Oczopląsu dostałam od czytania(bo wcześniej nie czytałam twojej historii),ale warto było pocierpieć;P Opowieść wciągająca i barwna,choć czasem wszystko jakby za szybko się działo,ale w gruncie rzeczy to nie przeszkadza.
Na początku historii pisałaś,że chłopak jest z Sunset Valley,a potem,że z Riverview,ale w sumie nieistotne skąd,ale p i s z ę żebyś mogła poprawić.
Bardzo podoba mi się motyw z matką dziewczyny i trochę więcej interakcji z matką poproszę.:D Ogólnie super,z przyjemnością będę czytała kolejne rozdziały:D
Dziękuję wszystkim za miłe opinie! Karo, Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Cóż, wiem, że mam mały problem z szybką akcją (xD), ale zwykle nie potrafię wytrwać, jeśli długo coś się nie dzieje. Co do miejsca pochodzenia Dominica, dzięki za spostrzeżenie pomyłki . A teraz do czytelników! To już jeden z trzech ostatnich rozdziałów Następnej. Po dwudziestym rozdziale nastąpi pewna przerwa techniczna, bym mogła zebrać myśli, a potem staruję z drugą częścią. I jeszcze taka informacja. Te trzy rozdziały będą pisane w formie pamiętnika, że tak powiem. Będzie to małe odstępstwo od reszty, ale mam nadzieję, że spodoba się Wam.
Dzień pierwszy, godzina nie wiadomo która.
- Bądź grzeczną dziewczynką i przyjmij te lekarstwa - mówi doprowadzający mnie do szału lekarz psychiatrii.
Przewiezienie mnie po raz drugi do szpitala można było porównać do usiłowania zapięcia smyczy rozwścieczonemu niedźwiedziowi grizzly, z tego, co słyszałam od reszty personelu. Może tak, może nie.
Z drugiej strony wiem, że muszę zachowywać się potulnie, inaczej odetną mnie od świata. Z resztą, już odcieli.
W szpitalnym pokoju spędziłam zaledwie kilka godzin. Nie ma tam zegara, nie ma tam już obrazów, tylko puste jasne ściany i dołujące meble. Jak z horroru.
Nie wiem gdzie jest Dominic, nie wiem co się ze mną stanie, nie wiem, co począć. Po prostu nie wiem.
Pytacie, jak wam to wszystko opisuję? Otóż, moi "wspaniałomyślni opiekuni" dali mi zeszyt i ołówek, bym mogła podzielić się swoimi myślami ze słowami. Durnota. Tak więc, opisałam już praktycznie całą swoją historię, od momentu przeprowadzki do zagarnięcia przez policję w domu Dominica. Szalone, prawda? Może kiedyś ten zeszyt wpadnie w ręce policji, FBI, czy kogośtam i wyjdzie na jaw prawda. Wątpię w to, jednak.
Teraz słyszę, jak owy lekarz chce mi zaaplikować kolejną dawkę nieznanego leku. Co prawda próbowałam się zapytać, co mi podają, lecz skończyło się na środkach na uspokojenie.
Nie przerywając pisania kiwam ze znużeniem głową. Za moje "poprawne" zachowanie podłączyli mi kroplówkę, więc nie muszę brać do ust gorzkich leków nieznanego mi pochodzenia.
Kontynuując, w każdej chwili mogę spodziewać się ataku potwora z zamierzchłych czasów, jak go sobie czasami nazywam. Mam nadzieję, że jeśli Dominic kiedykolwiek wydostanie się/ucieknie na wolność uda mu się rozszyfrować zagadkę. Na siebie już nie mogę liczyć.
W końcu lekarz wychodzi zamykając starannie drzwi, przekręcając klucz i blokując je kodem. Wiem, że wykonuje taką procedurę, bo widziałam drzwi od drugiej strony kilka godzin temu.
Zostaję więc sama i nie przestaję pisać. Może w innym życiu zostałabym pisarką?
Ach te pytania! Czyż to nie zwykłe przemyślenia nastolatki, nad którą wisi jakaś chora klątwa?
Z pewnością nie.
Na razie koniec.
Dzień pierwszy, godzina nadal nie wiadoma.
Dostałam prawo do odwiedzenia mnie przez członka rodziny. Nie przyjaciela, nie koleżankę, nie kolegę. Tylko członek rodziny. Czyli wychodzi na to, że albo matka, albo ojciec. Super.
