A więc zacznę tak: W niewielkim domu, na przedmieściach miasta mieszkała rodzina Rokto. Głową rodziny była staruszka Martyna, miała wnuczkę - Sabinę, zamkniętą w sobie malarkę. Sabina uwielbiała malować, tym bardziej ozdabiać dom swoimi dziełami sztuki, a potem oglądać je codziennie na każdym kroku, by zobaczyć czy wszystko zrobiła poprawnie.
Pewnego ponurego ranka (w sobotę), gdy właśnie Sabina zaczęła malować nowe dzieło, Martyna pojechała do parku, by nałowić trochę ryb na pyszne sushi.
Zobaczył ją pewien staruszek, Aleksander. Był w parku ze swoim wnukiem - Kamilem. Na pierwszy rzut oka Martyna wyglądała zwyczajnie, ale jeśli baczniej jej się przyjrzeć, można zobaczyć, że w młodości była piękną kobietą.
Aleksander przyglądał jej się przez dłuższą chwilę, a potem zaprosił do rozmowy. Na początku Martynie Aleksander wydawał się być zwyczjny, ale po takiej ożywionej rozmowie, zauważyła w nim człowieka charyzmatycznego, ale z humorem.
Robiło się późno, a Martyna dalej została z trzema rybami. W końcu opamiętała się, i poprosiła go, by połowił z nią ryby. Aleksander zgodził się, jasne, ale pod warunkiem, że Martyna zje z nim jutro kolację.
- Czemu nie? - pomyślała.
Następnego dnia spotkała się z Aleksandrem w skromnej knajpce nie daleko jej domu. Przy okazji, by nie tracić pieniędzy na niezdrowe jedenie, przyniosła sushi z tych ryb, które razem z nim złowiła (ze złotych rybek).
- Cieszę się, że przyszłaś - zaczął Aleksander.
- Żaden problem, a wielka przyjemność - odparła.
- Mmm... Czy to sushi? -
- Zgadłeś. Mam nadzieję, że będzie Ci smakować -
I tak rozmawiali, a tymczasem Sabina poważnie martwiła się o babcię, by nie wpadła w złe towarzystwo starszych. Nie chciała stracić właśnie teraz babci, kiedy nie dawno straciła rodziców.
Martyna coraz częściej wychodziła z domu, by spotkać się z Aleksandrem.
Sabina zapomniała już, jak samkowały te pyszne śniadania babci. Teraz najwyżej zje kanapkę z dżemem, a to żaden rarytas.
Gdy w słoneczną niedzielę Martyna miała spotkać się z Aleksandrem, była trochę zaniepokojona nie obecnością Aleksandra przed tą samą knajpką co zwykle. Zawsze przychodził pierwszy...
Po przyjściu do domu odebrała zawiedziona gazetę.
Pisało tam wiele nudnych rzeczy, ale bardzo zaciekawił ją artykuł o porwaniu nieznanego dla prasy staruszka. Była prawie pewna, że to Aleksander. Teraz tak bardzo chciała odwiedzić staruszka, zobaczyć, co z jego wnukiem, ale był poważny problem: nie wiedziała, gdzie mieszkał.
Jeździła po mieście wypytując każdego, czy wie gdzie mieszka jej przyjaciel.
Nie natknęła się na nikogo, kto by wiedział.
Pojechała więc do siedziby sławnego detektywa profesora Maksencjusza Elnera. Przyjęto ją niezbyt chętnie, ale dali chwilę na powiedzenie, o co chodzi.
Mówiła ze spokojem, ale też z zaniepokojeniem. Czekała długo na odpowiedź profesora - detektywa. W końcu rzekł:
- Wyczytała pani tą informację w gazecie? -
- Tak, dokładnie zastanowiłam się, po co tu w ogóle przyjechałam. -
- No dobrze. Skoro jest pani świadoma tego, co robi, niech zaczeka pani na korytarzu. Ja w tym czasie uwzględnie kilka faktów. -
Martyna podziękowała detektywowi za angażację i wyszła, już dawno zaniecierpliwiona.
Sama nie wiem, czy ma być ciąg dalszy. ;(
Jak już przeczytałeś/aś to chociaż zostaw komentarz, a ciąg dalszy będzie napewno.
0
Komentarz