Witajcie!
Jak większość z Was dobrze wie, jestem autorką innej historii na forum, "Następnej". Postanowiłam jednak trochę odpocząć od jej bohaterki i tragicznych losów, p.i.s.ząc historię zbliżoną do komedii. Co prawda nie wiem, jak mi to pójdzie i traktuję to tylko jak małe pisarskie wakacje, ale sami zobaczycie. Tytuł może być dość mylący, z czasem się przekonacie. A teraz zapraszam do lektury. Tylko się nie śmiejcie! :roll:
- Blair Tanner? - nosowy głos nauczycielki obija się po klasie i trafia celnie w moje uszy. Senne otepienie wywołane prawie trzydziestoma pięcioma stopniami Celsjusza zostaje przerwane. Wilżę spierzchnięte wargi i wstaję, by potwierdzić swoją obecność. "Co za głupota, przecież ona i tak mnie widzi", myślę.
- Obecna - mamroczę, by z powrotem klapnąć na krzesło.
Zanużam się ponownie w oparach gorąca i popryskanych perfumami ciał klasowych idiotek. Jest październik, a w miasteczku Crossforx* - Sahara. Właściwie, nie pochodzę z tąd, z Anglii. Przyjechałam tutaj do wujostwa, bo nie mogłam znieść kłótni rodziców i zbzikowanej siostry zasłuchanej w Nicki Minaj. Tak więc mieszkam tutaj prawie od dwóch lat, chodzę do miejscowego liceum i dorabiam sobie w kwiaciarni. Proste, normalne i nieskomplikowane życie. Powieki kleją mi się niemiłosiernie, ale zmuszam się do patrzenia otępiałym wzrokiem na nauczycielkę. W końcu oczy zaczynają mi łzawić, więc przenoszę wzrok na jej pokracznego asystenta, który śpi. Mucha właśnie wleciała mu do ust.
...
Na posterunku policji Crossforx dochodziła już dwunasta, a gorąc dawał się we znaki praktycznie każdemu. Otwarte na oścież okna nie p.r.z.e.p.u.s.z.c.zały ani trochę wiatru. Zepsuta klimatyzacja i automat z kawą irytowały Remy'ego Carrolsa, głównego detektywa. Był on potężnym, trochę otyłym mężczyzną o niebieskich oczach i skrywanym poczuciu humoru. Ze zniecierpliwieniem stukał w swoje biurko próbując jednocześnie naprawić odtwarzacz płyt, by w końcu posłuchać Beatelsów. Nic z tego. Carrols odsunął od siebie gniewnie kolejne zepsute urządzenie i odgarnął płowe włosy ze spoconego czoła. Przez jakiś czas siedział w swoim fotelu zadumany. Po chwili wstał i podszedł do biurka swojego pomocnika.
- Houston, mamy jakieś nowe sprawy? - zapytał zmęczonym głosem. Nie liczył na szczęście.
Jego pomocnik, Adam Houston, był chuderlawym człowiekiem po czterdziesctce o ciemnej karnacji. Nad lewym, wiecznie podejrzliwym okiem nosił szarą bliznę po pewnej akcji policyjnej. Mówił donośnym i wiecznie wrednym głosem, jednak zyskał poszanowanie dzięki swojej odwadze i opanowaniu.
Przez chudą twarz Houstna przemknął grymas zniecierpliwienia. Znowu ktoś zawracał mu głowę w momencie, gdy nic się nie działo. Pogrzebał jednak chwilę w papierach.
- Nic nie ma - odrzekł. - Dwa dni temu zdarzyła się drobna kradzież mleka ze sklepu...wczoraj doszło do włamania w jakimś domu, ale chodz...
- Włamanie? Może to coś poważnejszego? - przerwał mu Carrols głosem pełnym nadziei.
- Nie, właścicielka domu zgubiła klucze od mieszkania i próbowała dostać się do niego przez uchylone okno - odparł zirytowany Houston. Nie lubił, gdy ktoś mu przerywał.
- Acha...cóż, trudno - powiedział smutnym głosem Carrols. Energia znowu go opuściła. Pozostali policjanci w komisariacie obserwowali ich rozmowę z leniwym zainteresowaniem. Najwidoczniej i im doskwierał brak zagdek kryminalnych.
Carrols z westchnieniem wrócił do swojego biurka i w przypływie desperacji zaczął czytać poradnik o szydełkowaniu, który ostatnim razem zostawiła tu jego żona, Mandy.
...