Wiadomości o rodzicach nie dostarczyli mi zbyt wiele. Powiedzieli tylko, że mama i tata ciężko pracują i martwią się o swoją córeczkę. Akurat.
Wracając do tematu, nie wiem, z kim mam się spotkać. Moja marna intuicja podpowiada mi, że ojciec zapewne będzie na jakimś ważnym spotkaniu, a matka pewnie będzie leniła się w domu. Wybór padnie na nią.
Zagryzam wargi i patrzę niepewnie w drzwi. Moje pismo może być teraz niechlujne i brzydkie, ale co mi tam. W oczach wszystkich jestem pewnie wariatką.
Zastanawiam się, co myślą o mnie uczniowie ze szkoły lub nauczyciele. Czy zapamiętają mnie jako nieśmiałą Danelish, której pierwszy dzień w nowej szkole stał się początkiem prawdziwej ucieczki? Raczej nie.
Zastanawiam się, czy napisali już o mnie w gazetach. W takich małych miejscowościach jak Appaloosa wieści szybko się rozchodzą. Już wyobrażam sobie artykuł i nagłówek "Ciężki stan córki właściciela Ośrodka Jeździeckiego". Czy zostanę zapisana w kartach historii? Raczej tak.
Zastanawiam się, co stanie się jutro. Pojutrze. Za tydzień. Za miesiąc. Za rok. Nie przepowiadam przyszłości, ale jestem pewna, że moja przyszłość jest równie nie jasna jak sufit tego pokoju.
Teraz wchodzi lekarz. Znów nie podnoszę głowy. Wiem, że to on, bo ma w zwyczaju dziwnie pogwizdywać, gdy idzie do mnie. Pyta, kto ma mnie odwiedzić.
- Matka - odpowiadam.
On mówi coś zadowolony, a ja nie zwracam na niego uwagi. Nauczyłam się ignorować lekarzy.
Trajkocze coś o dobrym zdrowiu i o odwiedzinach matki. Specjalnie nie podaje godziny jej przyjścia. Niby wielki spryciarz.
Z ulgą słyszę, że wychodzi. Znów sama. Tylko ja, obgryziony ołówek i zeszyt.
Na razie koniec.
Dzień pierwszy, godzina zdaje się późna.
Matka przed chwilą wyszła. Nie powiem, była zdruzgotana, gdy zobaczyła swoją córunię z tłustymi włosami, agresją na twarzy i ołówkiem w ręce, przygotowanym jak na wampira. Odbyłyśmy sobie razem miłą pogawędkę.
- Więc...jak się czujesz? - pyta swoim wyniosłym głosem. Nawet nie usiadła.
- Dobrze - odpowiadam uśmiechając się słodko. - A właściwie niedobrze. Chcę, by mnie stąd wypuścili.
Matka zacisnęła zęby. Z zaciętą miną spojrzała na mnie.
- Jesteś chora. Musisz tu przebywać.
- Nie jestem chora, do cholery! - czułam, jak ogarnia mnie dobrze znany szał.
- Nie takim tonem, młoda damo! - ofuknęła mnie matka.
Siedziałam na łóżku i wpatrywałam się w nią z odrazą. "Jesteś moją matką, a jej nie przypominasz!", chciało mi się krzyczeć. Dobrze wiedziałam, że każdy mój krzyk mógł być odnotowany na karcie pacjenta. Zdusiłam go w sobie.
- A...co tam w domu? - zaczęłam zupełnie z innej beczki. Siliłam się na neutralny ton.
Matka zamrugała zdumiona. Jeszcze przed chwilą myślała pewnie, że chcę ją rozszarpać, jak przystało na psychopatkę.
- Dobrze. Ojciec pracuje...mamy konie...i p.i.s.z.ę książkę kucharską.
Czy opowiadałam już o owych "przebłyskach" jakich czasem dostaje moja matka? Jeśli nie, to wiedzcie, że ta wredna i nieczuła Katine Vecorm potrafi czasami być dobra. Potrafi opowiadać, śmiać się, być innym człowiekiem. Ale to tylko przebłyski.
- Książkę? - spytałam ze zdumieniem. - To fajnie. A co zamierzasz w niej opisać?
- Przepisy na indyka - powiedziała z wahaniem. Zza maski wyniosłości wyjrzała ta lepsza rodzicielka, jaką była wtedy, gdy byłam mała. - Znalazłam już wydawnictwo i książka pojawi się pewnie w połowie zimy. Jestem z tego taka dumna!
