Przedstawiam Dankę Kudłakównę, zwaną Madame Pitpiriti. Wytrawnym simowiczom z pierwszego pokolenia niektóre sytuacje wydadzą się znajome, co nie oznacza, że miały one miejsce w rzeczywistości ani że ww. simowicze brali w nich udział. Niniejsze zapiski pochodzą z zaplamionego truskawkowym dżemem tudzież niezidentyfikowaną zieleniną dziennika, który stanowi zapis życia pokręconego jak włosy na nogach jego właścicielki.
Dzień pierwszy
Wprowadziłam się na działkę przy Kolonowej. Mam wreszcie własny adres i nie muszę już gnieść się z tymi sześcioma dziewuchami w jednym pokoju w akademiku. Mieszkam naprzeciwko jazz-restauracji z malowniczym widokiem z tarasu na jezioro. Nigdy tam nie byłam. Dźwięki dobywające się z wnętrza skutecznie odstraszają. Mój dom to wyraźna ruina i w zasadzie istnieje tylko częściowo, toteż – chcąc czy nie – zajmę się jego renowacją. Przede wszystkim przydałaby się łazienka, bo sedes stojący w sypialni aż zanadto umożliwia sen przy otwartym oknie, a dotkliwego braku umywalki nie rekompensuje mi fakt posiadania nowiutkiej zmywarki i bajora na podwórku. Muszę zgłosić się do sanepidu z zapytaniem, co to właściwie jest ta ciemnoniebieska ciecz zalegająca zagłębienie na skraju działki.
Później
Tak zaczytałam się w „Mistrzu patelni” (ależ proszę bez skojarzeń!), że nie chciało mi się podnieść mojej osoby i otworzyć drzwi, kiedy ktoś się dobijał. Muszę wypróbować kilka tamtejszych przepisów, ale przedtem na wszelki wypadek wyposażę się w alarm przeciwpożarowy.
Jeszcze później
Słyszałam koszmarne hałasy z podwórka, toteż wyszłam celem sprawdzenia źródła pochodzenia. Okazały się nim być: pies w liczbie pojedynczej oraz kotów sztuk dwie. Pies się do mnie przykleił, czarne kociska się łasiły, nie pozostałam dłużna i oddawałam pieszczoty jedna za drugą. Siedziałam z tymi pchlarzami dobre półtorej godziny, aż się opamiętałam i przegoniłam tałatajstwo.
W gazecie pisali wierutne kłamstwa o aktorce porwanej przez kosmitów. Jak by nie było – nakład wzrósł i jej oglądalność pewnie też. Ale głupie te ludzie!
0
Komentarz
Dziękuję, Kamielio. W takim razie zapraszam do dalszej lektury.
Dzień wtóry
Zadomowiłam się już trochę w tej ruderze, zaczęłam nawet myśleć o tapecie do kuchni z jadalnią. Żeby jednak zdobyć na nią środki, zmuszona zostałam podjąć jakąś pracę. No i mam posadę – kelnerka i dziewczynka na posyłki. Lepszy pic niż nic, mam nadzieję, że na jedzenie i rachunki wystarczy.
Później
Grałam w szachy. Pamiętam jeszcze trochę z czasów siódmej klasy, kiedy masowo, opętańczo i na poważnie urządzaliśmy turnieje i Wandzia Zającówna przegrała z Dzidkiem Wadowskim wszystkie swoje śniadania do końca roku szkolnego, odgórnie. Potem łaziłam za Dzidkiem krok w krok i śledziłam wszystkie jego ruchy na szachownicy, i tylko dzięki doskonałemu spamiętaniu tego wszystkiego wygrałam z Lidką Poboszanką złoconą, ołowianą brochę jej babki, której zazdrościła mi cała szkoła. Zastanawiałam się, jak zrobić roszadę, i natychmiast przyszła mi do głowy orszada, ta hiszpańska, alkoholowa, i postanowiłam zająć się przetworami.
