No już myślałem,że się jednak nie doczekam tego ślubu nareszcie się udało i nawet komandelsi przeszkodzili jeno drugoplanowej postaci nie całkiem związanej z tematem uff.. Tylko ciekawość nadal rozbudza pytanie kim jest tajemnicza Brygida.
Czwarte wesele sie odbylo o dziwo bez specjalnych przeszkod. Ale chyba jeszcze wiele sie wydarzy biorac pod uwage tajemnice Brygidy do finalowego pogrzebu. Miejmy nadzieje, ze to bedzie pogrzeb Cwira, a nie kogos z przesympatycznej rodziny Chrzanow
No wreszcie! Udało się! No to teraz rozumiem, że cztery podejścia do pogrzebu?
Ja też optuję za Mortimerem. W ostateczności zgodzę się na pannę Maluch - wątroba jej może w każdej chwili odmówić posłuszeństwa.
Moje gratulacje, przebrnęli przez wszystkie trudności, i wreszcie wypowiedzieli ta ślubną przysięgę.
Oby historyjka się teraz zbyt szybko nie skończyła, bo wiadomo, że do pogrzebu nikomu nie spieszno.
No i ciekawe, kto będzie tam grał główną rolę. XD
Jeśli sądzicie, że nasi (wreszcie po tylu perypetiach poślubieni) nowożeńcy wrócili z parku prosto do domu, by skorzystać z upragnionej chwili małżeńskiej bezdzietności, to się grubo mylicie. Jan wrócił sam.
Brygida oznajmiła, że musi czym prędzej pobiec do Nancy Landgraab, swojej najserdeczniejszej przyjaciółki i pochwalić się świeżo nabytym statusem młodej mężatki. Oraz przeprosić, że nie wysłała z odpowiednim wyprzedzeniem informacji o tym wydarzeniu.
Jan długo patrzył na krwistoczerwony bukiet ślubny oraz stojak z białymi kwiatami, zajmujący poczesne miejsce w ich (już) małżeńskiej wyciszonej sypialni. Jako mechanik precyzyjny i wszechstronna złota rączka opukał ściany, odbił kawałek tynku za komodą i zdumiał się na widok doskonałej jakości płyt izolacyjnych.
- Porządna firma te „Szepty i Krzyki” – pomyślał – Kto by się spodziewał!
He! He! He! Prawdę o działalności Alberta „Taty” Tasiemki miał dopiero poznać.
Potem nasz bohater starannie oczyścił i odwiesił do szafy ślubny garnitur, a następnie w samej bieliźnie jeszcze raz puścił oko do stojaka z kwiatami.
- Udało się! – pomyślał – Zdobyłem Brygidę! Na zawsze!
Po czym z westchnieniem zadowolenia ułożył się do drzemki, by odreagować napięcie i tego dnia, i wszystkich poprzednich od momentu poznania czarnowłosej bogini pod barem „Czerwony Aksamit” w pierwszym odcinku naszej sagi.
Co w tym czasie robiła Brygida? Nie wiemy. Wytropiliśmy ją dopiero w kilka godzin później, w drodze powrotnej do domu. Stała głęboko zamyślona na pustej parceli w drugim końcu Wierzbowej Zatoczki i przyglądała się wodzie.
- Tak, to będzie dobre miejsce na nowy… - szepnęła w pewnej chwili do siebie i nadstawiliśmy uszu pewni, że za chwilę poznamy jakąś część tajemnicy naszej bohaterki…
… ale dokładnie w tym momencie z nurtu wyskoczyła wielka ryba, plusnęła ogonem i było po ptokach. Brygida odwróciła się i tajemniczo uśmiechnięta ruszyła w stronę domu.
Młode pokolenie wróciło tego dnia ze szkoły w minorowych nastrojach. Maciek już im opowiedział, jaki cud wydarzył się w samo południe w miejskim parku i przeżywali to głęboko.
Agatka boczyła się na cały świat, że ekspertka od żabowisk po zamążpójściu na pewno nie znajdzie czasu, by się wybrać na wspólny połów i ona, eksploratorka Chrzanówna, do końca życia będzie skazana na jej głupiego asystenta. Ivo martwił się z tego samego powodu, tylko na odwrót: kłótnie o ciała kosmiczne oraz wyłapywanie oślizgłych płazów ze studni i kałuż bynajmniej nie były tym, czym chciał się zajmować przez resztę swoich dni.
A co sądzili o legalizacji rodziny nasi nastolatkowie? Trudno orzec. W ogóle ze sobą nie rozmawiali, choć na ogół usta im się nie zamykały, gdy tylko opuszczali mury miejscowej średniej instytucji edukacyjnej!
To, co się zdarzyło w szkolnej szatni widziało pół Elitarnego Liceum Fundacji Landgraaba i Wierzbowa Zatoczka już huczała od plotek. Najstarsi synowie Jana Chrzana pobili się tak straszliwie, że gdyby w porę nie rozdzielił ich nauczyciel dyżurny, doszłoby do bratobójstwa!
O co poszło? Tego nie dowiedział się ani profesor Wyrwiwłos Kołobrody (ksywa: Nudziarz), ani dyrektor Cezary August Brutus Tyberiusz Gamoń (zwany pieszczotliwie dyrem) do którego obaj delikwenci zostali doprowadzeni za kark prosto z pola walki. Obaj milczeli i tylko brzydko spoglądali jeden na drugiego: Maciek miał krwawiącą wargę, a Mundek taką śliwę pod okiem, jakby to on, a nie młodszy z Chrzanów spotkał się na posterunku policji ze znanym (nie tylko nam) sierżantem Kawką.
Jana z rozkosznej drzemki wyrwał dzwonek telefonu.
- Brygida! – pomyślał uradowany (rojąc, że czarnowłosa zdobycz nawet podczas wizyty u Nancy Landgraab myślała o nim i zapragnęła mu przesłać drogą elektroniczną wyrazy najzupełniej staroświeckiej Prawdziwej Miłości) ale jego uśmiech szybko zgasł. Bo w słuchawce zamiast melodyjnego głosu Brygidy rozległ się pełen dyrektorskiej powagi sznapsbaryton Cezarego Augusta Brutusa Tyberiusza Gamonia.
I wydało się! Jan z osłupieniem wysłuchał barwnej opowieści kryminalnej pod tytułem „Śmierć pod wieszakiem” z Mundkiem i Maćkiem w roli szwarccharakterów. Zareagował dreszczem zgrozy na opis katorżniczej pracy szkolnych sprzątaczek, które przez DWIE GODZINY usuwały plamy krwi… nawet z sufitu. Z pełnym zrozumieniem przyjął informację, że szkolny psycholog i pielęgniarka nadal wyprowadzają z głębokiej traumy uczniów, będących świadkami masakry. I że skrzynka mailowa w dyrektorskim komputerze pękła na dwoje pod ciężarem korespondencji od oburzonych rodziców.
- Więc sam pan rozumie, panie Chrzan… - głos Cezarego Augusta etc. był niezwykle oficjalny – Muszę usunąć pańskich synów z grona uczniów naszej szkoły. W Elitarnym Liceum Fundacji Landgraaba nie ma miejsca dla bandytów!
- Ależ… Mundek za sześć tygodni zdaje maturę! – zdołał tylko wyjąkać zaszokowany Jan – A Maciek jest prymusem w swojej klasie!
- Maturę można zdać w Oazie, w Sunset Valley, w Riverside czy gdziekolwiek, panie Chrzan. Jeśli się pan natychmiast wyprowadzi z Wierzbowej Zatoczki, syn nie straci roku. To wszystko. Żegnam!
Wyprowadzić się z Wierzbowej Zatoczki? Jan bezmyślnie gapił się na smartfon, z którego wydobywało się stacatto przerwanego połączenia, oznaczające koniec dyskusji. Oraz równie nieodwołalny kres pobytu rodziny Chrzanów w królestwie Mortimera Ćwira.
- W samą porę zdążyłem ze ślubem… - pomyślał nasz bohater – Ciekawe, co powie Brygida na kolejną przeprowadzkę? Dlaczego tak długo nie wraca?
(Czarnowłosa piękność była już w drodze znad rzeki do domu, ale o tym nie wiedział).
- Oż-esz wy dranie! – w Janie zagotowała się wściekłość na synów, którzy przez głupie bójki wykreślili połączone rodziny Chrzanów i van Loose'ów z listy mieszkańców Wierzbowej Zatoczki. – Ja wam dam! Łby poukręcam! Nie mogliście się tłuc tutaj, w domu?
Wściekły wpadł do pokoju starszych potomków i miejsce ojcowskiego słusznego gniewu zajęło przygnębienie. Oba dranie spały, ostentacyjnie odwrócone do siebie plecami. A więc sytuacja była poważna.
- Naradzę się z żoną… - postanowił nasz bohater ani myśląc, że zrobił właśnie pierwszy milowy krok w kierunku beznadziejnego pantoflarstwa – Ostatecznie jest ich matką. Może poszło o jakąś dziewczynę i kobieta lepiej zrozumie sercowe perypetie takich gówniarzy?
He! He! He!
Zajrzał zgnębiony do pokoju dziecinnego. Ivo odrabiał lekcje – był bowiem nie tylko blond czortem wcielonym, lecz także chorobliwie ambitnym kujonem.
- Pomóc ci, synku? – zapytał w nadziei, że zajmie czymś rozdygotane nerwy do czasu powrotu Brygidy ale Ivo tylko prychnął, dodając właśnie siedem do sześciu i pomagając sobie wysuniętym końcem języka.
- Niech oj… niech tata pomoże Agatce. Ma gorsze stopnie!
- Tak? A gdzie jest twoja siostra?
- Siostra… Też coś! Jeśli oj… jeśli tata pyta o tę poławiaczkę ropuch, pewnie siedzi w obserwatorium. Niedługo miejsca w domu nie starczy na wydruki nieba!
Fakt. Agatka właśnie wchodziła do obserwatorium, zdecydowana wzbogacić swoją kolekcję o trofeum „Koniec Wszechświata”, gdzie cały kosmos spływał z wodą do jedynej ocalałej na Ziemi muszli klozetowej.
Jan pomyślał, że warto wpaść na pogawędkę do teścia, ale Bernard malował właśnie melancholijny, przesycony czernią obraz. Mina artysty wskazywała, że wsadzi pędzel drewnianym końcem w oko każdemu, kto zakłóci przelewanie na płótno kolejnego (po „Bezlitosnej parasolce”) arcydzieła pod roboczym tytułem „Czarna dusza nieznajomej nad czarną głębią stawu”.
Jan bezczynny i bezradny zatrzymał się na środku hallu. Nikomu na świecie nie był potrzebny!
- Coś musi być w tych dup… gnomach na poddaszu! Może voo-doo? - doszedł do jedynego racjonalnego wniosku i postanowił, nagle ożywiony, że jeszcze dziś wywali pechowe ozdoby na śmietnik. Raźno wskoczył w codzienne ubranie, by wdrapać się po drabinie do szklanej trumny… i uprzytomnił sobie, że to nie ma sensu. Przecież i tak muszą szybko opuścić dom „Pod Trzema Dupkami” i przenieść się w miejsce, gdzie Mundek mógłby zdać maturę!
