Nie jestem pewien, czy moja historia będzie dobra, mimo to chcę spróbować. Oto jej prolog.
Prolog
***
Księżyc górował nad Doorville. Niewielka miejscowość była ożywiona nawet o tej porze. Światła miasta rozjaśniały dolinę tak mocno, że można by pomyśleć, że jest dzień. Chyba, że było się na spokojnych przedmieściach.
Na jednym z pobliskich wzniesień pojawiła się ciemna postać. Sunęła powoli naprzód. Za nią podążał sznur perłowobiałych osób. Na ich twarzach wymalowane były strach i rozpacz. Ciemna postać z kapturem zatrzymała się koło starej brzozy. Uniosła ręce.
Wtedy powietrze przed nią zaczęło wibrować i migotać. Pośrodku polany pojawił się zimny blask. Wokół światła podniosła się mgła.
Ze światła wyłoniły się wrota. Bezdźwięcznie rozchyliły się. Za wrotami kotłowała się mgła. Postać w kapturze wskazała duchom wnętrze portalu. Powoli wchodzili do niego i znikali we mgle.

Wreszcie ostatni z duchów wszedł do portalu. Ciemna postać zaniepokoiła się. Rachunek się nie zgadzał. Wyjęła spod p.ł.a.s.z.c.z.a srebrny medalion. Wbiła w niego wzrok i wyszeptała:
- Gdzie jest Darlene Marshal?
Powierzchnia medalionu zafalowała. Pojawił się na niej obraz... miejskiego szpitala. Postać długo przyglądała się budynkowi, aż w końcu zadała kolejne pytanie:
- Dlaczego jej dusza nie przybyła z resztą?
Wtedy pojawił się inny obraz. Wnętrze szpitalnego pokoju... Na łóżku leżała młoda dziewczyna.

Miała krótko przycięte, rude włosy. Na twarzy miała ślady poparzeń. Postać z kapturem patrzyła jednak z gniewem na kołdrę, która nieznacznie się podnosiła i opadała. Oddech oznaczał życie...
- Czemu została uznana za zmarłą? - wyszeptała postać.
Powierzchnia medalionu sczerniała. Jego właściciel zacisnął na nim dłoń i zgniótł na proch. Jego spojrzenie powędrowało na miejski szpital w Doorville. Następnie zniknął w mglistym wnętrzu portalu.
Wrota rozpłynęły się w powietrzu.
***
To by było na tyle. P.i.s.z.c.i.e, jeśli Was zaciekawiło.
Komentarz
Zawieszona
***
Darlene budziła się. Poczuła, że leży na czymś miękkim. Uszy wypełniał jej szum. Powoli podniosła powieki. Bardzo powoli, gdyż otaczająca ją biel oślepiała ją.
Co się stało? Sięgnęła pamięcią wstecz. Była w bibliotece... S.z.u.k.a.ł.a książek, gdy nagle poczuła dym... ktoś krzyknął... potem... ogień, ogień i ból.
Czuła się nierealnie. Skoro przeżyła pożar, to czemu czuje się teraz tak dobrze?
Chyba, że nie przeżyła...
Delikatnie się podniosła. Wszędzie była tylko biel. Nieskończona biel.
- ,,Jestem w niebie?'' - pomyślała.
Zauważyła, że miała na sobie długą, białą koszulę. Co się stało?
Nie zauważyła nawet, kiedy przed nią powstały wrota. Zaskoczona, odskoczyła. Kiedy właściwie tu się pojawiły? Zaintrygowana, dotknęła zimnego kamienia. Wtedy otworzyły się i ukazały mroczne wnętrze. Ale... spojrzała za nie... Niczego tam nie było. Jakim cudem?
Mroczny, zamglony portal nie podobał jej się. Poczuła zagrożenie.
Z mgły ukształtowała się postać. Darlene cofnęła się. Ciemna postać z kapturem. Dziewczyna chciała uciekać. Niestety, nie dała rady ruszyć z miejsca.
- Darlene... chodź. Tu jest twoje miejsce - rzekła do niej postać.
- Czy ja umarłam? Jestem w niebie? - spytała skołowana dziewczyna.
- Nie umarłaś. Inaczej byłabyś już tam - wskazał(bo po głosie uznała go za mężczyznę) jej mroczne czeluście. - Nie jesteś też do końca żywa. Jesteś zawieszona między życiem a śmiercią.
