty na łazienkę. I zapowiadam, nie wyjdziecie, dopóki wszystkiego się nie dowiem!
- Do szkoły też nie? – przerazili się obaj, jeden ze względu na potrzebę zamordowania niewiernej Kaśki, drugi z uwagi na oddalającą się perspektywę podróży do Mormońska, po zdaniu matury oczywiście.
- Minęła minuta! – obwieścił sucho Jan i oba dranie puściły się biegiem w kierunku domu, przy czym Mundkowi zdecydowanie plątały się nogi.
Niestety, nie był to jednak szczęśliwy dzień dla naszego charakternego nastolatka. Zaledwie z westchnieniem ulgi usadowił się na kiblu i zaczął główkować, jak wybrnąć z klinczu…
…do łazienki wpadł zaniepokojony Ivo.
- Co się dzieje, bracie? Ojciec… to znaczy tata…
- Won, blondasie! – ryknął Mundek i jego wściekłość omal nie przewróciła wanny z jaccusi do góry nogami – Nie jestem twoim bratem! Nie jestem niczyim bratem! Won!
Spłoszony Ivo umknął z łazienki, prawie roztrzaskując się o drzwi. Mundek nie był jego bratem? Ani bratem Maćka i Agatki? Tak podziwiany, ba, uwielbiany elegant rodu Chrzanów w ogóle nie pochodził z tej rodziny? Co było grane?
Akurat z drugiej łazienki wyszedł Bernard, w zamyśleniu nie dostrzegając wnuka, więc Ivo poczuł, że jego świat zawalił się ostatecznie.
- Dziadku, czy ty jesteś moim dziadkiem, czy też nie? – zaczepił go zrozpaczony, wciąż z palcem w buzi
- Oczywiście, że tak! – zdziwił się senior połączonych rodów – Jestem dziadkiem i twoim, i was wszystkich, dzieciarni młodszej i starszej. Oraz ojcem twojej mamy i teściem taty. Co ci przyszło do głowy?
- Bo jeśli moją siostrą jest ta pyskata Agatka… ale Mundek już nie… i tata tak się denerwował… jeśli to w ogóle jest tata…
- Jest. Nosicie różne nazwiska, ale to twój tata. Mundek i Maciek mieli dzisiaj z nim jakąś przykrą rozmowę ale obaj są twoimi braćmi. A Agatka siostrą. A mama bez zmian, mamą.
- Na pewno? Mundek jest moim bratem?
Bernard przytulił wnuka serdecznie jak zawsze, mimo własnych zmartwień.
- Tak. Od dzisiaj masz dwóch braci i jedną siostrę… na razie.
- To dlaczego nazwał mnie blondasem?
- A zapukałeś przed wejściem do łazienki?
Zawstydzony blond aniołek przyznał, że zapomniał, po czym wlazł do łóżka razem z głową, skąd długo nie ośmielił się wyjrzeć.
A Bernard poszedł do pracowni i namalował wspaniałego Króla Lwa do pokoju dziecięcego, nieomal zapominając o tajemniczej damie, gdyż był to obrazek z gatunku emocjonalnych, który w najgorszym pechowcu mógł wzbudzić lwią dumę i pewność siebie.
CIĄG DALSZY NASTĄPI
PS. Wielbicieli, a zwłaszcza P.T. Wielbicielki małej Agatki Tfurca zapewnia, że to jeszcze nie koniec popołudnia i Wasza ulubienica weźmie znaczący udział w kolejnych wydarzeniach, aż do wieńczącego rozdział późnego wieczoru.
Skoro jednak jest jak jest, mam nadzieje, ze Brygida rozpracuje tajemnicza dame z parku w bialych bucikach na koturnie. Wsuwanych!