Na klasowym zegarze z jakimś dziwnym psem wybija czternasta. Równocześnie dzwoni dzwonek. Z westchnieniem ulgi zbieram książki i piórnik oraz szykuję się do wyjścia. Klasowe lale pędzą do łazienki, by sprawdzić fryzurę i makijaż. Ja wychodzę z klasy jako ostatnia, kramiąc przy okazji rybę Fish pływającą w klasowym akwarium. Biedna Fish, od dwóch dni nie dostała pokarmu, a w jej akwarium pływają małe kulki z papieru, które zapewne wymierzane zostały w śpiącego asystenta.
Z plecakiem na ramieniu wychodzę ze szkoły do prawdziwej sauny. Ulice są praktycznie puste, okna pootwierane, a wiatru nie ma. Takich anomalii pogodowych nie było tu chyba od wieków. Skręcam w prawo i kieruję się do kwiaciarni.
Kwiaciarnia należy do Donny Wells, miłej starszej pani. Mieści się na rogu ulicy i jest całkiem popularna. Pani Wells zatrudniła w niej mnie i Honey Rose.
Spocona do granic możliwości niezmiernie się cieszę, gdy widzę wściekle różowy szyld. "Kwiatolandia - zamieszkaj w naszych kwiatach!" Po chwili wchodzę do małego budynku z niebieskawej cegły i z ulgą dkrywam, że starsza pani włączyła klimatyzację. Widzę również Honey Rose tańczącą na konuarze.
Honey nie jest ani słodka jak miód, ani delikatna jak róża. Ma czarne długie włosy, oczy podkreślone toną tuszu i pełne czerwone usta. Kompletnie nie pasuje do roli kwiaciarki, bardziej widziałabym ją w jakimś szemrawym nocnym klubie jako kelnerkę. Honey zawsze wygląda prowokacyjnie w obcisłych biodrówkach i skąpych bluzkach. Kiedy na początku spytałam ją, dlaczego tak się ubiera, odpowiedziała, przeciągając sylaby w jakże charakterystyczny dla siebie sposób : "Kochana, po piędziesiątce nie będę już miała czego pokazywać!"
Prosta, normalna, nieskomplikowana praca.
*miasto jest wymyślone
0
Komentarz
- Chcesz się przyłączyć, Blue? - pyta śpiewnym głosem Honey. Cud, że jeszcze nie złamała sobie karku tańcząc w niezwykle wysokich s.z.p.i.l.k.a.ch.
- Nie, dziękuję - odpowiadam nieco zażenowana. Pierwszego dnia pracy przyszłam ubrana praktycznie cała na niebiesko, więc Honey, tak zwana "znawczyni mody" wymyśliła dla mnie ten irytujący pseudonim.
- Twoja strata - mruczy pod nosem, a ja zaciskam zęby ze strachu, gdy zaczyna skakać na jednej nodze.
- Uważaj, możesz spaść!
- Nie świruj, Blue, jestem lekkoatletyczką w każdym calu!
Mówiąc to wykonuje piruet i ląduje na tyłku na podłodze. Przez chwilę przeklina siarczyście, ale w końcu podnosi się i poprawia fryzurę. Jest ode mnie o pół głowy wyższa i o cztery lata starsza.
- Zadowolona? - pyta niewinnie. - Już nie tańczę. Potrafisz zepusuć każdą zabawę, Blue.
Kręcę bezradnie głową i podnoszę z posadzki plecak, na którym zdołał już położyć się kot pani Wells, Pan Anderson.
- Wynoś się - mówię zrzucając rude kocisko z plecaka. Pan Anderson prycha i biegnie za Honey na zaplecze. Również tam podążam.
Zaplecze to niewielkie, zagracone pomieszczenie, pełne pustych wazonów i pudeł. Z sufitu zwieszają się pajęczyny i różnokolorowe wstążki do bukietów. Po środku pomieszczenia stoi stół i kilka krzeseł, a w kącie mała lodówka. Nieco dalej znajdują się drzwi do niewielkiej łazienki.
Rzucam ponownie plecak na ziemię i podchodzę do lodówki, by wyjąć spóźniony lunch - sałatkę. Honey Rose prycha zupełnie jak kot, gdy widzi mnie z miską sałaty, pomidórów i ogórków. Wiem, że nienawidzi warzyw, więc siadam jak najbliżej niej i rozkoszuję się chłodnymi warzywkami.
- Jak możesz coś takiego jeść? - pyta Honey z obrzydzeniem.