- A co to za miejsce?
- Jesteś uwięziona we własnym umyśle. I będziesz, póki nie wybierzesz.
Darlene zadrżała.
- Czego nie wybiorę?
- Jedyny słuszny wybór to razem ze mną pójść tam, gdzie już powinnaś być. Tam - znów wskazał wnętrze portalu.
- A drugi wybór?
- Możesz się opierać przeznaczeniu. To tylko odwlecze nieuniknione. Jedyny sposób, by stąd się wydostać, to iść ze mną.
Dziewczyna załkała.
- Ale ja nie chcę! Chcę żyć! Skoro jestem między życiem a śmiercią, to wybieram życie.
On tylko pokręcił głową.
- Nie. To tak nie działa. Stąd jest tylko jedno wyjście.
Ona przygryzła wargę. Muszę przeżyć.
- Więc będę się opierać, bo nie zamierzam umierać! Znajdę jakiś sposób, by stąd wyjść.
- Twój wybór. Lecz z czasem ulegniesz. To tylko kwestia czasu.
- Znajdę sposób... - mruknęła.
***
Sorki, że rozdział słaby, lecz na razie mam tylko zarysy tej historii. Sam nie jestem pewien, co będzie dalej
Lekcja pierwsza
***
- Znajdę sposób... - mruknęła Darlene.
- Tylko marnujesz mój cenny czas. Nie ma sposobu - odrzekła postać.
Darlene zamyśliła się.
- ,,To mój umysł, tyle wiem. Może uda mi się coś zdziałać.'' - zastanawiała się.
Wytężyła wolę, pragnęła ze wszystkich sił, by pojawił się przed nią jakiś... portal, który by ją stąd wydostał. Cokolwiek. Jakaś wskazówka...
Nic takiego się nie wydarzyło. Dziewczyna westchnęła i spróbowała jeszcze raz.
- Twoje wysiłki są daremne. Jesteś tu uwięziona - wytłumaczył nieznajomy. - Nie masz kontroli nad tym miejscem.
Mówiąc to, sięgnął gdzieś i w jego rękach pojawiło się białe krzesło. Postawił je i usiadł. Wpatrywał się ciągle w Darlene.
- Nie masz czegoś lepszego do roboty?! - spytała sfrustrowana dziewczyna.
- Jestem tylko jednym z wielu posłańców. Zastąpią mnie inni. Poza tym, tutaj czas płynie inaczej.
Namyśliła się.
- Jak to zrobiłeś? Stworzyłeś krzesło.
Tylko pokręcił głową.
- Jak już mówiłem, jako więzień nie masz tu władzy. Ja zaś mam tu przywileje, gdyż po części już należysz do śmierci.
- Nie należę do śmierci! Ja żyję! I nigdzie się z tobą nie wybieram! - wybuchła.
Jej wrzaski nie zrobiły na posłańcu żadnego wrażenia. Uspokoiła się i ruszyła przed siebie. Musi coś znaleźć. Cokolwiek.
Nieważne, jak długo szła, niczego nie widziała, oprócz tej przeklętej bieli. Co więcej, wcale się nie oddalała od tego osobnika. Zrezygnowana, usiadła.
- Oszczędzisz sobie wysiłków i zaakceptujesz swe przeznaczenie? - zapytał.
Nie odpowiedziała mu. Tłumiła w sobie wściekłość. Idź sobie, myślała. Zostaw mnie. Otworzyła oczy. Ciągle tam był. Było coś jeszcze. Za nim stało... coś.
Podeszła do tego czegoś. Posłaniec wpatrywał się także w to, wyraźnie zaciekawiony. Obejrzała dziwny przedmiot. W jego wnętrzu lewitowały niewielkie czarne bąble. Dotknęła ich.
Otoczenie się zmieniło.
Ogarnęły ją ciemności. Tajemnicza rzecz, krzesło, postać w kapturze... wszystko to zniknęło. Wokół była czerń. Darlene spojrzała na siebie. Ona sama emanowała światłem.
Poczuła łaskotanie na nogach. Pająki! Zaskoczona pisnęła i strzepnęła je. Rozpierzchły się.
Usłyszała jęki. Rozejrzała się, lecz nie potrafiła przebić wzrokiem ciemności. Wolnym krokiem ruszyła w stronę głosu.
Krzyknęła i przewróciła się, gdy tuż przed nią pojawiła się paszcza jakiegoś stwora. Stworzenie warknęło i zniknęło w mroku.