Usiadł więc do komputera i zaczął przeglądać nieruchomości na sprzedaż w Oazie, Sunset Valley oraz w Riverside.
Kolor kryształka nad głową naszego bohatera świadczył najdobitniej o czarnej dziurze, w którą wpadły jego nadzieje na radosną przyszłość powiększonej rodziny van Loose’ów i Chrzanów.
Brygida raźno biegła do domu. Gnała ją tęsknota do silnych ramion i kojącej obecności Mężczyzny Jej Życia. Skracając sobie drogę przez niewielki park tuż obok „Budy pod Trzema Dupkami” na swoje nieszczęście spostrzegła krzak zdziczałej róży i postanowiła zebrać sadzonkę.
- Będzie pięknie wyglądać przed drzwiami wejściowymi – pomyślała – Krzaki róż! Dom w kwiatach… Och, Janie, dla ciebie nauczę się nawet ogrodnictwa… chociaż te mszyce… brrr!
Odcinając sadzonkę spostrzegła kamień, w którym mogła się kryć mapa skarbu.
- Mam szczęście! – pomyślała i zaczęła rozłupywać znalezisko ale w środku krył się tylko kolejny My Sims.
Otwierając tajemniczą kapsułę powiodła oczami po parku i nagle zobaczyła Jana, swego od południa legalnego małżonka, który przy stoliku piknikowym… uwodził wpatrzoną w niego jak w obraz niejaką Lato Wakacje. Czyli Summer Holidays. Piękną blondynkę z rzęsami tak poprawionymi w CAS, że Brygida poczuła się brzydka, niemodna i zaniedbana.
Albowiem, jak nasi W. W. Czytelnicy wiedzą, ani Wasz Uniżony Tfurca, ani biedny stary Emil nie znają się ni w ząb na modowych sztuczkach, którymi Mistrzowie TS 4 nadają swoim postaciom urodę aniołów i anielic.
- Auuuuu… - zawyło coś w Brygidzie i zdechło, porażone przeczuciem nadciągającego nieszczęścia – Janie! Jak mogłeś mi to zrobić! W dzień ślubu?
Jednak nie na próżno w naszej bohaterce płynęła krew starego holenderskiego rodu, którego gałęzie genealogiczne były obwieszone szyszakami bitnych flamandzkich przodków, poległych w wojnie holendersko-hiszpańskiej, holendersko-portugalskiej a nawet holendersko-indonezyjskiej. W uszach Brygidy niczym werble dobosza zadźwięczała piosenka Heleny Maluch:
Oj dana dana!
Nie ma Jajana!
Bo gdy powiedział DOŚĆ
Ona mu dała w kość!
Wydarła alimenty
Że Boże święty!
… więc strzepnęła piórka, poprawiła fryzurę i jakby nigdy nic przysiadła się na wolnym miejscu naprzeciwko ślubnego zdrajcy.
- Heyka, ukochany! – przywitała go czule – Nie mogłeś się doczekać mojego powrotu? Już jestem… i zaraz zaspokoję twoje nienasycone żądze!
- Kim jest ta kobieta? – spytała zdziwiona panna (czy też pani) Lato alias Summer.
Jan siedział jak skamieniały.
- Kim jestem? – zaśmiała się Brygida, choć łzy pod powiekami piekły ją niczym chińska przyprawa do kurczaka – Nazywam się Brygida Chrzan. W południe wzięliśmy ślub… z tym tu obecnym Janem. Nieprawdaż, ukochany?
Na piękną twarz panny Lato wypełzły krwawe rumieńce.
- Jesteś żonaty, Januszku? – zapytała dramatycznym kontraltem operowej divy, która jako Halka przeżyła śmiertelny skok z Giewontu i właśnie postanowiła rozpędzić niewiernemu kochankowi wesele po ślubie ze stolnikówną Zofią.
- Oczywiście, że jest, głupia pindo! – Brygida podsunęła pięknej pannie Lato pod nos rękę z obrączką – Widzisz to złote kółko? Sięgnij mu do kieszeni. Znajdziesz drugie do pary! A tobie zapowiadam, Januszku… hi! hi!... nie pojawiaj się w domu bez adwokata. Dzieci zostaną przy mnie. I „Buda pod Trzema Dupkami”. I pół twojego konta, nie licząc alimentów, które będziesz bulić, dopóki Ivo i Agatka nie skończą studiów!
Jan siedział nieruchomo.
- Oniemiałeś? Język w gębie też ci zlicytuję! Wytłumacz tej panience, że Janusz to zupełnie inne imię, niż Jan… i… i…
… i przerwała, czując że za chwilę zaleje ją jasna krew… albo łzy.
- Temperamentna kobitka! – zachwycił się jakiś bliżej niezidentyfikowany brodacz, siedzący obok Jana – Koleś, jeśli masz jej dosyć, chętnie odkupię. Razem z domem. Dzieci możesz zabrać. Stówa wystarczy?
Piękna Summer już wyjmowała smartfon.
- Nie znam tej kobiety! – szepnął do niej przez stół nasz dotychczasowy bohater, a od pięciu minut po prostu świnia i zdrajca, Jan Chrzan – To wariatka!
- Dzwonię po pogotowie! – odszepnęła panna Lato z taką mocą, że usłyszały nie tylko pobliskie stoliki, ale cały park.
- Wariatka? – zafrasował się brodacz, nie spuszczając z Brygidy pożądliwego wzroku – No to pięćdziesiąt. Stary, za felerną nikt ci nie da lepszej ceny…
- Siedemdziesiąt pięć! – zawyrokowała stanowczo panna Lato – Ale bez domu! Będziemy mieszkać u ciebie, nie na kupie z rodzicami, Januszku. A bachory oddamy do internatu, niech się nie plączą pod nogami!
- Pięćdziesiąt! – pożądliwy brodacz umiał się targować – No, sześćdziesiąt! To moje ostatnie słowo. Zastanówcie się, a ja poczekam przy grillu…
Po czym wziąwszy swój talerz odtoczył się na stronę, by w spokoju poczekać na sfinalizowanie transakcji.
Zaszokowana Brygida przesiadła się na zwolnione przez brodacza miejsce.
- Oddałbyś Agatkę do internatu? I Mundka? I Maćka? Janie, nie poznaję cię… - szepnęła z trwogą i nagle poczuła, że czyjeś silne ramiona podnoszą ją jak piórko od stolika, a znajome ukochane wargi wpijają się w jej pobladłe z niepokoju usta.
- Nie mogłem się doczekać! – szepnął prosto w ucho naszej bohaterki męski ciepły tenor, który rozpoznałaby nawet w tłumie wojaków z Chóru Aleksandrowa, śpiewających białym głosem „Sziroka strana maja radnaja” – Och, najdroższa, tyle mam ci do opowiedzenia…
- Co za czort? – panna Lato niczym sarenka wskoczyła na ławkę obok swojego Jana Chrzana – Masz brata bliźniaka?
Bo prawdziwy Jan Chrzan całował naszą bohaterkę… i całował… i całował, jakby świat miał się skończyć w momencie, gdy wypuści ją ze swoich silnych męskich ramion.
- Ty jesteś mój Jan… - wyszeptała resztką tchu Brygida – Poznaję cię… mężu. A ten drugi to kto?
Jan rozejrzał się z lekka nieprzytomnym wzrokiem (jak zwykle, gdy czuł niepowtarzalny zapach a zwłaszcza miodowy smak czarnowłosej ukochanej) i dopiero teraz spostrzegł, że całuje Brygidę i jednocześnie siedzi przy piknikowym stoliku.
- Nie wiem, ale się dowiem! – oznajmił z właściwą mu męską stanowczością i ruszył w stronę sobowtóra – Spadaj, lala!
Pannę Lato Wakacje zdmuchnęło z ławki.
Brygida długo stała w miejscu, do którego zaniosły ją silne ramiona męża, starając się opanować drżenie nóg. Jak mogła tak się pomylić? Ten drugi, fałszywy Jan nie był ani trochę podobny do JEJ Jana, legalnego małżonka, Wielkiej Prawdziwej Miłości naszej bohaterki.
A guzik prawda. Obaj Janowie Chrzanowie byli nie do odróżnienia ani z daleka, ani z bliska.
Z głębi parku nadciągnął jakiś pejsaty chudzielec – jak się wkrótce okazało, od dawna wzdychający do Summer.
- A nie mówiłem, że wszystkie Chrzany to oszuści? Mam ich obu zgnieść między palcami, droga Latko?
Brygida usłyszała pogróżkę i chociaż była pewna, że chudy amant nie przeżyłby pierwszej minuty z pierwszej rundy w zmaganiach z choćby jednym – zwłaszcza JEJ WŁASNYM – Janem Chrzanem, natychmiast odzyskała władzę w nogach i podeszła do stolika.
- Wracajmy do domu, najdroższy… - poprosiła ale Jan (ten prawdziwy) właśnie rozpoczął z sobowtórem dyskusję o jakiejś Cecylii Renacie Chrzan i jej ojcu Alfonsie Adolfie Chrzanie z majątku Spaliny Wielkie wraz z kluczami Koniemłoty, Stare Pupy i Swornegacie na Podolu. Jeszcze nie doszli do dziadka, greckiego armatora Arystotelesa Nastolecopoulosa a tym bardziej do pradziadka, Vassilisa Masifilisa, po kądzieli pra-pra-prawnuka wielkiego księcia litewskiego, Witolda Kiejstutowicza.
Bo jak wspomnieliśmy w początkowych rozdziałach naszej sagi, ród Chrzanów herbu Tępa Tarka był starożytny i nie byle jaki!
- Nie skończą do północy… - westchnęła Brygida i dostrzegłszy przy parkowej bramie kolejny kamień, postanowiła poszukać tej mapy skarbu, którego nie było w pierwszym znalezisku.
Zaczęła właśnie opukiwać kamień młotkiem geologicznym…
… gdy przez bramę parkową wbiegła lekkim, tanecznym krokiem… druga Brygida.
- O nie! – pomyślała nasza bohaterka i uzbrojona w geologiczny młotek pobiegła za uzurpatorką, gotowa dowiedzieć się, co to wszystko znaczy nawet za cenę rozwalenia czyjejś głowy i odsiedzenia iluś tam miesięcy w więzieniu w Bridgeport za czynną napaść w miejscu publicznym.
I w tym momencie gra wywaliła Waszego Zdumionego Tfurcę na pulpit z takim impetem, że nabił sobie na czole guza o krawędź biurka.
Dobrze, że chwilę wcześniej zdążył zapisać sejw.