- Dbam o zdrowie, więc to jem. W przeciwieństwie do ciebie - odgryzam się wspominając zakończony upadkiem taniec na kontuarze.
Honey wzdycha i wyciąga z czarnej skórzanej torebki krwisty lakier do paznokci i zaczyna ozdabiać każdy palec namalowaną różą. Już nie raz prosiła mnie, bym dała jej pomalować sobie paznokcie lub zabrać na imprezę, ale mnie ani się nie śniło o takich rzeczeach. Zwykle lubię zaszyć się gdzieś w kącie z książką w spokoju i ciszy.
Przez chwilę nie rozmawiamy, ale milczenie przerywa brzęczenie dzwonka kwiaciarni. Honey przez chwilę macha rękami, by lakier wyschnął, a potem idzie obsłużyć klienta. Samotnie dokańczam sałatkę, a pustą miskę wkładam do zlewu. Ponownie otwieram lodówkę i wyjmuję butelkę wody. Z bliska słyszę Honey, która jak zwykle zwraca się na wpół uwodzicielskim głosem do męskiej części klienteli kwiaciarni. Wychodzę zza zaplecza.
Honey opiera się łokciami o konuar i wciąż uśmiecha się do młodego mężczyzny w niebieskiej koszulce, który jak najwyraźniej próbuje kupić bukiet kwiatów dla swojej dziewczyny. Honey prosi mnie, abym przyniosła jej różowe i żółte wstążki, a sama lata po kwiaciarni kompletując bukiet i wtrącając od czasu do czasu jakąś uwagę. Mężczyzna jest trochę zażenowany, lecz próbuje to ukryć. Owszem, czasem wydaje się, że Honey jest naprawdę wyuzdana, ale tak naprawdę to normalna dziewczyna. Kiedy zaczynałam tu pracować, pani Wells opowiedziała mi o trudnej sytuacji Honey. Dziewczyna miała ciężkie dzieciństwo, wiecznie pijanych rodziców i dwójkę młodszego rodzeństwa. Trzy lata temu jej ojciec, jedyny pracujący w rodzinie zginął pijany pod kołami wozu. Wkrótce umarła też matka i Honey została sama z rodzeństwem. Miała wtedy dwadzieścia lat i musiała porzucić studia, by zająć się rodziną. Z czasem udało jej się wszysto uporządkować i dwa lata temu wróciła na studia. Trochę rozumiem jej sytuację. Może prowokacyjnym wyglądem i zachowaniem chce po prostu ukryć swoje prawdziwe oblicze.
Mężczyzna płaci za bukiet i wychodzi. Honey Rose rozpogadza się i siada na kontuarze machając nogami jak mała dziewczynka, na którą w ogóle nie wygląda.
- I co? Nie spodobał ci się? - pytam zaczepnie.
- Nie - odpowiada wesoło. - Miał zbyt kartoflowaty nos i cuchnął chlorem.
Obydwie wybuchamy śmiechem. Odkręcam butelkę i biorę łyka zimnej wody. Już dawno zdołałam się ochłodzić po ża.r.ze panującym na zewnątrz.
...
Remy Carrols myślał, że zaraz zwariuje z nudów i tego gorąca. Dłonie pociły mu się, gdy tylko przewracał stronę poradnika o szydełkowaniu. Pot zalewał mu oczy. Nos. Policzki. Był cały mokry, zły i znudzony. Jego pomocnik, Houston, nie wykazywał jakiś oznak zdenerowowania, czy też zniecierpliwienia. Siedział przy swoim biurku rozglądając się po komisariacie z chytrym uśmieszkiem. Co chwila rzucał wredne spojrzenie w kierunku otyłej Tess, której najwyraźniej nie cierpiał. Tess odbierała na komisariacie zgłoszenia. Detektyw Carrols westchnął po raz któryś z rezygnacją i wrócił do czytania.
Houston ze wszystkich sił próbował powstrzyamć się od wrednych komentarzy na temat swoich kolegów z pracy. Tamten, McBrooker, dłubał w nosie. Drew grał na telefonie. Collish podjadał żelki pod biurkiem. A Tess...Tess robiła sobie zdjęcia telefonem przyjmując co raz to dziwniejsze pozy. Houston pomyślał z wyższością, że jest jedyną osobą, która potrafi zachowywać się godnie nawet w taki beznadziejny dzień. W swoich próżnych marzeniach widział siebie jako szefa i tylko szefa. Wszyscy na komisariacie podlegali mu i tylko mu. Houston westchnął z rozmarzeniem. Na razie musiał zadowolić się zwykłą pracą pomocnika detektywa.
