Długo czaiłam się z wstawieniem tej historii na forum.

Najprawdopodobniej dla tego, że - przynajmniej, jak na razie - jest tworzona pod wpływem impulsu i, jak na ten moment nie mogę nic powiedzieć o dalszej akcji. Wiecie więc, drodzy czytelnicy mniej więcej tyle, co i ja (no może trochę mniej

), więc nie pozostaje Wam nic innego, jak śledzić historię na bieżąco, a co z niej wyniknie tego nie mogę powiedzieć. :P
Najtrudniej jest zawsze zacząć.

Może najwyższa pora. xD
Prolog I
Spałam w trumnie. Było miło. Chłodno. Nie rada mi jednak stwierdzić, że była to najdziwniejsza noc jaką dane mi było przeżyć.
Sen - jest to stan hibernacji naszej świadomości, w którym zawładają nami niezbadane moce, a świat zaczyna składać się z gnuśnych zombi. Zasypiając dla większości z nas pobudka jest czymś oczywistym, a przecież to nie musiało się tak skończyć i mogłam nigdy się nie obudzić. Wtedy nie zdziwiłabym się po przebudzeniu (jakby było to coś, czego nie czynię od zawsze) i nie udziwniałabym tego, co miałoby być normą.
Tak, to dziwne, że się obudziłam i jestem tu, gdzie zmarli myślą, że żyją wiecznie zamiast żyć tam, gdzie życie jest tego warte.
Zamiast tego spoczywam pogrzebana we własnym grobie. Skuta na tyle, że nie mogę puknąć się w głowę by sprawdzić, czy coś w niej jeszcze jest. Nie minie jednak chwila nim siły wyższe każą mi zwlec swe na wpół martwe zwłoki by ponownie wstać i spojrzeć na szarobury świat... W którym nie jest najgorsza ciemność z jaką zmagasz się co dzień, lecz światło, któremu raz po raz będzie pisane cię oślepiać...
Tych, którym spodobał się przytoczony fragment serdecznie zapraszam do dalszego zapoznania się z losami
bohaterki (jak pewnie nie trudno wywnioskować).

Natomiast jeśli komuś nie przypadł on do gustu, a czas poświęcony na przeczytanie jego uznał za zmarnowany - mogę pocieszyć, że to dopiero pierwsze oblicze historii..
Komentarz
P i s z dalej,zobaczymy co to będzie
http://ktosiksims.tumblr.com
and
patatajaj na tęczowej owcy
A anulując wszelkie domniemania na temat gatunku to nie, to nie jest komedia - masz rację, Sandziu.
Serdecznie zapraszam. :-o
Prolog II
...
Jaskrawa luna ponownie rozpostarła się nad horyzontem...
Miażdżąca ciemność objęła swoimi ramionami wszystko, co żywiło jeszcze jakąkolwiek nadzieję. Każdy dom, detal, każde serce... Nic nie zdoła uchronić się przed mrokiem, kiedy światło wydaję się zbyt blisko. (...)
-Na takie świat patrzysz mówiąc, że jest przekleństwem, lecz nie wiesz, ile cudów przy tym doświadczasz.
Słyszysz; przez co możesz wysłuchać, co mają do powiedzenia inni, zatem być odbiorcą.
Patrzysz; potrafisz swobodnie wyrazić opinię na temat wszystkiego, co jesteś w stanie dostrzec – stajesz się więc mówcą.
Rozumiesz; masz możliwość interpretacji zjawisk i doznań – jesteś jednostką.
Czujesz; jesteś w stanie dokonać wyboru pomiędzy światłem, a ciemnością, dzięki czemu nic nie jest Ci już obojętne – stajesz się człowiekiem...
Nazywam się Elizabeth Woldorff i chociaż nigdy nie zaznałam światła, a moim przeznaczeniem jest życie w mroku – to, co ludzkie nie jest i nigdy nie było i obce...
(...)
X. III
To był dzień, jak każdy inny; wstałam, ubrałam się, a na dole czekała już na mnie służba ze śniadaniem. Tego ranka mój żołądek był wyjątkowo wybredny, a zanim zdołałam przedrzeć się przez nieznane mi wcześniej rozległe korytarze, kiszki zdążyły odegrać mi całą symfonię.
