Głowa was rozboli od tej historii. :-)
Wstęp
Światło zgasło. Jess oparła się o ścianę dysząc ciężko. W lewej ręce trzymała tasak. Usłyszała kroki, tuż przed nią. Powoli wyciągnęła ręce przed siebie i ruszyła w prawo. Natrafiła na schody i przewróciła się. Z ciężkim hukiem wylądowała na półpiętrze. Z ust pociekła jej krew. Jąknęła wstając i pobiegła w dół potykając się co jakiś czas o własne nogi. W myślach liczyła stopnie i piętra. Wiedziała, że on jest tuż za nią. Był szybszy i silniejszy, ale oboje nie widzieli w ciemności. To dawało jej małą przewagę, bo osobiście znała tę klatkę schodową idealnie. Wiedziała gdzie znajdzie drzwi wyjściowe… W pewnym momencie rozbłysło światło, Jess upadła, a ktoś złapał ją mocno. Myślała, że to już koniec. Ale, gdy zobaczyła, że znowu jest na samej górze odważyła się zawołać o pomoc. Nie wiedziała jak to się stało, że wróciła do punktu wyjścia, ani gdzie tak naprawdę jest jej przeciwnik, ale dostała szansę.
David kopniakiem otworzył drzwi wejściowe do kamienicy i spojrzał na wysokiego mężczyznę w wojskowym mundurze. Biegł po schodach na górę z karabinem maszynowym w jednej ręce, a pistoletem w drugiej.
-Stój! – wrzasnął David i pobiegł za nim – Jess uciekaj!
I wtedy dziewczyna znowu pojawiła się dole choć nawet nie zrobiła jednego kroku. Podeszła do Davida i rzuciła mu się na szyję u.p.u.s.z.cz.a.jąc tasak. Płakała.
-Pomóż… - szepnęła by po chwili zniknąć i pojawić się da metry od niego.
Tymczasem wojskowy nacisnął za spust i posłał dwa strzały na Davida.
-Nie! – wrzasnęła Jess i wszystko zniknęło…
Sny o Wojnie
Nastał ranek.
Komentarz
and
patatajaj na tęczowej owcy
Kojarzy mi się ta jej przypadłość z filmem Jumper,ale nie uprzedzam biegu wypadków i niecierpliwie czekam na dalszą część:D
Rozdział - I
Alice była już spakowana, bo w przeciwieństwie do Jess zrobiła to dzień wcześniej. Tymczasem jej siostra czytała czasopisma i tego ranka nerwowo sz.u.k.a.ła każdej przydatnej rzeczy, które powinna spakować do walizki. A właściwie do walizek. I to trzech. Victor czekał punktualnie pod ich domem. Zaparkował Vana na podjeździe i zadzwonił na numer domowy. Odebrała matka Alice i Jess - pani Claire.
-Victor?
-Dzień dobry. Dziewczyny gotowe?
Chwila przerwy.
-Tak. Zaraz będą.
-Czekam.
Minęło dziesięć minut i dwie dziewczyny wyszły przed dom. Były całe obładowane torbami toteż Victor ruszył im pomóc.
-Cześć przystojniaku - rzuciła Alice szczerząc zęby.
Jess patrzyła tylko w dal nieobecnym wzrokiem.
-Nie jestem zainteresowany - odparł Victor śmiejąc się i wziął walizki.
Gdy wszystko było już zapakowane Victor ruszył w drogę.
-David już na nas czeka - powiedziała Alice z telefonem w ręku - Mam go spławić?
Vicotr znowu wybuchnął śmiechem.
-Niech dojdzie do przystanku, tam zaparkuję - powiedział i spojrzał w lusterko na Jess. Ona patrzyła na niego.
-Wszystko gra?
-Przepraszam - powiedziała cicho i westchnęła.
Alice oparła głowę o jej ramię i wyciągnęła telefon przed nie.
-Uśmiech!
Jess zamknęła oczy i wymamrotała coś niezrozumiałego. Zapragnęła snu, ale nie przychodził.
Po kilkunastu minutach Van zatrzymał się na przystanku już na obrzeżach miasteczka. Stał tam schludnie ubrany David z dwiema walizkami i torbą podróżną. Uśmiechał się. Victor wyszedł otworzyć mu bagażnik, a Alice spojrzała z wyrzutem na Jess.
-Przestań - warknęła - Po prostu przestań. Czasami ciebie nienawidzę.
Pół godziny potem jechali już autostradą. Jess spała oparta o szybę, a Alice prowadziła dialog z David'em. Właściwie to monolog, bo tylko ona mówiła. Wszyscy wiedzieli, że jest gadatliwa, a zw.ła.sz.cz.a jeśli chodzi o niego. W szkole ktoś **********ł plotki, że są parą, a jej to nie przeszkadzało w żadnym stopniu. Victor obserwował uważnie drogę, ale przysłuchiwał się 'rozmowie'. Czasem gadanina Alice doprowadzała go do śmiechu.
Po drodze na wybrzeże spotkały ich korki. Ciągi aut wydawały się nie mieć końca, a ślamazarne tempo z jakim poruszały się do przodu wprawiało Victora w złość. Jess obudziła się słysząc trąbienie. Było samo południe i słońce prażyło w twarz. Korki zawsze dołowały, ale każdy mógł się ich spodziewać. W końcu są wakacje.
Minęły trzy godziny. W dali majaczył już słaby zarys wybrzeża.
-Przyśpiesz Victor - ponaglił David - Spóźnimy się na prom.
-Szybciej nie mogę... - odparł tamten. Resztkami siły woli powstrzymał się od spojrzenia na czas. Wolał nie wiedzieć jak niewiele zostało na dojechanie. Nie chciał przyznawać, że zapomniał o możliwych korkach. Cud, że wyruszyli wcześniej.