Nieszczesna Cwirowna jest znow przyczyna niesnasek miedzy bracmi. Dobrze, ze w swiecie Chrzanow Nancy Landgraab nie jest prawdopodobnie nastolatka, o ile w ogole istnieje, bo o te ladna wyjatkowo jak na Twory Maxisa panienke lby by sobie pourywali. W moim swiecie jest coreczka Landgraaba i jest to wyjatkowo bezczelna i pyskata panienka.
Ale wyglada, ze kazdy swiat rownolegly, troche inaczej jest uksztaltowany
Agatka i jej niewolnik jak zawsze cudnie pyskata i pewna siebie. Biedny Ivo blond aniolek nie ma lekko. Przyszywana siostra tyran i przyszywany brat, ktory akceptuje go tylko wtedy , gdy ma dobry humor. Dobrze, ze ma kochajacego dziadka
Sliczny kawalek opowiadania
Ciekawe, komu tak bardzo zależy na pozbyciu się Chrzanów z miasta?
Kolejny świetny odcinek ze świetnymi dialogami i opisami.
p.s. ona ma tam jeszcze wepchnięte różowe... RÓŻOWE! Skarpety...
Bardzo fajnie że rodzinne więzy się zacieśniają, miły to widok Brygida, gotująca panna młoda i dzieciaki.
Jak ma już inną parę kaloszy. Dwój molestantów.. czy jakoś tak...
Jednakże biedny Ivo nie musiał być narażany na widok półnagiego przyrodniego brata zasiadającego na tronie, pewnie coś przeskrobał i dopadła go kara. Śmierdząca...
Lewek na obrazie jest fantastiko!
Ale ja zauważyłam jeszcze coś.
Najwyraźniej Maciek dopiero podczas reprymendy "naulicznej" dowiedział się, o co się bili z Mundkiem. I w rzeczywistości najwyraźniej nie była to wcale walka o chudego la.. to znaczy Cassandrę... Co ten Mundek znowu ukrywa!
No no... Robi się coraz ciekawiej... Bernard już nie wzdycha tak często do ś.p. Eleonory... A na horyzoncie pojawiła się tajemnicza dama... Z groszkami zamiast kropek... Z gromadą dzieci i wnuków. Ha! Pamiętaj jednak Emilu...
Tfu, tfurco...
że modu na zwiększenie liczby mieszkańców na parceli chyba jeszcze nie wyprodukowano :P
Podoba mi się zabawa abstrakcją - po klonach zgubione kropki na parasolu itd.Świetnie się to czyta i humor szybko się poprawia
Po komentarzu Anny aż zerknąłem czy tajemnicza femina ma różowe skarpety
http://ktosiksims.tumblr.com
Mam nadzieję, że właściwie odebrałeś nasze żarty z garderoby Alicji. Bo to są bardzo sympatyczne żarty.
Kibicujemy Bernardowi ze wszystkich sił. Mam nadzieję, że ci w międzyczasie nie zszedł z tego simowego świata.
Bo ja ostatnio przeżyłam panikę, gdy mój Antonio chcąc ogrzać dłonie - podpalił cztery litery, bo wypiął je niebezpiecznie blisko kominka :P Byłyby świetne fotki, gdybym nie przeraziła się utratą bohatera historyjki i czym prędzej nie wyleciała z gry bez zapisywania! A chciałam trochę moją historyjkę popchnąć do przodu
A Emil pewnie pluska się w basenie w swoim Aquaparku!
Bernard żyje jak najbardziej i właśnie główkuje, co oznaczają te różowe skarpetki pani Alicji...
Odcinek XXII
CZWARTE WESELE
Gdy Jan zakończywszy pierwszy etap rozprawy z draniami wszedł do domu, czarnowłosa ale już całkowicie ślubna kusicielka czekała na niego niecierpliwie pod drzwiami.
