PROLOG
A cunabulis* rodzeństwo Carter uczone było, że życie może być spokojne i ciepłe tylko wtedy, kiedy oni sami o to zadbają. Przy okazji pokonają wszystkie złe siły, które będą chciały sfuszerować ich komfort życiowy. Mimo, iż była to wręcz indoktrynacja, dzieci nie wyniosły praktycznie nic. A Serena i Caleb Carter w końcu zmarli i stracili szansę na uratowanie dzieci przed tym, co stało się w ich prawie dorosłym życiu. Niestety ich sarkastycznie wielka "dorosłość" opierała się na większych liczbach w polu "wiek". No bo mentalnie byli gorsi niż sześcioletni Jeffrey, najmłodszy syn świętej pamięci Sereny i Caleba. Całkowicie nieporadni, bezmyślni i bezpardonowi. Wydawać by się mogło, że powoli p.u.s.z.c.z.a.j.ą w niepamięć całą życiową estetykę i pozwalają by ich życiem zawładnął chaos. Ale może zaczniemy od tego drugiego początku (no bo kto chce czytać o nauce korzystania z nocnika albo o fanatycznym wpajaniu dzieciom wiedzy o chrześcijaństwie przez rodziców-zelotów?), kiedy było już za późno na ucieczkę z miasta, na zapomnienie o kilku repulsywnych personach i naprawieniu większości szkód.
Zatem przenosimy się do Riverview, a dokładniej do szpitalu imienia św. Tomasza. Dopiero tu zaczyna się ten niezgrabny pseudodramat obyczajowy. To już czwarta dwadzieścia dwa, ale wszyscy na sali zapomnieli o czymś takim jak czas, zegar tudzież godzina. Beverly Carter była zmuszona do bólu, potu i nerwów przez całą noc, wtedy gdy inni smacznie spali w swoich domach. Przecież ona też by mogła, gdyby nie jeden, beznadziejny błąd. O ile błędem można nazwać ciążę. W każdym razie mając siedemnaście lat, powinno martwić się o wyniki testów czy ubrania na imprezę zamiast o... dziecko. Ale kto niby wiedział, że to się tak potoczy?
Wszyscy Carterowie byli przy Beverly od szesnastej. Zostali na całą noc z własnego wyboru, chociaż trzynastoletnia Cameron od drugiej jęczała, że chce spać, a sześcioletni Jeff chrapał smacznie już przez dłuższy czas na wolnym łóżku w sali. Jego uszy zdawały być się głuche na wszystkie potworne hałasy, których źródła znajdowały się zaledwie pięć stóp od niego. Wszystko to wyglądało jak jakiś żałosny a mimo wszystko urokliwy obrazek rodzinny. Za matkę robiła tu dwudziestopięcioletnia szanowana pani doktor, pierwsze i jedyne dziecko Carterów, które było prawdopodobnie zrównoważone psychicznie. Ta blondynka o długich nogach chodząca tylko i wyłącznie w eleganckich i dystyngowanych ubraniach nazywała się Candance. Candance Carter. Wszystko super, ale nazwiska i tak się nie mogła pozbyć. Już abstrahując od faktu, że postanowiła robić za prawie-zakonnicę i unikała jakichkolwiek związków, szczególnie tych długotrwałych. Przeszłość rodzinna nigdy nas nie opuści. Aliouqi**, to Candance jako pierwsza powinna zostać matką. Beverly była na to stanowczo nazbyt beztroska. Marzyła o karierze modelki a głowę zaśmieconą miała alogicznymi, według jej rodzeństwa, marzeniami. Mimo tego kochana rodzinka stawała wciąż w obronie Bev przysięgając, że jeśli nie siedemnastolatka, to oni sami wezmą nową w ich rodzinie osóbkę pod swoje skrzydła. Już szczególnie pozytywnie nastawiona była do tego Madison, po której absolutnie nikt nie spodziewałby się tej nagłej chęci do opieki nad dzieckiem. Może po prostu ludzie się zmieniają. Tak jak historia. Nie potrafi stać w miejscu, przez co dostarcza nam w życiu niemało wrażeń. A te stale intensyfikują się i mnożą. Na tym więc polega życie? Na gromadzeniu wspomnień? Nie brzmi aż tak źle. d.o.p.ó.k.i te wspomnienia będą pozytywne. Ale na to, aby dokładnie takie były, należy sobie już samemu zapracować.
* - (łac.) od kołyski
** - (łac.) w każdym razie
Odniosłam wrażenie, że prolog jest napisany w lekko zbyt grobowym tonie przez co nie jestem z niego w pełni zadowolona, no ale... Chętnie przeczytałabym opinię kogoś innego. Pierwszy rozdział pojawi się w bardzo krótkim czasie!
0
Komentarz
Ale mam kilka uwag - zastanów się bardziej nad doborem słów. Pomijam już liczne wtrącenia mające ukazać zapewne poziom twojej erudycji, (zauważyłam i doceniłam), ale... niczemu to nie służy. Tekst jest prologiem, wstępem zaledwie, a ilość nagromadzonych figur stylistycznych trochę ... obezwładnia
Język jakim się posługujesz świadczy o pewnym wyrobieniu, więc i oczekiwania wobec ciebie mam wyższe - jakże więc drażni (i to dwa razy w tekście powtórzone) - robić za kogoś... Robiła za matkę, robiła za zakonnicę. Popraw to na bardziej zręczne, i pasujące do twojej stylistyki sformułowania.
Obiecuję, że będę tu zaglądać i czytać, bo zapowiada się ciekawa lektura