Muszelko, strzelbę na razie zachowam. Z krzykiem też się wstrzymam. Ale na następny raz nie gwarantuję już takiego opanowania. xD
To... <coś :?: > - a la książka jest faktycznie dość specyficzne i nie zdziwię się jeżeli pewne kwestie mogą być niezrozumiałe. Marudzenie więc jest (jak na razie :twisted: ) dozwolone.
Jeśli chodzi o to, czy bohaterka występująca w poprzednim wpisie, to ta sama, co ta z wcześniejszego, to nie. :P
One są dwie i tak:
- Pierwsza - Elizabeth ma tak z 19 lat i żyję w tych bliżej niesprecyzowanych czasach, jest sobie bogata i wszystko pięknie, ładnie (przynajmniej z pozoru)- wtedy pi.szę pochyłą czcionką.
- A druga - bezimienna, jak na razie, ma gdzieś 16 lat, żyję w czasach obecnych no i, jak wynika z tekstu jej się już tak dobrze nie powodzi. Czcionka normalna.
Mam nadzieję, że teraz obraz jest nieco wyraźniejszy.
Sandziu, nie martw się, mój rozumek też taki nie za tęgi (xD) i też mnie denerwuje, jak np. oglądam dobry film, czuję akcję, ale nie wiem za bardzo, o co chodzi.. :?
Chętnie opowiem o co chodzi, tylko poproszę o konkretne pytanie. :-o
Ogólnie jak czytam w telefonie, a zawsze tak jest to nie widzę pochyłej czcionki, więc nawet nie zauważyłam tego :P
Ale dzięki za info przynajmiej już coś wiem.
A jeżeli chodzi o nie rozumienie filmów to też czasami tak mam :P
"Czasem wystarczy rozejrzeć się dokoła aby dostrzec coś, co może stać się nieodłącznym elementem twojego świata..."
Mój jest dość prosty: pióro, kartka i od niedawna mój rajski ogród. Nie zaprzeczę, co prawda, że miło jest jeść w ekskluzywnych restauracjach oraz nosić najszykowniejsze stroje, ale nic nie może się równać z uczuciem kiedy unosisz się ponad i mimo samotności jedyne co odczuwasz to niebiański spokój...
I mimo tego, że w Ravelville mieszkam już od jakiegoś czasu, dopiero od niedawna doznałam pełnego fenomenu tego miejsca. Rozkwitające pęki kwiatów oraz dostojnie
prężące się drzewne korony dają poczucie nowych doznań, które są wymiernym źródłem mego natchnienia. I gdyby nie interesy rodzinnej firmy, w których przez wzgląd na moje pochodzenie nakazane mi uczestniczyć,czuję, że mogłabym przesiadywać w tej anielskiej p.u.s.z.c.z.y całymi dniami. Inspirować się tym nieprzeciętnie baśniowym otoczeniem i od płynąć myślami daleko stąd... Do krainy, gdzie ludzie traktują cię bynajmniej, jak człowieka, a nie automat do własnego zysku. Do zamku, w którym mieszkała mała księżniczka o imieniu Mary...
Na swoim dworze Mary była traktowana, jak prawdziwa królowa. Całe królestwo wiedziało kiedy dziewczynka się śmieje ponieważ wtedy nad krainą świeciło słońce i gościło szczęście. Natomiast jeżeli nachodził ją smutek, krainą panowały ciemności, a jej mieszkańcy stawali się zamknięci w sobie i zgorzkniali. Mary mimo młodego wieku miała również swoje obowiązki. Była wzorem dla swojego imperium i chociaż to jej rodzice sprawowali władzę, musiała głosić orędzia, przeprowadzać akcje, kampanie i wiele, wiele innych. Co prawda przypadała jej wyłącznie władza wykonawcza, lecz i tak wymagało to nie lada zachodu. Mimo to Mary była zadowolona ze swojego życia. Kochała swoich poddanych i pragnęła nieść im pomoc na tyle na ile to możliwe. Dlatego życie w Marvelland przebiegało w spokoju i harmonii...