Jeszcze później
Zrobiłam osiemnaście słoiczków pysznego dżemu. Myślę, gdzie to upchnąć, bo cierpię na dotkliwy brak szafek w kuchni!
Byłam w tym barze. Okazało się, że istnieje w stanie podobnym do mojego domu, żywego ducha brak, jedynie pożółkła kartka na drzwiach informowała, gdzie należy się udać po dalsze informacje. Udałam się i trafiłam na plan filmowy taniej produkcji. Rzekłabym wręcz – bardzo taniej. Zaangażowali mnie jako statystkę. W ten fortunny sposób zyskałam nieco większą pensję i zaplanowałam na pojutrze wizytę w Centrum Dekoracji celem umówienia fachowców do ułożenia tapet kompleksowo, w całym domu.
Nieco później
Żywego ducha brak także i w okolicy. Podobno mieszka tu niemało osób, a zupełnie jakby wszyscy zapadli się pod ziemię. Z braku człowieka zadowoliłam się szarym psem, który przydreptał późnym popołudniem i zabawiał mnie przez dwie godziny. Chyba jest pański, bo dobrze ułożony i zna ciekawe sztuczki, ale nie pamiętam, czy miał numerek i obrożę, a na policję nie chciało mi się dzwonić. Może jeszcze do mnie przyjdzie, to go nakarmię.
Mój Boże, w tym domu zalęgły się jakieś robale!!! Przyznaję, nie ścieliłam łóżka i nie szorowałam muszli klozetowej, ale to chyba nie powód?! To wina tego syfu w bajorze. Muszę coś z tym zrobić i to jeszcze dzisiaj!
Później
Wróciłam z pracy, bez przeglądania wywaliłam gazety, obrzuciłam listonoszkę podejrzliwym spojrzeniem, a następnie odebrałam pocztę, to jest rachunki, rachunki i jeszcze raz rachunki, po czym zaszyłam się w domu przy produkcji przetworów. W mojej sypialni znajdują się już trzy kolonie much i nie mam pojęcia, jak te chwasty wyplenić. Resztki jakiegoś muchozolu wykorzystałam po pracy na walkę z kolejnym plemieniem robali.
Jeszcze później
Dzwoniłam do sanepidu. Sympatyczna niewysoka, pulchna pani w okularach z drugiej strony kabla poinformowała mnie, że w dole zalega „woda ha-dwa-o o średnim natlenowaniu” i że nie ma się czym martwić, i że ona sobie teraz robi manicure i dobrze by było, gdybym sama zajrzała do rozlewiska i zorientowała się w sytuacji.
Zajrzałam. Pani jednak się myliła. Dostrzegłam wczesne objawy kwitnienia. Muszę pojechać do jakiegoś agrocentrum i wypytać, co z tym fantem zrobić.
Przy okazji telefonowania dowiedziałam się, że moja ulica nazywa się Klonowa, a nie Kolonowa.
Niestety, nie dysponuję zdjęciami, bo tutaj publikuję archiwalne zapiski. Dziennik Dany obejmuje ok. 25 dni, powstał już ładnych parę lat temu i kiedy przerwałem, nie kontynuowałem go już. Domyślam się, że fotki uatrakcyjniłyby opowieść - najpewniej pojawią się w kolejnej, która tu się pojawi, jeśli tylko obczaję jakiś motyw.
A tymczasem u Dany...
Dzień piąty
Kiedy się obudziłam, moje muchy jeszcze spały. Żeby ich nie obudzić, cicho poszłam do kuchni zrobić sobie śniadanie. Wzorowo pościeliłam łóżko, pozmywałam naczynia, sprzątnęłam muszelkę klozetową, bo po ósmej mają przyjść tapeciarze. Z nudów znowu zaczęłam grać w szachy i nareszcie przypomniałam sobie, co z czym zamienia się miejscami w tej piekielnej orszadzie, tfu, roszadzie!