Ostrożnie wstała. Ujrzała przed sobą tą samą dziwną rzecz, która ją tu przeniosła. W tej były białe bąble. Pełna niepewności dotknęła ich.
Wróciła do bieli. Tym razem było tu inaczej. Rosło tu pełno kwiatów, które wydzielały przyjemny, wręcz anielski zapach. Pośrodku łąki, bo tak ją nazwała Darlene, stał kamienny obelisk.
Zerwała jeden kwiat i w jej dłoniach zmienił się w obłoczek mgły. Zmarszczyła brwi i zbliżyła się do obelisku.
- Darlene, dość tego, chodź ze mną - usłyszała za sobą. Za nią stał ten ,,posłaniec''. Szedł w jej kierunku. Ona zaś cofała się do obelisku.
- S.z.u.k.a.ł.e.m cię. Mówiłem ci, stąd nie ma ucieczki. Możesz tylko iść za mną.
Oparła się o kolumnę. Poczuła jej chłodną powierzchnię.
- Gdzie jesteśmy?
- Teraz jesteśmy w sferze twoich marzeń. Nie mogę dociec, jak ci się to udało.
Darlene uśmiechnęła się się chytrze.
- Powiedziałeś, że jestem po części martwa, a także, że masz tu przywileje, bo należę częściowo do śmierci. Dlatego uznałam, że to logiczne, że też mam kontrolę nad tym miejscem.
- To, co powiedziałaś, jest... całkowicie pozbawione sensu.
- Nie dla mnie. To mój umysł, więc obowiązują tu moje zasady, nieważne, że jestem
tu więźniem.
Posłaniec przyspieszył. Dziewczyna zacisnęła powieki i skupiła się na jednym.
Chcę wrócić...
Do domu...
Do życia...
***
Tylko troszkę za często dajesz rozdziały i jakoś tak... szybko rozwijasz akcję w każdym rozdziale. Przydałoby się więcej opisów świata przedstawionego
Znalazłem taki zestaw szpitalny,
Mogą się przydać także pozy i Pose Player
Mam nadzieję że wiesz jak instalować pliki Packages
Przebudzenie
***
Spojrzenie Darlene od godziny błądziło po białym suficie. Powoli przesuwała wzrok po kafelkach, a.n.a.l.i.z.u.j.ą.c każdy róg i szparkę.
Do tego doszedł słuch. Gdzieś z bliska dobiegały ją czyjeś głosy, miarowe pikanie i ćwierkanie ptaków. Zagłębiała się w ten spokój, wolna od myśli.
Wtedy oprzytomniała. Czuła pieczenie na plecach. Przypomniała sobie bibliotekę. I pożar. Tak, przeżyła pożar. A teraz... zapewne jest w szpitalu. Obróciła głowę. Koło łóżka, na którym leżała, stała mała szafka nocna. Poczuła zapach kwiatów. Szklany wazonik stał razem ze staroświecką lampą na półce. W rogu pomieszczenia były jeszcze dwa krzesełka.
Jednocześnie czuła, że coś traci. Jakieś wspomnienie... Chwyciła się uciekającej myśli, lecz ta odpłynęła. Zawiedziona dziewczyna podniosła się.
Chciała wstać, ale drzwi się otworzyły. Do pokoju wszedł, odrobinę już stary, lekarz. Na widok Darlene zamurowało go.
- Darlene! Obudziłaś się! - wykrzyknął uradowany doktor. - Jak się czujesz?
- Chyba... trochę mnie bolą plecy. Jestem w szpitalu? - zadała głupie pytanie.
Lekarz się uśmiechnął.
- Tak. Trafiłaś tu, gdyż odniosłaś ciężkie oparzenia podczas pożaru w bibliotece. Udało się cię uratować, lecz od kilku dni nie mogliśmy cię obudzić. Nie wstawaj - dodał, gdy zauważył, że Darlene chce wstać. - Jesteś jeszcze bardzo słaba. Zaraz ci przyniosę coś do jedzenia i powiadomię rodziców, że odzyskałaś przytomność.
Chciał wyjść, lecz zatrzymało go coś. Spojrzał jeszcze raz na dziewczynę.
- Miałaś chyba rude włosy? - rzucił.
Pacjentka zmarszczyła brwi i chwyciła lusterko z szafki. Co się stało? Jej włosy miały teraz kasztanowy odcień, były też krótsze.