Wiem, że dla potencjalnego słuchacza może brzmieć to dobitnie banalnie i, że nie powinnam poświęcać tyle uwagi dla spraw tak błahych. Ale mimo wszystko ma to dla mnie szczególne znaczenie, a Mary jest mi wyjątkowo bliska gdyż nie ukrywam, że nie trudno mi się z nią identyfikować. Jest mądra, wrażliwa, przekonująca i oczywiście skromna...
Mój melancholijny stan nie potrwał jednak zbyt długo gdyż, jak zwykle ktoś miał do mnie sprawy natury ważniejszej niż moje własne. Tym razem była to Scarlett.
- Ja bardzo przepraszam, ale Pan Victor prosi panienkę do siebie.
No tak, w końcu kto nie lubuję się bardziej w ukracaniu moich wizji niż mój drogi ojciec...
- Wiesz, o co chodzi tym razem?
- Zdaje się, że ma dla panienki jakiś prezent. Niestety więcej nie mogę powiedzieć.
"Czyżby znowu potrzebował mojej pomocy w firmie i chce mnie czymś przekupić?" - Pomyślałam.
Nigdy nie interesował mnie za bardzo rodzinny b.i.z.n.e.s, ale, że nie raz już zdołałam pomóc memu ojcu kiedy tego potrzebował, to jeśli tylko przygotował coś, co byłoby w stanie przykuć moją uwagę, to nie śmiem odmówić.
Skierowałam się więc ku salonowi, gdzie czekać miał już na mnie ojciec...
- Wzywałeś mnie? - Spytałam u wejścia typowo dworskiego pomieszczenia, które już od progu zadziwiało swoim majestatem.
- Ach, Liz, kochanie już jesteś. Tak chciałem się z Tobą widzieć. Otóż wiesz, że niebawem wyjeżdżam i...
- Masz coś dla mnie? - Rzuciłam prosto z mostu, jako, że z upływem lat czułe pożegnania przestały mnie wzruszać.
- Widzę, że Scarlett nie omieszkała nie zdradzać szczegółów. Owszem, proszę podejdź bliżej.
Podeszłam wzdłuż szarmanckiego pokoju w stronę drzwi dostrzegając pokrótce małe, czerwone pudełeczko przyozdobione nienaganną bordową kokardą, które ojciec wyjął z za pleców. Na mojej twarzy nie malowała się wtedy radość, ani smutek, a jedynie ciekawość. Stanąwsza, przejęłam upominek, po czym w ciszy energicznie rozpakowałam jego zawartość.
W środku było jednak zamieszczone drugie, mniejsze opakowanie tym razem skórzane i granatowe. Je również rozpieczętowałam nie mniej intensywnie.
Ku moim przewidywaniom w nim znajdował się jednak jedynie mały futeralik, który nadal nie przypominał zapowiadanego prezentu.
Uśmiechnęłam się drwiąco do ojca na znak, że nie przemawiają do mnie takie gierki. On jednak był wpatrzony wyłącznie w to, co miało znajdować się w środku. Z niechęcią otworzyłam pudełeczko po czym moim oczom ukazały się pełne gracji i swoistego uroku srebrzysto złote perły splecione w niewielką kolię.
Nie ukrywam, że z pośród wielu upominków, jakie ofiarowywał mi ojciec, te wydały mi się wyjątkowo niebanalne. Aczkolwiek nie musiałam hamować się z zachwytem.
- Piękne. - Rzekłam stonowanie.
- Należały do twojej matki. -Dodał cicho ojciec. Po tych słowach mina pewnie mi trochę zbladła. Zdumiona tym faktem nie wiedziałam, czy wypada teraz ująć się bardziej, czy może pozostać w milczeniu.
- Nie wiedziałam.- Wyszeptałam nieśmiało w lekkim zakłopotaniu.
