Rozdział 1: O.p.u.s.z.c.z.o.n.y dom. Ciekawość kształtuje naszą odwagę, lecz czasami jest zgubna.
To stało się 02.10.1997 roku.
Był piękny dzień i akurat siedziałam na polanie.
Kiedy powoli zaczął padać deszcz, postanowiłam poszukać schronienia. Dość blisko był stary dom, jednak nikt tam nie mieszkał.
Umieszczony był na ulicy Darkstreet 12. Ciarki mi przeszły po plecach, ale nie chciałam zmoknąć tym bardziej, że teraz rozwinęła się prawdziwa ulewa.
Schroniłam się, więc w o.p.u.s.z.o.n.y.m budynku. Jego gmach wywoływał u mnie przerażenie i zachwyt.
Znienacka nadszedł okropny chłód. Tak, jakby to miało być ostrzeżenie oraz zaproszenie. Pomyślałam, że warto byłoby wejść do środka, np. po to by się po prostu schronić albo zwiedzić, chociażby z ciekawości. Było tam przytulnie. Wchodząc do wnętrza obiektu zaświeciły się światła.
Było tam przyjemnie ciepło. Na sufitach wisiały diamentowe żyrandole, zaś na ścianach widniały stare obrazy. Pragnęłam obejrzeć jeden z nich. Mój wybór padł na kolorowy jako jedyny z wszystkich w tym domu. Przyjrzałam się mu dokładniej. Zobaczyłam w nim kogoś obcego, a jednak tak bardzo mi bliskiego.
Koniec rozdziału 1.
Ten krótki pierwszy rozdział ma być tak jakby wstępem.
Rozdział 2: Dwie Destiny. Część 1. Sen przysparza nam energii... i innych środków.
Znajoma mi osoba siedziała na fotelu i czytała książkę. Najwyraźniej była to dziewczynka, identycznie podobna do mnie. Miała jasnobrązowe włosy, zielone oczy, jasną karnację.
Ta druga różniła się ode mnie tylko ubraniem, no i oczywiście wiekiem. Posiadała zieloną s.u.k.i.e.n.k.ę, taką którą kiedyś nosiłam oraz limonkowe botki. Później zauważyłam coś jeszcze.Mianowicie tytuł, widniejący na czytanej przez nią lekturze. Historie Wooponturów. To prawda, nazywam się Destiny Woopontur, ale choć jestem dość mądra, nienawidzę czytać historycznych książek! W dodatku nie przypominam sobie takiego wydarzenia z dzieciństwa! Na obrazie młodsza Ja była prawdopodobnie w bibliotece. Za to, ja za żadne skarby nie siedziałabym w nudnej bibliotece! I jeszcze w wieku 9 lat?! To zaczynało być coraz dziwniejsze.
Nie zniechęciłam się tym odkryciem. Zwiedzałam upiorny zamek dalej. Mijałam wiele komnat, lecz gdy próbowałam otworzyć drzwi, były one zamknięte na klucz. Jeden, bo każde wrota miały ten sam kształt dziurki. W końcu znalazłam jakieś drzwi otwarte. Weszłam do pięknie zdobionego pokoju. Okazał się on sypialnią. Chcąc, czy nie chcąc musiałam się gdzieś położyć. Po wchodzeniu po tysiącach schodów, czułam się zmęczona. Runęłam na łóżko jak wieża z klocków zwala się po niewłaściwym ich ułożeniu. Zasnęłam.
Koniec części 1.
Rozdział 2: Dwie Destiny Część 2.
Niedługo potem, wśród światła ujrzałam małą Destiny. Czytała jak na obrazie tyle, że teraz zdawała się być... bardziej ruchoma! Pewnej chwili przerwała czytanie.Rozległ się dzwonek do drzwi.
Dziewczynka otworzyła drzwi i powiedziała:
-Znowu?! Co jest z tym miastem?! Czemu zawsze podejrzewacie mnie?!
-Panienka wybaczy.-odparł milicjant.-Ale krążą o panience pogłoski, iż...
-To tylko plotki!-szybko zaprzeczyła.
-Niestety to już trzecia ofiara. A w jej żołądku ponownie znaleziono panny kwiat...-wyciągnął czarny kwiat.
-Ktoś próbuje mnie wrobić!
-Przykro mi, ale musimy panią...unieszkodliwić.-w tejże chwili chciał wbić jej nóż, jednak ona przytrzymała go i zanurzyła go w jego sercu! Mężczyzna upadł. Następnie skonał. Zauważyłam na broni tego człowieka napis o treści: Śmierć Wooponturom.
Czemu chciał ją zabić? Nie miałam zielonego pojęcia, bo w tej chwili mój sen został zmącony przez wewnętrzny niepokój, jaki miałam w sobie. Po prostu się obudziłam. Wstałam z łóżka. A potem wybiegłam szybko na zewnątrz. Pognałam, co sił w nogach do mego domu, a raczej Domu Dziecka.