Później
Z tapet jestem bardzo zadowolona, wyglądają tak, jak przewidywałam, pasują idealnie. Najładniej jest w ciasnym przedsionku i sypialni, połączenia odcieni żółci z brązem, kasztanem i orzechem są po prostu fenomenalne!
Przywiozłam z planu manekina szwalniczego. Tachałam to cholerstwo przez całe miasto, to znaczy nie w rękach, rzecz jasna, bo ma zainstalowane inteligentne kółeczka, ale namęczyłam się potwornie. Manekin bardzo mi się spodobał, idealnie pasuje do części przejściowej kuchni z jadalnią. Teraz muszę popatrzeć, czy po planie nie walają się nikomu niepotrzebne szmaty w stanie zdatnym do użytku, może coś przygarnę i ubiorę tę ***łę. Sama szyć nie mam najmniejszego zamiaru. Do dziś dreszcz mnie przechodzi na wspomnienie zajęć plastyczno-technicznych z szóstej czy siódmej klasy, kiedy to Karolek Jagielski przeszył sobie palca na nowiuśkim Łuczniku. Nie będę opowiadać tych obrzydliwości, bo słabo się robi, ale wszystko przez to, że zachciało mu się dla kawału zszyć razem nogawki spodni Dzidka Wadowskiego!
Wieczorem
Zajrzałam do gazety. Nadal poszukują kelnerki na nieistniejące stanowisko w tej widmowej restauracji.
Spałam jak suseł. Ba, jak zabity suseł! Bez denerwującego brzęczenia za uchem, otoczona ciepłymi, okrytymi tapetą ścianami… Tym razem, grając w szachy, zagapiłam się i do roboty podążyłam świńskim truchtem, albowiem inaczej w spódnicy nie mogę. Wybiegając zdążyłam jeszcze pomyśleć, że ten dom nareszcie wygląda jak ludzka siedziba, i wręcz spęczniałam z dumy.
Później
Pojechałam do lokalnego agrocentrum po środki do kwitnącej wody i muchozole, a przy okazji kupiłam świeżą sałatę i fasolkę. Rozpylę te chemikalia przed wyjściem do pracy, bo jeśli zrobię to teraz, to się zagazuję, a to muchy mają wymrzeć, a nie ja! Co do warzywek zaś – chciałam poszukać przepisu na ich interesujące i pomysłowe zużycie, ale wizyta na targowisku mnie wycieńczyła. To kataryniarz tak mnie zajął. Zgłupiałam i nawet rzuciłam mu jakiś datek. Dobrze, że miałam jeszcze za co wrócić do domu.
Dzień siódmy
Zjadłam śniadanie i wpuściłam chemikalia do bajora, po czym poszłam wykonać toaletę. Spuściłam wodę w sedesie. Zdecydowanie ładniej pachniało przed.
Wieczorem
Znowu bawiłam się z okolicznymi bezpańskimi lub pańskimi spu.szczonymi ze smyczy kudłaczami. Nota pierwsza: uważać na pchły. Nota druga: pomyśleć o pracy w schronisku.
Trochę później
Odór z muszelki dobywa się. Zainterweniuję natychmiast rano.
Interweniowałam. Najpierw w samym sercu problemu, to jest w klozecie, podejrzewając zapchanie odpływu. Ale nie. Odpływ w porządku, a spłukująca woda cuchnie co najmniej tak, jakby już raz była użyta do spłukiwania – u każdego odbiorcy w całym systemie kanalizacji. Zamówiłam fachowca i mam wszystko w głębokim poważaniu.
Przy okazji podtrzymuję przyjazne kontakty z sanepidem. Zatelefonowałam do miłej pani w okularach w sprawie kontroli jakości wody na mojej posesji. Usłyszałam, że takie rzeczy są odpłatne, że wniosek, termin rozpatrzenia, że „w ogóle to Helena” i że Helena sobie teraz pedicure robi. Zaproponowałam uprzejmie, że odezwę się jutro.