Otóż moja matka zmarła tuż po moim urodzeniu, dziewiętnaście lat temu. Nie wiem o niej zbyt wiele. Jedynie to, co mówił mi ociec; jaka była dobra, życzliwa, otwarta na innych, a także inteligentna i bystra. Tak też zawsze ją sobie wyobrażałam. Niestety niczego nie mogę być pewna. Zawsze żałowałam, że nie było mi dane poznać jej bliżej, no ale co się stało to się nie odstanie...
- Dlaczego akurat teraz? - Spytałam przerywając nieoczekiwaną ciszę.
- Ponieważ teraz jesteś gotowa. - Odpowiedział ojciec z nietypową powagą.
- Gotowa na co?
- Aby poznać prawdę.
- Jaką prawdę!? - Oburzyłam się z lekka poirytowana całą tą sytuacją. Ojciec był blady i miał minę jak w amoku. Nie wiedziałam o co tutaj chodzi? I jaki to ma związek z naszyjnikiem?
- Po co mnie tutaj ściągnąłeś.- Starałam się mimo wszystko zachować równowagę.
- Jeszcze o wielu sprawach musisz się dowiedzieć...
- W takim razie mi powiedz. Chodzi o firmę? To ma związek z mamą?...
Ojciec zdążył posłać mi jedynie potwierdzające spojrzenie gdy w tym samym momencie w drzwiach pojawili się John i Leopold (Leo) - jego ochroniarze. Mieli już ze sobą walizki ojca na znak, że zaraz będą musieli wyruszać na lotnisko.
- Czekaj. Każ im chwile zaczekać. Chcę wiedzieć, o co tu chodzi. - Powiedziałam stanowczo, zatrzymując ojca, który już szykował się do odwrotu.
- Wytłumaczę ci wszystko, jak wrócę. Obiecuję.- Oznajmił i po oziębłym pożegnalnym uścisku skierował się ku wyjściu.
Chłodnym wymuszającym spojrzeniem odprowadziłam go do drzwi, czując się upokorzona i potraktowana protekcjonalnie. W takiej frustracji poszłam zdecydowanym krokiem do pokoju by przemyśleć to wszystko, co usłyszałam...
Oczywiście minęło trochę czasu zanim wdrapałam się na górę. Ale kiedy to już się stało, wnet odechciało mi się myślenia. Na chwilę zapomniałam o ojcu, o tym, co przede mną ukrywa i co ze mną będzie. Skonana pokonaniem tak długiej drogi, padłam na łóżko. W tym samym momencie uświadomiłam sobie, że teraz cały wieczór spędzę już w swoim pokoju, o ile nie najdzie mnie chora ambicja pokonania morderczego dystansu jeszcze dwukrotnie (tak w ramach bonusu).
Wyjęłam nieszczęsny wisiorek, który przytargałam ze sobą. Przyglądałam się mu uważnie. Chyba dopiero teraz dostrzegłam, jaki jest niebywały. Z wrażenia wstałam aż do lustra by spojrzeć, czy przynajmniej będzie do mnie pasował. Ku memu zdziwieniu był idealny. Patrzyłam na siebie i wyobrażałam sobie w nim mamę. Myślałam o tym, jaka na prawdę była. Wiadomo, że ojciec przedstawiał mi ją jako ideał., ale ja i tak nie raz zastanawiałam się co by było gdyby...
I wtedy wszystko nagle zaczęło rozmywać mi się przed oczami... Trwało to jednak tylko moment ponieważ zaraz poczułam jakby w jednaj chwili uleciało ze mnie życie. A potem zostałam okryta pustką. Jakby czarną płachtą która przeniosła mnie w świat zupełnie odmienny do tego, który znam. Przestała liczyć się przyszłość oraz przeszłość, a teraźniejszość stanowił jedynie moment, w którym zostałam choć na chwilę oddzielona od rzeczywistości...
Dosyć tego sporo wyszło. :oops: No ale nie mogłam już dalej pisać o tym, jak ktoś przychodzi do kogoś, albo, co gorsza coś ktoś myśli, a to się nie dzieję.. :? A nie chciałam już rozdzielać tego na dwie osobne części. A więc jeżeli w tak obszernym fragmencie komuś umknęło to, że zaczęło się coś dziać, to przypominam.