Zanim jednak Tfurca uda się do lodówki po kawałek surowego kotleta na okłady, złoży W. W. Czytelnikom uroczyste przyrzeczenie:
Gdy tylko stary Emil przestanie katować artystyczną młodzież i ściągnie w domowe pielesze, natychmiast zostanie wysłany do Wierzbowej Zatoczki w celu wylegitymowania wyżej wymienionych podejrzanych sobowtórów.
Bo jednego Cholernegobladeę Tfurca mógł ścierpieć. Ale trzech?
Mnie się bardziej podobało Stare Pupy i Sworne Gacie, a zwłaszcza Sworne Gacie, zważywszy, że wzmiankowana miejscowość naprawdę istnieje, ku uciesze wszystkich etnografów i etomologów Ale Admirał Nastolecopoulos też jest dobry.
Emilu - cóżeś ty uczynił swojej grze, że ci się bohaterowie dwoją i troją! Pewnie tam nieźle namieszałeś!
- No i teraz rozumiem, co wykrakałam
Nawet simy EA nie moga pojac tego cudu.
- Wniose skarge do burmistrza! Cala lawke zajela jedna osoba! A gdzie ja mam siedziec? Na ziemi?
Nazwy powalaja, a Sworne Gacie zapewne jeszcze moglyby sie przeksztalcic w Niesforne Gacie ale ten numer juz by tu nie przeszedl. Dzieci czytaja! No a jak by jakis mieszkaniec tej miejscowosci przez przypadek tu luknal, to bylby skandal Nigdy nic nie wiadomo. Ksiazki pod strzechy to chyba jeszcze nie do konca trafily, ale gry komputerowe jak najbardziej
No nieźle.. chociaż dobrych "aktorów" nigdy za wiele Janowi pogratulować zaś należy znakomitego rodowodu
Ciekaw jestem co wyniknie z tak zakręconej historii bo już teraz ledwo ogarniam
Ech, gracz strzela, Maxis kule nosi… Po raz kolejny przysłowia ludowe odkryły przed Waszym Uniżonym Tfurcą swoją głębię i uniwersalną mądrość. Bo gdy stary Emil pobiegł co tchu do parku i zobaczył całą ferajnę na miejscu…
… natychmiast zaczął drżącymi z emocji palcami wystukiwać na klawiaturze kody, umożliwiające dodanie uzurpatorów do aktywnej rodziny w celu wylegitymowania Jana-bis i Brygidy-bis. No i okazało się… że nie ma takiej opcji.
Owszem, mógł zatrzymać opadanie pasków potrzeb albo uszczęśliwić tamtą nadliczbową dwójkę. Mógł ich także zresetować debugiem czyli wystrzelić z powrotem do centrali maksisów. Jednak żadna z tych możliwości nie wchodziła w grę.
Zatrzymać paski potrzeb? Jeszcze czego! Niech się zsikają albo zgniją z brudu na oczach wszystkich bywalców parku, a zwłaszcza PRAWDZIWEJ Brygidy i PRAWDZIWEGO Jana. Uszczęśliwić? Po trupie Willa Ralpha Wrighta, współzałożyciela firmy MAXIS i pomysłodawcy serii The Sims – oby za bugi w Trójce i skopaną podstawkę Czwórki z piekła nie wyjrzał! Zresetować podejrzaną parkę czyli pozbawić się możliwości wyjaśnienia tej zagadki w przyszłości? A w życiu!
Biednemu staremu Emilowi pozostało tylko zamknięcie białego paska kodów i nieme przyglądanie się rozwojowi akcji.
Jan Chrzan, nasz rudowłosy autentyczny bohater tłumaczył właśnie pannie Lato, która z dwóch Brygid jest jego prawnie poślubioną małżonką. Rozpoznawał SWOJĄ Bryndzię bez trudu: nadal trzymała w ręku młotek geologiczny.
- Kochamy się Prawdziwą Miłością – informował rozmówczynię, całkowicie odporny na czar pięknych oczu, poprawionych w CAS-ie – Więc uważaj, lala! Za jeden włos, który spadnie z główki mojej żonie, zdejmę ci cały skalp z tym blond warkoczem. Brygida nie jest żadną wariatką, tylko najpiękniejszą, najsłodszą, najmilszą, najcudowniejszą, najlepszą i najbardziej pożądaną dziewczyną w całej Simlandii!
- Phi, dziewczyna! – prychnęły pogardliwie jasnowłose Wakacje – Jeszcze trochę i stuknie jej czterdziecha!
Ale posmutniała i westchnęła żałośnie. Jej samej nikt nie kochał tak szaleńczą Prawdziwą Miłością – ani pejsaty chudzielec, ani ten drugi Jan Chrzan, który wbiwszy w siebie trzeciego hot-doga właśnie usiłował się z kimś pilnie połączyć.
- A może się zamienimy? - zaproponowała z nadzieją - Ty zostaniesz ze mną, a tamten drugi z twoją żoną…
- Mowy nie ma! – oburzył się Jan – Miałbym opuścić Kobietę Mojego Życia dla jakiejś seryjnej lali z CAS-u?
Ale gdy wielkie oczy panny Lato napełniły się łzami, dobre serce Jana wzięło górę.
- No już, nie rycz, dziewczyno… Łap tego drugiego Chrzana albo zajmij się pejsatym. Chyba, że wolisz tego grubasa, który chciał kupić moją Brygidę za stówę? ZA STÓWĘ! Kobietę wartą więcej, niż cała Wierzbowa Zatoczka z przyległościami! Wyobrażasz sobie?
Bo amator tanich zakupów przyglądał się im z daleka, wyraźnie zaskoczony pojawieniem się drugiej Brygidy.
- To mój wujek… - chlipnęło blondwłose Lato – Straszne skąpiradło. Dlatego zaproponowałam mu siedemdziesiąt pięć. Bo rodzina. Rozumiesz? Kumoterstwo jest ostatnim ludzkim uczuciem w tym zakichanym świecie.
- Pewnie! – Jan rozejrzał się, czy jego własna rodzina już wzięła się za kudły z fałszywą Brygidą, ale obie panie nadal rozmawiały, otoczone wianuszkiem gapiów – No to powodzenia, lala. Muszę skończyć sprawy z tym drugim…
Fałszywy Jan Chrzan odszczekiwał się właśnie Franciszce Borowik, miejscowej lekarce, chwilowo bezrobotnej na skutek braku w Wierzbowej Zatoczce jakiejkolwiek placówki, mogącej zadbać o zdrowie fizyczne i psychiczne mieszkańców.
- Jestem człowiekiem z krwi i kości i niczego nie muszę udowadniać! Badania DNA wsadź sobie, paniusiu, w… pod fartuch!
- Mogę doprowadzić pana przez policję, panie Chrzan! – przekonywała fachowo pani Borowik – Namnażanie niezarejestrowanych obywateli nie służy dobrze naszemu miasteczku. Może być początkiem groźnej epidemii!
- Epidemie też wsadź sobie, paniusiu… głębiej! Ja niezarejestrowanym obywatelem? Ja? Mieszkam w „Domu Pod Gnomami” z żoną Briggi oraz dziećmi, Mundialem, Maćwirem, Agatonem, Iwonną i malutką Tanją! Mam odpowiedzialną pracę! Płacę podatki! W najbliższych wyborach będę startować do Rady Miejskiej i mam szansę, by zostać burmistrzem!
Jan – ten prawdziwy – uczuł nagle, że rude włosy powstają mu na głowie jak zawsze, gdy nasza przyziemna i na pozór poukładana, oswojona egzystencja zetknie się z Absolutem.
- Hola hola, przebierańcu! – zaprotestował – W „Budzie Pod Trzema…” w tym domu mieszkam ja z żoną Brygidą. A nasze dzieciaki to żadne Mundiale, tylko Mundek, Maciek, Agatka i Ivo! To piąte dopiero projektujemy!
Fałszywy Jan lekko się speszył – ale tylko nieznacznie i na krótką chwilę.
- Nie wcinaj się, kuzynie! Niewiele wiesz o przeszłości rodziny! Próbowałeś zbadać, skąd na drzewie genealogicznym Chrzanów wziął się dziadek Meteor Fyooteck i kiedy naprawdę odeszła z tego świata jego nieszczęsna małżonka, nasza wspólna babka, Cecylia Renata Chrzan?
Nad bezimiennym parczkiem powiał zimny wiatr historii z domieszką czegoś przerażającego... Jakby u wejścia stanął Mroczny Kosiarz i ze zmrużonymi oczami, spod czarnego kaptura wypatrywał następnej ofiary.
Janowi Chrzanowi – naszemu prawdziwemu bohaterowi – stojące na sztorc rude włosy z przerażenia skręciły się w afro.
- Ja… jaki dziadek Meteor? Mężem naszej… MOJEJ… no, mężem Cecylii Renaty był Nicolae Lugopopascu, który po ślubie zabrał ją do Transylwanii, gdzie zmarła… po urodzeniu jedynego syna…
- Czyli ciebie?
Jan przygryzł wargi prawie do krwi. Dawno, dawno temu obiecał był bowiem starcowi, który przedstawił się jako jego dziadek, że nikomu aż do śmierci nie wyjawi najstraszliwszego sekretu rodzinnego. W zamian za przywilej noszenia starożytnego nazwiska Tępych Tarków.
UWAGA: konstrukcja "obiecał był bowiem" nie jest usterką stylistyczną, lecz formą czasu zaprzeszłego czyli konstrukcją plusquamperfectum, równie starożytną, co ród Chrzanów. He! He! He!
- No, wykrztuś wreszcie! - nalegał fałszywy Jan - Kim dla ciebie, niewydarzony kuzynie, była ta cała Cecylia?
Złamał obietnicę – jednak czuł, że musi to zrobić, by do końca wyjaśnić sekret swego pochodzenia. Ale fałszywy Jan Chrzan tylko zaśmiał się szyderczo i odszedł w kierunku stolików piknikowych, by pożreć czwarty i piąty hot-dog.
Tu – poza protokołem – Wasz Uniżony Tfurca pragnie zaapelować do W. W. Czytelników, gubiących się w zawiłościach naszej sagi ze szczególnym uwzględnieniem genealogii, by nie tracili nadziei. Nic to, kolego Delsie. Wszystko stanie się jasne jak słońce nad Zielonym Domkiem w trakcie lektury ostatnich odcinków, a zwłaszcza podczas zapowiedzianego już w tytule POGRZEBU.
Około lutego A.D. 2016.
Tymczasem rozmowa Brygidy I z Brygidą II nabierała coraz ostrzejszych rumieńców, zwłaszcza od momentu gdy do grona gapiów dołączyła niejaka Zofia Kwiatek, żona parkowego dozorcy Zenka Kwiatka. Tego samego, który leżał w sztok pijany za pawilonem podczas pierwszego wesela Jana i Brygidy, na skutek czego charakterny Mundek musiał samodzielnie umyć wszystkie talerze i powyrzucać tacki po gościach – a ściślej, po przesuszonym kurczaku z grilla, zanim zajął się młodszym bratem, spałowanym bestialsko na miejscowym posterunku policji.