Koniec części 2.
Przepraszam nieczęsto mi się to zdarza. :oops:, przy okazji nie wiem czy będę kontynuować moją historię. Są w końcu tylko trzy osoby, które mój temat skomentowały (Ja, Arekis i Rataja) . Hmmm... Arekis przeczytałeś moją historię? Bardzo chętnie poznałabym twoją opinię. Może gdybym robiła więcej błędów znalazłoby się tu więcej komentarzy. :XD: Ale taka moja natura- ortografia bezbłędna, a pismo wprost jak kura pazurem!
EDIT: Co do ujęć to ciągle mi lata ryba więc ciężko jest w ogóle zrobić zdjęcia. :roll: (Dość dobrze ją zazwyczaj na screenach widać. :? ) I jeszcze jedno dla uciekawienia historii dodam takie mądre słowa, złote myśli już wkrótce do każdego rozdziału.
Rozdział 3: Smutna ucieczka. Czasami chcemy umrzeć i uważamy, że to z winy naszych wrogów. W rzeczywistości to oni dają nam siłę do dalszej walki. (Albo raczej nienawiść do nich.)
Zastałam jak zwykle Lolę i Patricię, które już czyhały, aby mnie oczernić.
Najpierw podbiegła złośliwie Lola i zaczęła krzyczeć:
-Haha! Dzidzia poszła poznać chłopaków?! Całą noc cię nie było!
-A wiesz co?! Jesteś skończoną idiotką, jeśli myślisz, że mnie to ruszy!
-Patricia, kochana chodźmy do pani Serwery Frame.- uśmiechnęła się szyderczo.
-Tak, to nasz obowiązek.-odpowiedziała z satysfakcją jej przyjaciółka. A więc pobiegły znów na mnie naskarżyć, abym ponownie dostała karę.-pomyślałam. Szłam spacerem przez ponure korytarze. W końcu dotarłam do mojego do mojego pokoju. Tu tylko dotychczas mogłam czuć się bezpieczna.
Mój spokój nie trwał długo. Weszła pani Serwera.
-Czemu nie wróciłaś na noc?-zapytała z melancholijnym spokojem.
-Poszłam na polanę...
-Tak długo tam byłaś?
-Proszę pani...
-Słucham.
-Zna pani ulicę Darkstreet?
-Znam.
-No więc tam obok polany...
-O nie! Nie mówisz chyba o ulic Darkstreet 13?! Prawda?!
-Nie.
-Uff.
-A co jest na tej Darkstreet 13?
-Yyy... No dobrze. Widziałaś kiedyś z polany ten duży dom?
-Tak.
-Ale naprawdę ten ogromny?
-Tak.-odparłam znudzona.
-To Darkstreet 13.
-Kto tam mieszka?
-Nikt. Niegdyś mieszkała tam pewna rodzina, ale przeprowadziła się do Simghaju.
-A czy długa jest droga z Simlondynu do Simghaju?
-Tak. Kilkaset kilometrów.
-Aha. A jakie to było nazwisko?
-Nie jestem pewna, ale chyba Rutnopoow.
-Aha.
-Wracając do naszej rozmowy...
-Cholera! Po co te małpy, Patricia i Lola tu jeszcze są?!
-Zaraz, jak ty się w.y.r.a.ż.a.s.z?!
-Bo one ze mnie szydzą...
-Przykro mi. Mogę tylko z nimi porozmawiać.
-Mówi to pani już po raz setny!
-Dość! A ty masz karę! Nie wychodzisz dziś poza teren placówki.-wyszła, trzaskając drzwiami. Widać było, że czuła się bezradna.
Mój pokój pomalowano na kolor zielony, co znacznie przywracało mi chęć do życia, ale nawet ta barwa, ani mieszkanie bez współlokatorki już mi nie pomagało! Ni mój wazon z kwiatami, ani elegancka lampka już mi nie pomagały!
Nawet nie zdołało światło słoneczne, wpadające przez okno, które zazwyczaj poprawiało mi humor! Zaraz... okno! Mogę się wyrwać z tego miejsca raz na zawsze! Patricia i Lola cały ten czas uprzykrzały mi życie, jednak to ja pierwsza ucieknę z tego miejsca na dobre! Pani Serwera jest w porządku, ale nie potrafi odważnie działać. Spakowałam moje ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Za piętnaście minut miała być kolacja, wzięłam jedzenie na zapas. Lepiej w strasznym domu niż tu! Te dwie psiapsiółki nastawiły wszystkich przeciwko mnie, ale już więcej ich nie zobaczę.
Koniec rozdziału 3.
Rozdział 4: Cuda i dziwy. Podróż w kierunku naszych snów to zapowiastka nieprzewidzianych zdarzeń.