I bardzo dziękuję, jeżeli ktoś dotrwał do końca. *.* :roll:
Komentarz
To... <coś :?: > - a la książka jest faktycznie dość specyficzne i nie zdziwię się jeżeli pewne kwestie mogą być niezrozumiałe. Marudzenie więc jest (jak na razie :twisted: ) dozwolone.
Jeśli chodzi o to, czy bohaterka występująca w poprzednim wpisie, to ta sama, co ta z wcześniejszego, to nie. :P
One są dwie i tak:
- Pierwsza - Elizabeth ma tak z 19 lat i żyję w tych bliżej niesprecyzowanych czasach, jest sobie bogata i wszystko pięknie, ładnie (przynajmniej z pozoru)- wtedy pi.szę pochyłą czcionką.
- A druga - bezimienna, jak na razie, ma gdzieś 16 lat, żyję w czasach obecnych no i, jak wynika z tekstu jej się już tak dobrze nie powodzi. Czcionka normalna.
Mam nadzieję, że teraz obraz jest nieco wyraźniejszy.
Sandziu, nie martw się, mój rozumek też taki nie za tęgi (xD) i też mnie denerwuje, jak np. oglądam dobry film, czuję akcję, ale nie wiem za bardzo, o co chodzi.. :?
Chętnie opowiem o co chodzi, tylko poproszę o konkretne pytanie. :-o
Ale dzięki za info przynajmiej już coś wiem.
A jeżeli chodzi o nie rozumienie filmów to też czasami tak mam :P
XIX. III
"Czasem wystarczy rozejrzeć się dokoła aby dostrzec coś, co może stać się nieodłącznym elementem twojego świata..."
Mój jest dość prosty: pióro, kartka i od niedawna mój rajski ogród. Nie zaprzeczę, co prawda, że miło jest jeść w ekskluzywnych restauracjach oraz nosić najszykowniejsze stroje, ale nic nie może się równać z uczuciem kiedy unosisz się ponad i mimo samotności jedyne co odczuwasz to niebiański spokój...
I mimo tego, że w Ravelville mieszkam już od jakiegoś czasu, dopiero od niedawna doznałam pełnego fenomenu tego miejsca. Rozkwitające pęki kwiatów oraz dostojnie
prężące się drzewne korony dają poczucie nowych doznań, które są wymiernym źródłem mego natchnienia. I gdyby nie interesy rodzinnej firmy, w których przez wzgląd na moje pochodzenie nakazane mi uczestniczyć,czuję, że mogłabym przesiadywać w tej anielskiej p.u.s.z.c.z.y całymi dniami. Inspirować się tym nieprzeciętnie baśniowym otoczeniem i od płynąć myślami daleko stąd... Do krainy, gdzie ludzie traktują cię bynajmniej, jak człowieka, a nie automat do własnego zysku. Do zamku, w którym mieszkała mała księżniczka o imieniu Mary...
Na swoim dworze Mary była traktowana, jak prawdziwa królowa. Całe królestwo wiedziało kiedy dziewczynka się śmieje ponieważ wtedy nad krainą świeciło słońce i gościło szczęście. Natomiast jeżeli nachodził ją smutek, krainą panowały ciemności, a jej mieszkańcy stawali się zamknięci w sobie i zgorzkniali. Mary mimo młodego wieku miała również swoje obowiązki. Była wzorem dla swojego imperium i chociaż to jej rodzice sprawowali władzę, musiała głosić orędzia, przeprowadzać akcje, kampanie i wiele, wiele innych. Co prawda przypadała jej wyłącznie władza wykonawcza, lecz i tak wymagało to nie lada zachodu. Mimo to Mary była zadowolona ze swojego życia. Kochała swoich poddanych i pragnęła nieść im pomoc na tyle na ile to możliwe. Dlatego życie w Marvelland przebiegało w spokoju i harmonii...