- Briggi ma rację! – wrzeszczała wyżej wymieniona Zofia, wykonując gesty, które miały być znaczące, a w gruncie rzeczy nie wyrażały niczego – Poślubiłaś nieudacznika! Wałkonia! Lenia! Przybłędę, kalającego dobre imię Wierzbowej Zatoczki! Rzuć go, dzieciaki wyślij do internatu i rozejrzyj się za porządnym miejscowym chłopakiem. Na przykład mój syn Wycieruch chętnie cię poślubi, chociaż jesteś od niego o wiele starsza!
- Jan nie jest leniem! Haruje jak osioł, dbając o dom, o dzieci… i o mnie! – prawie z płaczem protestowała prawdziwa Brygida – I pracuje zawodowo! Jako konsultant na tych… politechnikach!
- Ha! Ha! Hi! Hi! – zaśmiewały się zgodnie fałszywa Brygida i panna Lato – W całej Simlandii nie ma ani jednej wyższej uczelni! Wszystkie polikwidowano po Trójce… po trzeciej wojnie simowej! Widziałaś umowę o pracę swojego mężulka, ślepa naiwniaczko? Albo chociaż odcinek wpłaty na ZUS z tytułu prowadzenia własnej działalności gospodarczej?
- On… on nie… - jąkała się nasza bohaterka i po raz kolejny ogarnęło ją powątpiewanie w prawdomówność Mężczyzny Jej Życia
- Zaraz to sprawdzimy! Albo jeszcze dzisiaj przyniesie do ratusza odpowiednie dokumenty, albo wynocha z Wierzbowej Zatoczki! – Zofia Kwiatek była kobietą energiczną i od razu popędziła w kierunku stolików piknikowych – Młode Chrzaniaki już wyleciały ze szkoły. Czas na resztę waszej bandy!
- Kto wyleciał ze szkoły? – otworzyła oczy nasza bohaterka, bo jak pamiętamy, nie miała okazji, by porozmawiać z rodzonym mężem o wydarzeniach dzisiejszego popołudnia
- Ona nie wie nawet tego! – kpiła bezlitośnie fałszywa Brygida – Taaaa… Wszystkie Chrzany to cwaniaki! Nie wyłączając Januszka, z którym rozwiodę się natychmiast, gdy da się uwieść naszej kochanej Summer. Prawda, Latko? Będziesz świadkiem w sądzie!
Panna blond Wakacje nagle zrobiła kwaśną minę.
- Nie było mowy o całej kupie dzieci, Briggi! Miałam dostać Januszka i dom. O bachorach nie wspomniałaś ani słowem!
Głos vice-Brygidy stał się nagle zimny niczym lodowe jądro komety, przemierzającej bezkres Kosmosu w temperaturze zera absolutnego (−273,15 °Celsjusza, 0 Kelvina).
- Wzięłaś zaliczkę, moja miła! – wycedziła przez zęby
- Nie zaliczkę, tylko zadatek. Bezzwrotny! – odparowała panna Lato, której widocznie razem z rzęsami poprawiono zwoje mózgowe, odpowiadające za sztukę liczenia kasy – Wypchaj się! Twój Januszek przestał mnie interesować…
I odwróciwszy się na pięcie wybiegła z parku. Fałszywa Brygida pobiegła za nią, wykrzykując jakieś groźby i ostrzegając przez anihilacją neutronów (?), po czym obie zniknęły z zasięgu naszego wzroku. Na razie.
Jedyna pozostała na miejscu Brygida ze smutną miną przysiadła się do legalnego męża Jana Chrzana.
- Co cię tak przygnębiło, najdroższa? – zapytał nasz bohater jakby nigdy nic – Gawędzimy sobie właśnie z… ehem… kuzynem o dawnych czasach i…
- Musimy porozmawiać, Janie… - szepnęła cichutko odgryzając wielki kawał hot-doga, by odblokować zaciśniętą krtań – Pożegnaj się z kuzynem. Teraźniejszość jest ważniejsza od dawnych czasów.
- Wiem, ukochana… - Jan nagle spoważniał – Dlatego wyszedłem ci na spotkanie, żeby przekazać niewesołe nowiny. Ale teraz… sam już nie wiem…
- To ja sobie pójdę! – fałszywy kuzyn ochoczo zerwał się od stolika razem z talerzem - Zdzwonimy się, gdybyś przejrzał kiedyś nasze drzewo rodowe i zrozumiał, kim jesteśmy!
- Ani słowa nikomu… wiesz o czym! – zaczął nasz bohater ostrzegawczo i nagle…
Trzymający się dotąd na uboczu stary niemądry Emil zauważył w menu prawdziwego Jana Chrzana obiecującą opcję „Zaproponuj wprowadzenie się” i kliknął na nią, uprzednio jednak – jako osobnik przezorny – pieczołowicie wykonując sejw.
Grę wywaliło. Niczego innego zresztą się nie spodziewaliśmy po maksisach. Ani Emil, ani Wasz Tfurca.
Po ponownym wgraniu sejwu tylko przez moment mignęła nam POJEDYŃCZA już Brygida i POJEDYŃCZY Jan, siedzący przy stoliku piknikowym w opustoszałym parku. Ten drugi Jan Chrzan, rzekomy kuzyn, zniknął jak kamfora razem z hot-dogami.
A potem zdarzył się ewenement jeszcze dziwniejszy: zazgrzytało, zatrzeszczało, mignęło i cała rodzina Chrzanów-van Loose’ów nagle stała przed własnym domem (Mundek wyraźnie wyciągnięty z łazienki w piżamie), patrząc przed siebie ogłupiałym wzrokiem.
Przed „Budą Pod Trzema Dupkami” stało urządzenie, którego wcześniej nie było: dziecięcy symulator lotów kosmicznych. O wiele nowocześniejszy i ładniejszy niż ten z placu zabaw w miejskim parku.
- Hip hip, hura! – krzyknęli unisono Ivo i Agatka, na wyścigi ruszając ku wspaniałej zabawce.
- Najpierw lekcje! – zarządził Jan i dzieci z jękiem zawodu pomknęły do domu w stronę biurek.
Brygida patrzyła na naszego bohatera z takim uwielbieniem i miłością, jakby scena w parku w ogóle nie miała miejsca.
- Janie, jesteś najwspanialszym ojcem na świecie! – przytuliła się do niego a potem troskliwie wzięła pod rękę Bernarda van Loose, który wyglądał jak ciężko chory człowiek, nie rozumiejący, dlaczego z przytulnej pracowni został nagle wyrzucony przed dom – Źle wyglądasz, tato. Chodź, zrobię ci herbatkę z lipy, a potem opowiesz mi o porannej przechadzce po parku.
Jan przetarł pulsujące bólem czoło. Ukochana żona wyglądała, jakby w życiu nie widziała swojego sobowtóra ani tym bardziej fałszywego kuzyna Januszka. Jakby nigdy nie spotkała panny Lato Wakacje i jakby to, co działo się w parku, było tylko złym snem naszego bohatera.
- A wy dokąd? – rzucił w kierunku dwóch najstarszych synów, którzy także usiłowali czmychnąć w głąb domu.
- Ojciec… muszę do łazienki! – zaraportował bynajmniej nie po wojskowemu Mundek, chwytając się za brzuch.
- Wytrzymasz! – oznajmił bezlitośnie Jan i odchrząknął, przygotowując się do dłuższego kazania.
Bo chociaż w przeciwieństwie do uwielbianej żony pamiętał każde słowo, wypowiedziane w parku i pragnął natychmiast usiąść przy komputerze, by szukać śladów Cecylii Renaty i tajemniczego Meteora Fyootecka, jako odpowiedzialny ojciec najpierw musiał uregulować bieżące sprawy.
Czyli z wrodzoną precyzją dokręcić śrubę dwóm draniom, wyrzuconym z Elitarnego Liceum Fundacji Langraaba w Wierzbowej Zatoczce właśnie tego popołudnia.
Jak zwykle świetny odcinek!
No... Ale się porobiło. I mnie się wydawało, że bardziej pokręcone to już być nie może... No nic, nie pozostaje mi nic innego jak czekać na jakieś wyjaśnienia, bo na razie to chyba przestałam już cokolwiek rozumieć...
Cudowna szkola absurdu wprowadzona poniekad dzieki Maxisowi do gry. Mam nadzieje, ze zresetowana rodzina Chrzanow przestanie sie juz powielac i tajemnice Brygidy zaczna sie wyjasniac
Jan zareagował niewłasciwie. Powinien drugą Brygidę wprowadzić do siebie. Kochanego ciała niegdy nie za duzo - tak by miał dwa
Przynam się że nic już nie zrozumiałam z tego , czyim synem jest Jan i dlaczgo jest to tajemnica?
Brakuje mi też bardzo naszej ałej bohaterki- moze tak przyspieszyć czas i pokazać co z niej za zólko wyrosnie?
Właściwie, to patrząc na to jak długo ciągnęło się to wesele, to Agatka mogłaby już dorosnąć - popieram Kamelię, też chcę zobaczyć tę spryciarę jako nastolatkę! Iva w sumie też jestem ciekawa - czy dalej pozostanie blondaskiem?
Podobno po weselu to dopiero się zabawa zaczyna. U Ciebie akcja zawoalowana tajemnicą Brygidy. Poczytamy, zobaczymy.
- Bo w słuchawce zamiast melodyjnego głosu Brygidy rozległ się pełen dyrektorskiej powagi sznapsbaryton Cezarego Augusta Brutusa Tyberiusza Gamonia.
- Wow... ktoś obsadził w historii mojego teścia
Jak widzimy życie rodzinne się toczy, jakby było normalnie znaczy to że Emila jakaś grypa bierze...
No co, fajnie, jakby ktoś miał jednego Jana za mało, to już się rozmnożyli, może Brydzia "obsłuży" obydwu?
- Bo jednego Cholernegobladeę Tfurca mógł ścierpieć. Ale trzech?
- No właśnie, wszyscy się nam cudownie rozmnożyli bez zapłodnienia, już tak kiedyś było, ale wszystkiemu winien był anioł.
***
Bardzo interesujący i przezabawny sposób na wytłumaczenie błędów gry. Ja tylko się zastanawiam czy się nie skończy na legionie Brygid i Janów...
Straszne rzeczy, ktoś naszym bohaterom ukradł osobowość? Albo to Ela jest winna z wprowadzeniem teorii równoległych światów, pewnie się coś spierniczyło i ktoś jakiś kabelek wetknął nie pod ten fartuch co trzeba?!
- Ojciec… muszę do łazienki! – zaraportował bynajmniej nie po wojskowemu Mundek, chwytając się za brzuch.
- Wytrzymasz! – oznajmił bezlitośnie Jan i odchrząknął, przygotowując się do dłuższego kazania.
....- Dzwonię po pogotowie! – odszepnęła panna Lato z taką mocą, że usłyszały nie tylko pobliskie stoliki, ale cały park....