Później
To jest nie do uwierzenia, co ja wyprawiałam po robocie! Ten cały reżyser na planie polecił, żebym kształciła się w sztuce wysławiania, więc wróciwszy, posłusznie stanęłam przed lustrem i poczęłam przykładać się do pracy nad sobą. Aż tu nagle wpadł mi do domu przez uchylone drzwi ten kudłaty beżowy pies bez ogona, co wygląda jak owieczka, a zaraz za nim czarny kocur! Trzy? może cztery godziny siedziałam z nimi i bawiłam jak małe dzieci. Przez moment pomyślałam sobie o przygarnięciu tego puchatego baranka, ale z szybkich przemyśleń wyszło mi niezbicie, że istnieje prozaiczna przeszkoda – nie stać mnie. Pal licho, że mnie nie ma pół doby, jakoś by wydolił; najgorsze to, że w obecności takich futrzastych przyjaciół człowieka ja się nie kontroluję i im poświęcam cały czas i całą siebie.
Późnym wieczorem
Rano przejrzę gazetę, może jednak poszukują kogoś w schronisku?
Oczywiście telefon do sanepidu. Tam tylko głos pani Helenki z taśmy informujący, że poszła robić umówioną trwałą. Tymczasem odór z ustępu jakby zelżał. Pewnie teraz straszy innych mieszkańców.
Później
Niestety nieszczęścia chodzą parami. Zepsuła mi się zmywarka i zalała całą kuchnię przezroczystą taflą wody. Spędziłam półtorej godziny na doprowadzaniu pomieszczenia do porządku i w dodatku znowu spóźniłam się do roboty. Teraz siedzę i zastanawiam się, jaki ma sens stawanie przed lustrem w obecnej kondycji psychofizycznej. Idę zadzwonić po fachowca, niech naprawi złom i wybuli tyle kasy, ile uważa.
Bardzo późno
Mój dom stał się domem otwartym dla zwierząt. Od form najniższych, jakimi są niewątpliwie istniejące tu i tam roztocza oraz pajączki, poprzez formy średnio wykształcone, przede wszystkim muszyska i robale, po wyżyny inteligencji, czarne koty i białe psy o owczym wyglądzie. Nie zamknęłam drzwi wejściowych, ale nie chcę już wstawać z łóżka, bo zdeptałabym tego baranka, który rozłożył się na podłodze zaraz obok mnie. Sądząc po odgłosach, w kuchni przez otwarte odrzwia zalągł się kot. O świerszczach w trawie i nawiedzonych ptaszyskach na drzewach nie wspomnę.
Pobocze chodnika, który prowadzi do mojego studia filmowego, upstrzone jest różnymi artystycznymi hydrantami, stojakami na rowery i słupkami, służącymi ongiś do przywiązywania konia (nie dziwować się, a podziwiać!). Chciałam owo ostatnie cudeńko wyłudzić od wytwórni w ramach wynagrodzenia, ale w obecnej sytuacji dziękuję bardzo. Nie mam suchego chleba, ja wszystko zjadam!
Mój Mały Książę - ty nawet nie wiesz, jaką propozycję zrobiła ci Kamelia - na twoim miejscu żywiej bym zareagowała na propozycję - zajrzyj chybcikiem tutaj (mam nadzieję, że są tacy, co wiedzą, co to chybcik :P) - i pooglądaj, proszę
http://www.simsdistrict.pl/forum/forumdisplay.php?f=374
Alicjo, bardzo dziękuję za miłe słowa oraz za adres tego istnego sezamu. Aż mi szczęka opadła na podłogę i robi za szufelkę.