Jess założyła na głowę słomiany kapelusz i oparła się o siostrę.
-Miałam jakiś sen... - powiedziała cicho przecierając oczy - Nie pamiętam już go... Ale był straszny.
David uśmiechnął się.
-Napij się - powiedział wyciągając butelkę szkarłatnego trunku.
-O w mordę! - rzuciła Alice zabierając mu rzec z ręki - Skąd to masz?
Dziewczyna pociągnęła łapczywie łyk i zwróciła butelkę David'owi.
Victor nagle zatrzymał się.
-Co jest? - spytał David.
-Dojechaliśmy.
-Jak to?
Przed nimi ciągnął się długi sznur samochodów skręcający w stronę wybrzeża.
-To kolejka na prom.
Pół godziny. Tyle minęło czasu zanim Van wjechał na statek i mógł zaparkować. Jess, Alice, Victor i David wyszli z pojazdu.
-No to zdążyliśmy! - powiedziała Alice - Trzeba to uczcić.
Jess złapała ją za rękę.
-Samoloty...
Całość jest bardzo przyjemna i ciekawa... chętnie poczytam więcej.
Jestem ciekawa co będzie dalej
and
patatajaj na tęczowej owcy
W tej chwili to rozpatrujemy.
Chciałem powiedzieć, że następny wpis będzie dalej rozdziałem pierwszym. Ot, taki newsik. Podzieliłem go na dwie części.
Rozdział - II
David stał na plaży. Fale podmywały delikatnie jego nogi. Miał na sobie biały podkoszulek i spodnie w moro. Krew leciała z rozciętej rany na czole. Nie czuł bólu. Powolnym krokiem ruszył przed siebie rozglądając się uważnie w około. Kilka mew leciało nad nim. Słońce prażyło w plecy. W dali nie było nic.
-Jakie samoloty? - spytała Alice niechętnie.
Całą czwórką szli schodami na górę, tuż za grupą innych ludzi.
-W moim śnie - Jess wydawała się bardziej pobudzona - Zignorujesz to?
-Jakie samoloty? A może po prostu ci odbiło?
Doszli do holu. Na tym piętrze ciągnęły się korytarze z licznymi sklepami, kawiarniami i miejscami odpoczynku. David prowadził całą czwórkę na pokład zewnętrzny.
-Nie wiem. Nieważne.
Wyszli na zewnątrz. Słońce schowało się za chmurami. Zrobiło się chłodniej i bardziej wietrznie. Jess podeszła na kraniec i zmrużyła oczy, gdy podmuch wiatru zaatakował jej twarz. Prom wypłynął, a za nim ciągnął się długi pas piany. Alice robiła zdjęcia i zaczęła coś wykrzykiwać. Victor podszedł do Jess.
-Jak tam samopoczucie? - spytał. Uśmiechał się do niej.
-Byłam zmęczona. Przepraszam.
-Przeproś jeszcze raz, a wyrzucę cię za burtę.
Zaśmiali się krótko po czym zapadła cisza.
-Jak długo będziemy płynąć? - zapytała dziewczyna przerywając milczenie.
-David! - zawołał Victor. Tamten siedział na ławce i obserwował Alice - Kiedy ***łyniemy do Anglii?
Chłopak odwrócił się w ich stronę.
-Za jakieś dwie godziny. Może dłużej. To zależy czy nie będzie padać.
-Będzie - szepnęła Jess patrząc w dal - Będzie padać.
-Na to wygląda... - przytaknął Victor i złapał towarzyszkę za rękę - Może wejdźmy do środka?
Ignorując Alice i David'a oboje weszli przez ciężkie, masywne drzwi na korytarz. Zajrzeli do pierwszej lepszej restauracji. W środku było prawie pusto poza pracownikami i kilkoma turystami przy stolikach. Miejsce bardziej przypominało bar niż restaurację, ale z ekranów można było przeczytać, że podają przeróżnego rodzaju obiady. Jess i Victor usiedli po stronie oszklonej ściany na przeciwko siebie.
-Miałaś rację - powiedział chłopak pokazując na niebo - Pada.
Małe kropelki deszczu uderzały o prom. Woda wydała się być bardziej wzburzona.
-Tak - powiedziała po chwili Jess - Miałam rację.
Uśmiechnęła się blado na krótki moment.
-Wszystko gra? - spytał Victor, gdy nagle przyszedł kelner.
Wyjął swój notes i bez słowa spojrzał na ich dwoje.
-Poprosimy... - zaczął Victor, gdy nagle Jess przerwała mu gwałtownie.
-Nie!
Dziewczyna wstała i pociągnęła za sobą towarzysza.
-Co ty wyczyniasz? - spytał, gdy zatrzymali się na korytarzu.
Jess zignorowała go i pobiegła w miejsce gdzie była interaktywna mapa promu. Przez chwilę wodziła palcem po licznych liniach, gdy Alice złapała ją za ramię.
-Co się z tobą dzieje dziewczyno? - spytała i uderzyła ją lekko w policzek.
Jess odepchnęła siostrę.
-Ten prom zatonie! Musimy znaleźć szalupy ratunkowe!
Alice nie spodziewała się tego po sobie, ale zrobiła to.
Nie wiedziała nawet, że potrafi.
Nigdy nie prz.y.pu.szcz.ała, że to zrobi.
Alice zabiła człowieka z premedytacją.
Uśmiechając się pod nosem szła wzdłuż ulicy numer jeden.
-Poczekam w porcie - powiedziała do siebie - I zabiję ich. Gdy przypłynie prom zniszczę go i wszyscy umrą. A ja będę uratowana...