- Przycięliśmy je odrobinę, ogień je trochę naruszył. Ale kolor... nie wiesz, czemu się tak stało?
Darlene zaprzeczyła. Doktor zamyślił się i wyszedł.
Dwie godziny później, gdy już była najedzona, do pokoju weszli jej rodzice. Jej mama, Patricia, miała na sobie elegancką spódnicę i zieloną koszulę, musiała pewnie wyjść z pracy, by tu przyjechać. Zaś tata, Benjamin, miał swój luźny strój, który tylko bardziej uwydatniał jego brzuch. Oboje byli bardzo zatroskani.
- Jak się czujesz, córe... - Patricia przerwała na widok włosów Darlene. - Co ci się stało z włosami?
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Rodzice usiedli na krzesłach.
- Jak się czujesz, córeczko? - zapytała ponownie Patricia, gdy otrząsnęła się.
Dziewczyna opowiedziała, że nie jest tragicznie i tylko trochę boli. Zapytała ich, czy u nich wszystko dobrze. Rodzice niechętnie zmienili temat, ciągle wracając do tematu jej zdrowia.
Dowiedziała się, że pożar podobno wywołali jacyś nastolatkowie, którzy wnieśli do biblioteki petardy. Policja wciąż s.z.u.k.a winowajców. Dwie osoby zginęły w p.o.ż.a.r.z.e, a kilkanaście innych jest w ciężkim stanie.
Godzinę później doktor Marks wyprosił rodziców, tłumacząc, że Darlene potrzebuje teraz spokoju i odpoczynku. Wyprowadził ich. Jak tylko wyszedł z pokoju, wszedł tu jakiś chłopak, niosąc parujący talerz z zupą. Postawił jej go na półce i wziął wazon z kwiatami, by wymienić je na świeże.
- Darlene, widzę, że poznałaś mojego syna, Warrena. Pomaga mi po lekcjach w pracy - wyjaśnił pan Marks, który wszedł właśnie do pokoju.
Chłopak uśmiechnął się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech. Było w nim coś, dzięki czemu czuła się zadowolona, gdy był blisko. Zapatrzyła się na Warrena i podskoczyła, gdy lekarz powiedział:
- Proszę, zjedz trochę zupy. Musisz odzyskać siły. Jak skończysz, trzeba ci dać zimny okład na plecy.
Usłuchała go. Zerkała jeszcze znad zupy na chłopaka, póki nie wyszedł.
***
Obudziła się w nocy. Łagodnie otworzyła oczy, by ujrzeć pogrążony w ciemnościach pokój. Zapaliła lampkę. Przed chwilą coś ją zbudziło. Nasłuchiwała.
Gdzieś z dołu dobiegały ją pojedyncze głosy i dźwięki typowe dla szpitala. Nic nadzwyczajnego.
Znowu! Na korytarzu usłyszała czyjś szept. Zaintrygowana, wstała. Mokry ręcznik spadł na podłogę z plaskiem. Otworzyła cicho drzwi i wyjrzała na zewnątrz.
Światła były zgaszone. Panowała tu nieznośna cisza. Wwiercała jej się w uszy. Poczuła, że nie powinna tego robić. Coś ją jednak ciągnęło wgłąb korytarza. Zaczęła się skradać w stronę windy.
Próbowała zawrócić, lecz nie potrafiła zwalczyć tej pokusy. Jakaś siła ciągnęła ją naprzód. Dochodziła już do zakrętu.
I wtedy zakręciło jej się w głowie. Świat zawirował i... koniec. Nadal była na korytarzu, lecz tym razem było tu inaczej.
Jakby... upiorniej. Zaczęła lepiej widzieć w ciemności. Wyraźnie widziała każdy szczegół. Światełko nad windą mocno ją raziło. Nie zastanawiała się nad tym.
Ciągle coś ją ciągnęło naprzód. Mimowolnie sunęła do zakrętu. I wtedy...
Wybiegła na nią jakaś perłowobiała, przezroczysta postać. Nie zdążyła zahamować. Zderzyła się z Darlene... jakby. Przeniknęła przez nią. Dziewczyna padła na ziemię i straciła przytomność.
***
Pierwsze, co zobaczyła, to twarz Warrena. Chłopak pochylał się nad nią. Miał zatroskaną minę.
- Wszystko gra?