Kamelio, Twoje architektoniczne dzieła są tak wspaniałe, że aż chciałoby się w nich samemu zamieszkać! Teraz, żeby z nich skorzystać, musiałbym (i pewnie w końcu to zrobię) doposażyć swoją trójkową kolekcję w trzy pierwsze pakiety akcesoriów, bo widzę, że w większości parcel (we wszystkich?) korzystasz z nich. :roll: Już zdjęcia są pięknie wykadrowane, a co dopiero umieścić w takim domu Sima... Zastanawia mnie, jak przebiega proces twórczy: czy siadasz i po prostu zaczynasz budować, czy np. w Twojej głowie powstaje najpierw jakiś ogólny zarys, inspiracja jakimś rzeczywistym budynkiem?
Żeby nie wyszedł z tego off topic, to załączam dalsze dzieje Dany.
Dzień dziesiąty
Obudziłam się z dreszczykiem. Nie był to bynajmniej dreszczyk emocji, związany z pozostawieniem domu otwartego dla potencjalnych złodziei na całą noc, a dreszcz przejmującego chłodu. Chałupę przewiało do szczętu i teraz grzeję się w kocach, żeby nie ulec przeziębieniu.
A, nowinka! Sedes już zdrów! Nie wydziela absolutnie żadnych zapachów, co stwierdziłam własnym nosem z odległości mniejszej niż piętnaście centymetrów. Mimo to, tradycyjnie, zadzwoniłam do pani Helenki. Spytałam, jak jej trwała. Trwała się udała i teraz pani Helena ma na głowie późne lata osiemdziesiąte. I dobrze, każdemu się coś od życia należy.
Później
À propos – uznałam, że mnie od życia należy się odpoczynek i postanowiłam wziąć dzień wolnego. Nie całkiem wolnego wolnego, bo mam zamiar coś zrobić ze swoim wyglądem, popracować nad tym cholernym wysławianiem się do szerokiej publiki i poszukać książki kucharskiej, żeby w niej znaleźć karteluszki z notatkami własnymi, żeby wśród nich znaleźć przepis na sałatki śledziowe na każdą porę roku. Tak sobie o nich przypomniałam, chociaż wcale nie przepadam za śledziami. A rzeczone notatki poczyniłam w ósmej klasie, kiedy Krysia Siewierska dostała manii na punkcie gotowania i odkryła w sobie wielki talent kulinarny, a potem codziennie karmiła nas wszystkich sałatkami i surówkami od początku kwietnia do końca roku szkolnego, za co Ci, Krysiu, wszyscy jeszcze raz gorąco dziękujemy. Gdyby wtedy na majówce, pierwszego, grubo pokrajany rdzeń marchewki nie stanął w gardle Pawłowi Borkowi, toby się biedaczek nigdy nie dowiedział, że ma wadę budowy krtani!
A najbardziej porównania jakie stosujesz.
Rzadko zaglądam do działu "historie" bo nie mam czasu,
ale gdy zajrzałem to nie pożałowałem.
Szkoda że nie ma zdjęć tego domu,
chciałbym zobaczyć toaletę w sypialni. xD
Czekam na dalsze wpisy. :-)
Zdaję sobie sprawę, że obrazki uatrakcyjniłyby przekaz i uczyniły go zdecydowanie bardziej sugestywnym. Niestety, wymagałoby to ode mnie zainstalowania całej jedynkowej kolekcji wraz z dodatkowymi materiałami, własnymi ciuchami, których naprojektowałem od groma i z których chyba korzystała Danka, a na pewno jej sąsiedzi, oraz oczywiście z wklejeniem zapisanych okolic... słowem - reaktywowania jej cybernetycznego jestestwa wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza, a nawet nie pamiętam, gdzie to wszystko mam. Ale mogę zrobić coś innego, choć na razie nic nie zdradzę. Zobaczę, jak przyjmie się ten dziennik i może znów poczuję wenę pod klawiszami.
Tymczasem u Dany...
Dzień jedenasty
Dzień zaczęłam telefonem do Helenki. Poinformowała mnie, że jest narada w sprawie mojego bajora, i żebym, jeśli chcę coś wiedzieć, nie blokowała jej linii, bo ona podsłuchuje na bieżąco, łącząc się z salą obradującą. Dla dobra własnego interesu przerwałam połączenie i skupiłam uwagę na nie mniej ekscytujących czynnościach.
