Dobrze, że w końcu wzięłam się za czytanie historii na forum, bo ta jest świetna! Mimo tych trzech rozdziałów stwierdzam, że Twoje opowiadanie ma potencjał 8) Czekam na dalsze rozdziały
Po raz kolejny dziękuję za opinie. I umieszczam kolejny rozdział.
______________________
ROZDZIAŁ IV
- ... no i to już koniec - westchnęłam, zakończając moją opowieść o pierścieniu.
Razem z Estrah siedziałyśmy na kanapie w salonie, a pomiędzy nami leżał klejnot Fatalis. Esie przyjechała najszybciej jak mogła i po rozpakowaniu zakupów, opowiedziałam jej całą historię, poczynając od tajemniczej poczty.
- Co teraz zrobimy? - powiedziałam cicho, choć odpowiedź sama nasuwała się na myśl. Ale czułam, że to Estrah powinna zdecydować.
- Widzisz, Mairlyn.. to znaczy, Mary... ja go kochałam - odparła po chwili, patrząc na mnie z bólem. - I nie mogę bez niego żyć. Więc jeśli to z pierścieniem to prawda... po prostu spróbujmy. Tylko spróbujmy. Jeśli się nie uda, nic nie szkodzi. Ale trzeba spróbować.
Przytaknęłam. Wiedziałam, że ma rację. Przynajmniej wtedy.
- Ale gdzie to zrobimy? – spytałam.
- Myślę, że cmentarz to idealne miejsce – mruknęła Estrah. Spojrzałam na nią ze strachem.
- A przypuśćmy, że się uda, że to wszystko prawda, a Richie ożyje… co wtedy? Przecież wszyscy się chyba trochę zdziwią jak nagle znów będzie chodził po świecie, prawda? – skwitowałam, charakterystycznym dla siebie pesymizmem.
- Może się przeprowadzimy? W jakieś mało zaludnione miejsce, nawet do innego miasteczka – zaproponowała Esie.
- No tak, ale to chyba trochę dziwne, że tak nagle znikniemy, nie? – warknęłam. Oto ja, Miss Pogrążania.
- Wymyślimy coś – stwierdziła stanowczo, wstając i piorunując mnie spojrzeniem. – A teraz chodźmy. Jeśli mamy to zrobić, to musimy się pospieszyć.
- Pewnie będziemy tego kiedyś żałować, ale… idziemy – westchnęłam i również stanęłam. Nie wiedziałam jak bardzo byłam bliska prawdy.
*****
- Daleko jeszcze? – jęknęłam. – Jedziemy już chyba z godzinę.
- Nie narzekaj, mogło być gorzej. A już zaraz będziemy na miejscu, nie poznajesz? – odparła Esie, nawet nie racząc mnie spojrzeniem.
Westchnęłam i spojrzałam za szybę. Zniknęły potężne, miejskie gmachy, a pojawiły się drzewa, pola i lasy. Jednym słowem: nuda.
- Ale daleko jeszcze czy nie? – warknęłam z naciskiem. Zaczęło mi się już naprawdę przykrzyć.
- Jesteśmy na miejscu – zawołała w odpowiedzi Estrah. Wyjrzałam i ujrzałam cel naszej podróży. Cmentarz. Wyszłyśmy z samochodu i ruszyłyśmy na poszukiwania dobrze nam już znanego grobu Richarda.
Przez chwilę jeszcze krążyłyśmy między granitowymi płytami, aż w końcu go znalazłyśmy. Stały tam jeszcze białe kwiaty, które przyniosłam podczas poprzedniej wizyty.
- Jesteś gotowa? – spytała się mnie Estrah. Spojrzałam na nią hardo.
- Bądź gotowa na ostrą jazdę – warknęłam. Byłam gotowa.
______________________
Wiem, że może trochę nudny, ale chcę Was jeszcze trochę potrzymać w niepewności. :twisted:
Ten rozdział rzeczywiście trochę słabszy niż poprzednie, może dlatego, że nie wnosi postępu w akcji. I moim zdaniem trochę bez sensu Mary "warczała" w samochodzie na Estrah i pytała czy jeszcze daleko, skoro już nie raz była na tym cmentarzu...
Dziękuję za opinie. W nagrodę za to, że poprzedni rozdział był dosyć nudny, postarałam się, aby w tym toczyło się dużo akcji.
______________________
ROZDZIAŁ V
- Stań tutaj - poinstruowałam Estrah. - A kręg narysuj dookoła nas.
Dziewczyna podeszła we wskazane przeze mnie miejsce, tuz obok grobu Richa, kucnęła i zaczęła kreślić białą kredą na lekko wilgotnej trawie. Gdy skończyła, wstała i przyjrzała się krytycznie swojej pracy.
- Trochę krzywo mi wyszło - westchnęła Esie.
- A co to za różnica? Nawet nie wiem po co to robimy, ale kit - mruknęłam. W dłoni trzymałam pierścień, który dziwni ciążył mi w dłoni. Zauważyłam, że zaczęło zmierzchać. Przez chwilę patrzyłam na znikającą za horyzontem łunę.
- Zakładam - oznajmiłam znienacka i nie czekając na odpowiedź, szybko wsunęłam pierścień na palec. Przez chwilę nic się nie działo, poczułam gorzkie rozczarowanie, gdy nagle sparaliżowała mnie eksplozja palącego bólu. Rozchodziła się od miejsca w którym klejnot miał styczność z moją skórą, a obejmowała całe ciało. Syknęłam cicho, a Estrah spojrzała na mnie z niepokojem. Niemo pokręciłam głową i tak samo nagle jak się pojawił, tak samo szybko ból zniknął.
- Zaczynajmy - zarządziłam, ciągle jeszcze nieco oszołomiona. Wyciągnęłam ręce w stronę Esie, a ta delikatnie ujęła je swoimi.
- Mamy coś powiedzieć? - spytała Estrah.
- Chyba wiem co... - wyszeptałam. Moje myśli powędrowały teraz do trzech słów, które ktoś przysłała mi wraz z klejnotem...
- Wskrzeszam Cię, Rich - zawołałam z mocą. Przez chwilę odpowiadało nam milczenie. Gdzieś w oddali usłyszałyśmy krzyk kruka, a jakiś ciemny kształt przeleciał tuż nad naszymi głowami.
A poza tym nic. Cisza.
- Przykro mi, Esie, ale chyba... - zaczęłam, ale moje dalsze słowa zagłuszył głośny huk.
Pierwsze było powietrze.
Znienacka wezbrał się wiatr, ze świstem okrążając nasz krąg. Szarpał nasze ubrania i włosy. Świat zdawał się krążyć wokół nas. Krzyczałam, ale dźwięki ginęły w drobnej wichurze, która pojawiła się znikąd. Byłam przerażona tak samo jak stojąca przede mną Estrah. Nagle wszystko ustało. Znów panował duszny, bezwietrzny wieczór i nic nie wskazywało na to co przed chwilą się wydarzyło.
- Żyjesz? - wyjąkałam do Esie, ale nim ta zdążyła odpowiedzieć, nadszedł czas na kolejny żywioł.
Tym razem była to woda.
Gdzieś w oddali usłyszałam huk, a następnie niebo, zakryte przez ciemne, burzowe chmury, rozdarła błyskawica. Powoli zaczęło kropić. Na skórze czułam perlące się, wilgotne kropelki wody. Ale już po chwili nastąpiło istne oberwanie chmury.
Ciężkie krople opadały na naszą skórę i ubrania. Każda powodowała zimny dreszcz. Co kilka sekund głośno rozbłyskiwały pioruny. Patrzyłam z przerażeniem na tą burzę, mocno ściskając dłonie Estrah.
I tak samo jak wiatr, deszcz zniknął. Niebo znowu było spokojne, bezchmurne i zapadała noc. Jakby to się nigdy nie wydarzyło.
Już chciałam coś powiedzieć do Estrah, ale nadszedł czas na ogień.