Wiem, że dla potencjalnego słuchacza może brzmieć to dobitnie banalnie i, że nie powinnam poświęcać tyle uwagi dla spraw tak błahych. Ale mimo wszystko ma to dla mnie szczególne znaczenie, a Mary jest mi wyjątkowo bliska gdyż nie ukrywam, że nie trudno mi się z nią identyfikować. Jest mądra, wrażliwa, przekonująca i oczywiście skromna...
Mój melancholijny stan nie potrwał jednak zbyt długo gdyż, jak zwykle ktoś miał do mnie sprawy natury ważniejszej niż moje własne. Tym razem była to Scarlett.
- Ja bardzo przepraszam, ale Pan Victor prosi panienkę do siebie.
No tak, w końcu kto nie lubuję się bardziej w ukracaniu moich wizji niż mój drogi ojciec...
- Wiesz, o co chodzi tym razem?
- Zdaje się, że ma dla panienki jakiś prezent. Niestety więcej nie mogę powiedzieć.
"Czyżby znowu potrzebował mojej pomocy w firmie i chce mnie czymś przekupić?" - Pomyślałam.
Nigdy nie interesował mnie za bardzo rodzinny b.i.z.n.e.s, ale, że nie raz już zdołałam pomóc memu ojcu kiedy tego potrzebował, to jeśli tylko przygotował coś, co byłoby w stanie przykuć moją uwagę, to nie śmiem odmówić.
Skierowałam się więc ku salonowi, gdzie czekać miał już na mnie ojciec...
- Wzywałeś mnie? - Spytałam u wejścia typowo dworskiego pomieszczenia, które już od progu zadziwiało swoim majestatem.
- Ach, Liz, kochanie już jesteś. Tak chciałem się z Tobą widzieć. Otóż wiesz, że niebawem wyjeżdżam i...
- Masz coś dla mnie? - Rzuciłam prosto z mostu, jako, że z upływem lat czułe pożegnania przestały mnie wzruszać.
- Widzę, że Scarlett nie omieszkała nie zdradzać szczegółów. Owszem, proszę podejdź bliżej.
Podeszłam wzdłuż szarmanckiego pokoju w stronę drzwi dostrzegając pokrótce małe, czerwone pudełeczko przyozdobione nienaganną bordową kokardą, które ojciec wyjął z za pleców. Na mojej twarzy nie malowała się wtedy radość, ani smutek, a jedynie ciekawość. Stanąwsza, przejęłam upominek, po czym w ciszy energicznie rozpakowałam jego zawartość.
W środku było jednak zamieszczone drugie, mniejsze opakowanie tym razem skórzane i granatowe. Je również rozpieczętowałam nie mniej intensywnie.
Ku moim przewidywaniom w nim znajdował się jednak jedynie mały futeralik, który nadal nie przypominał zapowiadanego prezentu.
Uśmiechnęłam się drwiąco do ojca na znak, że nie przemawiają do mnie takie gierki. On jednak był wpatrzony wyłącznie w to, co miało znajdować się w środku. Z niechęcią otworzyłam pudełeczko po czym moim oczom ukazały się pełne gracji i swoistego uroku srebrzysto złote perły splecione w niewielką kolię.
Nie ukrywam, że z pośród wielu upominków, jakie ofiarowywał mi ojciec, te wydały mi się wyjątkowo niebanalne. Aczkolwiek nie musiałam hamować się z zachwytem.
- Piękne. - Rzekłam stonowanie.
- Należały do twojej matki. -Dodał cicho ojciec. Po tych słowach mina pewnie mi trochę zbladła. Zdumiona tym faktem nie wiedziałam, czy wypada teraz ująć się bardziej, czy może pozostać w milczeniu.
- Nie wiedziałam.- Wyszeptałam nieśmiało w lekkim zakłopotaniu.
Otóż moja matka zmarła tuż po moim urodzeniu, dziewiętnaście lat temu. Nie wiem o niej zbyt wiele. Jedynie to, co mówił mi ociec; jaka była dobra, życzliwa, otwarta na innych, a także inteligentna i bystra. Tak też zawsze ją sobie wyobrażałam. Niestety niczego nie mogę być pewna. Zawsze żałowałam, że nie było mi dane poznać jej bliżej, no ale co się stało to się nie odstanie...