Podczas mojej drogi, która łącznie liczyła pięć pięter, równała się przemierzeniu dwunastu długich i ośmiu krótkich korytarzy, wyminięciu piętnastu członków służby, a kończyła na przygotowaniu posiłku dla Dolores – przez chwilę zaczęłam wątpić w to, że w ogóle ma swój koniec.Choć wychodząc z założenia, że itnieje droga, jaką musiałam wejść i powinna być również możliwość zejścia – bardziej prawdopodobne jest to, że zemdleję zanim dojdę. Wtedy już nigdy nie będę mogła rozkoszować się tym najważniejszym (lub na myśl, że nie ma skrótów w drodze powrotnej – ostatnim) posiłkiem dzisiejszego dnia.
Kumulując jednak całą swoją energię by odrzucić czarne myśli, po pewnym czasie zdołałam doczłapać się na dół i po nakarmieniu Dolores zasiadłam do stołu.
Tam, czekała już na mnie Scarlett wraz z kilkoma innymi gosposiami.
Tylko ona zachowała swoją posadę od przeprowadzki i przeniosła się z nami z Wirehood.
Scarlett była nie tylko jedną z gospodyń. Towarzyszyła mi od najmłodszych lat; zajmowała się mną i sprawowała rolę opiekunki podczas gdy ojciec musiał załatwiać własne sprawy. Wszystko to bezwarunkowo. Nie mogłam pozwolić jej odejść, choć - fakt - miała już ona swoje lata i niewątpliwie zasługiwała na odpoczynek. Ale tu przeważyła moja egoistyczna natura i to ona nie pozwoliła jej tego zrobić. Może zwyczajnie była zbyt bliska memu sercu...
Mimo wszystko, tego ranka, Scarlett, tak jak dawniej przywitała mnie swoim serdecznym uśmiechem oraz słowami:”Witam panienkę Elizabeth. Czy nakryć do stołu?”. „Jak najbardziej.” – odpowiedziałam uradowana tym, że od momentu przebudzenia nareszcie wezmę coś do ust.
Przede mną momentalnie stanęły wszelakie pyszności z niemal każdego zakątku świata. Od francuskiej brioche, po włoskie sery feta, obok nich dżemy, a także wiele, wiele innych.
Podczas gdy ja zajęłam się smakowaniem przysmaków, Scarlett przysiadła się do mnie, tym razem z nieco tęgą miną.
- Wie panienka, że ojciec panienki niedługo wyjeżdża? - Spytała.
- I co w tym nadzwyczajnego? Odkąd pamiętam nasz styl życia od zawsze wyglądał tak samo, w związku z czym miałam dużo czasu, żeby się przyzwyczaić. Z doświadczenia wiem również, że gdybym miała zamartwiać się za każdym razem przy wyjeździe mego drogiego ojca, już dawno umarłabym z rozpaczy. Z całym szacunkiem, ale czasy gdy byłam małą dziewczynką minęły i teraz mnie to już nie rusza. – Odpowiedziałam nie psując sobie dobrego nastroju wypływającego z delektowania się ucztą.
- Myślałam, że teraz, po przeprowadzce, chciałaby panienka spędzić trochę więcej czasu z panem Victorem.
- Scarlett, bez obrazy ale, tak jak mówiłam już mi na tym nie zależy i jeżeli tylko o to chodzi, to możesz wstać i dolać herbaty.
- Nie, w sumie to nie tylko o to... Chodzi o to, że...- i wtedy naszą rozmowę przerwał donośny głos dochodzący z pobliskiego pokoju. Był to głos mego ojca.
Pewnie znowu nadmiernie satysfakcjonował się jakąś nowo zawartą transakcją.
Mimo woli wstałam od stołu by sprawdzić, czy miałam rację. Teraz nawet w pełni zasłużone śniadanie nie sprawiłoby mi takiej przyjemności, wiedząc, że zaraz wparuje tu mój ojciec i zacznie wychwalać się z jakimi kontrahentami to on nie dyskutował i jacy to udziałowcy podpisali z nim umowę. Poszłam więc zobaczyć – choćby z ciekawości – w jaki przekręt wpakował się tym razem.
- I co, nowi wasale?... – Spytałam ironicznie nawiązując do słów mego ojca, który to nieustannie porównywał ścieżkę ******* z polem bitwy.
- Witaj, skarbie. Lepiej...- Powiedział w nastroju niemal wynoszącym go ponad nasz kilkunastometrowy sufit.
- Lepiej? –Spojrzałam z niedowierzaniem.
- Nowy-stary!
- Jak to?
- Na razie nie mogę za wiele zdradzić. Ale zobaczysz, spodoba Ci się. I pamiętaj, Liz, skarbie, że nawet najwięksi wrogowie mogą stać się Twoimi przyjaciółmi. Tylko wtedy zyskasz przewagę... No, a teraz muszę już lecieć na spotkanie. Pa, kochanie. Do widzenia, Scarlett!