Wzdłuż linii kręgu, który Esie wyrysowała kredą, wybuchły ogniste płomienie. Ich cienie wesoło tańczyły na naszych białych z przerażenia twarzach. Słyszałyśmy trzaskanie ognia, który palił się niebezpiecznie blisko nas. Już dotykał nas swoimi palącymi językami, gdy nagle nastąpiła eksplozja. Pochłonęła nie tylko nas, ale również cały cmentarz. Zamknęłyśmy oczy, wrzeszcząc jak opętany. I wtedy wszystko minęło. Stałyśmy tak samo jak poprzednio, jakby ten ogień nigdy nie istniał.
- Czy to już koniec? - wyszeptała Estrah. Już miałam kiwnąć głową, gdy nagle rozwarła się ziemia.
Nim zdążyłyśmy krzyknąć, już spadałyśmy w jej ciemne czeluści.
*****
Latam. Otaczają mnie kolorowe obłoczki. Wirują wokół mnie. Widzę różowawy, lawendowy i błękitny… Podpływam do nich i wybucham perlistym śmiechem. Gdzieś w oddali leci spokojna, wesoła muzyka. Czuję się tak bezpieczna jak nigdy…
Nagle cały świat zaczyna wirować, tracić ostrość. Krzyczę, wpadam w wir obrazów i znikam.
- Gdzie ja jestem? – jęczę.
Rozglądam się po wnętrzu pokoju. Elegancki, schludny, przypominający nieco loch średniowiecznego zamku.. Od razu skojarzył mi się z pokojem wampira z XVI wieku.
Pierwsze co zauważyłam to wielka, drewniana skrzynia, lekko się chybocząca. Nagle zaczyna lewitować, po czym z hukiem opada na podłogę. Pi.sz.cze.ę cicho.
- Jesteś – słyszę czyjś wysoki sopran. Obracam się i widzę odzianą w szykowną suknię kobietę. Jej oczy błyszczą i są stalowoniebieskie. Trochę mnie przeraża.
- Kim jesteś?! – krzyczę.
- Jestem Władczynią Pięciu Żywiołów – mówi wyciągając dłoń, ale nie ściskam jej, tylko siadam na jednej z satynowych kanap. – Przyszłam cię ostrzec.
- Władczynią Pięciu Żywiołów? – patrzę na nią z politowaniem. – Czy nie szu.ka.ją cię jacyś mili panowie w białych kitlach?
- Przestań! – huczy kobieta, a ja ze strachu milczę. – Przyszłam Cię uratować. Możesz jeszcze wszystko odwrócić.
- Co? – szepczę potulnie.
- Możesz jeszcze odesłać Richa – odpowiada kobieta. – I nie sprowadzać na siebie nieszczęścia.
- Nie! – wrzeszczę. - To mój przyjaciel! Chcę żeby żył!!!
- To twój wybór – mówi lodowato nieznajoma i zniknęła.
A ja zaczynam osuwać się w ciemność i mdleję…
______________________
Wiem, że trochę przydługi, ale się dosyć rozpisałam. Mam nadzieję, że ciekawy.
Dziękuję za komentarze i wklejam szósty rozdział.
_____________________
ROZDZIAŁ VI
Ogarniała mnie nieprzenikniona czerń ciemności. Zaczęłam szu.ka.ć w niej jakiegoś jaśniejszego miejsca, punktu zaczepienia, ale nic takiego nie zauważyłam. Przestraszyłam się, że może... straciłam wzrok. Aż zachłysnęłam się, gdy zrozumiałam te słowa. Już nigdy niczego bym nie zobaczyła! To... to koszmar!
Zaczęłam się macać po twarzy i dopiero wówczas zorientowałam się, że mam zamknięte oczy. Z ulgą odetchnęłam i ostrożnie uchyliłam powieki. Uderzyły mnie miliony świateł i barw, aż wzięłam głęboki wdech. Dopiero po chwili przyzwyczaiłam się i zaczęłam rozglądać.
Byłam w jakimś w miarę zamieszkalnym pokoju. Leżałam na dosyć miękkiej sofie, obok stała zgrabna etażerka, a przede mną podstarzały telewizor. Ściany poobwieszane były prze najróżniejszymi obrazami, a z niepomalowanego sufitu zwisała samotna żarówka. Usiadłam, zanurzając stopy w sztywnym, szorstkim dywanie.