- Dlaczego akurat teraz? - Spytałam przerywając nieoczekiwaną ciszę.
- Ponieważ teraz jesteś gotowa. - Odpowiedział ojciec z nietypową powagą.
- Gotowa na co?
- Aby poznać prawdę.
- Jaką prawdę!? - Oburzyłam się z lekka poirytowana całą tą sytuacją. Ojciec był blady i miał minę jak w amoku. Nie wiedziałam o co tutaj chodzi? I jaki to ma związek z naszyjnikiem?
- Po co mnie tutaj ściągnąłeś.- Starałam się mimo wszystko zachować równowagę.
- Jeszcze o wielu sprawach musisz się dowiedzieć...
- W takim razie mi powiedz. Chodzi o firmę? To ma związek z mamą?...
Ojciec zdążył posłać mi jedynie potwierdzające spojrzenie gdy w tym samym momencie w drzwiach pojawili się John i Leopold (Leo) - jego ochroniarze. Mieli już ze sobą walizki ojca na znak, że zaraz będą musieli wyruszać na lotnisko.
- Czekaj. Każ im chwile zaczekać. Chcę wiedzieć, o co tu chodzi. - Powiedziałam stanowczo, zatrzymując ojca, który już szykował się do odwrotu.
- Wytłumaczę ci wszystko, jak wrócę. Obiecuję.- Oznajmił i po oziębłym pożegnalnym uścisku skierował się ku wyjściu.
Chłodnym wymuszającym spojrzeniem odprowadziłam go do drzwi, czując się upokorzona i potraktowana protekcjonalnie. W takiej frustracji poszłam zdecydowanym krokiem do pokoju by przemyśleć to wszystko, co usłyszałam...
Oczywiście minęło trochę czasu zanim wdrapałam się na górę. Ale kiedy to już się stało, wnet odechciało mi się myślenia. Na chwilę zapomniałam o ojcu, o tym, co przede mną ukrywa i co ze mną będzie. Skonana pokonaniem tak długiej drogi, padłam na łóżko. W tym samym momencie uświadomiłam sobie, że teraz cały wieczór spędzę już w swoim pokoju, o ile nie najdzie mnie chora ambicja pokonania morderczego dystansu jeszcze dwukrotnie (tak w ramach bonusu).
Wyjęłam nieszczęsny wisiorek, który przytargałam ze sobą. Przyglądałam się mu uważnie. Chyba dopiero teraz dostrzegłam, jaki jest niebywały. Z wrażenia wstałam aż do lustra by spojrzeć, czy przynajmniej będzie do mnie pasował. Ku memu zdziwieniu był idealny. Patrzyłam na siebie i wyobrażałam sobie w nim mamę. Myślałam o tym, jaka na prawdę była. Wiadomo, że ojciec przedstawiał mi ją jako ideał., ale ja i tak nie raz zastanawiałam się co by było gdyby...
I wtedy wszystko nagle zaczęło rozmywać mi się przed oczami... Trwało to jednak tylko moment ponieważ zaraz poczułam jakby w jednaj chwili uleciało ze mnie życie. A potem zostałam okryta pustką. Jakby czarną płachtą która przeniosła mnie w świat zupełnie odmienny do tego, który znam. Przestała liczyć się przyszłość oraz przeszłość, a teraźniejszość stanowił jedynie moment, w którym zostałam choć na chwilę oddzielona od rzeczywistości...
Dosyć tego sporo wyszło. :oops: No ale nie mogłam już dalej pisać o tym, jak ktoś przychodzi do kogoś, albo, co gorsza coś ktoś myśli, a to się nie dzieję.. :? A nie chciałam już rozdzielać tego na dwie osobne części. A więc jeżeli w tak obszernym fragmencie komuś umknęło to, że zaczęło się coś dziać, to przypominam.
I bardzo dziękuję, jeżeli ktoś dotrwał do końca. *.* :roll: