Jak to się stało, że nie dowiedziałam się o rozdziale z Banshee?! Jest świetny, ten nowszy również i bardzo przyjemnie się je czyta. Podoba mi się akcja i to, że wszystko jest bardzo ciekawe 8) Czekam na ciąg dalszy
,,Rozwiązania naszych problemów przychodzą zazwyczaj wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.''
- Księżniczko, ty przodem - usłyszałam głęboki głos Meantisa.
Przechodziliśmy właśnie przez jakiś strumyk i mężczyzna podał mi rękę pomagając przejść. Okazało się, że po zdjęciu czaru był wyjątkowo uprzejmym, bystrym i sprawnym człowiekiem.
- Dziękuję - odpowiedziałam nieco zażenowana. Poczekałam, aż Meantis pomoże przejść Ellenie, która sprawnym ruchem wyswobodziła się z jego uścisku i z gracją przeskoczyła rzeczkę, po czym spytałam:
- Jaka jest... ta Królowa? - Na pytanie odpowiedziała mi Czarownica, co trochę mnie zdziwiło.
- Alice... To, co czego się boisz, staje się prawdą, gdy przebywa przy tobie - szepnęła wzdrygając się lekko.
- A człowiek, chcący się jej sprzeciwić, ginie, nim zdąży powiedzieć ''nie'' - dokończył Meantis.
Spojrzałam przed siebie. Kim właściwie byłam? ,,No tak... nikim'' odpowiedziałam sobie w myślach. Ale wszyscy tu traktowali mnie z szacunkiem. Nazywali mnie księżniczką. Tyle, że ja się nią nie czułam. Może, gdyby moi rodzice pochodzili z tej krainy, albo gdybym nie musiała zastanawiać się nad innymi rzeczami byłoby inaczej? Szczerze wątpiłam.
- Zastanawiam się... Kim byli moi rodzice... - powiedziałam na głos.
- No jak to kim? Czarodziejami! - rzekł spokojnie Meantis.
- Byli ludźmi... Prawda? - spojrzałam niepewnie na Ellenę.
- Wybacz, ale nie mogli być ludźmi. Człowiek nie ma prawa dostępu do lustra. Dla niego, byłoby zwykłym lusterkiem, nie portalem.
- To... to co ja robiłam w moim, znaczy... w świecie ludzi? - spytałam, czując się, jakby ktoś oblał mnie kubłem wody.
- Tego właśnie nie wiemy. I to właśnie nas interesuje - odpowiedziała Ellena - Ale... jesteś Czarodziejką na pewno. A teraz, to już właściwie przyszłą Wróżką.
- Nie jestem żadną Czarodziejką!!! Nie mam mocy, ani nic! - wykrzyknęłam im prosto w twarz. Oni mogli sobie być Czarodziejami, a wiedziałam, że oboje nimi są, po tym, jak Meantis zapalił ogień szepcząc jakieś zaklęcie, a Ellena kilka razy używała przy mnie czarów, ale ja nie byłam magiczna.
- Tak? To spróbuj zrobić coś z tą wodą - powiedziała wskazując na strumyk.
- To jakaś głupota! - syknęłam, ale uniosłam dłonie i wyobraziłam sobie, że tafla wody zmienia się w fontannę. Strumyk pozostał jednak nienaruszony.
- Dziwne... - mruknęła do siebie Ellena - twoja magiczna aura jest bardzo wyraźna. Myślałaś o tym, co chcesz zrobić z tym strumykiem? - spytała po chwili, po czym spojrzała na rzeczkę bardzo uważnie, a tafla wody zmieniła się w strumień krwi.
Czarownica mrugnęła, po czym woda z powrotem była krystalicznie czysta.
- Wiesz przecież, że kiedy jest się osłabionym, rannym czy wstrząśnięty, lub nie można się wystarczająco skupić, to nic z czarów nie wyjdzie. Do tego potrzeba naprawdę wiele energii - stwierdził cicho Meantis.
- Nie jestem chora! Nie jestem ranna, ani nieskupiona! - warknęłam na niego.
- Może tak myślisz, ale to zwykle dzieje się w głębi duszy, możesz o tym nie wiedzieć i...
- Nie jestem ułomna! Nie zawsze muszę być we wszystkim gorsza!!! - krzyknęłam.
- Spokojnie, Alice, uspokój się... - Meantis lekko wycofał się w stronę strumienia.
- Nie pasuję tu! Zginęło przez mnie mnóstwo ludzi i nie mam nawet magicznych mocy! - darłam się ile sił, byle tylko zagłuszyć palące poczucie zawodu, poczucie tego, że jest się kimś wyjątkowym.
- Alice...
- Nie! Nic nie rozumiecie! Żyjecie w tym waszym świecie i wydaje wam się, że wam jest źle! Może nie chcę was ratować!? Może wolałabym ukryć się, niż stawać do walki z jakąś królową!? To jest chore! Wymagacie ode mnie zdecydowanie za dużo!
- Alice, ty...
- Co? Może nic nie rozumiem? Może jestem waszą jedyną nadzieją!? Jasne! Tylko wiecie co? Wycofuję się!