- Co tak długo, najdroższy? – zapytała czule i nasz bohater (jak zwykle, gdy znalazł się w zasięgu jej wzroku) natychmiast uznał, że jest najszczęśliwszym facetem w całej Simlandii, mimo relegowania starszych potomków z Elitarnego Liceum Fundacji Landgraaba i wiszącej nad rodziną konieczności szybkiej wyprowadzki – Mam nadzieję, że nie byłeś dla chłopaków zbyt surowy? Zrobiło mi się ich żal, tacy nieszczęśliwi wrócili do domu…
- Nieszczęśliwi to dopiero będą, gdy z nimi skończę! – wybuchnął Jan resztką złości - Dranie!
- Młodość chmurna i durna… - Brygida bezradnie rozłożyła ręce i miejsce uśmiechu na jej ślicznej buzi zajęło współczucie i troska – Nie chciałam się wtrącać, niewiele miałam do czynienia z nastolatkami… ale gdybym mogła ci pomóc, najdroższy… Porozmawiam z nimi, dobrze?
- Dobrze. Ale niech najpierw skruszeją! Powiedzmy… za godzinę! Albo dwie. Na razie mają siedzieć w swoim pokoju i nie pokazywać się nikomu na oczy. Bo muszę ci opowiedzieć, jaka klątwa zawisła nad nami… Czekaj! A może to naprawdę te dupki? Powodują katastrofy w życiu każdej rodziny, która zamieszka w domu, który uważają za swoją własność? To jedyne racjonalne wytłumaczenie!
- Masz na myśli te gnomy z poddasza? Janie, a co wspólnego ma racjonalizm ze średniowiecznymi przesądami? Nie uwierzę, że ty, technokrata i mechanik precyzyjny, możesz wierzyć w duchy, demony i całą tę podejrzaną magię…
- Fakt… - zawstydził się Jan – Gnomy to gnomy. Po prostu przeceniłem moich… naszych synów. Za bardzo byłem z nich dumny. Że Maciek świetnie się uczy, a Mundek może poderwać bez trudu każdą dziewczynę w Wierzbowej Zatoczce… Los nie lubi ślepych ojców.
- Nieprawda, najdroższy. Nigdy nie byłeś ślepy. Myślę, że mojego małego urwisa wychowasz równie wspaniale. A jeśli przejmujesz się Losem albo gnomami… Daj im to. Prawdziwa Miłość przezwycięży wszystkie złe czary!
I nasza bohaterka wręczyła Janowi purpurową różę, tak piękną i świeżą, jak ich małżeńskie szczęście.
- Dam ją gnomom… - mruknął Jan - …kolcami do góry, w zadki! Ach, Brygido… smutne byłoby moje życie bez ciebie!
- Janie, musimy poroz… - zdążyła wyszeptać Brygida, nim pochwycił ją w swoje silne, męskie ramiona
- Musimy co innego… - odmruknął pomiędzy pocałunkami
- Ale chłopaki…
- Niech kruszeją. Agatka w rakiecie… Ivo czyta, tato maluje. Chodź! Poobserwujemy gwiazdy…
No i poobserwowali. Ech, Janie! Gdzie się podziało twoje precyzyjne planowanie? Taki spontan w momencie, gdy ważą się losy połączonych rodzin van Loose’ów i Chrzanów?
WSTYD!
Dopiero po jakimś czasie usiedli przy stole i Jan opowiedział żonie o fatalnej rozmowie z dyrektorem Elitarnego Liceum Fundacji Langraaba. Słuchała uważnie, nie przerywając.
- To był ten jak mu… Kalasanty Dureń, tak? – zapytała, wysłuchawszy opisu krwawej bratobójczej bitwy w szkolnej szatni i wielogodzinnych zmagań sprzątaczek z kałużami krwi
- Cezary August Brutus Tyberiusz Gamoń – poprawił ją mimochodem – Znasz go?
- Tylko z widzenia. Słyszałam, że trzyma w biurku całą baterię alkoholi… Mały pijaczek z wielkimi plecami.
- Możliwe. Ale wyrzucił chłopaków… i musimy się szybko wyprowadzić, żeby Mundek zdał maturę w nowej szkole!