Pomógł jej wstać. Była strasznie skołowana. Była na tym korytarzu. Chyba zemdlała.
- Chodź, zaprowadzę cię do łóżka - powiedział Warren. Chwycił ją za rękę. Wyrwała mu się i uderzyła w twarz. Czuła do niego nienawiść. Bez powodu. On potarł policzek i spojrzał na nią z wyrzutem.
Wtedy znów świat zawirował. Ogarnęła ją ciemność.
***
Była znów na łóżku. Poznała swój pokój. Wstała gwałtownie i rozejrzała się. Na krześle w rogu siedział doktor Marks i pisał coś w zeszycie. Zobaczył, że się obudziła, i odłożył go.
- Darlene? Wszystko w porządku? Czujesz się normalnie?
Wyczuła coś w jego głosie. O co mu chodzi? Pokiwała głową. Co się stało?
I wtedy spadło na nią. Uderzyła Warrena! A on chciał jej tylko pomóc! Czemu to zrobiła?
- Darlene?
Spojrzała na lekarza.
- Warren powiedział mi, co się stało. Czemu wyszłaś z pokoju? Jeszcze nie wyzdrowiałaś - spytał z wyrzutem.
Chciała mu powiedzieć. Otworzyła usta i... zaraz, lepiej nie. Jeszcze ją uzna za jakąś wariatkę. Zamiast tego powiedziała:
- Ja... chyba jakoś... byłam nie do końca przytomna. Miałam koszmar.
Doktor pokiwał głową i zapisał coś w zeszycie.
- Czy mogę się widzieć z Warrenem? Chciałabym go przeprosić - poprosiła.
- Nie wiem, czy się zgodzi. Jest oburzony. Spróbuję z nim porozmawiać. Niczego jednak nie obiecuję.
Darlene westchnęła i położyła się na łóżku. Zastanowiła się. Dręczyły ją pytania. Co się stało? Co ją tak ciągnęło? Czemu uderzyła Warrena?
Szczególnie dręczyło ją to ostatnie. Bardzo żałowała tego, jak go potraktowała. Zasnęła, dręczona wyrzutami sumienia.
***
I co sądzicie o tym rozdziale?
arekis - czy świat przedstawiony jest teraz wystarczająco przedstawiony? :-)
Kolejny rozdział nie pojawi się szybko, bo muszę prowadzić trzy inne historie na giełdzie wymiany. Sorki...
PS: Czy ktoś to czyta?
PS: Czy chcecie, bym kontynuował tę historię? Jakoś nie mam do niej siły...
Nie chciałabym, żeby historia była zamknięta, ale oczywiście to Twoja decyzja
Rozdział IV - część pierwsza
Co się czai w mroku?
***
Obudziło ją miarowe kapanie. Wstała i przetarła oczy. Rozejrzała się za źródłem dźwięku. Okazał się nim okno. Na zewnątrz padał deszcz. Pojedyncze krople przeciskały się przez uchylone okno, które otworzyła w nocy. Na parapecie utworzyła się mała kałuża.
Zamknęła okno i zapatrzyła się na ponury widok. Niespokojnie spała tej nocy. Cały czas myślała o Warrenie.
-,,Czy mi wybaczy? Co we mnie wstąpiło?'' - zadręczała się ciągle.
Obserwowała, jak biały samochód wjeżdża na parking. Była tak zamyślona, że nie zauważyła wchodzącego do pokoju pana Marksa. Doktor postawił jej miskę na półce. Odwróciła się dopiero, gdy się odezwał:
- Darlene? Jak noc?
- Dobrze - skłamała. Lekarz jakby wyczuł jej zmartwienia.
- Rozmawiałem z Warrenem - dziewczyna spojrzała na niego z wyczekiwaniem. - Niestety, chyba wciąż jest zły, choć mu tłumaczyłem, że nie byłaś całkiem przytomna. Przykro mi - dodał na widok smutnej miny dziewczyny.
Darlene ponuro zabrała się za owsiankę. Powoli przeżuwała, nie czując smaku. czyniła sobie wyrzuty za swoje zachowanie.
- Jedz szybko. Później pójdziemy wykonać badanie. Wydaje mi się, że już wydobrzałaś na tyle, by móc opuścić szpital. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jutro wrócisz do domu - rzucił na wychodnym doktor. Dziewczyna tylko mruknęła.