Detektyw Carrols przeczuł nagle, że coś ma się stać. Ta myśl przyszła z nikąd. Po prostu nagle. W całej swojej błyskotliwej karierze nie miał takiego przeczucia. Prędko wstał od biurka i niemal biegnąc podszedł do Tess. Pozostali popatrzyli na niego z zaciekawieniem.
- Tess? -zapytał.
Tęga Tess Owner szybko schowała komórkę i poprawiła się na krześle. Plamy czerwieni wykwitły na jej pełnych policzkach na myśl o tym, że główny detektyw widział jej popisy modelki. Carrols nie zwracał jendak na to uwagi. Był zbyt podekscytowany i podenerowany, by rzucić jakiś wredny komentarz, jakby to zrobił Houston.
- Słucham? - odpowiedziała Tess.
- Uzbrój się w cierpliwość i czekaj pilnie na jakieś zgłoszenie, dobrze? Aha, i podłącz telefon do głośników, gdyby ktoś dzwonił.
Tess popatrzyła na detektywa dość zdziwiona, jednak wykonała jego polecenia. Między policjantami dało się słyszeć nikłe ożywione rozmowy. Carrols wrócił ciężkim krokiem na miejsce. Czekał.
Nie musiał tego robić zbyt długo, bo już po chwili rozległ się dzwonek telefonu i Tess błyskawicznie odebrała rozmowę.
W głośnikach rozległy się jakieś trzaski i krzyk, a potem rozmówca Tess powiedział:
- Halo? Komisariat policji? Błagam, pospieszcie się! Jestem na Jakie's Street koło hydrantu z wodą!
Głosu nie dało się rozróżnić, mógł należeć zarówno do kobiety, jaki i mężczyzny. Tess opanowanym głosem przerwała zdenerwowanej osobie:
- Zaraz, proszę się uspokoić! Jak się pan lub pani nazywa?
- Nie ma na to czasu! - odpowiedział rozhisteryzowany głos po drugiej stronie linii. - On został zamordowany!
Może ten rozdział trochę więcej wyjaśni
Ale podoba mi się, fajnie się czyta i nie ma błędów.
Czekam na więcej, chcę więcej, pragnę, potrzebuję.
Na komisariacie zakotłowało się. Nagła przerażająca wieść postawiła na nogi wszystkich funkcjonariuszy. Każdy, zmęczony skwarem i nudą, chciał wziąć udział w akcji. Po chwili ze swojego biura wytoczył się szef i donośnym głosem przydzielał policjantów. Nie wybrani odchodzili zawiedzeni w stronę swoich biurek.
Remy Carrols z nadzieją wpatrywał się w swojego szefa, potężnego Franka Buttermana. Chciał, po prostu musiał wyrwać się ze szponów nudy i w końcu rozwiązać jakąś sprawę. I na reszcie, w spokojnym i monotonnym Crossforx pojawiła się sprawa godna jego intelektu.
Houston z niesmakiem spoglądał na swych kolegów z pracy. Każdy z nich aż się ślinił i podlizywał, by zostać wezwanym. Sam dumnie ruszył na przód obdarzając niektórych chłodnym spojrzeniem. Morderstwo to poważna sprawa.
- McBrooker, Allen, Venice... - szef Butterman wymieniał nazwiska - I...no dobrze, Carrols i Houston.
Carrols i Hoston popatrzyli na siebie zadowoleni. W gruncie rzeczy dobrze im się razem pracowało, tworzyli całkiem zgraną drużynę, jednak oboje byli zbyt próżni, by pomyśleć o drugim jak o równym.
- Dobrze, panowie - zaczął oficjalnym tonem szeryf Butterman. - Osoba, która poinformowała nas o zdarzeniu, mówiła, że znajduje się na Jakie's Street. Bierzemy dwa wozy. W jednym jadę ja, McBroker i Venice, a w drugim Allen, detektyw Carrols i Houston. Jako że okoliczności tego wymagają, prosiłbym, by zaczęli panowie pracę na miejscu - dodał jeszcze do Carrolsa.
Grupa uformowana przez szeryfa skierowała się w stronę parkingu. Sam szeryf jeszcze przez chwilę rozmyślał nad czymś, po czym powiedział.
- Tess, bądź czujna.
Pozostali na komisariacie życzyli mu powodzenia, gdy Butterman podążył do samochodu.