- Ani myślę opuszczać Wierzbowej Zatoczki! – oznajmiła stanowczo Brygida – Tu jest nasze miejsce, Janie! Wyrzucenie ze szkoły z powodu bójki… zwłaszcza między braćmi… to niewspółmierna kara. Przecież się nie pozabijali, prawda? Mundek może zdawać maturę jako ekstern. Maćka urządzimy u moich krewnych w Oazie. Dlaczego tak łatwo się poddajesz, jakbyś nigdy nie walczył z niesprawiedliwością i manipulacjami, ukochany?
- Całe życie walczyłem… i walczę, najdroższa – na widok jej determinacji Jan nie mógł się nie rozpogodzić – Myślisz, że damy radę? We dwójkę przeciwko całemu miastu?
- Wielkie mi miasto! Te kilkaset osób? A nas jest siedmioro. Troje dorosłych, dwa dranie, Agatka i mój łobuziak, który wystarczy za czterech, jak go spuścimy ze smyczy! Chodź, ukochany, porozmawiamy z tatusiem. Powinien wiedzieć, co postanowiliśmy!
Więc Jan przyniósł sobie wielki talerz spaghetti (zgłodniał od czasu hamburgerów zjedzonych w towarzystwie fałszywego kuzyna) i zasiedli biodro w biodro na łóżku Bernarda.
Drzewko szczęścia było już na ukończeniu i to przypomniało Brygidzie o nieznajomej w parku.
- Ukochany, mieszkasz tu krócej, niż my ale częściej bywasz między ludźmi… Wiesz, kim może być kobieta w białej spódnicy, bordowym sweterku i bucikach na koturnie z różowymi skarpetkami? Ciemnowłosa, szczupła… Nosi parasolkę w kropki.
- W groszki! – poprawił z naciskiem Bernard
- Znam ją! – Jan od razu skojarzył opis z osobą – Grałem z nią wczoraj w szachy w parku. Nazywa się Alicja Groszek-Kropka i ma męża-biznesmena, który ciągle podróżuje… Oraz mnóstwo wnuków. Miła kobieta, przyjemnie się z nią rozmawiało.
- Zależy komu… - mruknął Bernard domalowując ostatnie pomarańczowe listki i odkładając pędzel.
- No wiesz, Janie! – oburzyła się Brygida – Poszedłeś na szachy w piżamie?
- Ja nie bardzo wiem, skąd się tam wziąłem, najdroższa… - Jan sumitował się tak gorliwie, jakby pojawienie się w parku w niekompletnym stroju było przestępstwem, zagrożonym dożywotnim więzieniem – Byliśmy razem w naszej sypialni i właśnie mieliśmy… ehem…
… kiedy zobaczyłem, że siedzę przy szachownicy i rozmawiam z panią Alicją. Nie wypadało się od razu zrywać i uciekać. A kiedy pożegnaliśmy się i ruszyłem w stronę domu…
… okazało się, że już tu jestem… z tobą, najdroższa… i właśnie w najlepsze… ehem…
- Coś takiego! – zdumiała się Brygida – Tak od razu… z parku do naszej sypialni? I ja nie nawet zauważyłam, że figlowałam sama ze sobą? Co za cuda!
Bernard tylko wzniósł oczy do nieba. Jemu też zdarzało się po kilku głębszych lewitować do nieznanego wcześniej buduaru jakiejś damy, której imienia nawet nie kojarzył i wcale nie uważał tego za szczególny cud. Oczywiście dopóki nie poznał świętej pamięci Eleonory, która w pojedynkę zastąpiła mu wszystkie damy świata i oduczyła od bywania w cudzych sypialniach. Niezależnie od kompletności stroju.