Zauważyłam, że na stojącym niedaleko stole, leży pierścień. Ten pierścień. Odruchowo spojrzałam na palec, na którym jeszcze niedawno tkwił.
W miejscu, gdzie obrączka miała styczność ze skórą, został wypalony, czerwony ślad. Jakby nie można było go zdjąć, bo skurczył się, gdy go nosiłam. Pisnęłam z zaskoczenia.
Natychmiast do pokoju wbiegła zaniepokojona Estrah.
- Co się stało? - zapytała, zmartwiona.
Widać uzyskała skądś ubrania, bo przebrała się w lniane szorty i luźny t-shirt. Na nogach miała czerwone trampki, a włosy upięte w koński ogon. W niczym nie przypominała modnie wyglądającej, strojącej się Estrah. Ale nie to mnie w niej najbardziej zdziwiło.
A mianowicie to, że wręcz promieniowała radością i energią. Wyglądała na naprawdę szczęśliwą! A nie zdarzało jej sie to od śmierci Richa. I nagle wszystko mi się przypomniało. A właśnie w tej chwili, ktoś wszedł za Esie do pokoju.
Już wiedziałam w kogo domu jestem. Juz wiedziałam dlaczego Estrah była taka radosna. To...
- O Mój Boże! - wrzasnęłam i czułam, jakby te trzy miesiące bez niego nie istniały. Poza tym, że wydawał się trochę bardziej blady niż zwykle, był taki sam jak go zapamiętałam.
- Udało się - wyszeptała przez łzy Estrah. - On... żyje!
Podeszła do Richiego i przytuliła się do niego. Wtedy przypomniałam sobie ostrzeżenie Władczyni Pięciu Żywiołów. Ale szybko wyrzuciłam ją sobie z głowy.
- Witaj Marilyn - powiedział z uśmiechem Richard, odsuwając od siebie Esie. Wybuchnęłam płaczem i rzuciłam się w jego ramiona. To wszystko było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. I było. Choć wtedy o tym nie wiedziałam...
*****
- Wszystko jest takie wspaniałe - westchnęła rozmarzona Estrah, opierając podbródek o splecione ręce. - Richie żyje i to się jedynie liczy!
Siedziałyśmy przy stoliku, na tyłach drewnianego domku. Otaczały nas czerwone róże o bardzo intensywnej woni. Był ciepły, letni dzień, stworzony do świętowania. Richarda przygotowywał gofry w kuchni i był tak uczynny jak jeszcze nigdy dotąd.
- Wiesz, że musimy opuścić te miejsce, to miasto? - wtrąciłam, jakbym uparłam się, by zepsuć tą idealną chwilę.
- Wiem. Ale Rich żyję! Dochodzi to do Ciebie? - spytała, wybuchając perlistym śmiechem. Uśmiechnęłam sie przymusowo, bo nie wiedząc czemu, wcale nie byłam szczęśliwa.
- Nie możemy tu długo zostać. Przecież wszyscy wiedzą, że nie żyje. Nie może sobie tak po prostu zacząć chodzić wśród ludzi. Rozumiesz, prawda? - westchnęłam.
- Och, Mary! Przestań się tym przejmować! Jest taki piękny dzień... Naciesz się tą chwilą! - przerwała mi Estrah, wstała i zaczęła tańczyć. W pewnym momencie przerwała i podała mi zachęcająco rękę. Z uśmiechem podałam jej swoją i zaczęłyśmy razem tańczyć. Byłam wtedy tak szczęśliwa, jak nigdy potem. Później wiele razy żałowałam, że nie mogłam cofnąć czasu i już na zawsze tańczyć z Esie, w tamtym ogrodzie. Ale to było już niemożliwe...
_____________________
Mam nadzieję, że fajny i przepraszam, że taki długi.
Długi!? Rozdział krótki! ZA krótki! Chcemy więcej! Chcemy więcej!!! Fajny rozdział, ale popracuj nad budową napięcia Z niecierpliwością czekam na WIĘCEJ!!!
Chyba usunę tą historię. Prawie nikt tego nie czyta, a ja sama nie mam już weny. Choć może umieszczę jeszcze kiedyś jakąś inną ( bo mam nawet w miarę pomysł, ale do opracowania ).