...
Honey zaczyna się już wkurzać. Klimatyzacja powoli wysiada, a Pan Anderson drze się niemiłosiernie pod kontuarem, gdzie trzymamy p.u.s.z.kę kociej karmy. Ostatni klient wyszedł półtorej godziny temu, więc ruchu nie ma. Ja sama wachluję się podręcznikiem matematyki próbując zapamiętać cokolwiek na następną lekcję. W końcu poddaję się rzucam książkę w kąt. Niech zgnije.
- Mm... - zaczyna nagle Honey. - Może...może...
- Może co? - pytam zmęczonym głosem.
- Może...skoro jest tak pusto...wybierzemy się gdzieś? - jąka się nieco Honey.
Rzucony pomysł wydaje się interesujący. Mam dość gnicia w nudnej kwiaciarni, gdy ruchu i tak nie ma. Przecząc własnym myślom mówię:
- Nie możemy tego zrobić. Przecież pani Wells by nas zabiła. I nie możemy zostawić tu jej kota. I ogólnie nie możemy się stąd ruszać.
Wiem, że trochę histeryzuję, ale taka już jestem. Chaotyczne potoki słów to moja specjalność.
- No dobra, Blue - wzdycha z rezygnacją Honey decydując się jednak nakarmić kota.
Czas mija. Gram z Honey w pokera, potem skubiemy zwiędłe róże mówiąc "Kocha mnie, nie kocha mnie...", a gdy patrzę z powrotem na zegar, stwierdzam, że minęło tylko pół godziny. Siłą woli powstrzymuję jęk rozpaczy. Sugestia rzucona przez Honey wydaje się coraz bardziej kusząca. W końcu odrzucam ją od siebie i zaczynam kiwać się sennie na podłodze, oparta o kontuar. W końcu moja głowa odchyla się w tył i wpadam w objęcia Morfeusza.
Budzi mnie Honey Rose, która smaruje mi szminką usta. Gwałtownie zrywam się z podłogi pomięta i niewyspana. Wyrywam koleżance szminkę i rzucam w nią jej kosmetykiem. Z przerażeniem zauważam, że ma czarny kolor.
- Honey?! Coś Ty zrobiła? - jęczę ruszając do łazienki, by zmyć piekielny kolor. Honey chichocze jak wariatka posyłając mi całuski. W odpowiedzi pokazuję jej środkowego palca, a ta wybucha jeszcze większym śmiechem.
W łazience okazuje się, że wyglądam, jakby z moich ust wychodziły czarne dżdżownice. Od dawana wiedziałam, że moja współpracowniczka ma talent plastyczny, ale że nie aż taki. Mamrocząc coś pod nosem zmywam szminkę wodą i mydłem. Z lustrzanego odbicia patrzą na mnie moje stalowo - niebieskie oczy i blada twarz. Wyglądam jak trzy ćwierci od śmierci.
- Podobał ci się kolorek? - w drzwiach pojawia się Honey Rose z Panem Andersonem na rękach. Kocisko burczy i mruczy na przemian.
- Tak, bardzo - odpowiadam z przekąsem.
...
Detektyw Carrols stał nad zwłokami ofiary wpatrując się w nie ze zdziwieniem. Pozostali policjanci szeptali między sobą. Szeryf przechadzał się tu i tam nie mogąc uwierzyć, że ktoś byłby zdolny do popełnienia tak dziwnej zbrodni. Gapie jeszcze się nie zabrali, co akurat działało na korzyść policji. Carrols przyklęknął przy zamordowanym mężczyźnie, w którego oczach widniał wyraz rozmarzenia. Uważnie badał każdą zadany strzał.
Houston okazywał chłodne zainteresowanie i zdziwienie sprawą. W głębi serca liczył na coś straszniejszego. Jak na gruboskórego człowieka przystało, nie okazywał żadnego współczucia ofierze. Zerkając na Carrolsa zastanawiał się, czy niby słynny detektyw rozwiąże taką zagadkę. Sam uważał, że gdyby banda tumanów z policji dała mu wreszcie wolną rękę i pełne prawo do działania, stałby się kimś o wiele ważniejszym od Carrolsa.
Carrols wstał i popatrzył jeszcze przez chwilę na zwłoki. Zbrodnia była nie tyle co dziwna, ale okrutna. Dziewięć kul. Klatka piersiowa. Brzuch.
A wszystkie układały się w szeroko uśmiechniętą minę. To było chore.
Czekam na więcej.