- Alice, patrz co robisz! - krzyknęła Ellena, wskazując palcem na strumień, który wyglądał jak magma i pryskał na wszystkie strony iskrami.
- Och... - wymsknęło mi się. Poczułam, jak palą mi się policzki. Lawa zmieniła się w lód, a następnie w wodę.
- Mówiliśmy, że potrafisz czarować. Czasem potrzebna mocnego szoku, lub złości, aby moce się objawiły - stwierdziła Czarownica - A jeśli nie chcesz nam pomagać, to dobrze, trudno. Może sami sobie poradzimy - dodała zmieniając ton na lodowaty.
- Chcę. Przepraszam - szepnęłam wpatrując się uporczywie w swoje stopy.
- Chodźmy już lepiej - pospieszył nas Meantis.
***
Szliśmy już bardzo długo. Perłowy zamek zbliżył się do nas ogromnie. Ellena uważała, że do wioski powinniśmy dotrzeć wieczorem. Mijaliśmy kolejne rzeki i laski, ale coraz więcej już było widać pól, oraz upraw. Niekiedy nawet widać było małe, białe chatki z brązowymi dachami. Czarownica zarzuciła na ramiona i głowę chustę, tak, żeby nie było widać okropnych ran zadanych przez Banshee, oraz żeby nikt jej nie rozpoznał. Proponowałam jej nawet, bym użyła swojej krwi na jej ranach, ale odmówiła.
Weszliśmy właśnie w jakiś ciemniejszy zagajnik między polami.
- Co tu robisz, Wiedźmo? - spytał jakiś melodyjny, wysoki głos. Z cienia spoglądała na nas przepiękna kobieta z długimi blond włosami do ziemi.
- A co ty tu robisz, Isolde?! - odpowiedziała pytaniem na pytanie Ellena.
- Zostałam wezwana do królowej -odrzekła chłodno zapytana - chce, żebym wyświadczyła jej pewną przysługę.
- Syreny? - zapytała tajemniczo Wiedźma. Isolde przytaknęła. Dotknęła lekko wielkiej perły zawieszonej na jej szyi.
- Nimfy, Syreny i Trytony w dokładności. Królowa boi się, że jej siostrzyczce zbyt duży zysk w wojnie przyniosą Banshee, Trolle i Czarodzieje. W pełni się z nią zgadzam.
- Nie obchodzi cię chyba wojna, co? - spytał kobietę Meantis.
- Nie, ale jeśli chcesz, ciebie też nie musi - odpowiedziała uśmiechając się chytrze - wystarczy, że wyrusz ze mną do Zatoki Słońca. W końcu tam nikt się nie kłóci - zakończyła miękko.
- Tak, bo jakby ktoś zaczął się kłócić, to rzucilibyście go na pożarcie Syrenom - żachnął się mężczyzna.
- Lepiej uważaj na słowa - szepnęła Isolde i odsłoniła zęby ukazując kły, jak u wampira - w naszym kraju byłbyś szczęśliwy, ale jeśli wolisz uganiać się z Czarownicą i tą młodą Czarodziejką, to proszę bardzo - rzuciła - tylko jeszcze raz się zastanów, po czyjej chcesz być stronie. My jeszcze się zastanawiamy. Ale tak na wszelki wypadek... miej to ze sobą - dodała rzucając w jego stronę małą buteleczkę, po czym wydała z siebie skrzek jak mewa i znikła zostawiając po sobie tylko kilka złotych piórek.
- Co to jest? - spytał Meantis Elleny podając jej miksturę.
- Napój uśmiercający. Bardzo starodawna technika Syren. Rzadkość. Musiałeś się jej naprawdę spodobać, skoro dała ci taką możliwość obrony - Zielarka odkorkowała butelkę i powąchała roztwór - Och... dodała tu odrobinę pyłku z kwiatu, który rośnie w głębinach. Używając eliksir zapragniesz znaleźć się w Zatoce... Tak... Isolde to sprytna bestia.
Nagle, jakby dostała olśnienia. Przechyliła buteleczkę i prosto na jej rękę wylała się złotawa substancja. Ręka odżyła. Wszystkie rany, słowa i niedoskonałości znikły.
Nie wiem, czy dłuższy, ale wiem, że bardzo ciekawy No co tu więcej p.i.s.a.ć - wszystko jest świetnie i ciekawie, więc czekam na kolejny rozdział :roll:
Ja też nadrobiłam kilka rozdziałów, ale pod wrażeniem za bardzo nie jestem Takie to wszystko naciągane się zrobiło, Banschie, Syreny... Za dużo chcesz tu wcisnąć i jednocześnie za szybko brniesz do przodu. Tydzień opowieści zajął ile? Dwie strony, trzy? Mam wrażenie jakbyś po prostu chciała jak najszybciej dobrnąć do końca tej opowieści, przez co ja czuję niedosyt. Fajnie pi.sze.sz, widać że masz pomysł i potencjał, ale moim zdaniem nie do końca wiesz jak to wykorzystać. Otwierasz dużo furtek i po chwili je zamykasz nie dając ujścia temu, co może z nich wyjść. Ale innym tyle jak widać wystarczy P.i.s.z dalej, mam nadzieję, że dalej będzie się to wszystkim podobać, może mi też Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję, że nie zniechęciłam
Takie to wszystko naciągane się zrobiło, Banschie, Syreny... Za dużo chcesz tu wcisnąć i jednocześnie za szybko brniesz do przodu. Tydzień opowieści zajął ile? Dwie strony, trzy?
Hmmm... może trochę za dużo stworów na raz, rzeczywiście. Do końca jeszcze sporo czasu. Tyle stowrzeń dałam, gdyż chciałam pokazać bohaterce, że jest to rzeczywiście świat magiczny. Obiecuję, że w kolejnym rozdziale nic się nie pojawi i będzie to lepszy rozdział. Co do otiwerana i zamykania furtek... Podaj jakiś przkład xD Bo muszę wiedzieć, czy chodzi o to, coo zrobiłam specjalnie, czy nie. Trzeba przyznać, że naprawdę niewiele jeszcze wiadomo. A że pisarzem dobrym nie jestem, to wiem xD
No cóż... dziękuję za komentarz i cieszę się, że ktoś popatrzył fachowym okiem na moje wypociny.
Ale kochana, nie zniechęcaj się, naprawdę Po prostu szlifuj warsztat i dąż do tego, żeby być coraz lepsza, bo wyobraźnię, pomysły i lekką rękę do pisania masz, a to najważniejsze A co do furtek, to pojawiają się praktycznie przy każdej wprowadzonej postaci. Za dużo bohaterów "pięciominutowych", przez których niektóre sceny sprawiają wrażenie "zapchajdziur". Po prostu na Twoim miejscu niektóre wątki albo bym pomijała, albo rozwijała
,,Nie poddawaj się... nie bądź spadającą gwiazdą...''
Życie za życie.
Śmierć za śmierć.
Jeden kwiat kwitnie, drugi umiera.
Jedna gwiazda świeci, druga kończy swą wędrówkę po nieboskłonie.
Ktoś ginie, a ktoś się rodzi.
Napatrzyłam się już na śmierć.
Napatrzyłam się już na ból.
Widziałam już wiele cierpienia. Wiele więdnących kwiatów. Wiele spadających gwiazd.
Najwidoczniej nie miałam jednak przestać.
Obserwowałam, jak krew skapywała powoli po mojej ręce.
Syknęłam z bólu i podniosłam się z klęczek.
- Nic ci nie jest? - spytał cicho Meantis. Powoli pokręciłam głową. Świat zawirował. Straciłam dużo krwi. Przewróciłam się i skaleczyłam głęboko o ostrą gałąź. Na mojej ręce widniała paskudna rana.
Czarownica przewróciła oczami. Jej ręka była w zupełności zdrowa.
- Ile jeszcze do zamku? - spytałam kapryśnie ignorując ból.
- Niedaleko - odpowiedziała zdawkowo Czarownica, zerkając na białe mury pałacu, które coraz bardziej się przybliżały.
Prawdę mówiąc bardzo się bałam. Wyobrażałam sobie Królową i siebie samą. Kim ja właściwie byłam!? Życie za życie... Miałam zasiąść na tronie? Zamiast matki?
Zaczynały ogarniać mnie wątpliwości. W mojej głowie pojawiła się wizja siebie samej z uroczym kokiem, błyszczącą koroną i wspaniałą suknią. Władczym spojrzeniem omiotłabym salę tronową i chłodno zmierzyłabym wzrokiem poddanych.
Zamknęłam oczy. Łza spłynęła mi po policzku, czułam jej słony smak w ustach. Poczułam, że ktoś chwyta mnie za rękę i mocno ściska. Spojrzałam kątem oka na bok. Meantis. Bardzo się ostatnio do siebie zbliżyliśmy. Nie potrafiłam głębiej określić tego, jakie uczucie do niego żywię.
Niedawno dowiedziałam się, że według prawa tego świata byłam pełnoletnia od piętnastego roku życia. Okazało się, że Czarownica miała coś ponad sto lat, a Meantis dziewiętnaście. Był taki młody, ale jednocześnie taki dorosły. Bardzo opiekuńczy, odpowiedzialny.
Przygryzłam wargę. Słodki smak krwi zmieszał się z łzą.
Chłopak otarł mi wilgotny znak z policzka.
- Idziemy do zamku, musisz dobrze wyglądać - szepnął z uśmiechem. Dobrze wyglądać, jasne, byłam całą we krwi, ziemi i innym świństwie.
- Bardzo zabawne - mruknęłam, speszona nagłymi rumieńcami kwitnącymi na moich policzkach.
- Nie bój się. W końcu Królowa to twoja matka. Przyjęła cię pod dach! - rzekł błędnie myśląc, że rumieniec to oznaka strachu przed dotarciem do pałacu - Jak tam właściwie jest? W sierocińcu? - spytał lekko sp.us.cz.ając wzrok.
- Okropnie - odrzekłam lakonicznie.
- Będziemy za jakieś piętnaście minut - wtrąciła się Ellena.
Poczułam dreszcz przechodzący mi po plecach.
Jedyne piętnaście minut.
Nogi się pode mną ugięły.
Ale nie chciałam być spadającą gwiazdą.
***
Stało się.
Stałam przed złotym, ogromnym wejściem do pałacu. Po obu stronach stali ciężko uzbrojeni strażnicy, praktycznie nie poruszając się.
- Poczekaj! - szepnęła za mną Czarownica - pójdziesz sama. Nas nie wpu.sz.czą. Nie martw się, wszystko będzie dobrze! - rzekła z czułością i przytuliła mnie, po czym udała się do strażników, by zmusić ich do wp.usz.czenia mnie.
Wolnym krokiem podszedł do mnie Meantis. Bez słowa chwyciłam go za rękę i odeszliśmy kawałek, aż pod olbrzymią sosnę. Jego błękitne oczy wpatrywały się we mnie z dziwnym blaskiem.
- Chcę ci powiedzieć tylko jedno - usłyszałam cichy szept, a jego twarz powoli zbliżyła się do mojej - postaraj się przeżyć, Kwiatku - zaparło mi dech w piersiach. Jego usta dotknęły moich. Po tym delikatnym pocałunku szybko się od siebie odsunęliśmy, bo zbliżała się do nas Ellena, która jeszcze ciągle nie patrzyła się w naszą stronę.
Zerknęłam na chłopaka. W jego oczach płoną błysk samozadowolenia. Ja czułam jak palą mi się policzki. W moich wnętrznościach zapłonął ogień. Najwidoczniej one dobrze wiedziały, co czułam do Meantisa.
- Chodź szybko - powiedziała nieświadoma mojego stanu Czarownica i udała się w stronę zamku, a ja poszłam za nią. Minęliśmy strażników i weszłam do środka pałacu.
- Powodzenia - usłyszałam tylko i złote drzwi się za mną zamknęły.
- Wasza Wysokość, proszę za mną - rzekł jeden ze strażników stojących po środku ogromnego marmurowego hallu. Przede mną piętrzyły się wysokie schodu, a z wysokiego sufitu zwisał wspaniały żyrandol. Udałam się za strażnikiem, który zaprowadził mnie bocznymi drzwiami do małej salki pełnej obitych czerwonym aksamitem ław. Przeszliśmy przez kolejne drzwi mijając strażników. Znaleźliśmy się w wielkiej sali zakończonej kopułowatym sklepieniem. Na wprost drzwi znajdywał się złocony tron obity na czerwono. Po obu stronach tronu stało mnóstwo krzeseł, teraz zajętych przez królewskich doradców i arystokratów, a po mojej prawej i lewej stały rzędami długie ławy, również zajęte.
Na tronie siedziała Królowa. Moja matka. Czarne włosy spływały jej aż do stóp, a białe ramiona okryte były delikatnym zielonym szalem. Miała na sobie wspaniałą suknię do ziemi ozdobioną motywem pawich piór. Na jej szyi wisiał złoty łańcuszek z wielkimi kamieniami szlachetnymi, a głowę zdobiła przepiękna korona, cała ze złota. W jednej ręce Królowa trzymała berło, a w drugiej złote jabłko, ale oba atrybuty w chwili naszego przyjścia wręczyła dwom doradcom, którzy pośpiesznie odłożyli je na postument wznoszący się pośrodku sali. Dopiero teraz zauważyłam, że było tu około tuzin strażników.
Krótko mówiąc, znalazłam się w sali audiencyjnej.
Strażnik głęboko pokłonił się Królowej i wyszedł.
- Podejdź tu moje dziecko - powiedziała głośno i wyraźnie Królowa. Przez jej głos pobrzmiewało rozczarowanie.
Posłusznie podążyłam do tronu, omijając postument i starając się zignorować masę przeszywających mnie spojrzeń.
- Powiedz mi, co ty tu robisz w takim stanie? - spytała moja matka, gdy stanęłam wystarczająco blisko - jak się tu dostałaś? - uparcie milczałam wpatrując się w podłogę. Usłyszałam głębokie westchnienie - nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie martwiłam. Nie wiedziałam co się z tobą stało, do czasu, aż Isolde nie powiedziała mi, że widziała cię zmierzającą w stronę zamku - coś w głosie matki i rosnący we mnie gniew kazał mi spojrzeć Królowej w oczy i odpowiedzieć.
- Dostałam się tu przez lustro. Nie wiem, dlaczego - pobrzmiewała przez mnie gorycz.
- Przez tydzień będziesz przygotowywana, żeby zasiąść na tronie. Nie wrócisz do swojego kraju - lodowate słowa matki wbijały się w moje serce - bardzo się na tobie zawiodłam, Alice - szepnęła na koniec donośnie Królowa, po czym zaklaskała i dwie służące, które wyrosły jak z pod ziemi zabrały mnie z sali schodami na górę. Zaprowadziły mnie do wielkiej komnaty z gigantycznym łożem z baldachimem i mnóstwem regałów na książki. Było tam jeszcze wiele innych przedmiotów, jak marmurowe biurko, czy wielka sofa, ale byłam tak wyczerpana i zła, że nie zapamiętałam szczegółów.
Służące wskazały mi drzwi po lewej stronie. Spytały, czy potrzebuję pomocy, a gdy zaprzeczyłam odeszły. Weszłam do łazienki za owymi drzwiami. Była ogromna. Pokaźnych rozmiarów marmurowa wanna miała złoty kurek. Jak widać Królowa wiele wynalazków przeniosła ze świata ludzi do tego, gdyż bieżąca woda była ciepła, a znajdywał się też tu wynalazek zwany kibelkiem. Wlałam do wanny znalezione przeze mnie płyny i zanurzyłam się w niej. Ciepło uderzyło mnie i po zmyciu wszystkich brudów najnormalniej w świecie zasnęłam otulona pianą.
Rozdział super x33 Romans x333 Uwielbiam romanse *u* Czekam na ciąg dalszy 8) Znalazłam tylko jedną literówkę, gdzieś tam jest "Kim ja właściwie była" A z resztą tekstu jest według mnie bardzo dobrze
Komentarz
Ciekawy rozdział
Czekam na więcej
Fajnie fajnie...
Dziękuję wszystkim
Miałam tak zwany ,,napad weny'' :twisted:
Nowy rozdział:
,,Rozwiązania naszych problemów przychodzą zazwyczaj wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.''
- Księżniczko, ty przodem - usłyszałam głęboki głos Meantisa.
Przechodziliśmy właśnie przez jakiś strumyk i mężczyzna podał mi rękę pomagając przejść. Okazało się, że po zdjęciu czaru był wyjątkowo uprzejmym, bystrym i sprawnym człowiekiem.
- Dziękuję - odpowiedziałam nieco zażenowana. Poczekałam, aż Meantis pomoże przejść Ellenie, która sprawnym ruchem wyswobodziła się z jego uścisku i z gracją przeskoczyła rzeczkę, po czym spytałam:
- Jaka jest... ta Królowa? - Na pytanie odpowiedziała mi Czarownica, co trochę mnie zdziwiło.
- Alice... To, co czego się boisz, staje się prawdą, gdy przebywa przy tobie - szepnęła wzdrygając się lekko.
- A człowiek, chcący się jej sprzeciwić, ginie, nim zdąży powiedzieć ''nie'' - dokończył Meantis.
Spojrzałam przed siebie. Kim właściwie byłam? ,,No tak... nikim'' odpowiedziałam sobie w myślach. Ale wszyscy tu traktowali mnie z szacunkiem. Nazywali mnie księżniczką. Tyle, że ja się nią nie czułam. Może, gdyby moi rodzice pochodzili z tej krainy, albo gdybym nie musiała zastanawiać się nad innymi rzeczami byłoby inaczej? Szczerze wątpiłam.
- Zastanawiam się... Kim byli moi rodzice... - powiedziałam na głos.
- No jak to kim? Czarodziejami! - rzekł spokojnie Meantis.
- Byli ludźmi... Prawda? - spojrzałam niepewnie na Ellenę.
- Wybacz, ale nie mogli być ludźmi. Człowiek nie ma prawa dostępu do lustra. Dla niego, byłoby zwykłym lusterkiem, nie portalem.
- To... to co ja robiłam w moim, znaczy... w świecie ludzi? - spytałam, czując się, jakby ktoś oblał mnie kubłem wody.
- Tego właśnie nie wiemy. I to właśnie nas interesuje - odpowiedziała Ellena - Ale... jesteś Czarodziejką na pewno. A teraz, to już właściwie przyszłą Wróżką.
- Nie jestem żadną Czarodziejką!!! Nie mam mocy, ani nic! - wykrzyknęłam im prosto w twarz. Oni mogli sobie być Czarodziejami, a wiedziałam, że oboje nimi są, po tym, jak Meantis zapalił ogień szepcząc jakieś zaklęcie, a Ellena kilka razy używała przy mnie czarów, ale ja nie byłam magiczna.
- Tak? To spróbuj zrobić coś z tą wodą - powiedziała wskazując na strumyk.
- To jakaś głupota! - syknęłam, ale uniosłam dłonie i wyobraziłam sobie, że tafla wody zmienia się w fontannę. Strumyk pozostał jednak nienaruszony.
- Dziwne... - mruknęła do siebie Ellena - twoja magiczna aura jest bardzo wyraźna. Myślałaś o tym, co chcesz zrobić z tym strumykiem? - spytała po chwili, po czym spojrzała na rzeczkę bardzo uważnie, a tafla wody zmieniła się w strumień krwi.
Czarownica mrugnęła, po czym woda z powrotem była krystalicznie czysta.
- Wiesz przecież, że kiedy jest się osłabionym, rannym czy wstrząśnięty, lub nie można się wystarczająco skupić, to nic z czarów nie wyjdzie. Do tego potrzeba naprawdę wiele energii - stwierdził cicho Meantis.
- Nie jestem chora! Nie jestem ranna, ani nieskupiona! - warknęłam na niego.
- Może tak myślisz, ale to zwykle dzieje się w głębi duszy, możesz o tym nie wiedzieć i...
- Nie jestem ułomna! Nie zawsze muszę być we wszystkim gorsza!!! - krzyknęłam.
- Spokojnie, Alice, uspokój się... - Meantis lekko wycofał się w stronę strumienia.
- Nie pasuję tu! Zginęło przez mnie mnóstwo ludzi i nie mam nawet magicznych mocy! - darłam się ile sił, byle tylko zagłuszyć palące poczucie zawodu, poczucie tego, że jest się kimś wyjątkowym.
- Alice...
- Nie! Nic nie rozumiecie! Żyjecie w tym waszym świecie i wydaje wam się, że wam jest źle! Może nie chcę was ratować!? Może wolałabym ukryć się, niż stawać do walki z jakąś królową!? To jest chore! Wymagacie ode mnie zdecydowanie za dużo!
- Alice, ty...
- Co? Może nic nie rozumiem? Może jestem waszą jedyną nadzieją!? Jasne! Tylko wiecie co? Wycofuję się!
- Alice, patrz co robisz! - krzyknęła Ellena, wskazując palcem na strumień, który wyglądał jak magma i pryskał na wszystkie strony iskrami.
- Och... - wymsknęło mi się. Poczułam, jak palą mi się policzki. Lawa zmieniła się w lód, a następnie w wodę.
- Mówiliśmy, że potrafisz czarować. Czasem potrzebna mocnego szoku, lub złości, aby moce się objawiły - stwierdziła Czarownica - A jeśli nie chcesz nam pomagać, to dobrze, trudno. Może sami sobie poradzimy - dodała zmieniając ton na lodowaty.
- Chcę. Przepraszam - szepnęłam wpatrując się uporczywie w swoje stopy.
- Chodźmy już lepiej - pospieszył nas Meantis.
***
Szliśmy już bardzo długo. Perłowy zamek zbliżył się do nas ogromnie. Ellena uważała, że do wioski powinniśmy dotrzeć wieczorem. Mijaliśmy kolejne rzeki i laski, ale coraz więcej już było widać pól, oraz upraw. Niekiedy nawet widać było małe, białe chatki z brązowymi dachami. Czarownica zarzuciła na ramiona i głowę chustę, tak, żeby nie było widać okropnych ran zadanych przez Banshee, oraz żeby nikt jej nie rozpoznał. Proponowałam jej nawet, bym użyła swojej krwi na jej ranach, ale odmówiła.
Weszliśmy właśnie w jakiś ciemniejszy zagajnik między polami.
- Co tu robisz, Wiedźmo? - spytał jakiś melodyjny, wysoki głos. Z cienia spoglądała na nas przepiękna kobieta z długimi blond włosami do ziemi.
- A co ty tu robisz, Isolde?! - odpowiedziała pytaniem na pytanie Ellena.
- Zostałam wezwana do królowej -odrzekła chłodno zapytana - chce, żebym wyświadczyła jej pewną przysługę.
- Syreny? - zapytała tajemniczo Wiedźma. Isolde przytaknęła. Dotknęła lekko wielkiej perły zawieszonej na jej szyi.
- Nimfy, Syreny i Trytony w dokładności. Królowa boi się, że jej siostrzyczce zbyt duży zysk w wojnie przyniosą Banshee, Trolle i Czarodzieje. W pełni się z nią zgadzam.
- Nie obchodzi cię chyba wojna, co? - spytał kobietę Meantis.
- Nie, ale jeśli chcesz, ciebie też nie musi - odpowiedziała uśmiechając się chytrze - wystarczy, że wyrusz ze mną do Zatoki Słońca. W końcu tam nikt się nie kłóci - zakończyła miękko.
- Tak, bo jakby ktoś zaczął się kłócić, to rzucilibyście go na pożarcie Syrenom - żachnął się mężczyzna.
- Lepiej uważaj na słowa - szepnęła Isolde i odsłoniła zęby ukazując kły, jak u wampira - w naszym kraju byłbyś szczęśliwy, ale jeśli wolisz uganiać się z Czarownicą i tą młodą Czarodziejką, to proszę bardzo - rzuciła - tylko jeszcze raz się zastanów, po czyjej chcesz być stronie. My jeszcze się zastanawiamy. Ale tak na wszelki wypadek... miej to ze sobą - dodała rzucając w jego stronę małą buteleczkę, po czym wydała z siebie skrzek jak mewa i znikła zostawiając po sobie tylko kilka złotych piórek.
- Co to jest? - spytał Meantis Elleny podając jej miksturę.
- Napój uśmiercający. Bardzo starodawna technika Syren. Rzadkość. Musiałeś się jej naprawdę spodobać, skoro dała ci taką możliwość obrony - Zielarka odkorkowała butelkę i powąchała roztwór - Och... dodała tu odrobinę pyłku z kwiatu, który rośnie w głębinach. Używając eliksir zapragniesz znaleźć się w Zatoce... Tak... Isolde to sprytna bestia.
Nagle, jakby dostała olśnienia. Przechyliła buteleczkę i prosto na jej rękę wylała się złotawa substancja. Ręka odżyła. Wszystkie rany, słowa i niedoskonałości znikły.
Krótko mówiąc:
znalazła ROZWIĄZANIE.