- Ale, o co chodzi? – Spytałam zupełnie zdezorientowana całą sytuacją, lecz niestety ojciec nie zdołał już tego usłyszeć, ponieważ po swych słowach wystrzelił, jak z procy ku wyjściu.
Ja, stałam jeszcze chwile w bezruchu. Choć takie zachowanie ojca nie powinno wzbudzać już we mnie takiego zdziwienia. Spojrzałam pytającym wzrokiem na Scarlett. Ona jednak również sprawiała wrażenie niewtajemniczonej i stojąc cicho w kącie, kiwnęła na to jedynie z uśmiechem ramionami, przy czym dodała:”Cały pan Victor…”, a następnie skierowała się do kuchni pełnić powierzoną jej funkcję. Ja tymczasem by ochłonąć z tej – mimo wszystko- nietypowo zapowiadającą dzień sytuacji, poszłam bez słowa obejrzeć ogród, którego dziwnym trafem nie miałam jak dotąd okazji zobaczyć...
Wiem, że, jak na razie nie za wiele się wydarzyło, ale wbrew pozorom przewiduję jakąś akcję. :P
No, to oceniajcie, poprawiajcie, komentujcie, zadawajcie pytania i w ogóle.
and
patatajaj na tęczowej owcy
Fajnie pi.sz.esz, tak lekko. Może daj jeszcze coś więcej.
Cóż, to chyba tyle. Ale nie zniechęcaj się! Twoja historia nadal bardzo mi się podoba, a moje zastrzeżenia równie dobrze mogą okazać się błędne, jeśli coś źle zrozumiałam :-)
Poza tym sama niedawno zastanawiałam się nad czasami w jakich jest umiejscowiona historia, ale na szczęście w porę zdołałam to rozkminić. :twisted:
To może wydawać się trochę dziwne, ale cały sęk tkwi w tym, że historia nie ma swojego konkretnego czasu, ani miejsca. Przynajmniej jeżeli chodzi o bohaterkę drugiej części.
Oczywiście nie, że akcja toczy się na innej planecie, bo to chyba nie tego typu opowieść. :P Tylko to jest taka jakby inna przestrzeń., np. jak Elizabeth mówi o tych daniach i miejscach ich pochodzenia, (Francja, Włochy) to znaczy bynajmniej, że takie miejsca istnieją, ale, mówi też, że przyjechała z Wirehood - miasta zdecydowanie fikcyjnego, a więc miejsce akcji jest jakby nieścisłe.
Co do czasu, to jest podobnie. :-o Dlatego, jak przed pierwszym wpisem jest napisana data, jest to tylko dzień i miesiąc. Choć ja też jestem zdania, że gdyby dało się ustalić czas, dla nas byłaby to raczej przeszłość.
..I dlatego też wahałam się z tym "Drogi", "Droga", ale ostatecznie się wstrzymałam.
Poza tym dziękuję oczywiście za miłe opinie i zapraszam do dalszego śledzenia losów bohaterek.
Tak nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o wiek, o byłabym bardziej za XVIII - XIXw.
Mam tylko jedno ,,ale'':
nawet, jeśli czas nie jest konkretny, to panienki z bogatych domów, otoczone służbą zawyczaj są dość rozpieszczone. Nie wyrażają się też w swawolny sposób. A więc tak, czy siak, słownictwo mnie zastanawia.
Narazie wszystko dzieje się spokojnie. Fajny pomysł ze służbą. Wydaje mi się, że nie wszystkie dziewczyny z bogatego domu są rozpieszczone. Mam namyśli książkę "Mała księżniczka". Bohaterka byla bardzo wrażliwa i raczej nie rozpieszczona. Co tu napisać? Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału
Choć wychodząc z założenia, że itnieje droga, jaką musiałam wejść i powinna być również możliwość zejścia – bardziej prawdopodobne jest to, że zemdleję zanim dojdę. Wtedy już nigdy nie będę mogła rozkoszować się tym najważniejszym (lub na myśl, że nie ma skrótów w drodze powrotnej – ostatnim) posiłkiem dzisiejszego dnia.
Jedynie powyższa część wydaje mi się, jakąś niepotrzebną dłużyzną.
No i takie tam drobnostki, które pewnie trudno samemu zauważyć, czyli brak "s" w słowie "istnieje" oraz w tekście zastosowałabym zamiast "i" łącznik "to".