Po pierwsze: napisałam przemówienie dla producenta z okazji wyprodukowania filmu. Do tego faktu jeszcze daleko, ale niech ma. Czuję, że awans jest w zasięgu ręki, o ile nie przywaliłam za dużo pikantnych przypraw w tej perorze.
Po drugie: znalazłam przepisy na śledziki wiosenne i jesienne, ale nigdzie nie mogę się doszukać letnich i zimowych. Teraz sz.ukam numeru do Krysi. W tej czy innej sprawie – zawsze będzie przydatny.
Niewiele później
Po trzecie: po śledzikach tak mnie wzięło na słodkości, że wzięłam się znowu za konfitury! To znaczy za preparowanie, nie wyżeranie.
Później, później
Czekałam jak ta ciężka idiotka na telefon Helenki, podczas gdy ona nie posiada mojego numeru! Kiedy to pojęłam, natychmiast rzuciłam się do aparatu i zanim dodzwoniłam się do sanepidu, wybrałam sześć niewłaściwych numerów. W końcu jednak uzyskałam połączenie i wieści, wieści! Oto, co następuje: „Zbiornik powierzchniowy […] na posesji przy ulicy Klonowej 78 […] zostanie osuszony, a teren, który zajmują jego wody, po uprzednim zbadaniu […] uzdatniony do użytku, w tym zabudowywania, przez właściciela posesji.” Na koszt podobno sanepidu. Szczerze mówiąc, wszystko jedno, na czyj, byle nie mój.
W nawiasie: skończyły mi się chemikalia od kwitnącej wody. Dziwne, bo w sklepie powiedzieli, że starczą na dwa miesiące…
Jestem w doskonałym nastroju! To pewnie dzięki wstawaniu razem z kurami. Wypucowałam chatynkę bez realnego przymusu (to jest zagrożenia robalami), a potem przetrząsnęłam biblioteczkę w poszukiwaniu zaginionych przepisów na śledziki. Bezskutecznie. Przy okazji jednak odnalazłam historyczne radzieckie czerwońce występujące w charakterze zakładki na rozdziale o prawidłowym kuchennym ciągu produkcyjnym, a poza tym dziesięć guzików, każdy inny, spinki i zapinki, pogryziony plastykowy klips (jak pragnę zdrowia! Wyszczerbiony wyraźnym śladem zęba!) oraz najciekawsze: oryginalne zapiski z ósmej klasy w postaci mojej rozmowy z Elżunią Wojtasik, dokonane – jeśli dobrze pamiętam – na końcu zeszytu do języka polskiego. Aż pozwolę sobie zacytować: Ach! „Młodości! dodaj mi skrzydła!”
Kilka chwil później
W rozmarzeniu odfrunęłam tak daleko, że zapomniałabym wyjść do pracy. Lecę, pędzę!
Później
Do Helenki zatelefonowałam potajemnie z planu, a raczej z biura, gdzie weszłam jako osoba nieupoważniona. Helenka pochwaliła się, że z dobrym skutkiem stara się przyspieszyć sprawy z moim bagniskiem, a ja, że dostałam coś w rodzaju awansu, bo mam zmieniony nieco zakres obowiązków i odrobinę większe pobory. Powiedziałam jej też, że pojawiam się na planie, ale nie dodałam, w jakim charakterze. Otóż w charakterze żywej dekoracji lub, jeśli gorzej pójdzie, tylko stojaka dla tychże, żeby wszystko nie runęło. Napełniona dumą i nakręcona faktem nielegalności mojego pobytu w biurze dodałam: „Wszystko spoczywa teraz na moich barkach i w moich rękach”, po czym rozłączyłam się i pospiesznie wróciłam do roboty.