- To cieszę się - zdobyłam się na słaby uśmiech z serii uśmiechów "Jest okej".
Przez chwilę wpadło mi do głowy, by powiedzieć matce o niebezpieczeństwie, które czyhało na nas. Była jednak w zbyt dobrym nastroju i nie miałam serca tego psuć. Zdobyłam się jedynie na ostrzeżenie.
- Słuchaj, mamo...Sądzę, że powinnaś uważać teraz lub w przyszłości na siebie. W końcu tyle się słyszy o tych wszystkich niewyjaśnionych zniknięciach...Sama rozumiesz.
Nastrój matki prysł jak bańka mydlana. Limit miłej rozmowy się skończył.
- Nie będziesz mi mówiła takich rzeczy - syknęła podchodząc bliżej. Świdrowała mnie wzrokiem. - A co do niewyjaśnionych zniknięć, to lepiej zastanów się nad sobą i twoim ostatnim postępowaniem! Przecież dobrze wiesz, że to tylko i wyłącznie twoja wina, że zwariowałaś. Wolałabym nie mieć córki. Co o mnie teraz pomyślą znajomi i reszta rodziny! A co miasto! I czytelnicy, jeśli osiągnę s.u.k.c.e.s! "Katine Vecorm, wspaniała kucharka i żona, matka nieuleczalnie chorej psychicznie córki, Danelish"!
Ciskając tymi słowami jak sztyletami, przecięła ostatnie więzi łączące mnie z nią. Dumnie unosząc głowę, wyszła po chwil.
Nie mam siły już dalej pisać.
Na razie koniec.
Zobaczę, co przyniesie jutro.
Fajnie, że dalej pi sze sz
Super rozdział, ale zauważyła kilka błędów:
podwójny wyraz książka, misi, zamiast wisi xD, córka Ośrodka Jeździeckiego xD i jeszcze brak wyrazu ''to'', ale nie pamiętam gdzie xD
Jak przeczytałam o zmianie sposobu pisania, to w pierwszej chwili nie byłam przekonana, ale spodobało się Dobry moment na to wybrałaś i zgrabnie wplotłaś wytłumaczenie w treść wpisu w "dzienniku". Jestem ciekawa jak to się dalej potoczy
Wypatrzyłam dwa małe błędy:
W wątpię, jednak.
i podwójny wyraz książka. Jeszcze "córka Ośrodka Jeździeckiego" trochę dziwnie brzmi Polecam na przyszłość ponownie przeczytać notkę przed publikacją, żeby uniknąć takich niepotrzebnych błędów. Nie ma co się spieszyć
Miałaś bardzo świetny pomysł o napisaniu tego rozdziału w wersji pamiętnika. Miła odmiana czytać twoją historię w innym stylu. Czekam na dalszy rozdział
Przeczytałem rozdział i jestem bardzo zadowolony.
Podoba mi się nowa forma i szczerze mówiąc to czyta się szybko i przyjemnie.
Jedyne co mi się nie podoba to brak poczucia takiego... finału. Może tylko trochę, ale na razie nie dzieje się nic strasznego i dlatego tak. :P
Ale ja się czepiam wiem :roll:
Bardzo fajnie,płynnie przeszłaś do pamiętnika i prawie wcale nie odczuwa się zmiany narracji.Cieszę się,że matka Danelish znów się pojawiła i pokazała pazurki:twisted:
W formie pamiętnika czyta się to według mnie chyba nawet lepiej, niż tak normalnie :-o Rozdział jest świetny, ale jakoś nie oczuwam, żeby miało się to zaraz skończyć i nie mam pojęcia, jak zrobisz do tego koniec Chyba, że taki typowy dla rozpocząecia drugiej serii, czyli nie kończąc wszystkich wątków I bardzo mi się podoba, że tak jak Karo wspomniała, jest płynne przejście 8) No to pozostaje na razie tylko czekać na przedostatni rozdział :P
Dziękuję gorąco wszystkim czytelnikom!
Karo - Specjalnie wprowadziłam matkę dziewczyny do tego rozdziału, przecież o to prosiłaś :twisted:
Lethias&Goka - Spokojnie, na razie rzeczywiście nie widać, żeby miało się coś stać, ale to dopiero cisza przed burzą :twisted:
Sądząc po Waszych postach - nie możecie się już doczekać. Ja również Ostatnie dwa rozdziały powinny pojawić się w stosunkowo krótkim czasie tzn. niedługo. Mam już opracowany ich "wygląd" i sens, powiedzmy. Tym czasem, mogę uchylić rąbka tajemnicy w sprawie drugiej części "Następnej".
Pewnie przewidujecie już, że nie skończyłam kilku wątków. I mianowicie pozostaje problem owej klątwy. Akcja drugiej części będzie się toczyła, powiem bez ogródek, w Paryżu, we Francji. Z poprzednich rozdziałów łatwo wydedukować, że Dominic i Danelish postanowili poszukać informacji na temat wędrownej grupy cyganów, która po raz ostatni poskromiła demona. Cóż, wychodzi na to, że czeka nas spotkanie z cyganami, wieżą Eiffla, żabimi udkami i kolejną porcją grozy. Tylko kto tym razem wystąpi w roli głównego bohatera?
Nowy rozdział już wkrótce
P.S. Czuję poniekąd dumę, ponieważ chyba tylko ja w historii stworzę drugą część swojej historii :shock:
Również na początku nie byłam przekonana do nowego sposobu pisania, ale wyszło świetnie
W ogóle fajnie, że kontynuujesz historię
Rozdział moim zdaniem bardzo ciekawy
Czekam na więcej ;D
Komentarz
Na początku historii pisałaś,że chłopak jest z Sunset Valley,a potem,że z Riverview,ale w sumie nieistotne skąd,ale p i s z ę żebyś mogła poprawić.
Bardzo podoba mi się motyw z matką dziewczyny i trochę więcej interakcji z matką poproszę.:D Ogólnie super,z przyjemnością będę czytała kolejne rozdziały:D
Dzień pierwszy, godzina nie wiadomo która.
- Bądź grzeczną dziewczynką i przyjmij te lekarstwa - mówi doprowadzający mnie do szału lekarz psychiatrii.
Przewiezienie mnie po raz drugi do szpitala można było porównać do usiłowania zapięcia smyczy rozwścieczonemu niedźwiedziowi grizzly, z tego, co słyszałam od reszty personelu. Może tak, może nie.
Z drugiej strony wiem, że muszę zachowywać się potulnie, inaczej odetną mnie od świata. Z resztą, już odcieli.
W szpitalnym pokoju spędziłam zaledwie kilka godzin. Nie ma tam zegara, nie ma tam już obrazów, tylko puste jasne ściany i dołujące meble. Jak z horroru.
Nie wiem gdzie jest Dominic, nie wiem co się ze mną stanie, nie wiem, co począć. Po prostu nie wiem.
Pytacie, jak wam to wszystko opisuję? Otóż, moi "wspaniałomyślni opiekuni" dali mi zeszyt i ołówek, bym mogła podzielić się swoimi myślami ze słowami. Durnota. Tak więc, opisałam już praktycznie całą swoją historię, od momentu przeprowadzki do zagarnięcia przez policję w domu Dominica. Szalone, prawda? Może kiedyś ten zeszyt wpadnie w ręce policji, FBI, czy kogośtam i wyjdzie na jaw prawda. Wątpię w to, jednak.
Teraz słyszę, jak owy lekarz chce mi zaaplikować kolejną dawkę nieznanego leku. Co prawda próbowałam się zapytać, co mi podają, lecz skończyło się na środkach na uspokojenie.
Nie przerywając pisania kiwam ze znużeniem głową. Za moje "poprawne" zachowanie podłączyli mi kroplówkę, więc nie muszę brać do ust gorzkich leków nieznanego mi pochodzenia.
Kontynuując, w każdej chwili mogę spodziewać się ataku potwora z zamierzchłych czasów, jak go sobie czasami nazywam. Mam nadzieję, że jeśli Dominic kiedykolwiek wydostanie się/ucieknie na wolność uda mu się rozszyfrować zagadkę. Na siebie już nie mogę liczyć.
W końcu lekarz wychodzi zamykając starannie drzwi, przekręcając klucz i blokując je kodem. Wiem, że wykonuje taką procedurę, bo widziałam drzwi od drugiej strony kilka godzin temu.
Zostaję więc sama i nie przestaję pisać. Może w innym życiu zostałabym pisarką?
Ach te pytania! Czyż to nie zwykłe przemyślenia nastolatki, nad którą wisi jakaś chora klątwa?
Z pewnością nie.
Na razie koniec.
Dzień pierwszy, godzina nadal nie wiadoma.
Dostałam prawo do odwiedzenia mnie przez członka rodziny. Nie przyjaciela, nie koleżankę, nie kolegę. Tylko członek rodziny. Czyli wychodzi na to, że albo matka, albo ojciec. Super.
Wiadomości o rodzicach nie dostarczyli mi zbyt wiele. Powiedzieli tylko, że mama i tata ciężko pracują i martwią się o swoją córeczkę. Akurat.
Wracając do tematu, nie wiem, z kim mam się spotkać. Moja marna intuicja podpowiada mi, że ojciec zapewne będzie na jakimś ważnym spotkaniu, a matka pewnie będzie leniła się w domu. Wybór padnie na nią.
Zagryzam wargi i patrzę niepewnie w drzwi. Moje pismo może być teraz niechlujne i brzydkie, ale co mi tam. W oczach wszystkich jestem pewnie wariatką.
Zastanawiam się, co myślą o mnie uczniowie ze szkoły lub nauczyciele. Czy zapamiętają mnie jako nieśmiałą Danelish, której pierwszy dzień w nowej szkole stał się początkiem prawdziwej ucieczki? Raczej nie.
Zastanawiam się, czy napisali już o mnie w gazetach. W takich małych miejscowościach jak Appaloosa wieści szybko się rozchodzą. Już wyobrażam sobie artykuł i nagłówek "Ciężki stan córki właściciela Ośrodka Jeździeckiego". Czy zostanę zapisana w kartach historii? Raczej tak.
Zastanawiam się, co stanie się jutro. Pojutrze. Za tydzień. Za miesiąc. Za rok. Nie przepowiadam przyszłości, ale jestem pewna, że moja przyszłość jest równie nie jasna jak sufit tego pokoju.
Teraz wchodzi lekarz. Znów nie podnoszę głowy. Wiem, że to on, bo ma w zwyczaju dziwnie pogwizdywać, gdy idzie do mnie. Pyta, kto ma mnie odwiedzić.
- Matka - odpowiadam.
On mówi coś zadowolony, a ja nie zwracam na niego uwagi. Nauczyłam się ignorować lekarzy.
Trajkocze coś o dobrym zdrowiu i o odwiedzinach matki. Specjalnie nie podaje godziny jej przyjścia. Niby wielki spryciarz.
Z ulgą słyszę, że wychodzi. Znów sama. Tylko ja, obgryziony ołówek i zeszyt.
Na razie koniec.
Dzień pierwszy, godzina zdaje się późna.
Matka przed chwilą wyszła. Nie powiem, była zdruzgotana, gdy zobaczyła swoją córunię z tłustymi włosami, agresją na twarzy i ołówkiem w ręce, przygotowanym jak na wampira. Odbyłyśmy sobie razem miłą pogawędkę.
- Więc...jak się czujesz? - pyta swoim wyniosłym głosem. Nawet nie usiadła.
- Dobrze - odpowiadam uśmiechając się słodko. - A właściwie niedobrze. Chcę, by mnie stąd wypuścili.
Matka zacisnęła zęby. Z zaciętą miną spojrzała na mnie.
- Jesteś chora. Musisz tu przebywać.
- Nie jestem chora, do cholery! - czułam, jak ogarnia mnie dobrze znany szał.
- Nie takim tonem, młoda damo! - ofuknęła mnie matka.
Siedziałam na łóżku i wpatrywałam się w nią z odrazą. "Jesteś moją matką, a jej nie przypominasz!", chciało mi się krzyczeć. Dobrze wiedziałam, że każdy mój krzyk mógł być odnotowany na karcie pacjenta. Zdusiłam go w sobie.
- A...co tam w domu? - zaczęłam zupełnie z innej beczki. Siliłam się na neutralny ton.
Matka zamrugała zdumiona. Jeszcze przed chwilą myślała pewnie, że chcę ją rozszarpać, jak przystało na psychopatkę.
- Dobrze. Ojciec pracuje...mamy konie...i p.i.s.z.ę książkę kucharską.
Czy opowiadałam już o owych "przebłyskach" jakich czasem dostaje moja matka? Jeśli nie, to wiedzcie, że ta wredna i nieczuła Katine Vecorm potrafi czasami być dobra. Potrafi opowiadać, śmiać się, być innym człowiekiem. Ale to tylko przebłyski.