"...wychodząc z założenia, że itnieje droga, jaką musiałam wejść to powinna być również możliwość zejścia..."
Mam nadzieję, że moje uwagi będą pomocne, bo nie miałm zamiaru Cię krytykować, lecz wspierać.
http://ktosiksims.tumblr.com
Kakanova: bohaterka, owszem, jest trochę rozpieszczona, ale jest też wrażliwa. A to specyficzne słownictwo, to już tak ma jakby wrodzone. Jak wszyscy wokół niej tak mówili, to jej też się udzieliło. :P
Sandziu: Talentu?.. :shock: Mnie? :roll: xD No cóż., moje doświadczenie związane z pisaniem jest... - znikome. To też, nie ukrywam, że trochę zdziwił mnie taki komentarz, ale tym samym bardzo, bardzo dziękuję i czuję się zobowiązana do doskonalenia mojej historii.
Ktosik: Jasne, każdą uwagę doceniam.
I nie wiem, jak tam się wkradło to "i"... Przecież już w zeszycie pisałam "to". :XD:
Postaram się jeszcze przejrzeć ten wpis, bo było już późno, jak go wklejałam.
A więc bez zbędnego gadania pora na ciąg dalszy..
13. 03
Dzisiejszy dzień był dla mnie, jak koszmar - najgorszy ze snów. Gdybym miała wyśnić dzień, którego nie chciałabym przeżyć, miałby niewątpliwie wiele wspólnego z tym. A przecież myślałam, że to, co najgorsze jest już za mną; nic bardziej mylnego. Nigdy nie wiesz, co się wydarzy i nie możesz być pewien, że to, co dziś wydaje się nocną marą, jutro nie okaże się jedynie błahostką...
Tak też było ze mną, gdy dzisiaj znów musiałam bezczynnie patrzeć na łzy mojej matki i znosić ten sam ból w jej oczach. Chociaż zraniona duma nadal nie dawała mi spokoju, myśl, że ponownie będziemy musiały przenosić się w nieznane, z dala od przyjaciół i wszystkiego, co - mimo woli - stało się nam drogie - była, jak nóż wbity prosto w serce... I pomyśleć, że to wszystko przez jednego człowieka - jednostkę podobno najbardziej cywilizowanej rasy. Owszem, zwierzęta zabijają, lecz nie dla czego innego niż dla pożywienia lub dla ochrony swoich bliskich. Tylko istota **** jest w stanie zrujnować komuś życie poprzez swój egoizm, pychę, czy chęć posiadania władzy. - Cechy typowo ludzkie...
Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy mamy, kiedy musiałam powiedzieć jej o konkursie i o tym, że nie zdobyłam potrzebnych nam pieniędzy. Czułam, że zawiodłam. Nawet mimo zaistniałej sytuacji i oszustwa, jakiego stałam się ofiarą. Nie chciałam opowiadać jej już całej tej historii... Ani jej, ani nikomu innemu. Wystarczy mi własna świadomość swojej głupoty, na której przecież tacy ważniacy się bogacą. Najpierw obiecują Ci złote góry, a zanim się obejrzysz nie dość, że niczego nie zyskasz, zdążysz jeszcze wiele stracić...:
Zachłanność + Zakłamanie - Oto przepis na s.u.k.c.e.s...
Nie ma tu miejsca na szczerość, czy uczciwość. Tacy mogą się tylko patrzeć...
Za kilka dni wraz z moją matką będę musiała wyjechać z miasta. Nowa szkoła, nowi ludzie; znów poczuję się tak, jakby czas zawrócił. Na nowo zacznę śnić swój własny sen. Niektórzy mówią, że na tym to wszystko polega, lecz nie ja. - Stabilność oraz wytrwałość - oto moje priorytety, lecz czasem mam wrażenie, że nie mają one tutaj najmniejszego znaczenia...
Pociesza mnie jedynie myśl, że obecnie jestem w - rzekomo - przełomowym stadium cyklicznego progresu - przebudzenia. A to najwyższa pora by wyjść z cienia i - tym razem - nie dać się zwieść temu, co kiedyś było jasne...
Wiem, że postęp "akcji" - o ile można już o takiej mówić - idzie trochę leniwie. :? Ale, jak macie jakieś pytania, to śmiało. A fabuła będzie się toczyć swoim tempem i już niebawem trochę więcej się wyjaśni.
Ale jeśli się mylę, co oczywiście jest bardzo prawdopodobne, to wrzeszcz, ile sił! xD
I nie zapominaj: i tak jest świetnie.