Emilu, jesteś boski. Doceniam każde zdanie, które rozbieram na części pierwsze i inne podzespoły... I pękam ze śmiechu!
Świetne teksty, żywy język, ocean wyobraźni. Język sienkiewiczowski przeplatany współczesnym cybernetycznym bełkotem Lema.
O nie, jeszcze mnie lemofile ukamienują...
Bawię się świetnie twoim opowiadaniem. I podziwiam. I nawet już mi te odrośla i narośla nie przeszkadzają.
Rzeczywiście - w natłoku spraw gdzieś ci zniknęła Agatka, BARDZO WAŻNA CZĘŚĆ twojej historii...
Żabołówstwo w jej wydaniu jest znakomite!
W ogóle żaby są the best Babcie też! Gdzie jest jakaś babcia? Oprócz św pamięci Eleonory?
Oj, to się narobiło. Maciek i Mundek zostali wydaleni ze szkoły, Brygida w tajemnicy szuka nowej parceli, a Maxisy spiskują przeciwko Tfurcy. Straszne, choć wprowadzenie dodatkowych aktorów, pomimo całego zamieszania wywołało szereg śmiesznych sytuacji. Mam nadzieję, że uporasz się z tymi błędami gry.
Komentarz
gratuluję Tfurcy hucznego wesela!
tak z tymi komandelsami fajny motyw
cayrees.tumblr.com
Origin ID Cayrees
Ja też optuję za Mortimerem. W ostateczności zgodzę się na pannę Maluch - wątroba jej może w każdej chwili odmówić posłuszeństwa.
Oby historyjka się teraz zbyt szybko nie skończyła, bo wiadomo, że do pogrzebu nikomu nie spieszno.
No i ciekawe, kto będzie tam grał główną rolę. XD
http://ktosiksims.tumblr.com
Odcinek XX
CZWARTE WESELE
Jeśli sądzicie, że nasi (wreszcie po tylu perypetiach poślubieni) nowożeńcy wrócili z parku prosto do domu, by skorzystać z upragnionej chwili małżeńskiej bezdzietności, to się grubo mylicie. Jan wrócił sam.
Brygida oznajmiła, że musi czym prędzej pobiec do Nancy Landgraab, swojej najserdeczniejszej przyjaciółki i pochwalić się świeżo nabytym statusem młodej mężatki. Oraz przeprosić, że nie wysłała z odpowiednim wyprzedzeniem informacji o tym wydarzeniu.
Jan długo patrzył na krwistoczerwony bukiet ślubny oraz stojak z białymi kwiatami, zajmujący poczesne miejsce w ich (już) małżeńskiej wyciszonej sypialni. Jako mechanik precyzyjny i wszechstronna złota rączka opukał ściany, odbił kawałek tynku za komodą i zdumiał się na widok doskonałej jakości płyt izolacyjnych.
- Porządna firma te „Szepty i Krzyki” – pomyślał – Kto by się spodziewał!
He! He! He! Prawdę o działalności Alberta „Taty” Tasiemki miał dopiero poznać.
Potem nasz bohater starannie oczyścił i odwiesił do szafy ślubny garnitur, a następnie w samej bieliźnie jeszcze raz puścił oko do stojaka z kwiatami.
- Udało się! – pomyślał – Zdobyłem Brygidę! Na zawsze!
Po czym z westchnieniem zadowolenia ułożył się do drzemki, by odreagować napięcie i tego dnia, i wszystkich poprzednich od momentu poznania czarnowłosej bogini pod barem „Czerwony Aksamit” w pierwszym odcinku naszej sagi.
Co w tym czasie robiła Brygida? Nie wiemy. Wytropiliśmy ją dopiero w kilka godzin później, w drodze powrotnej do domu. Stała głęboko zamyślona na pustej parceli w drugim końcu Wierzbowej Zatoczki i przyglądała się wodzie.
- Tak, to będzie dobre miejsce na nowy… - szepnęła w pewnej chwili do siebie i nadstawiliśmy uszu pewni, że za chwilę poznamy jakąś część tajemnicy naszej bohaterki…
… ale dokładnie w tym momencie z nurtu wyskoczyła wielka ryba, plusnęła ogonem i było po ptokach. Brygida odwróciła się i tajemniczo uśmiechnięta ruszyła w stronę domu.
Młode pokolenie wróciło tego dnia ze szkoły w minorowych nastrojach. Maciek już im opowiedział, jaki cud wydarzył się w samo południe w miejskim parku i przeżywali to głęboko.
Agatka boczyła się na cały świat, że ekspertka od żabowisk po zamążpójściu na pewno nie znajdzie czasu, by się wybrać na wspólny połów i ona, eksploratorka Chrzanówna, do końca życia będzie skazana na jej głupiego asystenta. Ivo martwił się z tego samego powodu, tylko na odwrót: kłótnie o ciała kosmiczne oraz wyłapywanie oślizgłych płazów ze studni i kałuż bynajmniej nie były tym, czym chciał się zajmować przez resztę swoich dni.
A co sądzili o legalizacji rodziny nasi nastolatkowie? Trudno orzec. W ogóle ze sobą nie rozmawiali, choć na ogół usta im się nie zamykały, gdy tylko opuszczali mury miejscowej średniej instytucji edukacyjnej!
To, co się zdarzyło w szkolnej szatni widziało pół Elitarnego Liceum Fundacji Landgraaba i Wierzbowa Zatoczka już huczała od plotek. Najstarsi synowie Jana Chrzana pobili się tak straszliwie, że gdyby w porę nie rozdzielił ich nauczyciel dyżurny, doszłoby do bratobójstwa!
O co poszło? Tego nie dowiedział się ani profesor Wyrwiwłos Kołobrody (ksywa: Nudziarz), ani dyrektor Cezary August Brutus Tyberiusz Gamoń (zwany pieszczotliwie dyrem) do którego obaj delikwenci zostali doprowadzeni za kark prosto z pola walki. Obaj milczeli i tylko brzydko spoglądali jeden na drugiego: Maciek miał krwawiącą wargę, a Mundek taką śliwę pod okiem, jakby to on, a nie młodszy z Chrzanów spotkał się na posterunku policji ze znanym (nie tylko nam) sierżantem Kawką.
Jana z rozkosznej drzemki wyrwał dzwonek telefonu.
- Brygida! – pomyślał uradowany (rojąc, że czarnowłosa zdobycz nawet podczas wizyty u Nancy Landgraab myślała o nim i zapragnęła mu przesłać drogą elektroniczną wyrazy najzupełniej staroświeckiej Prawdziwej Miłości) ale jego uśmiech szybko zgasł. Bo w słuchawce zamiast melodyjnego głosu Brygidy rozległ się pełen dyrektorskiej powagi sznapsbaryton Cezarego Augusta Brutusa Tyberiusza Gamonia.
I wydało się! Jan z osłupieniem wysłuchał barwnej opowieści kryminalnej pod tytułem „Śmierć pod wieszakiem” z Mundkiem i Maćkiem w roli szwarccharakterów. Zareagował dreszczem zgrozy na opis katorżniczej pracy szkolnych sprzątaczek, które przez DWIE GODZINY usuwały plamy krwi… nawet z sufitu. Z pełnym zrozumieniem przyjął informację, że szkolny psycholog i pielęgniarka nadal wyprowadzają z głębokiej traumy uczniów, będących świadkami masakry. I że skrzynka mailowa w dyrektorskim komputerze pękła na dwoje pod ciężarem korespondencji od oburzonych rodziców.
- Więc sam pan rozumie, panie Chrzan… - głos Cezarego Augusta etc. był niezwykle oficjalny – Muszę usunąć pańskich synów z grona uczniów naszej szkoły. W Elitarnym Liceum Fundacji Landgraaba nie ma miejsca dla bandytów!
- Ależ… Mundek za sześć tygodni zdaje maturę! – zdołał tylko wyjąkać zaszokowany Jan – A Maciek jest prymusem w swojej klasie!
- Maturę można zdać w Oazie, w Sunset Valley, w Riverside czy gdziekolwiek, panie Chrzan. Jeśli się pan natychmiast wyprowadzi z Wierzbowej Zatoczki, syn nie straci roku. To wszystko. Żegnam!
Wyprowadzić się z Wierzbowej Zatoczki? Jan bezmyślnie gapił się na smartfon, z którego wydobywało się stacatto przerwanego połączenia, oznaczające koniec dyskusji. Oraz równie nieodwołalny kres pobytu rodziny Chrzanów w królestwie Mortimera Ćwira.
- W samą porę zdążyłem ze ślubem… - pomyślał nasz bohater – Ciekawe, co powie Brygida na kolejną przeprowadzkę? Dlaczego tak długo nie wraca?
(Czarnowłosa piękność była już w drodze znad rzeki do domu, ale o tym nie wiedział).
- Oż-esz wy dranie! – w Janie zagotowała się wściekłość na synów, którzy przez głupie bójki wykreślili połączone rodziny Chrzanów i van Loose'ów z listy mieszkańców Wierzbowej Zatoczki. – Ja wam dam! Łby poukręcam! Nie mogliście się tłuc tutaj, w domu?
Wściekły wpadł do pokoju starszych potomków i miejsce ojcowskiego słusznego gniewu zajęło przygnębienie. Oba dranie spały, ostentacyjnie odwrócone do siebie plecami. A więc sytuacja była poważna.
- Naradzę się z żoną… - postanowił nasz bohater ani myśląc, że zrobił właśnie pierwszy milowy krok w kierunku beznadziejnego pantoflarstwa – Ostatecznie jest ich matką. Może poszło o jakąś dziewczynę i kobieta lepiej zrozumie sercowe perypetie takich gówniarzy?
He! He! He!
Zajrzał zgnębiony do pokoju dziecinnego. Ivo odrabiał lekcje – był bowiem nie tylko blond czortem wcielonym, lecz także chorobliwie ambitnym kujonem.
- Pomóc ci, synku? – zapytał w nadziei, że zajmie czymś rozdygotane nerwy do czasu powrotu Brygidy ale Ivo tylko prychnął, dodając właśnie siedem do sześciu i pomagając sobie wysuniętym końcem języka.
- Niech oj… niech tata pomoże Agatce. Ma gorsze stopnie!
- Tak? A gdzie jest twoja siostra?
- Siostra… Też coś! Jeśli oj… jeśli tata pyta o tę poławiaczkę ropuch, pewnie siedzi w obserwatorium. Niedługo miejsca w domu nie starczy na wydruki nieba!
Fakt. Agatka właśnie wchodziła do obserwatorium, zdecydowana wzbogacić swoją kolekcję o trofeum „Koniec Wszechświata”, gdzie cały kosmos spływał z wodą do jedynej ocalałej na Ziemi muszli klozetowej.
Jan pomyślał, że warto wpaść na pogawędkę do teścia, ale Bernard malował właśnie melancholijny, przesycony czernią obraz. Mina artysty wskazywała, że wsadzi pędzel drewnianym końcem w oko każdemu, kto zakłóci przelewanie na płótno kolejnego (po „Bezlitosnej parasolce”) arcydzieła pod roboczym tytułem „Czarna dusza nieznajomej nad czarną głębią stawu”.