- A propos cudów… Wyobraźcie sobie, znalazłam dzisiaj w kieszeni żabę tygrysią i kilka skamielin, których w ogóle nie zbierałam. Oraz sadzonki róży. Myślałam, że to głupi żart Iva ale dzieciak przysięgał, że żabę prędzej podłożyłby do kieszeni Agatce, a sadzonki z kolcami na krzesło pani Klaudii Nicpoń, ich wychowawczyni… i tu mu wierzę.
- Może znalazłaś je wracając od Nancy Landgraab, najdroższa? – zapytał podchwytliwie Jan – Skracałaś sobie drogę przez ten bezimienny park obok naszego domu?
- Ależ skąd! Biegłam jak na skrzydłach prosto do ciebie, ukochany! Owszem, zatrzymałam się przez chwilę na pustej parceli koło łowiska i pomyślałam, że warto ją kupić na dom dla Mundka, gdy dorośnie i się ożeni… albo przeznaczyć takie wspaniałe miejsce na inne cele… ale przez żaden park nie przechodziłam. Nawet nie wiedziałam, że mamy go w pobliżu!
- Zaprowadzę cię jutro! – obiecał Jan upewniając się ostatecznie, że Brygida doznała dziwnej amnezji i nie pamięta spotkania z Brygidą-bis i Janem-bis, a także panną Lato oraz pozostałymi mieszkańcami Wierzbowej Zatoczki – A co do samotnego figlowania…
- Niiiigdy więęęęcej samotneeeego figlowaaaania! – zaśpiewała Brygida na melodię przedpotopowego przeboju Szczotra Piespanika z takim uczuciem, że Bernard zesztywniał.
- Nie odziedziczyła muzykalności po tobie, teściu… - szepnął konfidencjonalnie Jan, zasłaniając usta dłonią i mrugając znacząco
- Wiem… - odmruknął Bernard – Słuch ma po mamusi… świętej pamięci. Nie pozwól, żeby śpiewała dzieciom kołysanki, bo będą miały koszmary do białego rana!
- Ale Ivo był potem przez tydzień grzeczny! – obruszyła się Brygida
- Moja żona będzie śpiewać tylko dla mnie! – postanowił Jan bohatersko i posłał ukochanej namiętne spojrzenie - Sypialnia już jest wyciszona. Bardzo solidnie to wykonali. Nie spodziewałem się tak dobrej roboty po miejscowej firmie…
- Dwa razy poprawiali! – Bernard wyczłapał zza sztalugi i opowiedział o dziwnym zachowaniu ekipy remontowej, a zwłaszcza brygadzisty Tasiemki – Myślałem, że nagle pogłupieli… A kłaniali mi się tak nisko, jakbym był cesarzem Chin!
- Pewnie zobaczyli mój dyplom mechanika i zorientowali się, że rozpoznam fuszerkę…
- Trzymasz dyplom w kuchni, zięciu?
- Nie, w komodzie w sypialni. Musieli zajrzeć do szuflady.
- Z sypialni już wtedy wyszli. Wynosili drabiny przed dom. A ten ich brygadzista zajrzał do kuchni po mop i wyskoczył, jakby zobaczył ducha…
- Duchy? W kuchni? – zdumieli się jednogłośnie małżonkowie, bo bezsprzecznym faktem jest, że ani Waszemu Uniżonemu Tfurcy, ani bohaterom niniejszej opowieści duchy nie pokazały się jeszcze w żadnej lokalizacji. Mimo zainstalowanej w odpowiednim czasie aktualki.
- Tak to wyglądało. Wszedł i zaraz wypadł, jakby go gonił Mroczny Kosiarz! Potem wrzeszczał do kogoś przez telefon… że zawiadomi naczelnika, jeśli nie weźmie na plecy jakiejś ciężarówki… Drzwi od mojego pokoju były otwarte ale nie przysłuchiwałem się zbyt uważnie. Malowałem „Bezlitosną parasolkę”.