Ale twoja proza wybronila sie rewelacyjnie wiec prosze o wiecej - bede tu zagladac
Dzień trzynasty
Robota pali mi się w rękach – dosłownie. Ten kretyn, aktorzyna za dychę i to ze spalonego teatru, kazał mi zaopiekować się jego papierochem, kiedy on miał zagrać. Tyle że w tym samym czasie musiałam trzymać dekoracje i zapewne malowniczo wyglądał siwy dymek ulatujący ponad głową olbrzymiego Szekspira z papier mâché. Nieszczęściem zajęła się jakaś szmata rozpostarta na jego ramionach! Wyszłam cało, ale cztery godziny przed czasem.
Później
Nie pójdę tam więcej! Nie ma mowy! Nic im nie będę trzymać! Niech sobie sami trzymają!
Później, później
Uspokajałam się szachami i sz.ukam miejsca na dżemy. Zrobiłam tak dużo, że już mi się nie miesz.czą na półkach!
Jeszcze później
Co za pomylony dzień. Z tego wszystkiego zapomniałam zadzwonić do Helenki.
Dzień czternasty
Poszłam do roboty tylko po to, żeby złożyć wymówienie. To zresztą nie było konieczne z dwóch powodów. Po pierwsze oni i tak mnie nie chcieli już tam widzieć, a po drugie w całym tym bajzlu wszystko jest „na słowo”, toteż żadnych pi.sm nie składałam. Równie dobrze mogłam nie przychodzić, a za trzy dni zapomnieliby o mnie jak…
Orzeszku! Zapomniałam o telefonie do Helenki!
Chwilę później
Helenka zajęta, prosiła o telefon wieczorem.
Wieczorem
Powiedziałam Helence, że nie mam już pracy. Zmartwiła się szczerze nad moim marnym losem i zadecydowała, że przez znajomą z pośredniaka mi pomoże. Podałam jej numer i czekam, zabawiając okoliczne bezpańskie koty.
Późnym wieczorem
Nie wiedziałam, że to tak szybko! Jestem umówiona na rozmowę w jakiejś restauracji. Tylko pora pogańska – szósta rano.
Restauracja okazała się być garkuchnią w zabitej dechami dzielnicy, a stanowisko wymagające pilnego obsadzenia – posadą garomyja. Przyjęłam, bo niby co innego miałam zrobić?
Szefowa jest potężną kobietą i nie ma szyi, co mnie napawa niejakim przestrachem. Jej nogi w kabaretkach wyglądają jak baleron, palce jak parówki, ma małe świńskie oczka, a przy tym wszystkim jest diabelsko sympatyczna!!!
Lokal pachnie rozlanym mlekiem i tylko kota, co by płakał, brak. A szkoda, bo na własne oczy widziałam mysz!
Pocieszenia dostałam dwa. Pierwsze od szefowej (ma na imię Lucyna, ale żąda, by zwracano się do niej „Lusiu”, ewentualnie „Lulu” – zgroza!) – że szybko mnie awansuje, bo widzi po moim strachu w oczach (przez te myszy, rzecz jasna), że więcej garów jej natłukę, niż wypucuję. A drugie od Helenki, z którą skontaktowałam się zaraz po powrocie, mianowicie Helenka tak bardzo się przejęła moim bezrobociem, iż wymusiła na znajomej z pośredniaka stałe monitorowanie sytuacji na rynku pracy i zarezerwowanie dla mnie atrakcyjnego etatu. Ekhm, czyżbym powiedziała coś niepoprawnego politycznie?
I tylko jedna uwaga - cytuje :"(na te myszy, rzecz jasna)
chyba przez te myszy?
Dzień szesnasty
Bardzo rano… może nawet w środku nocy!
Dzwoni telefon. Chyba zaraz czymś go uderzę! Sny się rozwiały, nic ze spania już nie będzie.