Pozdrawiam.
Paulina278
Ps:Nie mogłam się powstrzymać od tego "pozdrawiam".
Kurde, czemu ja nigdy nie mam czasu i muszę wszystko nadrabiać co kilka rozdziałów? Tym bardziej, że te rozdziały są naprawdę MEGA Czekam z niecierpliwością na newsa
Komentarz
______________________
ROZDZIAŁ IV
- ... no i to już koniec - westchnęłam, zakończając moją opowieść o pierścieniu.
Razem z Estrah siedziałyśmy na kanapie w salonie, a pomiędzy nami leżał klejnot Fatalis. Esie przyjechała najszybciej jak mogła i po rozpakowaniu zakupów, opowiedziałam jej całą historię, poczynając od tajemniczej poczty.
- Co teraz zrobimy? - powiedziałam cicho, choć odpowiedź sama nasuwała się na myśl. Ale czułam, że to Estrah powinna zdecydować.
- Widzisz, Mairlyn.. to znaczy, Mary... ja go kochałam - odparła po chwili, patrząc na mnie z bólem. - I nie mogę bez niego żyć. Więc jeśli to z pierścieniem to prawda... po prostu spróbujmy. Tylko spróbujmy. Jeśli się nie uda, nic nie szkodzi. Ale trzeba spróbować.
Przytaknęłam. Wiedziałam, że ma rację. Przynajmniej wtedy.
- Ale gdzie to zrobimy? – spytałam.
- Myślę, że cmentarz to idealne miejsce – mruknęła Estrah. Spojrzałam na nią ze strachem.
- A przypuśćmy, że się uda, że to wszystko prawda, a Richie ożyje… co wtedy? Przecież wszyscy się chyba trochę zdziwią jak nagle znów będzie chodził po świecie, prawda? – skwitowałam, charakterystycznym dla siebie pesymizmem.
- Może się przeprowadzimy? W jakieś mało zaludnione miejsce, nawet do innego miasteczka – zaproponowała Esie.
- No tak, ale to chyba trochę dziwne, że tak nagle znikniemy, nie? – warknęłam. Oto ja, Miss Pogrążania.
- Wymyślimy coś – stwierdziła stanowczo, wstając i piorunując mnie spojrzeniem. – A teraz chodźmy. Jeśli mamy to zrobić, to musimy się pospieszyć.
- Pewnie będziemy tego kiedyś żałować, ale… idziemy – westchnęłam i również stanęłam. Nie wiedziałam jak bardzo byłam bliska prawdy.
*****
- Daleko jeszcze? – jęknęłam. – Jedziemy już chyba z godzinę.
- Nie narzekaj, mogło być gorzej. A już zaraz będziemy na miejscu, nie poznajesz? – odparła Esie, nawet nie racząc mnie spojrzeniem.
Westchnęłam i spojrzałam za szybę. Zniknęły potężne, miejskie gmachy, a pojawiły się drzewa, pola i lasy. Jednym słowem: nuda.
- Ale daleko jeszcze czy nie? – warknęłam z naciskiem. Zaczęło mi się już naprawdę przykrzyć.
- Jesteśmy na miejscu – zawołała w odpowiedzi Estrah. Wyjrzałam i ujrzałam cel naszej podróży. Cmentarz. Wyszłyśmy z samochodu i ruszyłyśmy na poszukiwania dobrze nam już znanego grobu Richarda.
Przez chwilę jeszcze krążyłyśmy między granitowymi płytami, aż w końcu go znalazłyśmy. Stały tam jeszcze białe kwiaty, które przyniosłam podczas poprzedniej wizyty.
- Jesteś gotowa? – spytała się mnie Estrah. Spojrzałam na nią hardo.
- Bądź gotowa na ostrą jazdę – warknęłam. Byłam gotowa.
______________________
Wiem, że może trochę nudny, ale chcę Was jeszcze trochę potrzymać w niepewności. :twisted:
______________________
ROZDZIAŁ V
- Stań tutaj - poinstruowałam Estrah. - A kręg narysuj dookoła nas.
Dziewczyna podeszła we wskazane przeze mnie miejsce, tuz obok grobu Richa, kucnęła i zaczęła kreślić białą kredą na lekko wilgotnej trawie. Gdy skończyła, wstała i przyjrzała się krytycznie swojej pracy.
- Trochę krzywo mi wyszło - westchnęła Esie.
- A co to za różnica? Nawet nie wiem po co to robimy, ale kit - mruknęłam. W dłoni trzymałam pierścień, który dziwni ciążył mi w dłoni. Zauważyłam, że zaczęło zmierzchać. Przez chwilę patrzyłam na znikającą za horyzontem łunę.
- Zakładam - oznajmiłam znienacka i nie czekając na odpowiedź, szybko wsunęłam pierścień na palec. Przez chwilę nic się nie działo, poczułam gorzkie rozczarowanie, gdy nagle sparaliżowała mnie eksplozja palącego bólu. Rozchodziła się od miejsca w którym klejnot miał styczność z moją skórą, a obejmowała całe ciało. Syknęłam cicho, a Estrah spojrzała na mnie z niepokojem. Niemo pokręciłam głową i tak samo nagle jak się pojawił, tak samo szybko ból zniknął.
- Zaczynajmy - zarządziłam, ciągle jeszcze nieco oszołomiona. Wyciągnęłam ręce w stronę Esie, a ta delikatnie ujęła je swoimi.
- Mamy coś powiedzieć? - spytała Estrah.
- Chyba wiem co... - wyszeptałam. Moje myśli powędrowały teraz do trzech słów, które ktoś przysłała mi wraz z klejnotem...
- Wskrzeszam Cię, Rich - zawołałam z mocą. Przez chwilę odpowiadało nam milczenie. Gdzieś w oddali usłyszałyśmy krzyk kruka, a jakiś ciemny kształt przeleciał tuż nad naszymi głowami.
A poza tym nic. Cisza.
- Przykro mi, Esie, ale chyba... - zaczęłam, ale moje dalsze słowa zagłuszył głośny huk.
Pierwsze było powietrze.
Znienacka wezbrał się wiatr, ze świstem okrążając nasz krąg. Szarpał nasze ubrania i włosy. Świat zdawał się krążyć wokół nas. Krzyczałam, ale dźwięki ginęły w drobnej wichurze, która pojawiła się znikąd. Byłam przerażona tak samo jak stojąca przede mną Estrah. Nagle wszystko ustało. Znów panował duszny, bezwietrzny wieczór i nic nie wskazywało na to co przed chwilą się wydarzyło.
- Żyjesz? - wyjąkałam do Esie, ale nim ta zdążyła odpowiedzieć, nadszedł czas na kolejny żywioł.
Tym razem była to woda.
Gdzieś w oddali usłyszałam huk, a następnie niebo, zakryte przez ciemne, burzowe chmury, rozdarła błyskawica. Powoli zaczęło kropić. Na skórze czułam perlące się, wilgotne kropelki wody. Ale już po chwili nastąpiło istne oberwanie chmury.
Ciężkie krople opadały na naszą skórę i ubrania. Każda powodowała zimny dreszcz. Co kilka sekund głośno rozbłyskiwały pioruny. Patrzyłam z przerażeniem na tą burzę, mocno ściskając dłonie Estrah.
I tak samo jak wiatr, deszcz zniknął. Niebo znowu było spokojne, bezchmurne i zapadała noc. Jakby to się nigdy nie wydarzyło.
Już chciałam coś powiedzieć do Estrah, ale nadszedł czas na ogień.
Wzdłuż linii kręgu, który Esie wyrysowała kredą, wybuchły ogniste płomienie. Ich cienie wesoło tańczyły na naszych białych z przerażenia twarzach. Słyszałyśmy trzaskanie ognia, który palił się niebezpiecznie blisko nas. Już dotykał nas swoimi palącymi językami, gdy nagle nastąpiła eksplozja. Pochłonęła nie tylko nas, ale również cały cmentarz. Zamknęłyśmy oczy, wrzeszcząc jak opętany. I wtedy wszystko minęło. Stałyśmy tak samo jak poprzednio, jakby ten ogień nigdy nie istniał.