Jan bezczynny i bezradny zatrzymał się na środku hallu. Nikomu na świecie nie był potrzebny!
- Coś musi być w tych dup… gnomach na poddaszu! Może voo-doo? - doszedł do jedynego racjonalnego wniosku i postanowił, nagle ożywiony, że jeszcze dziś wywali pechowe ozdoby na śmietnik. Raźno wskoczył w codzienne ubranie, by wdrapać się po drabinie do szklanej trumny… i uprzytomnił sobie, że to nie ma sensu. Przecież i tak muszą szybko opuścić dom „Pod Trzema Dupkami” i przenieść się w miejsce, gdzie Mundek mógłby zdać maturę!
Usiadł więc do komputera i zaczął przeglądać nieruchomości na sprzedaż w Oazie, Sunset Valley oraz w Riverside.
Kolor kryształka nad głową naszego bohatera świadczył najdobitniej o czarnej dziurze, w którą wpadły jego nadzieje na radosną przyszłość powiększonej rodziny van Loose’ów i Chrzanów.
Brygida raźno biegła do domu. Gnała ją tęsknota do silnych ramion i kojącej obecności Mężczyzny Jej Życia. Skracając sobie drogę przez niewielki park tuż obok „Budy pod Trzema Dupkami” na swoje nieszczęście spostrzegła krzak zdziczałej róży i postanowiła zebrać sadzonkę.
- Będzie pięknie wyglądać przed drzwiami wejściowymi – pomyślała – Krzaki róż! Dom w kwiatach… Och, Janie, dla ciebie nauczę się nawet ogrodnictwa… chociaż te mszyce… brrr!
Odcinając sadzonkę spostrzegła kamień, w którym mogła się kryć mapa skarbu.
- Mam szczęście! – pomyślała i zaczęła rozłupywać znalezisko ale w środku krył się tylko kolejny My Sims.
Otwierając tajemniczą kapsułę powiodła oczami po parku i nagle zobaczyła Jana, swego od południa legalnego małżonka, który przy stoliku piknikowym… uwodził wpatrzoną w niego jak w obraz niejaką Lato Wakacje. Czyli Summer Holidays. Piękną blondynkę z rzęsami tak poprawionymi w CAS, że Brygida poczuła się brzydka, niemodna i zaniedbana.
Albowiem, jak nasi W. W. Czytelnicy wiedzą, ani Wasz Uniżony Tfurca, ani biedny stary Emil nie znają się ni w ząb na modowych sztuczkach, którymi Mistrzowie TS 4 nadają swoim postaciom urodę aniołów i anielic.
- Auuuuu… - zawyło coś w Brygidzie i zdechło, porażone przeczuciem nadciągającego nieszczęścia – Janie! Jak mogłeś mi to zrobić! W dzień ślubu?
Jednak nie na próżno w naszej bohaterce płynęła krew starego holenderskiego rodu, którego gałęzie genealogiczne były obwieszone szyszakami bitnych flamandzkich przodków, poległych w wojnie holendersko-hiszpańskiej, holendersko-portugalskiej a nawet holendersko-indonezyjskiej. W uszach Brygidy niczym werble dobosza zadźwięczała piosenka Heleny Maluch:
Oj dana dana!
Nie ma Jajana!
Bo gdy powiedział DOŚĆ
Ona mu dała w kość!
Wydarła alimenty
Że Boże święty!
… więc strzepnęła piórka, poprawiła fryzurę i jakby nigdy nic przysiadła się na wolnym miejscu naprzeciwko ślubnego zdrajcy.
- Heyka, ukochany! – przywitała go czule – Nie mogłeś się doczekać mojego powrotu? Już jestem… i zaraz zaspokoję twoje nienasycone żądze!
- Kim jest ta kobieta? – spytała zdziwiona panna (czy też pani) Lato alias Summer.
Jan siedział jak skamieniały.
- Kim jestem? – zaśmiała się Brygida, choć łzy pod powiekami piekły ją niczym chińska przyprawa do kurczaka – Nazywam się Brygida Chrzan. W południe wzięliśmy ślub… z tym tu obecnym Janem. Nieprawdaż, ukochany?
Na piękną twarz panny Lato wypełzły krwawe rumieńce.
- Jesteś żonaty, Januszku? – zapytała dramatycznym kontraltem operowej divy, która jako Halka przeżyła śmiertelny skok z Giewontu i właśnie postanowiła rozpędzić niewiernemu kochankowi wesele po ślubie ze stolnikówną Zofią.
- Oczywiście, że jest, głupia pindo! – Brygida podsunęła pięknej pannie Lato pod nos rękę z obrączką – Widzisz to złote kółko? Sięgnij mu do kieszeni. Znajdziesz drugie do pary! A tobie zapowiadam, Januszku… hi! hi!... nie pojawiaj się w domu bez adwokata. Dzieci zostaną przy mnie. I „Buda pod Trzema Dupkami”. I pół twojego konta, nie licząc alimentów, które będziesz bulić, dopóki Ivo i Agatka nie skończą studiów!
Jan siedział nieruchomo.
- Oniemiałeś? Język w gębie też ci zlicytuję! Wytłumacz tej panience, że Janusz to zupełnie inne imię, niż Jan… i… i…
… i przerwała, czując że za chwilę zaleje ją jasna krew… albo łzy.
- Temperamentna kobitka! – zachwycił się jakiś bliżej niezidentyfikowany brodacz, siedzący obok Jana – Koleś, jeśli masz jej dosyć, chętnie odkupię. Razem z domem. Dzieci możesz zabrać. Stówa wystarczy?
Piękna Summer już wyjmowała smartfon.
- Nie znam tej kobiety! – szepnął do niej przez stół nasz dotychczasowy bohater, a od pięciu minut po prostu świnia i zdrajca, Jan Chrzan – To wariatka!
- Dzwonię po pogotowie! – odszepnęła panna Lato z taką mocą, że usłyszały nie tylko pobliskie stoliki, ale cały park.
- Wariatka? – zafrasował się brodacz, nie spuszczając z Brygidy pożądliwego wzroku – No to pięćdziesiąt. Stary, za felerną nikt ci nie da lepszej ceny…
- Siedemdziesiąt pięć! – zawyrokowała stanowczo panna Lato – Ale bez domu! Będziemy mieszkać u ciebie, nie na kupie z rodzicami, Januszku. A bachory oddamy do internatu, niech się nie plączą pod nogami!
- Pięćdziesiąt! – pożądliwy brodacz umiał się targować – No, sześćdziesiąt! To moje ostatnie słowo. Zastanówcie się, a ja poczekam przy grillu…
Po czym wziąwszy swój talerz odtoczył się na stronę, by w spokoju poczekać na sfinalizowanie transakcji.
Zaszokowana Brygida przesiadła się na zwolnione przez brodacza miejsce.
- Oddałbyś Agatkę do internatu? I Mundka? I Maćka? Janie, nie poznaję cię… - szepnęła z trwogą i nagle poczuła, że czyjeś silne ramiona podnoszą ją jak piórko od stolika, a znajome ukochane wargi wpijają się w jej pobladłe z niepokoju usta.
- Nie mogłem się doczekać! – szepnął prosto w ucho naszej bohaterki męski ciepły tenor, który rozpoznałaby nawet w tłumie wojaków z Chóru Aleksandrowa, śpiewających białym głosem „Sziroka strana maja radnaja” – Och, najdroższa, tyle mam ci do opowiedzenia…
- Co za czort? – panna Lato niczym sarenka wskoczyła na ławkę obok swojego Jana Chrzana – Masz brata bliźniaka?
Bo prawdziwy Jan Chrzan całował naszą bohaterkę… i całował… i całował, jakby świat miał się skończyć w momencie, gdy wypuści ją ze swoich silnych męskich ramion.
- Ty jesteś mój Jan… - wyszeptała resztką tchu Brygida – Poznaję cię… mężu. A ten drugi to kto?
Jan rozejrzał się z lekka nieprzytomnym wzrokiem (jak zwykle, gdy czuł niepowtarzalny zapach a zwłaszcza miodowy smak czarnowłosej ukochanej) i dopiero teraz spostrzegł, że całuje Brygidę i jednocześnie siedzi przy piknikowym stoliku.
- Nie wiem, ale się dowiem! – oznajmił z właściwą mu męską stanowczością i ruszył w stronę sobowtóra – Spadaj, lala!
Pannę Lato Wakacje zdmuchnęło z ławki.
Brygida długo stała w miejscu, do którego zaniosły ją silne ramiona męża, starając się opanować drżenie nóg. Jak mogła tak się pomylić? Ten drugi, fałszywy Jan nie był ani trochę podobny do JEJ Jana, legalnego małżonka, Wielkiej Prawdziwej Miłości naszej bohaterki.
A guzik prawda. Obaj Janowie Chrzanowie byli nie do odróżnienia ani z daleka, ani z bliska.
Z głębi parku nadciągnął jakiś pejsaty chudzielec – jak się wkrótce okazało, od dawna wzdychający do Summer.
- A nie mówiłem, że wszystkie Chrzany to oszuści? Mam ich obu zgnieść między palcami, droga Latko?
Brygida usłyszała pogróżkę i chociaż była pewna, że chudy amant nie przeżyłby pierwszej minuty z pierwszej rundy w zmaganiach z choćby jednym – zwłaszcza JEJ WŁASNYM – Janem Chrzanem, natychmiast odzyskała władzę w nogach i podeszła do stolika.
- Wracajmy do domu, najdroższy… - poprosiła ale Jan (ten prawdziwy) właśnie rozpoczął z sobowtórem dyskusję o jakiejś Cecylii Renacie Chrzan i jej ojcu Alfonsie Adolfie Chrzanie z majątku Spaliny Wielkie wraz z kluczami Koniemłoty, Stare Pupy i Swornegacie na Podolu. Jeszcze nie doszli do dziadka, greckiego armatora Arystotelesa Nastolecopoulosa a tym bardziej do pradziadka, Vassilisa Masifilisa, po kądzieli pra-pra-prawnuka wielkiego księcia litewskiego, Witolda Kiejstutowicza.
Bo jak wspomnieliśmy w początkowych rozdziałach naszej sagi, ród Chrzanów herbu Tępa Tarka był starożytny i nie byle jaki!
- Nie skończą do północy… - westchnęła Brygida i dostrzegłszy przy parkowej bramie kolejny kamień, postanowiła poszukać tej mapy skarbu, którego nie było w pierwszym znalezisku.
Zaczęła właśnie opukiwać kamień młotkiem geologicznym…
… gdy przez bramę parkową wbiegła lekkim, tanecznym krokiem… druga Brygida.