- Przestraszył się twoich noży, najdroższa! – zaśmiał się Jan dojadając spaghetti
- Moich? Masz na myśli tę ozdobę na szybie? To twoje noże, najdroższy…
- Nigdy wcześniej ich nie widziałem. W starym domu mieliśmy w oknach tylko rolety.
- My też – i Bernard, i Brygida zgodnie wyparli się posiadania śmiercionośnych przedmiotów w charakterze domowych ozdóbek – Byłoby to niebezpieczne przy naszym łobuziaku… Tutaj omijał noże z daleka, bo myślał, że należą do ciebie. Może zostały po poprzednich właścicielach?
- A ja wam mówię, to gnomy! – Bernard wyciągnął oskarżycielsko palec ku sufitowi, a Jan tylko się uśmiechnął do talerza, bo i jemu koncepcja klątwy voo-doo oraz czarów wydawała się najlepszym wytłumaczeniem dziwnych wydarzeń – Od razu mi się nie spodobały! Dzieci opowiedziały mi o jakichś nieporozumieniach między Mundkiem i Maćkiem, ty poszedłeś do parku w samych gaciach… Mam nadzieję, że ta dama… że pani Alicja Groszek-Kropka nie dowie się, jak blisko jesteśmy spowinowaceni!
- Mówiłem ci, teściu, z parkiem to nie moja wina! Nie wiem, jak się tam znalazłem i dlaczego po kwadransie znów byłem we właściwym miejscu… czyli w sypialni. Ale zdarzyło się jeszcze coś, o czym nie wiesz. Zadzwonił do mnie dyrektor liceum i oznajmił…
I Jan wtajemniczył Bernarda w najgorsze z wydarzeń tego dnia: w relegowanie starszych synów ze szkoły i jego skutkach dla rodziny.
Bernard słuchał zasępiony. Stare drzewa trudno adaptują się w nowych miejscach. Wierzbowa Zatoczka była miasteczkiem, do którego przeniósł się po przejściu na emeryturę z młodziutką wówczas córką: tu na skutek natręctwa wszędobylskich akwizytorów urodził się jego wnuk, tutaj odkrył własną pasję malarską. Inne miejscowości w Simlandii były dla seniora rodu van Loose białymi plamami na mapie świata.
- Mamy jakichś krewnych w Oazie? – ucieszył się, gdy Brygida przedstawiła mu dezyderat: nie wyprowadzają się, lecz podejmują walkę z całym miasteczkiem – Dlaczego nigdy nas nie odwiedzili?
- To… to właściwie są przyszywani wujowie i ciotki, tatusiu! – pośpiesznie choć nader niejasno tłumaczyła Brygida – Dość starzy… i nieco nudni. Banda starych dziwaków. Ciotka Julia, ciotka Felicja, wuj Antoni, dziadek Leon i jeszcze kilkoro. Nie znasz ich, bo… bo mamusia też za nimi nie przepadała. Ale Maćkiem zajmą się rzetelnie. Jutro pojadę do Oazy i porozmawiam o naszym problemie. Mieszkają w dużym domu, na pewno znajdą pokój dla naszego syna… i dopilnują, żeby odrabiał lekcje, a nie włóczył się z Kassandrą po barach!
- Maciek się włóczy z Ćwirówną po barach? – osłupiał Jan – No, ja mu pokażę!
- Och, nie bądź taki dosłowny, mężu! – Brygida zbyt późno ugryzła się w język – Użyłam figury retorycznej. Zadurzył się, ale mu przejdzie. Zwłaszcza, gdy zamieszka w Oazie i pozna ładniejsze koleżanki w nowej szkole…
Akurat! Maćkowi nie przeszło nigdy, o czym przekonają się nasi Wielce Wymagający Czytelnicy. A przynajmniej ci, którzy nie poumierają z nudów, nie doczekawszy końca sagi.