----
Mam nadzieję, że dłuższy od poprzedniego
Czekam na kolejny
Hmmm... może trochę za dużo stworów na raz, rzeczywiście. Do końca jeszcze sporo czasu. Tyle stowrzeń dałam, gdyż chciałam pokazać bohaterce, że jest to rzeczywiście świat magiczny. Obiecuję, że w kolejnym rozdziale nic się nie pojawi i będzie to lepszy rozdział. Co do otiwerana i zamykania furtek... Podaj jakiś przkład xD Bo muszę wiedzieć, czy chodzi o to, coo zrobiłam specjalnie, czy nie. Trzeba przyznać, że naprawdę niewiele jeszcze wiadomo. A że pisarzem dobrym nie jestem, to wiem xD
No cóż... dziękuję za komentarz i cieszę się, że ktoś popatrzył fachowym okiem na moje wypociny.
Wszystkim za komentarze dziękuję
Twoja historia jest boska , całkowicie powala mity o wróżkach !
http://ktosiksims.tumblr.com
Życie za życie.
Śmierć za śmierć.
Jeden kwiat kwitnie, drugi umiera.
Jedna gwiazda świeci, druga kończy swą wędrówkę po nieboskłonie.
Ktoś ginie, a ktoś się rodzi.
Napatrzyłam się już na śmierć.
Napatrzyłam się już na ból.
Widziałam już wiele cierpienia. Wiele więdnących kwiatów. Wiele spadających gwiazd.
Najwidoczniej nie miałam jednak przestać.
Obserwowałam, jak krew skapywała powoli po mojej ręce.
Syknęłam z bólu i podniosłam się z klęczek.
- Nic ci nie jest? - spytał cicho Meantis. Powoli pokręciłam głową. Świat zawirował. Straciłam dużo krwi. Przewróciłam się i skaleczyłam głęboko o ostrą gałąź. Na mojej ręce widniała paskudna rana.
Czarownica przewróciła oczami. Jej ręka była w zupełności zdrowa.
- Ile jeszcze do zamku? - spytałam kapryśnie ignorując ból.
- Niedaleko - odpowiedziała zdawkowo Czarownica, zerkając na białe mury pałacu, które coraz bardziej się przybliżały.
Prawdę mówiąc bardzo się bałam. Wyobrażałam sobie Królową i siebie samą. Kim ja właściwie byłam!?
Życie za życie... Miałam zasiąść na tronie? Zamiast matki?
Zaczynały ogarniać mnie wątpliwości. W mojej głowie pojawiła się wizja siebie samej z uroczym kokiem, błyszczącą koroną i wspaniałą suknią. Władczym spojrzeniem omiotłabym salę tronową i chłodno zmierzyłabym wzrokiem poddanych.
Zamknęłam oczy. Łza spłynęła mi po policzku, czułam jej słony smak w ustach. Poczułam, że ktoś chwyta mnie za rękę i mocno ściska. Spojrzałam kątem oka na bok. Meantis. Bardzo się ostatnio do siebie zbliżyliśmy. Nie potrafiłam głębiej określić tego, jakie uczucie do niego żywię.
Niedawno dowiedziałam się, że według prawa tego świata byłam pełnoletnia od piętnastego roku życia. Okazało się, że Czarownica miała coś ponad sto lat, a Meantis dziewiętnaście. Był taki młody, ale jednocześnie taki dorosły. Bardzo opiekuńczy, odpowiedzialny.
Przygryzłam wargę. Słodki smak krwi zmieszał się z łzą.
Chłopak otarł mi wilgotny znak z policzka.
- Idziemy do zamku, musisz dobrze wyglądać - szepnął z uśmiechem. Dobrze wyglądać, jasne, byłam całą we krwi, ziemi i innym świństwie.
- Bardzo zabawne - mruknęłam, speszona nagłymi rumieńcami kwitnącymi na moich policzkach.
- Nie bój się. W końcu Królowa to twoja matka. Przyjęła cię pod dach! - rzekł błędnie myśląc, że rumieniec to oznaka strachu przed dotarciem do pałacu - Jak tam właściwie jest? W sierocińcu? - spytał lekko sp.us.cz.ając wzrok.
- Okropnie - odrzekłam lakonicznie.
- Będziemy za jakieś piętnaście minut - wtrąciła się Ellena.
Poczułam dreszcz przechodzący mi po plecach.
Jedyne piętnaście minut.
Nogi się pode mną ugięły.
Ale nie chciałam być spadającą gwiazdą.
***
Stało się.
Stałam przed złotym, ogromnym wejściem do pałacu. Po obu stronach stali ciężko uzbrojeni strażnicy, praktycznie nie poruszając się.
- Poczekaj! - szepnęła za mną Czarownica - pójdziesz sama. Nas nie wpu.sz.czą. Nie martw się, wszystko będzie dobrze! - rzekła z czułością i przytuliła mnie, po czym udała się do strażników, by zmusić ich do wp.usz.czenia mnie.
Wolnym krokiem podszedł do mnie Meantis. Bez słowa chwyciłam go za rękę i odeszliśmy kawałek, aż pod olbrzymią sosnę. Jego błękitne oczy wpatrywały się we mnie z dziwnym blaskiem.