- O nie! – pomyślała nasza bohaterka i uzbrojona w geologiczny młotek pobiegła za uzurpatorką, gotowa dowiedzieć się, co to wszystko znaczy nawet za cenę rozwalenia czyjejś głowy i odsiedzenia iluś tam miesięcy w więzieniu w Bridgeport za czynną napaść w miejscu publicznym.
I w tym momencie gra wywaliła Waszego Zdumionego Tfurcę na pulpit z takim impetem, że nabił sobie na czole guza o krawędź biurka.
Dobrze, że chwilę wcześniej zdążył zapisać sejw.
Zanim jednak Tfurca uda się do lodówki po kawałek surowego kotleta na okłady, złoży W. W. Czytelnikom uroczyste przyrzeczenie:
Gdy tylko stary Emil przestanie katować artystyczną młodzież i ściągnie w domowe pielesze, natychmiast zostanie wysłany do Wierzbowej Zatoczki w celu wylegitymowania wyżej wymienionych podejrzanych sobowtórów.
Bo jednego Cholernegobladeę Tfurca mógł ścierpieć. Ale trzech?
CIĄG DALSZY NASTĄPI
Kolejne genialne nazwisko - Vassilisa Masifilisa! Rewelacja!
Emilu - cóżeś ty uczynił swojej grze, że ci się bohaterowie dwoją i troją! Pewnie tam nieźle namieszałeś!
- No i teraz rozumiem, co wykrakałam
- Wniose skarge do burmistrza! Cala lawke zajela jedna osoba! A gdzie ja mam siedziec? Na ziemi?
Nazwy powalaja, a Sworne Gacie zapewne jeszcze moglyby sie przeksztalcic w Niesforne Gacie ale ten numer juz by tu nie przeszedl. Dzieci czytaja! No a jak by jakis mieszkaniec tej miejscowosci przez przypadek tu luknal, to bylby skandal
Ciekaw jestem co wyniknie z tak zakręconej historii bo już teraz ledwo ogarniam
Odcinek XXI
CZWARTE WESELE
Ech, gracz strzela, Maxis kule nosi… Po raz kolejny przysłowia ludowe odkryły przed Waszym Uniżonym Tfurcą swoją głębię i uniwersalną mądrość. Bo gdy stary Emil pobiegł co tchu do parku i zobaczył całą ferajnę na miejscu…
… natychmiast zaczął drżącymi z emocji palcami wystukiwać na klawiaturze kody, umożliwiające dodanie uzurpatorów do aktywnej rodziny w celu wylegitymowania Jana-bis i Brygidy-bis. No i okazało się… że nie ma takiej opcji.
Owszem, mógł zatrzymać opadanie pasków potrzeb albo uszczęśliwić tamtą nadliczbową dwójkę. Mógł ich także zresetować debugiem czyli wystrzelić z powrotem do centrali maksisów. Jednak żadna z tych możliwości nie wchodziła w grę.
Zatrzymać paski potrzeb? Jeszcze czego! Niech się zsikają albo zgniją z brudu na oczach wszystkich bywalców parku, a zwłaszcza PRAWDZIWEJ Brygidy i PRAWDZIWEGO Jana. Uszczęśliwić? Po trupie Willa Ralpha Wrighta, współzałożyciela firmy MAXIS i pomysłodawcy serii The Sims – oby za bugi w Trójce i skopaną podstawkę Czwórki z piekła nie wyjrzał! Zresetować podejrzaną parkę czyli pozbawić się możliwości wyjaśnienia tej zagadki w przyszłości? A w życiu!
Biednemu staremu Emilowi pozostało tylko zamknięcie białego paska kodów i nieme przyglądanie się rozwojowi akcji.
Jan Chrzan, nasz rudowłosy autentyczny bohater tłumaczył właśnie pannie Lato, która z dwóch Brygid jest jego prawnie poślubioną małżonką. Rozpoznawał SWOJĄ Bryndzię bez trudu: nadal trzymała w ręku młotek geologiczny.
- Kochamy się Prawdziwą Miłością – informował rozmówczynię, całkowicie odporny na czar pięknych oczu, poprawionych w CAS-ie – Więc uważaj, lala! Za jeden włos, który spadnie z główki mojej żonie, zdejmę ci cały skalp z tym blond warkoczem. Brygida nie jest żadną wariatką, tylko najpiękniejszą, najsłodszą, najmilszą, najcudowniejszą, najlepszą i najbardziej pożądaną dziewczyną w całej Simlandii!
- Phi, dziewczyna! – prychnęły pogardliwie jasnowłose Wakacje – Jeszcze trochę i stuknie jej czterdziecha!
Ale posmutniała i westchnęła żałośnie. Jej samej nikt nie kochał tak szaleńczą Prawdziwą Miłością – ani pejsaty chudzielec, ani ten drugi Jan Chrzan, który wbiwszy w siebie trzeciego hot-doga właśnie usiłował się z kimś pilnie połączyć.
- A może się zamienimy? - zaproponowała z nadzieją - Ty zostaniesz ze mną, a tamten drugi z twoją żoną…
- Mowy nie ma! – oburzył się Jan – Miałbym opuścić Kobietę Mojego Życia dla jakiejś seryjnej lali z CAS-u?
Ale gdy wielkie oczy panny Lato napełniły się łzami, dobre serce Jana wzięło górę.
- No już, nie rycz, dziewczyno… Łap tego drugiego Chrzana albo zajmij się pejsatym. Chyba, że wolisz tego grubasa, który chciał kupić moją Brygidę za stówę? ZA STÓWĘ! Kobietę wartą więcej, niż cała Wierzbowa Zatoczka z przyległościami! Wyobrażasz sobie?
Bo amator tanich zakupów przyglądał się im z daleka, wyraźnie zaskoczony pojawieniem się drugiej Brygidy.
- To mój wujek… - chlipnęło blondwłose Lato – Straszne skąpiradło. Dlatego zaproponowałam mu siedemdziesiąt pięć. Bo rodzina. Rozumiesz? Kumoterstwo jest ostatnim ludzkim uczuciem w tym zakichanym świecie.
- Pewnie! – Jan rozejrzał się, czy jego własna rodzina już wzięła się za kudły z fałszywą Brygidą, ale obie panie nadal rozmawiały, otoczone wianuszkiem gapiów – No to powodzenia, lala. Muszę skończyć sprawy z tym drugim…
Fałszywy Jan Chrzan odszczekiwał się właśnie Franciszce Borowik, miejscowej lekarce, chwilowo bezrobotnej na skutek braku w Wierzbowej Zatoczce jakiejkolwiek placówki, mogącej zadbać o zdrowie fizyczne i psychiczne mieszkańców.
- Jestem człowiekiem z krwi i kości i niczego nie muszę udowadniać! Badania DNA wsadź sobie, paniusiu, w… pod fartuch!
- Mogę doprowadzić pana przez policję, panie Chrzan! – przekonywała fachowo pani Borowik – Namnażanie niezarejestrowanych obywateli nie służy dobrze naszemu miasteczku. Może być początkiem groźnej epidemii!
- Epidemie też wsadź sobie, paniusiu… głębiej! Ja niezarejestrowanym obywatelem? Ja? Mieszkam w „Domu Pod Gnomami” z żoną Briggi oraz dziećmi, Mundialem, Maćwirem, Agatonem, Iwonną i malutką Tanją! Mam odpowiedzialną pracę! Płacę podatki! W najbliższych wyborach będę startować do Rady Miejskiej i mam szansę, by zostać burmistrzem!
Jan – ten prawdziwy – uczuł nagle, że rude włosy powstają mu na głowie jak zawsze, gdy nasza przyziemna i na pozór poukładana, oswojona egzystencja zetknie się z Absolutem.
- Hola hola, przebierańcu! – zaprotestował – W „Budzie Pod Trzema…” w tym domu mieszkam ja z żoną Brygidą. A nasze dzieciaki to żadne Mundiale, tylko Mundek, Maciek, Agatka i Ivo! To piąte dopiero projektujemy!
Fałszywy Jan lekko się speszył – ale tylko nieznacznie i na krótką chwilę.
- Nie wcinaj się, kuzynie! Niewiele wiesz o przeszłości rodziny! Próbowałeś zbadać, skąd na drzewie genealogicznym Chrzanów wziął się dziadek Meteor Fyooteck i kiedy naprawdę odeszła z tego świata jego nieszczęsna małżonka, nasza wspólna babka, Cecylia Renata Chrzan?
Nad bezimiennym parczkiem powiał zimny wiatr historii z domieszką czegoś przerażającego... Jakby u wejścia stanął Mroczny Kosiarz i ze zmrużonymi oczami, spod czarnego kaptura wypatrywał następnej ofiary.
Janowi Chrzanowi – naszemu prawdziwemu bohaterowi – stojące na sztorc rude włosy z przerażenia skręciły się w afro.
- Ja… jaki dziadek Meteor? Mężem naszej… MOJEJ… no, mężem Cecylii Renaty był Nicolae Lugopopascu, który po ślubie zabrał ją do Transylwanii, gdzie zmarła… po urodzeniu jedynego syna…
- Czyli ciebie?
Jan przygryzł wargi prawie do krwi. Dawno, dawno temu obiecał był bowiem starcowi, który przedstawił się jako jego dziadek, że nikomu aż do śmierci nie wyjawi najstraszliwszego sekretu rodzinnego. W zamian za przywilej noszenia starożytnego nazwiska Tępych Tarków.
UWAGA: konstrukcja "obiecał był bowiem" nie jest usterką stylistyczną, lecz formą czasu zaprzeszłego czyli konstrukcją plusquamperfectum, równie starożytną, co ród Chrzanów. He! He! He!
- No, wykrztuś wreszcie! - nalegał fałszywy Jan - Kim dla ciebie, niewydarzony kuzynie, była ta cała Cecylia?
- Była… moją… matką… - odpowiedział po długim namyśle nasz bohater.
Złamał obietnicę – jednak czuł, że musi to zrobić, by do końca wyjaśnić sekret swego pochodzenia. Ale fałszywy Jan Chrzan tylko zaśmiał się szyderczo i odszedł w kierunku stolików piknikowych, by pożreć czwarty i piąty hot-dog.
Tu – poza protokołem – Wasz Uniżony Tfurca pragnie zaapelować do W. W. Czytelników, gubiących się w zawiłościach naszej sagi ze szczególnym uwzględnieniem genealogii, by nie tracili nadziei. Nic to, kolego Delsie. Wszystko stanie się jasne jak słońce nad Zielonym Domkiem w trakcie lektury ostatnich odcinków, a zwłaszcza podczas zapowiedzianego już w tytule POGRZEBU.
Około lutego A.D. 2016.
Tymczasem rozmowa Brygidy I z Brygidą II nabierała coraz ostrzejszych rumieńców, zwłaszcza od momentu gdy do grona gapiów dołączyła niejaka Zofia Kwiatek, żona parkowego dozorcy Zenka Kwiatka. Tego samego, który leżał w sztok pijany za pawilonem podczas pierwszego wesela Jana i Brygidy, na skutek czego charakterny Mundek musiał samodzielnie umyć wszystkie talerze i powyrzucać tacki po gościach – a ściślej, po przesuszonym kurczaku z grilla, zanim zajął się młodszym bratem, spałowanym bestialsko na miejscowym posterunku policji.