Godzinę później wrócił pan Marks. Zaprowadził Darlene do swojego gabinetu. Rozejrzała się po nim ciekawie. Nie różnił się niczym od innych lekarskich gabinetów, oprócz tego, że panował tu lekki chaos. Na półkach leżały pomieszane butelki i lekarskie przyrządy. Wyglądało jednak na to, że pan Marks świetnie się tu orientował. Wyjął z szuflady plik z dokumentami.
Lekarz wskazał dziewczynie leżankę w rogu, sam zaś zasiadł za biurkiem. Spojrzał na sterty papierów na nim.
- Znowu dużo papierkowej roboty... - westchnął. Odsunął je na bok i wyjął dokumenty z białej teczki.
Wykonał z Darlene serię szybkich badań. Okazało się to tylko formalnością, dziewczyna była w dobrym stanie. Na chwilę zatrzymali się na temacie koloru jej włosów. Nie znaleźli żadnego wyjaśnienia. Zostawili więc tą sprawę bez wyjaśnienia. Wreszcie skończyli, doktor musiał jeszcze tylko wypełnić resztę dokumentów.
- Świetnie, jutro będziesz mogła wrócić do domu - powiedział, wypełniając papiery.
Ona leżała na leżance i przyglądała się sprzętom w gabinecie. Zatrzymała wzrok na szkielecie. Jego widok wywołał w niej dziwne uczucie deja vu.
I wtedy zauważyła za oknem postać. Postać z kapturem. Darlene wrzasnęła i zerwała się na nogi. Doktor, zaskoczony, spojrzał na nią.
- Co się stało? Coś cię zabolało? - spytał zaniepokojony.
Ona wskazała okno.
- Za oknem... ta postać...
Spojrzał w stronę, którą wskazała.
- Nie rozumiem. Jaka postać?
Wciąż przestraszona, wyjąkała:
- Za oknem... ktoś stoi... w kapturze. Nie widzi pan?
Wstał i podszedł do okna. Wyjrzał na zewnątrz. Poważnie już zaniepokojony, odrzekł:
- Nikogo tu nie ma. Musiało ci się zdawać.
Obcy odwrócił się i odszedł. Patrzyła na niego, aż zniknął w strugach deszczu. Wtedy się uspokoiła.
- Tak... chyba tak. To pewnie przez ten szkielet - odetchnęła. Lekarz ciągle patrzył na nią ze zdziwieniem. Pokiwał głową i dokończył wypełnianie dokumentów.
Później odprowadził Darlene do pokoju. Dziewczyna zasunęła rolety w oknie. Czuła niepokój wywołany pojawieniem się mrocznej postaci. Aż podskoczyła, gdy drzwi się otworzyły. Na szczęście był to tylko inny mężczyzna.
- Dzień dobry, Darlene. Jestem doktor Heinz Schmitt. Chciałbym z tobą porozmawiać.
Coś w jego tonie ją zaniepokoiło. Jego kolejne słowa potwierdziły obawy.
- Chciałem tylko spytać, czy wszystko w porządku. Pan Marks powiedział mi, że miałaś jakieś przywidzenia w jego gabinecie. To prawda? - spytał ze sztucznym uśmiechem na twarzy.
- ,,Myślą, że mam problemy z głową'' - domyśliła się.
- Nie, musiało mi się tylko zdawać. Pewnie przez ten szkielet.
Pokiwał głową i zapisał coś w notesie.
- Przedwczoraj podobno wyszłaś z pokoju i wędrowałaś po korytarzach...
- Musiałam iść do łazienki - przerwała mu. - Byłam strasznie rozespana i chyba zasłabłam. Nie byłam jeszcze na siłach - szybko wyjaśniła.
Schmitt uniósł brew i zapisał znów coś w notesie.
- A ta sytuacja z synem pana Marksa? Czy...
Nie dokończył, bo Darlene wrzasnęła:
- Niech pan spojrzy!
Obejrzał się. Dziewczyna bez powodu krzyczała na... ścianę. Zanotował to. Był głeboko zaintrygowany jej zachowaniem.
***
Czuła frustrację. Czy on nie widzi? Przed chwilą ktoś stał przy ścianie. Gdy doktor tam spojrzał, cień rozmył się.
- ,,Strasznie się wygłupiłam'' - zdała sobie nagle sprawę.
Nie wiedziała, co robić. Na lekarza nie mogła liczyć. A wokół... coś krążyło. Czuła się osaczona.
Świat zawirował, a ona padła na podłogę.
***
Co się czai w mroku?
***
Otworzyła oczy. W pokoju było ciemno. Zapadła już noc.
Obudziła ją ta sama siła, co kilka dni temu. Odkryła kołdrę, wstała i ruszyła do drzwi.
Zamknęte. Jak to? Zamknęli ją w pokoju? Nie zdążyła się nad tym zastanowić, bo dziwna moc pociągnęła ją do okna. Po cichu je otworzyła i wyskoczyła na zewnątrz.
Czuła zimne, twarde, mokre od deszczu kamienie pod nogami. Kroczyła wzdłuż ściany. Każde okno, które próbowała otworzyć, było zamknięte. Jednak w końcu trafiła na takie, którego ktoś nie zamknął dokładnie. Wślizgnęła się do środka.
Była w korytarzu. Jakiś ruch na jego końcu przyciagnął jej uwagę.
- Warren...?
Niewyraźne widmo Warrena weszło do windy. Biegła w jego stronę.
- Warren!
Nie zważała na to, że jej krzyk zwrócił uwagę lekarzy. Słyszała głosy na schodach. Mknęła do windy. Ta zamknęła się. Warren zjechał na dół. Szybko wezwała windę, weszła i wcisnęła przycisk -1. Zjechała do piwnicy.
Pierwsze, co zobaczyła, to Warren. Szedł do korytarza na drugim końcu pomieszczenia. Coś było jednak z nim nie tak. Korytarz był pogrążony w mroku i zamglony. Widmo zniknęło w jego wnętrzu. Miała ruszyć za nim, ale...
- Darlene?
Z windy wyszedł Warren. Skołowana dziewczyna spojrzała na niego, a potem na korytarz.
- Ty? Ale przecież...
Patrzył na nią podejrzliwie.
- Co tu robisz? Dobrze się czujesz?
Nie odpowiedziała.
- Co tu robisz? - ponowił pytanie.
Otrząsnęła się i odpowiedziała pytaniem:
- Nie widzisz tego? - wskazała korytarz. Patrzył na nią ze zdziwieniem.
- Tak, to drzwi do kotłowni. I co?
Sfrustrowana warknęła. Chwyciła go i podprowadziła do korytarza.
- Co się z tobą dzieje? Znowu masz zamiar mnie walnąć? - patrzył na nią jak na kompletną wariatkę.
- Naprawdę nie widzisz?! - wykrzyczała.
Odsunął się z przestrachem.
Wtedy wpadła na pomysł.
***
Warren patrzył na dziewczynę, która chyba straciła rozum. Wciąż go pytała, czy nie widzi czegoś, co ona najwidoczniej widzi. Miał ochotę zawołać lekarzy, ale...
- Skoro to są tylko drzwi, to dlaczego mogę zrobić to? - mówiąc to, ruszyła do drzwi i PRZENIKNĘŁA przez nie. Nie wierzył własnym oczom.
Przeszła przez drzwi, ale nie wróciła. Zaniepokojony i całkiem zagubiony dopadł drzwi. Były zamknięte na klucz. Dobijał się.
- Darlene!
Słyszał hałas na górze. Lekarze wchodzili do windy.
***
Weszła do korytarza. Obejrzała się, by spojrzeć na reakcję Warrena. Jednak nie ujrzała go tam. Była tam tylko mgła. Pobiegła tam, gdzie powinny być drzwi i poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod nóg.
Wylądowała na twardym kamieniu. Skuliła się z bólu. Musiała skręcić kostkę.
Gdy ból minął, ostrożnie rozejrzała się.
Leżała na ciemnych kamieniach. Otaczały ją mury z tego samego kamienia. Przerażona s.z.u.k.a.ł.a wyjścia z tej pułapki. Spojrzała w górę i pisnęła.
Nad nią rozciągały się cienkie kraty, przez które widać było niebo. Lecz nie było to zwykłe niebo. To falowało, zmieniało barwy, wirowało. Na sam widok miała ochotę zwymiotować. Zacisnęła powieki. Gdy już opanowała się, znów je uniosła.
Nad nią stała postać w ciemnym p.ł.a.s.z.c.z.u. Nie widziała jej twarzy.
Obcy przemówił.
***
Małe pytanie: czy można prowadzić więcej niż jedną historię naraz?
Ciekawy rozdział ;D