- Chcę ci powiedzieć tylko jedno - usłyszałam cichy szept, a jego twarz powoli zbliżyła się do mojej - postaraj się przeżyć, Kwiatku - zaparło mi dech w piersiach. Jego usta dotknęły moich. Po tym delikatnym pocałunku szybko się od siebie odsunęliśmy, bo zbliżała się do nas Ellena, która jeszcze ciągle nie patrzyła się w naszą stronę.
Zerknęłam na chłopaka. W jego oczach płoną błysk samozadowolenia. Ja czułam jak palą mi się policzki. W moich wnętrznościach zapłonął ogień. Najwidoczniej one dobrze wiedziały, co czułam do Meantisa.
- Chodź szybko - powiedziała nieświadoma mojego stanu Czarownica i udała się w stronę zamku, a ja poszłam za nią. Minęliśmy strażników i weszłam do środka pałacu.
- Powodzenia - usłyszałam tylko i złote drzwi się za mną zamknęły.
- Wasza Wysokość, proszę za mną - rzekł jeden ze strażników stojących po środku ogromnego marmurowego hallu. Przede mną piętrzyły się wysokie schodu, a z wysokiego sufitu zwisał wspaniały żyrandol. Udałam się za strażnikiem, który zaprowadził mnie bocznymi drzwiami do małej salki pełnej obitych czerwonym aksamitem ław. Przeszliśmy przez kolejne drzwi mijając strażników. Znaleźliśmy się w wielkiej sali zakończonej kopułowatym sklepieniem. Na wprost drzwi znajdywał się złocony tron obity na czerwono. Po obu stronach tronu stało mnóstwo krzeseł, teraz zajętych przez królewskich doradców i arystokratów, a po mojej prawej i lewej stały rzędami długie ławy, również zajęte.
Na tronie siedziała Królowa. Moja matka. Czarne włosy spływały jej aż do stóp, a białe ramiona okryte były delikatnym zielonym szalem. Miała na sobie wspaniałą suknię do ziemi ozdobioną motywem pawich piór. Na jej szyi wisiał złoty łańcuszek z wielkimi kamieniami szlachetnymi, a głowę zdobiła przepiękna korona, cała ze złota. W jednej ręce Królowa trzymała berło, a w drugiej złote jabłko, ale oba atrybuty w chwili naszego przyjścia wręczyła dwom doradcom, którzy pośpiesznie odłożyli je na postument wznoszący się pośrodku sali. Dopiero teraz zauważyłam, że było tu około tuzin strażników.
Krótko mówiąc, znalazłam się w sali audiencyjnej.
Strażnik głęboko pokłonił się Królowej i wyszedł.
- Podejdź tu moje dziecko - powiedziała głośno i wyraźnie Królowa. Przez jej głos pobrzmiewało rozczarowanie.
Posłusznie podążyłam do tronu, omijając postument i starając się zignorować masę przeszywających mnie spojrzeń.
- Powiedz mi, co ty tu robisz w takim stanie? - spytała moja matka, gdy stanęłam wystarczająco blisko - jak się tu dostałaś? - uparcie milczałam wpatrując się w podłogę. Usłyszałam głębokie westchnienie - nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie martwiłam. Nie wiedziałam co się z tobą stało, do czasu, aż Isolde nie powiedziała mi, że widziała cię zmierzającą w stronę zamku - coś w głosie matki i rosnący we mnie gniew kazał mi spojrzeć Królowej w oczy i odpowiedzieć.
- Dostałam się tu przez lustro. Nie wiem, dlaczego - pobrzmiewała przez mnie gorycz.
- Przez tydzień będziesz przygotowywana, żeby zasiąść na tronie. Nie wrócisz do swojego kraju - lodowate słowa matki wbijały się w moje serce - bardzo się na tobie zawiodłam, Alice - szepnęła na koniec donośnie Królowa, po czym zaklaskała i dwie służące, które wyrosły jak z pod ziemi zabrały mnie z sali schodami na górę. Zaprowadziły mnie do wielkiej komnaty z gigantycznym łożem z baldachimem i mnóstwem regałów na książki. Było tam jeszcze wiele innych przedmiotów, jak marmurowe biurko, czy wielka sofa, ale byłam tak wyczerpana i zła, że nie zapamiętałam szczegółów.
Służące wskazały mi drzwi po lewej stronie. Spytały, czy potrzebuję pomocy, a gdy zaprzeczyłam odeszły. Weszłam do łazienki za owymi drzwiami. Była ogromna. Pokaźnych rozmiarów marmurowa wanna miała złoty kurek. Jak widać Królowa wiele wynalazków przeniosła ze świata ludzi do tego, gdyż bieżąca woda była ciepła, a znajdywał się też tu wynalazek zwany kibelkiem. Wlałam do wanny znalezione przeze mnie płyny i zanurzyłam się w niej. Ciepło uderzyło mnie i po zmyciu wszystkich brudów najnormalniej w świecie zasnęłam otulona pianą.
---
Tadam!
Świetny rozdział ;D
Romans *.* xdd