- Czy to już koniec? - wyszeptała Estrah. Już miałam kiwnąć głową, gdy nagle rozwarła się ziemia.
Nim zdążyłyśmy krzyknąć, już spadałyśmy w jej ciemne czeluści.
*****
Latam. Otaczają mnie kolorowe obłoczki. Wirują wokół mnie. Widzę różowawy, lawendowy i błękitny… Podpływam do nich i wybucham perlistym śmiechem. Gdzieś w oddali leci spokojna, wesoła muzyka. Czuję się tak bezpieczna jak nigdy…
Nagle cały świat zaczyna wirować, tracić ostrość. Krzyczę, wpadam w wir obrazów i znikam.
- Gdzie ja jestem? – jęczę.
Rozglądam się po wnętrzu pokoju. Elegancki, schludny, przypominający nieco loch średniowiecznego zamku.. Od razu skojarzył mi się z pokojem wampira z XVI wieku.
Pierwsze co zauważyłam to wielka, drewniana skrzynia, lekko się chybocząca. Nagle zaczyna lewitować, po czym z hukiem opada na podłogę. Pi.sz.cze.ę cicho.
- Jesteś – słyszę czyjś wysoki sopran. Obracam się i widzę odzianą w szykowną suknię kobietę. Jej oczy błyszczą i są stalowoniebieskie. Trochę mnie przeraża.
- Kim jesteś?! – krzyczę.
- Jestem Władczynią Pięciu Żywiołów – mówi wyciągając dłoń, ale nie ściskam jej, tylko siadam na jednej z satynowych kanap. – Przyszłam cię ostrzec.
- Władczynią Pięciu Żywiołów? – patrzę na nią z politowaniem. – Czy nie szu.ka.ją cię jacyś mili panowie w białych kitlach?
- Przestań! – huczy kobieta, a ja ze strachu milczę. – Przyszłam Cię uratować. Możesz jeszcze wszystko odwrócić.
- Co? – szepczę potulnie.
- Możesz jeszcze odesłać Richa – odpowiada kobieta. – I nie sprowadzać na siebie nieszczęścia.
- Nie! – wrzeszczę. - To mój przyjaciel! Chcę żeby żył!!!
- To twój wybór – mówi lodowato nieznajoma i zniknęła.
A ja zaczynam osuwać się w ciemność i mdleję…
______________________
Wiem, że trochę przydługi, ale się dosyć rozpisałam.
Taki długi powinien być każdy rozdział, może nawet dłuższy ( chociaż wiem, że ciężko się tyle p i s z e -.- )
Hm, Władczyni Żywiołów, wskrzeszanie... Widzę, że szykuje się powieść fantastyczna
Czekam na więcej :P
Widzę, że ,, The Child '' ma konkurencję xD
Cóż, zobaczymy, co będzie dalej
czemu we wszystkim na tym forum widzisz konkurencję ? :roll:
Ja się ciesze, że dużo osób *****, jest co czytać
_____________________
ROZDZIAŁ VI
Ogarniała mnie nieprzenikniona czerń ciemności. Zaczęłam szu.ka.ć w niej jakiegoś jaśniejszego miejsca, punktu zaczepienia, ale nic takiego nie zauważyłam. Przestraszyłam się, że może... straciłam wzrok. Aż zachłysnęłam się, gdy zrozumiałam te słowa. Już nigdy niczego bym nie zobaczyła! To... to koszmar!
Zaczęłam się macać po twarzy i dopiero wówczas zorientowałam się, że mam zamknięte oczy. Z ulgą odetchnęłam i ostrożnie uchyliłam powieki. Uderzyły mnie miliony świateł i barw, aż wzięłam głęboki wdech. Dopiero po chwili przyzwyczaiłam się i zaczęłam rozglądać.
Byłam w jakimś w miarę zamieszkalnym pokoju. Leżałam na dosyć miękkiej sofie, obok stała zgrabna etażerka, a przede mną podstarzały telewizor. Ściany poobwieszane były prze najróżniejszymi obrazami, a z niepomalowanego sufitu zwisała samotna żarówka. Usiadłam, zanurzając stopy w sztywnym, szorstkim dywanie.
