Swojej poprzedniej historii nie będę już prowadzić, ponieważ straciłam na nią wenę.

Mam jednak nadzieję, że "Uciekinierka" również Was zaciekawi.

____________________
"UCIEKINIERKA"
Trzydziesto-dwu letnia Rachel Warden, prokurator okręgowa, ma dosyć swojego życia. Dopiero co dowiedziała się, że jej narzeczony, John Scruple, dziennikarz, zdradza ją z jej młodszą siostrą, Maud. Zdenerwowana prokurator, postanawia uciec. Razem z trzema przyjaciółkami wynajmuje domek na skraju lasu i wyjeżdża tam, by przemyśleć całe swoje życie. Tam jednak, czeka już na nią żądny zemsty morderca. Kobieta razem z przyjaciółkami ucieka przed zabójcą w głąb nieznanego lasu.
Tymczasem jej zaniepokojony narzeczony zgłasza zaginięcie Rachel na policję. Niecierpliwy John postanawia jednak zacząć prowadzić poszukiwania na własną rękę. Ruszając śladem czterech kobiet zagłębia się w mroczną pu.sz.cz.ę. Ma jednak mało czasu, bo zabójcy nic nie powstrzyma.
____________________
Mam nadzieję, że zapowiedź Was zainteresowała.
Komentarz
Ale mam nadzieję że nie będzie to krótka historia...
____________________
PROLOG
Opu.sz.cz.on.ą, piaszczystą drogą ciągnącą się skrajem lasu jechała granatowa, skorozjowana ciężarówka. W środku, za kierownicą, siedział wątły mężczyzna o tłustych, ciemnych włosach, ukrytych pod bejsbolówką i czarnych okularach zasłaniających oczy. Miał na sobie błękitny kombinezon, a na jego lewej piersi wyhaftowano: Firma Czyścicieli Zasłon i Okien. Na siedzeniu obok stała zardzewiała skrzynka na narzędzia, w której ciągle chrobotało coś ciężkiego.
Po chwili mężczyzna zapalił światła samochodu, by rozświetlić jezdnię. Słońce chowało się już za horyzontem, oblewając niebo różową łuną. Po przejechaniu dwudziestu kilometrów, w oddali zaczęła majaczyć sylwetka budynku. Już po chwili widać było drewnianą konstrukcję i obłoki dymu wylatujące z komina. W środku paliło się światło.
Ciężarówka zaparkowała przed niewielkim domkiem, a ze środka wysiadł kierowca, w lewej ręce trzymając skrzynkę na narzędzia. Pierwsze co poczuł wychodząc z pojazdu, to intensywna woń lasu, czyli mieszanka igieł i żywicy. Bez odmalowujących się na twarzy emocji ruszył w kierunku mahoniowych drzwi. Gdy doszedł do nich, zapukał i przez chwilę mignęły beżowe, skórzane rękawiczki, które miał na dłoniach.
Po kilku minutach drzwi uchyliły się. Za nimi stał przysadzisty, łysy mężczyzna o gęstej, kasztanowej brodzie. Uwagę zwracały jego duże, pocące się dłonie o zżółciałych paznokciach. Miał na sobie prążkowany garnitur, biała koszula była lekko rozpięta.
- Dzień dobry, Vincent Hedrickson. W czym mogę służyć? – spytał uprzejmie, a w jego głosie można było wychwycić nutę niemieckiego akcentu.
- Firma Czyścicieli Zasłon i Okien – odparł lakonicznie mężczyzna w kombinezonie. Lekko zniekształcał końcówki wyrazów i ogólnie wydawał się małomówny.
- Nie przypominam sobie, żebym do państwa dzwonił – mruknął brodacz.
Kierowca ciężarówki rzucił mu ciężkie spojrzenie, mówiące, że sam fakt przebycia kilkudziesięciu kilometrowego lasu, to już wystarczający wysiłek.
- No cóż, ale skoro już pan tu jest… niech pan wejdzie – dodał, uchylając drzwi przed przybyszem. Odwracając się tyłem nie zauważył uśmiechu, rozciągającego twarz drugiego mężczyzny.
*****
- Dawno nikt tutaj nie sprzątał. Rozumie pan, to moja posesja, ale kiepska okolica. Trudno tu kogoś sprowadzić, no wie pan – westchnął Vincent. – A pańska pomoc na pewno się przyda. Mam nadzieję, że nie jest pan jednym z tych wyłudzaczy, którzy biorą forsę za nic.
Mężczyzna nic nie odpowiedział, tylko położył skrzynkę na narzędzia na zniszczonej kanapie. Hedrickson spojrzał na nią i dopiero po chwili coś do niego dotarło.
- Mówił pan, że jest z pan firmy czyścicieli zasłon i okien, nie? Więc po co panu ta skrzynka? – wyjąkał niepewnie. Ale było już za późno. I Vincent to zrozumiał. Nie powinien wpu.sz.cz.a.ć tego mężczyzny do domu. To był błąd.
Uśmiechając się szyderczo, fałszywy pracownik otworzył zardzewiałą skrzynkę. W środku zamigotało ostrze noża. Mężczyzna wziął je do ręki i przez chwilę przyglądał się ostremu narzędziu z lubością. Vincent rzucił mu wystraszone spojrzenie.
- Już za późno – wycharczał dziwnie zgrubiałym głosem, wciąż stojąc plecami do Hedrickson’a. Po chwili obrócił się powoli. Ostrze zamigotało w świetle lamp. Ułamek sekundy zabrało, nim nóż zatopił się w miękkiej skórze brodatego mężczyzny.
Miał rację. Było za późno.
_______________________
Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
____________________
ROZDZIAŁ I
- Jak długo to trwa? - spytała grobowy głosem Rachel Warden, prokurator okręgowa w stanie Pensylvania. - Ile już czasu minęło?
Patrzyła w migoczące, zielone oczy swojego narzeczonego, Johna Scruple, któremu jeszcze do niedawna bezgranicznie ufała. Spojrzeniem objęła jego szczupłe, opalone, dobrze zbudowane ciało, rzymski nos, pełne usta.
- Rachel, uwierz mi, próbowaliśmy. Nie chcieliśmy tego! To nie nasza wina... Wybaczysz nam? - odparł gorliwie mężczyzna, robiąc skruszoną minę. Rachel złapała się na tym, że myśli, że może mówi autentycznie.
- Nie! - krzyknęła, jednocześnie do siebie, jak do Johna. - To wszystko było kłamstwem... Te lata... Jak długo?!
- Przepraszam Rachel... - wyszeptał. - Dwa lata.
Kobieta wciągnęła powietrze ze świstem, a w pokoju zrobiło się dziwnie duszno. Swojego narzeczonego znała dwa i pół. Nagle poczuła przemożną ochotę na ucieczkę. Jeszcze przez chwilę stała jak skamieniała, trawiąc te bolesne słowa. Zdradzona.
- Muszę wyjść - oznajmiła lodowatym tonem i wyszła z pokoju, nie odwracając się. Przeszła przez korytarz do niewielkiego pokoju, a gdy weszła do środka, dokładnie zaryglowała drzwi od środka.
To było jej biuro, jej zacisze. Wśród szeleszczących ton papieru zajmowała się tym, co umiała najlepiej - pracą.
Usiadła na obrotowym krześle, przez chwilę tępo wpatrując się w ścianę. Skierowała wzrok na biurko, gdzie stała srebrna ramka ze zdjęciem, gdzie Rachel i John obejmują się czule. Kobieta wściekle złapała ją i rzuciła z całej siły. Miliony mirkskopijnych kawałeczków szkła, poszybowało we wszystkie strony. Rachel w ostatniej chwili schyliła się, unikają ostrych odłamków.
Bezsilnie walnęła pięścią w drewniany blat, rozsypując przy tym kilka dokumentów. Schyliła się, by pozbierać kartki i zauważyła, że to sprawa, którą akurat miała rozpatrzeć.
Dotyczyła kilku morderstw, wyjątkowo paskudnych. Podejrzany był niejaki Lucas Warner, trzydziestoletni gazeciarz. Wiedziała, że łatwo będzie przekonać ławę przysięgłych o winie mężczyzny. Policja znalazła wiele dowodów, a podejrzany przez jakiś czas próbował uciekać. Krzesło lub dożywocie były tylko kwestią czasu.
Jeszcze raz spojrzała na dowody: włos podejrzanego, kawałek czarnej skóry z rękawiczek znalezionych u Warnera, nabój z trzydziestki ósemki, broń schowana była w samochodzie mężczyzny. Do tego wyżuta guma schowana pod stołem na miejscu zbrodni. Wystarczyło pobrać próbkę śliny i już mamy zabójcę. Czyli Lucasa.
Rachel jeszcze raz spojrzała na dowody. Jej uwagę przykuł opis włosa po badaniach. Wewnątrz znaleziono ślady po heroinie i kokainie, a według badań Warner nie ćpał. Czyli włos należy do kogoś innego. Zdziwiło ją, że nikogo nie zaciekawił ten fakt. Pomyślała, że będzie musiała zdobyć listę osób, które były owego dnia na miejscu zdarzenia. Możliwe też, że miał wspólnika.
Nagle Rachel poczuła przytłaczające zmęczenie. Nie tylko pracą, ale również i życiem. Wzdychając odłożyła akta. Sprawa poczeka.
Z kieszeni przyciasnych dżinsów wyjęła lekko zniszczony i porysowany telefon. Szybko wybrała dobrze znany numer.
- Halo? – odezwał się po drugiej stronie wysoki, kobiecy głos.
- Audrey? Muszę z tobą porozmawiać. Chciałbym wiedzieć czy nie jesteś zainteresowana kilku tygodniowym wyjazdem…
*****
Zadzwonił telefon.
- Halo?
- Miałem zadzwonić.
Krótka pauza zastanowienia.
- Jak poszło?
- Sprawnie. Nikt mnie nie widział. Zwerbowałem też tą durną blondynę.
- Czyli wszystko załatwione?
- Tak, śmierć to tylko kwestia czasu.
Następna chwila ciszy.
- Wszystko rozegra się szybko? Ci z góry mnie naciskają.
Chrząknięcie.
- Jestem profesjonalistą. Wszystko potoczy się gładko i sprawnie.
- Nie będzie żadnych niespodzianek?
- Nie, jestem przygotowany.
- Jeśli zorientuje się o tym przed śmiercią i komuś o tym powie…
- Proszę się nie martwić. Śledzę ją.
- Mam nadzieję.
Połączenie zostało przerwane.
____________________
Mam nadzieję, że Was zaciekawi.
Dawaj więcej.
Świetny pomysł i czekam na więcej...
and
patatajaj na tęczowej owcy
____________________
ROZDZIAŁ II
- Nie poszło zbyt gładko– westchnął John Scruple do Maud Warden. – Nieźle się wkurzyła, nie ma co.
Maud była śliczną, błękitnooką blondynką. Szczupła, niska, o zbyt jasnych rzęsach i stosunkowo za dużych oczach. Często mężczyznę odpychała dzieląca ich różnica wieku – 12 lat. Zbytnio jednak się tym nie przejmował.
Znajdowali się w parku, przy Madison Ave. Siedzieli na ławce, obejmując się czule. Było dosyć parno, więc Scruple rozpiął kilka guzików swojej koszuli.
- Co powiedziała? – zaniepokoiła się Maud, wysuwając się z jego ramion. Było widać, że autentycznie martwi się o starszą siostrę. John przełknął głośno ślinę. Nie chciał, by była jeszcze bardziej niespokojna.
- Och, była trochę zdziwiona, tak w rzeczywistości to mało mówiła. Ale myślę, że zrozumiała – skłamał gładko, co zdarzało mu się dosyć często.
- Rozumiem – mruknęła niezbyt przekonana. Mężczyzna otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale w tej chwili zapiszczał jego pager. Spojrzał na wyświetlacz. Jego szef żądał, aby natychmiast zjawił się w redakcji.
- Kochanie muszę lecieć, wypadło coś w pracy – rzucił w stronę Maud, musnął ustami jej policzek i pobiegł w stronę samochodu – srebrnego mercedesa x4. Już po chwili jechał manhattańską jezdnią 80km/h. Przez piętnastominutową drogę rozmyślał o Rachel – o jej jedwabistych, rudych włosach i ciepłych, brązowych oczach w kształcie migdałów. Bezwiednie zaczął porównywać ją z jej młodszą siostrą – Maud. Dopiero po chwili otrząsnął się z myśli, akurat dojechał do potężnego gmachu redakcji gazety „MJ - Manhattan Journal”. Zaparkował pojazd na parkingu dla pracowników i wszedł po marmurowych schodach. Wnętrze urządzone było dosyć nowocześnie – królowały połączenia szkła z metalem i drewnem. Za kontuarem siedziała Debbie – różowo włosa dwudziestolatka.
- Hej , De – zawołał John, z szerokim uśmiechem. – Jak tam leci? Wiesz o co chodzi szefowi?
Dziewczyna sprawdziła ręką czy jej irokez jest dobrze ułożony, nim powiedziała:
- Taa, chodzi o jakiś artykuł czy coś w tym stylu. Ja tam nie wiem, lepiej pytaj kogoś z wydziału, albo wal do szefa.
Scruple z uprzejmości skinął jej głową i ruszył w stronę oszklonej windy. Ucieszył się, że jest pusta – nie miał ochoty na następne fałszywe, miłe słowa. Z ulgą wszedł do środka i nacisnął przycisk siódmego piętra. Drzwi zasunęły się cicho.
Po mniej więcej czterdziestu sekundach John był na miejscu. Wysiadł na piętro, rozglądając się dookoła. Było pusto i cicho. Nie zdziwiło go to – mało osób miało zgodę na wejście na ten poziom.
Ruszył sterylnie czystym korytarzem. Po chwili stał przed drewnianymi drzwiami i metalową tabliczka na której pisało: „Alexander Prington”. Już miał wejść do gabinetu swojego szefa, gdy nagle dostał sms. Wyjął telefon i spojrzał na wyświetlacz. Od Maud. Wiadomość była krótka: „ Rachel zniknęła”.
____________________
Mam nadzieję, że Was zaciekawiło i się spodobało, bo na następny będziecie musieli trochę poczekać.
Szkoda, że sobie poczekamy na kontynuację, ale może będzie dluższa. xD
and
patatajaj na tęczowej owcy
____________________
Rozdział III
- Daleko jeszcze? - jęknęła Cynthia z sąsiedniego siedzenia. Przyglądała się sobie w bocznym lusterku samochodu, jedną ręką poprawiając swoje blond włosy, a drugą szu.ka.jąc czegoś w torebce. Miała na sobie bojówki, różową, kusą bluzeczkę i wysokie szpile.
- Jeszcze dziesięć kilometrów - warknęła Rachel w odpowiedzi, zmniejszając prędkość pojazdu o następne kilka km/h. Samochód co jakiś czas podskakiwał na wyboistej drodze.
Kiedy Rachel jako miejsce odpoczynku wybrała najmniej zaludnione miejsce jakie znalazła, uważała to za wspaniały pomysł. W duchu jednak zaczynała tego żałować - miały spędzić dwa tygodnie tysiące metrów od najbliższej stacji benzynowej, a co dopiero miasta! Zewsząd miał otaczać je gęsty bór, a gdyby coś im się stało nikt nie usłyszy ich krzyków... Rachel szybko odsunęła od siebie tą mroczna myśl, całą uwagę skupiając na jeździe.
Warden pojechała nie tylko z Cynthią - smukłą modelką - ale również z Audrey - czarnowłosą afroamerykanką i policjantką - oraz Sheilą - szczupłą brunetką zarabiającą na życie jako fryzjerka. To były jej jedyne przyjaciółki i właśnie z nimi postanowiła spędzić ten trudny dla niej okres.
Ale dlaczego, do cholery, musiała wybrać akurat odludnione miejsce w lesie?!
- Ja zawsze uważałam Johna za palanta - oświadczyła znienacka Sheila. - A może on jest gejem?
Rachel zamurowało. Sheila zawsze nie należała do najmądrzejszych osób na tym świecie.
- Zastanów się Sheila, to nie ma logiki - westchnęła znużona Cynthia, opiłowując paznokcie pilniczkiem. - Przecież on jest z jej siostrą. A to dziewczyna.
- A może to przykrywka! - odparła brunetka. - On tylko tak udaje, bo on, ten tego... preferuje mężczyzn!
Na jej słowa Rachel razem z Cynthią wybuchnęły śmiechem. Kątem oka Warden zauważyła, że Audrey nic nie mówi, tylko tępo wpatruje się w okno. Zawsze najlepiej się dogadywały i była ciekawa co afroamerykanka myśli o zdradzie Johna. Nie wypadało jednak o to wypytywać.
- Ej! Widzicie to? To tam! - zawołała Sheila pokazując palcem majaczący w oddali ciemny kształt.
Rachel wytężyła wzrok i zobaczyła rysujący się kształt niewielkiego domku.
- Już niedługo dojedziemy - oznajmiła. Właśnie wtedy po raz pierwszy poczuła to coś. Mieszankę niepewności, niepokoju i... strachu.
Rachel zaparkowała tuż przed grządką więdnących pelargonii. Gdy wysiadały z samochodu, kobieta stwierdziła, że na dworze jest dosyć chłodno, więc zarzuciła na ramiona czerwoną marynarkę. Następnie otworzyła bagażnik i wyjęła dwie torby podróżne, wypchany plecak, różowy kuferek i ogromną walizkę. Złapała swoją torbę z wielkim logo firmy Nike i ruszyła w stronę drzwi drewnianego domu. Ściany porastała gęsta ściana bluszczu, a gdzieniegdzie rosły kępki chwastów. Okna były zasłonięte ciężkimi kotarami, zapewne zasłaniając dostęp światła słonecznego.
- Nie guzdrzcie się! - zawołała na Cynthię, Sheilę i Audrey, które rozdzielały swoje bagaże. Już po chwili wszystkie cztery stały przed progiem domu. Warden niepewnie wyciągnęła rękę i zapukała w grube drzwi. Odpowiedziała im niepokojąca, wciąż narastająca cisza. Po plecach Rachel przeszedł zimny dreszcz.
- Może nikogo nie ma w domu? - podsunęła niepewnie Sheila. Audrey wzruszyła ramionami. Rachel złapała za klamkę i pociągnęła ja w dół, a drzwi się otworzyły.
- Dziwne - mruknęła Cynthia i wszystkie cztery weszły do środka.
W środku było strasznie duszno i ciemno. W powietrzu unosiła się mdła woń kurzu. Po środku stała zniszczona wiekiem kanapa z wystającą sprężyną, połamany stolik i mnóstwo stosów gazet. Z sufitu zwisała ledwo się tląca żarówka, a ściany zdobiły trzy obrazy; portrety bladej blondynki, kościstej kobiety o zsiwiałych włosach i pulchnego mężczyzny. Na ziemi słał się ręcznie dziergany dywan.
Na stojącym w kącie stole bieliła się niewielka karteczka. Rachel weszła śmiało do środka, ruszył w jej stronę i zaczęła czytać na głos treść zawartą na papierze:
- Drogie panie. Niestety nie będę mógł pań oprowadzić i pokazać wynajętej przez panie posesji, ponieważ zostałem wysłany na poważną konferencję w New Jersey. Mam nadzieję, że odnajdą się panie w nowym lokum ( niestety nie ma ciepłej wody, a choć noce są chłodne, proszę nie włączać kaloryferów). Serdecznie pozdrawiam. Vincent Hedrickson.
- No po prostu chamstwo! - zawołała zdegustowana Sheila. - Pewnie wcale nie ma żadnej konferencji tylko nie chciał pokazać nam twarzy, bo żaden normalny człowiek nie umiałby doprowadzić do takiego stanu jakiegokolwiek domu!
Rachel zwinęła dokładnie kartkę i położyła ja na miejscu.
- Niestety jest już za późno żeby wrócić. Tymbardziej zapłaciłyśmy za to forsę, więc musimy tu jakoś wyżyć. Chodźcie - wybierzemy sobie sypialnie. Miejmy nadzieję, że wyglądają choć trochę lepiej niż ten pokój.
Było dobrze po północy.
Rachel wyjrzała przez okno nasłuchując cykania świerszczy i nocnego szumu drzew. Na cienką, lnianą koszulę nocną miała narzucony gruby sweter, a i tak trzęsła się z zimna.
Mieszkała w pokoju razem z Cynthią. Ich sypialnia była nieduża i pachniała środkiem przeciwmolowym. Pościel była dziurawa, a tuż nad łóżkiem prokurator wisiał smutny pejzaż lasu. Artysta wykazał się wielką kreatywnością, zważając na fakt, że pierwsze co zobaczysz, gdy wyjrzysz za okno to drzewa.
Za plecami słyszała cichy, świszczący oddech współlokatorki, która co jakiś czas przekręcała się z boku na bok. Nagle jej uwagę przykuł jakiś ruch w ciemności. Wytężając wzrok zauważyła ciemną, poruszającą się bezszelestnie sylwetkę. Wydała z siebie cichy okrzyk, na tyle głośny by nie obudził Cynthii. Spojrzała za siebie by zobaczyć czy jej nie obudziła, a gdy znów obróciła się w stronę okna tajemnicza postać zniknęła.
Rachel pokręciła z niedowierzaniem głową i wsunęła się pod kołdrę. Nie wiedziała czy rzeczywiście widziała mężczyznę, czy może to tylko przywidzenie. Wiedziała jednak, że jest już zmęczona, więc szybko zasnęła. Choć nie na długo.
____________________
Wiem, że strasznie długi, ale się rozpisałam. :roll: Mam nadzieję, że Wam się spodobał.