- Skoro zdecydowaliśmy się pozostać w Wierzbowej Zatoczce, poszukam sposobu na te gnomy – obiecał Bernard już całkiem rozpogodzony – Najpierw namaluję ich wizerunki, a potem postaram się o zardzewiałe igły… Albo wykorzystam te noże z kuchni. W zestawie zauważyłem całkiem porządny szpikulec do lodu.
- Śmierć gnomom… i wszystkiemu, co stanie nam na drodze! – wykrzyknęła Brygida, unosząc w górę zaciśniętą pięść – Niech żyje rodzina Chrzanów i van Loose’ów!
- Niech żyje! Niech żyje! – powtórzyli za nią z entuzjazmem obaj panowie i przez chwilę wszyscy mieli wrażenie, że czas się cofnął i za sprawą niewytłumaczalnych gnomich czarów zostali przeniesieni na peerelowską akademię ku czci kolejnego plenum Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
No, przynajmniej Wasz Uniżony Tfurca oraz stary Emil mieli takie wrażenie i wcale nie było ono inspirujące.
(Ostatni epizod tego odcinka już się nie zmieści. Przenoszę go do kolejnego postu).
Przez ten czas chłopaki przykładnie kruszały. Jak zające, wywieszone za tylne łapy czyli skoki podczas mrozów za okno przed zmieleniem na prawdziwy staropolski pasztet.
- Słuchaj, zdrajco, czy pomiędzy tobą a Kassandrą… to znaczy Kaśką… czy wy nadal… - po kwadransie ponurego milczenia Maciek załamał się pierwszy – Bo jeśli… to ja… skoro wy… na boisku i w ogóle…
- Wsadź sobie Kaśkę w buty! I resztę dziewczyn też! – odburknął wrogo Mundek, nie zaprzestając oglądania własnych paznokci – Nazwałeś mnie zdrajcą! Przy ojcu! Masz w dziób tak, że własnych zębów będziesz szukać przez teleskop w kosmosie!
Po kolejnym kwadransie Maciek przetrawił groźbę i postanowił się nią nie przejmować… chociaż nadal ciężko mu było znaleźć właściwe słowa do wyartykułowania najważniejszej kwestii.
- Czy to znaczy… że ty i Kaśka… że wy… że między wami… Jasne, to chudy lachon… ale ja… bo jeśli wy… nadal…
- A odczep się ode mnie! – wybuchnął wreszcie Mundek – To było sto lat temu… zanim nie poznałem Mań… ładniejszych dziewczyn! Jest brzydka jak noc! I te kitki… Zero wyczucia mody! Kto ubiera się dziś w plisowane spódniczki i sweterki jak od zakonnic?
- Przywaliłeś mi z piąchy, że się mało nie skichałem! – ryczał dalej charakterny potomek rodu Chrzanów – Patrz, jaką mam śliwę, bandyto! Pół głowy mi odstrzeliłeś! Pewnie oko stracę, tak boli… I za co? Że powiedziałem Cass na korytarzu… na korytarzu, rozumiesz, jołopie?!... że nie wiem, dlaczego nie przyszedłeś na boisko podczas dużej przerwy i może uczyłeś się w kiblu do tego sprawdzianu z historii!
- Ale powiedziałeś fatrowi, że…
- Bo lać mi się chciało, baranie, a ojciec trzymał nas pod drzwiami i trzymał! To było pierwsze, co mi przyszło do głowy! Mam gdzieś twoją Cass! I resztę dziewczyn! Zdam maturę i pojadę… w świat! Albo wstąpię do armii! Nie będą musiał patrzeć na twoją głupią gębę, jak ślinisz się do chudych lachonów i rodzonemu bratu wymyślasz od zdrajców!
- Ja mam głupią gębę? – zdumiał się Maciek – Cass… Kaśka mówiła, że jestem całkiem przystojny… i bardzo mądry!
- Jakbyś był mądry, to byś mi powiedział, o co kaman. A nie od razu piąchą w oko!