Zauważyłam, że na stojącym niedaleko stole, leży pierścień. Ten pierścień. Odruchowo spojrzałam na palec, na którym jeszcze niedawno tkwił.
W miejscu, gdzie obrączka miała styczność ze skórą, został wypalony, czerwony ślad. Jakby nie można było go zdjąć, bo skurczył się, gdy go nosiłam. Pisnęłam z zaskoczenia.
Natychmiast do pokoju wbiegła zaniepokojona Estrah.
- Co się stało? - zapytała, zmartwiona.
Widać uzyskała skądś ubrania, bo przebrała się w lniane szorty i luźny t-shirt. Na nogach miała czerwone trampki, a włosy upięte w koński ogon. W niczym nie przypominała modnie wyglądającej, strojącej się Estrah. Ale nie to mnie w niej najbardziej zdziwiło.
A mianowicie to, że wręcz promieniowała radością i energią. Wyglądała na naprawdę szczęśliwą! A nie zdarzało jej sie to od śmierci Richa. I nagle wszystko mi się przypomniało. A właśnie w tej chwili, ktoś wszedł za Esie do pokoju.
Już wiedziałam w kogo domu jestem. Juz wiedziałam dlaczego Estrah była taka radosna. To...
- O Mój Boże! - wrzasnęłam i czułam, jakby te trzy miesiące bez niego nie istniały. Poza tym, że wydawał się trochę bardziej blady niż zwykle, był taki sam jak go zapamiętałam.
- Udało się - wyszeptała przez łzy Estrah. - On... żyje!
Podeszła do Richiego i przytuliła się do niego. Wtedy przypomniałam sobie ostrzeżenie Władczyni Pięciu Żywiołów. Ale szybko wyrzuciłam ją sobie z głowy.
- Witaj Marilyn - powiedział z uśmiechem Richard, odsuwając od siebie Esie. Wybuchnęłam płaczem i rzuciłam się w jego ramiona. To wszystko było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. I było. Choć wtedy o tym nie wiedziałam...
*****
- Wszystko jest takie wspaniałe - westchnęła rozmarzona Estrah, opierając podbródek o splecione ręce. - Richie żyje i to się jedynie liczy!
Siedziałyśmy przy stoliku, na tyłach drewnianego domku. Otaczały nas czerwone róże o bardzo intensywnej woni. Był ciepły, letni dzień, stworzony do świętowania. Richarda przygotowywał gofry w kuchni i był tak uczynny jak jeszcze nigdy dotąd.
- Wiesz, że musimy opuścić te miejsce, to miasto? - wtrąciłam, jakbym uparłam się, by zepsuć tą idealną chwilę.
- Wiem. Ale Rich żyję! Dochodzi to do Ciebie? - spytała, wybuchając perlistym śmiechem. Uśmiechnęłam sie przymusowo, bo nie wiedząc czemu, wcale nie byłam szczęśliwa.
- Nie możemy tu długo zostać. Przecież wszyscy wiedzą, że nie żyje. Nie może sobie tak po prostu zacząć chodzić wśród ludzi. Rozumiesz, prawda? - westchnęłam.
- Och, Mary! Przestań się tym przejmować! Jest taki piękny dzień... Naciesz się tą chwilą! - przerwała mi Estrah, wstała i zaczęła tańczyć. W pewnym momencie przerwała i podała mi zachęcająco rękę. Z uśmiechem podałam jej swoją i zaczęłyśmy razem tańczyć. Byłam wtedy tak szczęśliwa, jak nigdy potem. Później wiele razy żałowałam, że nie mogłam cofnąć czasu i już na zawsze tańczyć z Esie, w tamtym ogrodzie. Ale to było już niemożliwe...
_____________________
Mam nadzieję, że fajny i przepraszam, że taki długi.
I niestety, jak powiedziała przedmówczyni :
ZA MAŁO !
za dużo tego, gubię się xD
nie przepraszaj, tekstu nigdy za wiele xD
Pozdrawiam.
Paulina278
Ps:Nie mogłam się powstrzymać od tego "pozdrawiam".
nie usuwaj, nieee