- Briggi ma rację! – wrzeszczała wyżej wymieniona Zofia, wykonując gesty, które miały być znaczące, a w gruncie rzeczy nie wyrażały niczego – Poślubiłaś nieudacznika! Wałkonia! Lenia! Przybłędę, kalającego dobre imię Wierzbowej Zatoczki! Rzuć go, dzieciaki wyślij do internatu i rozejrzyj się za porządnym miejscowym chłopakiem. Na przykład mój syn Wycieruch chętnie cię poślubi, chociaż jesteś od niego o wiele starsza!
- Jan nie jest leniem! Haruje jak osioł, dbając o dom, o dzieci… i o mnie! – prawie z płaczem protestowała prawdziwa Brygida – I pracuje zawodowo! Jako konsultant na tych… politechnikach!
- Ha! Ha! Hi! Hi! – zaśmiewały się zgodnie fałszywa Brygida i panna Lato – W całej Simlandii nie ma ani jednej wyższej uczelni! Wszystkie polikwidowano po Trójce… po trzeciej wojnie simowej! Widziałaś umowę o pracę swojego mężulka, ślepa naiwniaczko? Albo chociaż odcinek wpłaty na ZUS z tytułu prowadzenia własnej działalności gospodarczej?
- On… on nie… - jąkała się nasza bohaterka i po raz kolejny ogarnęło ją powątpiewanie w prawdomówność Mężczyzny Jej Życia
- Zaraz to sprawdzimy! Albo jeszcze dzisiaj przyniesie do ratusza odpowiednie dokumenty, albo wynocha z Wierzbowej Zatoczki! – Zofia Kwiatek była kobietą energiczną i od razu popędziła w kierunku stolików piknikowych – Młode Chrzaniaki już wyleciały ze szkoły. Czas na resztę waszej bandy!
- Kto wyleciał ze szkoły? – otworzyła oczy nasza bohaterka, bo jak pamiętamy, nie miała okazji, by porozmawiać z rodzonym mężem o wydarzeniach dzisiejszego popołudnia
- Ona nie wie nawet tego! – kpiła bezlitośnie fałszywa Brygida – Taaaa… Wszystkie Chrzany to cwaniaki! Nie wyłączając Januszka, z którym rozwiodę się natychmiast, gdy da się uwieść naszej kochanej Summer. Prawda, Latko? Będziesz świadkiem w sądzie!
Panna blond Wakacje nagle zrobiła kwaśną minę.
- Nie było mowy o całej kupie dzieci, Briggi! Miałam dostać Januszka i dom. O bachorach nie wspomniałaś ani słowem!
Głos vice-Brygidy stał się nagle zimny niczym lodowe jądro komety, przemierzającej bezkres Kosmosu w temperaturze zera absolutnego (−273,15 °Celsjusza, 0 Kelvina).
- Wzięłaś zaliczkę, moja miła! – wycedziła przez zęby
- Nie zaliczkę, tylko zadatek. Bezzwrotny! – odparowała panna Lato, której widocznie razem z rzęsami poprawiono zwoje mózgowe, odpowiadające za sztukę liczenia kasy – Wypchaj się! Twój Januszek przestał mnie interesować…
I odwróciwszy się na pięcie wybiegła z parku. Fałszywa Brygida pobiegła za nią, wykrzykując jakieś groźby i ostrzegając przez anihilacją neutronów (?), po czym obie zniknęły z zasięgu naszego wzroku. Na razie.
Jedyna pozostała na miejscu Brygida ze smutną miną przysiadła się do legalnego męża Jana Chrzana.
- Co cię tak przygnębiło, najdroższa? – zapytał nasz bohater jakby nigdy nic – Gawędzimy sobie właśnie z… ehem… kuzynem o dawnych czasach i…
- Musimy porozmawiać, Janie… - szepnęła cichutko odgryzając wielki kawał hot-doga, by odblokować zaciśniętą krtań – Pożegnaj się z kuzynem. Teraźniejszość jest ważniejsza od dawnych czasów.
- Wiem, ukochana… - Jan nagle spoważniał – Dlatego wyszedłem ci na spotkanie, żeby przekazać niewesołe nowiny. Ale teraz… sam już nie wiem…
- To ja sobie pójdę! – fałszywy kuzyn ochoczo zerwał się od stolika razem z talerzem - Zdzwonimy się, gdybyś przejrzał kiedyś nasze drzewo rodowe i zrozumiał, kim jesteśmy!
- Ani słowa nikomu… wiesz o czym! – zaczął nasz bohater ostrzegawczo i nagle…
Trzymający się dotąd na uboczu stary niemądry Emil zauważył w menu prawdziwego Jana Chrzana obiecującą opcję „Zaproponuj wprowadzenie się” i kliknął na nią, uprzednio jednak – jako osobnik przezorny – pieczołowicie wykonując sejw.
Grę wywaliło. Niczego innego zresztą się nie spodziewaliśmy po maksisach. Ani Emil, ani Wasz Tfurca.
Po ponownym wgraniu sejwu tylko przez moment mignęła nam POJEDYŃCZA już Brygida i POJEDYŃCZY Jan, siedzący przy stoliku piknikowym w opustoszałym parku. Ten drugi Jan Chrzan, rzekomy kuzyn, zniknął jak kamfora razem z hot-dogami.
A potem zdarzył się ewenement jeszcze dziwniejszy: zazgrzytało, zatrzeszczało, mignęło i cała rodzina Chrzanów-van Loose’ów nagle stała przed własnym domem (Mundek wyraźnie wyciągnięty z łazienki w piżamie), patrząc przed siebie ogłupiałym wzrokiem.
Przed „Budą Pod Trzema Dupkami” stało urządzenie, którego wcześniej nie było: dziecięcy symulator lotów kosmicznych. O wiele nowocześniejszy i ładniejszy niż ten z placu zabaw w miejskim parku.
- Hip hip, hura! – krzyknęli unisono Ivo i Agatka, na wyścigi ruszając ku wspaniałej zabawce.
- Najpierw lekcje! – zarządził Jan i dzieci z jękiem zawodu pomknęły do domu w stronę biurek.
Brygida patrzyła na naszego bohatera z takim uwielbieniem i miłością, jakby scena w parku w ogóle nie miała miejsca.
- Janie, jesteś najwspanialszym ojcem na świecie! – przytuliła się do niego a potem troskliwie wzięła pod rękę Bernarda van Loose, który wyglądał jak ciężko chory człowiek, nie rozumiejący, dlaczego z przytulnej pracowni został nagle wyrzucony przed dom – Źle wyglądasz, tato. Chodź, zrobię ci herbatkę z lipy, a potem opowiesz mi o porannej przechadzce po parku.
Jan przetarł pulsujące bólem czoło. Ukochana żona wyglądała, jakby w życiu nie widziała swojego sobowtóra ani tym bardziej fałszywego kuzyna Januszka. Jakby nigdy nie spotkała panny Lato Wakacje i jakby to, co działo się w parku, było tylko złym snem naszego bohatera.
- A wy dokąd? – rzucił w kierunku dwóch najstarszych synów, którzy także usiłowali czmychnąć w głąb domu.
- Ojciec… muszę do łazienki! – zaraportował bynajmniej nie po wojskowemu Mundek, chwytając się za brzuch.
- Wytrzymasz! – oznajmił bezlitośnie Jan i odchrząknął, przygotowując się do dłuższego kazania.
Bo chociaż w przeciwieństwie do uwielbianej żony pamiętał każde słowo, wypowiedziane w parku i pragnął natychmiast usiąść przy komputerze, by szukać śladów Cecylii Renaty i tajemniczego Meteora Fyootecka, jako odpowiedzialny ojciec najpierw musiał uregulować bieżące sprawy.
Czyli z wrodzoną precyzją dokręcić śrubę dwóm draniom, wyrzuconym z Elitarnego Liceum Fundacji Langraaba w Wierzbowej Zatoczce właśnie tego popołudnia.
CIĄG DALSZY NASTĄPI
No... Ale się porobiło. I mnie się wydawało, że bardziej pokręcone to już być nie może... No nic, nie pozostaje mi nic innego jak czekać na jakieś wyjaśnienia, bo na razie to chyba przestałam już cokolwiek rozumieć...
Przynam się że nic już nie zrozumiałam z tego , czyim synem jest Jan i dlaczgo jest to tajemnica?
Brakuje mi też bardzo naszej ałej bohaterki- moze tak przyspieszyć czas i pokazać co z niej za zólko wyrosnie?
- Bo w słuchawce zamiast melodyjnego głosu Brygidy rozległ się pełen dyrektorskiej powagi sznapsbaryton Cezarego Augusta Brutusa Tyberiusza Gamonia.
- Wow... ktoś obsadził w historii mojego teścia
Jak widzimy życie rodzinne się toczy, jakby było normalnie znaczy to że Emila jakaś grypa bierze...
No co, fajnie, jakby ktoś miał jednego Jana za mało, to już się rozmnożyli, może Brydzia "obsłuży" obydwu?
- Bo jednego Cholernegobladeę Tfurca mógł ścierpieć. Ale trzech?
- No właśnie, wszyscy się nam cudownie rozmnożyli bez zapłodnienia, już tak kiedyś było, ale wszystkiemu winien był anioł.
***
Bardzo interesujący i przezabawny sposób na wytłumaczenie błędów gry. Ja tylko się zastanawiam czy się nie skończy na legionie Brygid i Janów...
Straszne rzeczy, ktoś naszym bohaterom ukradł osobowość? Albo to Ela jest winna z wprowadzeniem teorii równoległych światów, pewnie się coś spierniczyło i ktoś jakiś kabelek wetknął nie pod ten fartuch co trzeba?!
- Ojciec… muszę do łazienki! – zaraportował bynajmniej nie po wojskowemu Mundek, chwytając się za brzuch.
- Wytrzymasz! – oznajmił bezlitośnie Jan i odchrząknął, przygotowując się do dłuższego kazania.
... to się źle skończy...
Emilu, jesteś boski. Doceniam każde zdanie, które rozbieram na części pierwsze i inne podzespoły... I pękam ze śmiechu!
Świetne teksty, żywy język, ocean wyobraźni. Język sienkiewiczowski przeplatany współczesnym cybernetycznym bełkotem Lema.
O nie, jeszcze mnie lemofile ukamienują...
Bawię się świetnie twoim opowiadaniem. I podziwiam. I nawet już mi te odrośla i narośla nie przeszkadzają.
Rzeczywiście - w natłoku spraw gdzieś ci zniknęła Agatka, BARDZO WAŻNA CZĘŚĆ twojej historii...
Żabołówstwo w jej wydaniu jest znakomite!
W ogóle żaby są the best
http://ktosiksims.tumblr.com