- Przyłóż sobie surowy kotlet… - Maciek nie bez racji uważał się za eksperta od obrażeń odniesionych na polu walki – A ty mi rozwaliłeś wargę! Tak spuchła, że mogę na nią nadepnąć! Jak ja jutro pójdę na ran… Prawda. Nie pójdę. Ani jutro, ani pojutrze, ani za tydzień…
Posmutniał tak straszliwie, że teraz Mundek wytrzeszczył oczy. Nawet to, z którego pozostała wąska szparka w krwistosinym makijażu, którego nie powstydziłby się żaden zombie.
- O czym ty gadasz?
- Mam szlaban. Za twoje świerszczyki w pudle z garniturem fatra. Całe dziesięć dni!
- Więc chodziło o garnitur, nie o chudego lachona? W szatni, gdy doskoczyłeś do mnie jak furiat…
- …i policzyłem się z tobą za plan ratunkowy? – na twarzy Maćka mimowolnie odmalowało się zadowolenie – Tak. Garnitur był w skrzyni po gruszkach pod starymi albumami. Świerszczyki zabrałeś co do sztuki, a za całokształt oberwałem ja…
Mina Mundka wyrażała zażenowanie? Intensywny namysł? Wstyd?
- O kurde… Sorry, bracie! Widzisz, nie zabrałem ze starego domu żadnych świerszczyków. Przestały mnie kręcić, odkąd poznałem Mań… odkąd poważnie zacząłem się uczyć do matury. Spakowałem je do skrzyni po cytrusach, przywaliłem makulaturą z biblioteki i powiedziałem chłopakom, że jak chcą, to po wyprowadzce mogą sobie wziąć. Garnitur włożyłem na wierzch bo byłem pewien, że go zabierzesz nie zaglądając pod makulaturę…
- No i zabrałem… - westchnął Maciek – Tubkę maści od Kassandry.
Milczenie wlokło się w nieskończoność. Dranie w ponurej ciszy rozmyślali o złośliwości Losu, który tak a nie inaczej urządził trzecie wesele naszych bohaterów.
Całe szczęście, że chociaż czwarte doszło do skutku!
Wreszcie Maciek wygrzebał z kieszeni wyciśniętą do cna tubkę po najskuteczniejszym specyfiku Mortimera Ćwira na rany cięte, szarpane, postrzałowe oraz zadane niezidentyfikowanymi narzędziami tłukącymi.
- Masz. Posmaruj sobie, jeśli kotlet nie pomoże! – podsunął tubkę Mundkowi na znak gotowości do zawarcia pokoju – Faktycznie mocno cię walnąłem…
Mundek spróbował wydobyć z tubki choćby odrobinę maści ale zdrapał tylko jakieś zaschnięte grudki.
- Dzięki, bracie… - udał, że smaruje zapuchniętą powiekę, a potem wstał z nagłą determinacją
- Idę do ojca. Wyjaśnię mu, jak było z garniturem… i że połowa szlabanu należy się mnie. Ty tu zostań i trzymaj kciuki. A przy okazji wybij sobie z głowy, że cokolwiek obchodzi mnie twoja Kaśka. Wszystkie baby są podłe i głupie!
Charakterny nastolatek wymaszerował z pokoju chłopaków z dumnie podniesioną głową. Maciek obmacał wargę, skrzywił się boleśnie i w kompletnym pomieszaniu rozłożył ręce:
- Na Kaśkę nie leci… Garnitur się znalazł… Ślub odbębniony… Zaraz, to o co my się właściwie biliśmy?
I było to najmądrzejsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy od chwili, gdy po raz pierwszy zaznał odpoczynku wojownika na boisku do siatkówki Elitarnego Liceum Fundacji Landgraaba.
Którego uczniem przestał być właśnie dzisiejszego popołudnia.
CIĄG DALSZY NASTĄPI
-I mam coraz większe obawy, że do twojej wysoko ustawionej poprzeczki trudno będzie komukolwiek doskoczyć...