Później
Kto zbyt wcześnie rano wstaje, ten znajduje w chacie robale! Znowu się zalęgły, tym razem pod wanną w sypialni. Podejrzewałam najpierw, że może w okolicach sedesu, ale jednak się myliłam. Trudno, muszę kupić muchozole, bo poprzednie dwa opakowania już całkiem zużyłam. Mam wreszcie przyzwoity pretekst do wybycia na miasto.
Jeszcze później
Wróciłam! Nowiny! Od samego bladego świtu zmywałam plastykowe sztućce (to w ramach oszczędności), następnie przeleciałam lizolem podłogę kuchenną i razem z Markiem wynosiłam śmieci zaległe z ośmiu dni. W jednym z worów odbywała się uczta wygłodniałych, wychudłych i zapchlonych szczurów. Wór ten nieszczęściem trafił się mnie. Jak tylko doszłam, co trzymam w objęciach, to tak się przeraziłam, tak wrzasnęłam, tak pisnęłam, rozhisteryzowałam się i rozstroiłam, że trudno owo zajście słowami opisać! W związku z wypędzeniem klientów z przybytku zostałam wysłana na miasto po sprawunki, mianowicie zapłaciłam fiskusowi, co tam trzeba, a kiedy wróciłam, Lusia przeniosła mnie aż na drugi koniec knajpy, do okienka z szybkim i tanim żarciem dla mieszczuchów. Uznała, iż z takim dramatycznym głosem poradzę sobie wyśmienicie i bezproblemowo z tłumem nieokiełznanych, nienażartych dzikusów. Skutkiem szczurów dostałam także minimalną podwyżkę i dostęp do telefonu na zapleczu.
Oczywiście natychmiast zatelefonowałam do Helenki. Po znajomości umówiłam fachowca na deratyzację. Fachowca, który przybędzie nie służbowo, i którego jedynym celem będzie wytępienie paskudztwa, nie zaś nakładanie jakichkolwiek kar na Lusię. Żadnych raportów i ścigania z urzędu. Lusia, jak tylko się dowiedziała, przedstawiła osobliwy spektakl: zbladła, poczerwieniała, zlała się purpurą, znormalniała i złożyła mi podziękowania, po czym wyszła chwiejnym krokiem.
Po tym wszystkim miałam tak dobry nastrój, że postanowiłam nie zawracać sobie głowy moimi karaluchami i poczęłam zgłębiać tajniki kuchni azjatyckiej.
Jeszcze, jeszcze później
Szczury!!! Jak tylko znalazłam przepis na pieczone szczury, ku zgrozie opatrzony sugestywnym zdjęciem, cisnęłam tę książkę diabelską przez okno! Całe szczęście było otwarte, bo inaczej szybę byłabym roztłukła!
Dzień siedemnasty
Miałam być miłą panienką z okienka i obsługiwać klientów, a zamiast tego użeram się z na złość zaciętą kasą, brakiem klucza do szafki, rozstrojoną mikrofalówką, radiem nadającym po simiecku, rozmrożoną lodówką, zatrzaśniętymi drzwiczkami toalety dla personelu… Ruina. Wszystko muszę sama, Lusia nie posiada środków na specjalistycznych fachowców tudzież nowy sprzęt. Marek jest garomyjem, mimo to do jego obowiązków należy załatwianie podobnych problemów – tyle że na drugim końcu budynku. Z ogromnym obrzydzeniem wciskając zimnego, oślizłego hamburgera kolejnemu nastolatkowi z pokolenia coca-coli pomyślałam sobie dwie rzeczy: niech ta jutrzejsza deratyzacja cokolwiek pomoże i niech ja jak najszybciej wrócę już do domu!
Później
I oto wróciłam w doskonałym nastroju, mimo problemów natury technicznej, zbyt słabo mi znanych, abym mogła coś w ich sprawie zdziałać. Chciałam odkurzyć biblioteczkę i przy okazji ponownie znalazłam „Mistrza patelni”, cały czas chodził mi po głowie. Toteż zasiadam do lektury.