- Książkę? - spytałam ze zdumieniem. - To fajnie. A co zamierzasz w niej opisać?
- Przepisy na indyka - powiedziała z wahaniem. Zza maski wyniosłości wyjrzała ta lepsza rodzicielka, jaką była wtedy, gdy byłam mała. - Znalazłam już wydawnictwo i książka pojawi się pewnie w połowie zimy. Jestem z tego taka dumna!
- To cieszę się - zdobyłam się na słaby uśmiech z serii uśmiechów "Jest okej".
Przez chwilę wpadło mi do głowy, by powiedzieć matce o niebezpieczeństwie, które czyhało na nas. Była jednak w zbyt dobrym nastroju i nie miałam serca tego psuć. Zdobyłam się jedynie na ostrzeżenie.
- Słuchaj, mamo...Sądzę, że powinnaś uważać teraz lub w przyszłości na siebie. W końcu tyle się słyszy o tych wszystkich niewyjaśnionych zniknięciach...Sama rozumiesz.
Nastrój matki prysł jak bańka mydlana. Limit miłej rozmowy się skończył.
- Nie będziesz mi mówiła takich rzeczy - syknęła podchodząc bliżej. Świdrowała mnie wzrokiem. - A co do niewyjaśnionych zniknięć, to lepiej zastanów się nad sobą i twoim ostatnim postępowaniem! Przecież dobrze wiesz, że to tylko i wyłącznie twoja wina, że zwariowałaś. Wolałabym nie mieć córki. Co o mnie teraz pomyślą znajomi i reszta rodziny! A co miasto! I czytelnicy, jeśli osiągnę s.u.k.c.e.s! "Katine Vecorm, wspaniała kucharka i żona, matka nieuleczalnie chorej psychicznie córki, Danelish"!
Ciskając tymi słowami jak sztyletami, przecięła ostatnie więzi łączące mnie z nią. Dumnie unosząc głowę, wyszła po chwil.
Nie mam siły już dalej pisać.
Na razie koniec.
Zobaczę, co przyniesie jutro.
Super rozdział, ale zauważyła kilka błędów:
podwójny wyraz książka, misi, zamiast wisi xD, córka Ośrodka Jeździeckiego xD i jeszcze brak wyrazu ''to'', ale nie pamiętam gdzie xD
Wypatrzyłam dwa małe błędy: i podwójny wyraz książka. Jeszcze "córka Ośrodka Jeździeckiego" trochę dziwnie brzmi
Ładnie napisane, dużo epitetów... ale dla mnie trochę za krótko...
Mmm, następna część 8)
Czekamy czekamy
Podoba mi się nowa forma i szczerze mówiąc to czyta się szybko i przyjemnie.
Jedyne co mi się nie podoba to brak poczucia takiego... finału. Może tylko trochę, ale na razie nie dzieje się nic strasznego i dlatego tak. :P
Ale ja się czepiam wiem :roll:
Karo - Specjalnie wprowadziłam matkę dziewczyny do tego rozdziału, przecież o to prosiłaś :twisted:
Lethias&Goka - Spokojnie, na razie rzeczywiście nie widać, żeby miało się coś stać, ale to dopiero cisza przed burzą :twisted:
Sądząc po Waszych postach - nie możecie się już doczekać. Ja również
Pewnie przewidujecie już, że nie skończyłam kilku wątków. I mianowicie pozostaje problem owej klątwy. Akcja drugiej części będzie się toczyła, powiem bez ogródek, w Paryżu, we Francji. Z poprzednich rozdziałów łatwo wydedukować, że Dominic i Danelish postanowili poszukać informacji na temat wędrownej grupy cyganów, która po raz ostatni poskromiła demona. Cóż, wychodzi na to, że czeka nas spotkanie z cyganami, wieżą Eiffla, żabimi udkami i kolejną porcją grozy. Tylko kto tym razem wystąpi w roli głównego bohatera?
Nowy rozdział już wkrótce
P.S. Czuję poniekąd dumę, ponieważ chyba tylko ja w historii stworzę drugą część swojej historii :shock:
znowu zaczęłaś pisać :twisted:
dobrze, bardzo dobrze... :twisted:
W ogóle fajnie, że kontynuujesz historię
Rozdział moim zdaniem bardzo ciekawy
Czekam na więcej ;D
Super pomysł z tym pamiętnikiem. I ogólnie... nie rozumiem, co za problem ma ta matka. xDD