Zrobiłam jak postanowiłam.
O pierwszej w nocy byłam już na polanie. W plecaku miałam kilka owoców, parę pajd chleba, trzy butelki wody. To powinno na razie wystarczyć. Może znajdę coś do jedzenia w budynku.-pomyślałam, choć szczerze mówiąc w to wątpiłam.
Polana była na tyle odległa od Domu Dziecka, iż nikt tam nie przychodził. Weszłam do środka. Najpierw poszukałam jedzenia. W końcu natrafiłam na kuchnię, była zamknięta. Wyważyłam więc drzwi. O dziwo jej stan wydał mi się naprawdę świetny. Nie zdążyłam nawet otworzyć lodówki, bo upadłam na posadzkę. Położyłam się na chłodnych płytkach i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przeniosłam się w inny świat-świat snów. Niewiele miałam do gadania. Ktoś jakby mną sterował. Nie jestem przecież ani trochę zmęczona.-mówiłam sobie w głowie. Ale moje myśli rozpłynęły się wśród białego światła.
Usłyszałam swój głos:
-Strzeż się! Niechybnie poluje na ciebie anioł śmierci!
-Co?! Ale...
-Jesteś stworzona do wyjątkowych czynów!
-Ale...-w tejże chwili rozmowa została przerwana przez... moje burczenie w brzuszku!
Musiałam coś zjeść! Kto wie może nawet zjadłabym konia z kopytami! Hihi. Na szczęście w lodówce znalazłam sałatkę owocową. Cóż nie byłam wybredna, więc zjadłam danie ze smakiem.
Wyjrzałam przez okno. Był piękny, słoneczny poranek. Postanowiłam zajrzeć do ogrodu. Okazał się elegancki oraz zadbany. Tu i ówdzie zasadzone były zarówno warzywa jak i owoce. Banany, limonki, jabłka, brzoskwinie, truskawki, gruszki, arbuzy, sałata, pomidory, cebula. Wyglądał bardziej na wielki, rozległy sad niż na przytulny, mały ogródek.
Natomiast po kawałku drewna wbitym w ziemię, pnął się wysoki słonecznik. Zauważyłam kwiaty, które widziałam w moim śnie.
Wchodząc do holu zainteresował mnie nowoczesny, stacjonarny telefon. Normalnie by mnie nie zainteresował, ale moja intuicja mówiła mi, że warto to sprawdzić. Kiedy przyjrzałam mu się bliżej, przyuważyłam wizytówkę z napisem: Simino Goldenstreet 20-Morissimowie.
Wzięłam kartkę do kieszeni w nadziei, że coś mi to da. Hmm... Może pojadę do tych Morissimów?-zamyśliłam się.
Spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy. Następnie popędziłam na dworzec Aqua Metro*.
-Przepraszam, o której jedzie Aqua Bus do Simina? I który to peron?
-O 16.00. Peron 2.
-Dziękuję. O, nie! Jest 15.57! Na pewno się spóźnię!-pomyślałam. Na szczęście w ostatniej chwili zdążyłam. Wsiadłam do metro. Pojazd ruszył.
___________________________________________
*Aqua Metro- darmowe metro, przemieszczające się pod wodą. Kursuje w kierunku Simina i Simlondynu.
Wiem, wiem to na końcu to klasyka komedii, ale musiałam jakoś rozładować stres. :roll: Po prostu nie chciałam żeby ktoś myślał że to okropny horror. A właśnie jak postrzegacie moją historię? Jako komedię, horror, dramat, czy kryminalistykę? I Wiem że trochę za krótki rozdziałek, ale za to następny będzie dwa razy dłuższy! Do Pauliny: Hej! Nie umieszczam zdjęć bo kilka razy próbowałam, weszło ale wyskoczyła ramka z sign up i nie wiem co zrobić. Więc na razie zostawiłam zdjęcia w spokoju. A w ogóle jak pisałam w poprzednim poście w większości miałam dużo screenów z latającą rybką. I zarwały mi całą pamięć. Na szczęście ich nie opublikowałam. A jak wiadomo ryba straszniejsza niż w nazwie. :x
Historia ogólnie ciekawa. Jednakże szkoda, że nie umieszczasz zdjęć. Bo według mnie historia ze zdjęciami, jest o wiele bardziej zachęcająca. A jeśli nie potrafisz ich umieszczać, to napisz, a wtedy ci to wytłumaczę. :-) Poza tym stanowczo ZA KRÓTKIE! No i fajnie, żebyś pisała więcej opisów, np. miejsca w którym się znajduje, jak ono wygląda czy coś w tym stylu. Mam nadzieję, że nie przyjmiesz moich rad jako krytyki, bo daję ci po prostu rady, żeby twoja historia była jeszcze fajniejsza.
Rozdział 5: W objęciach opowieści. Pomoc czasem nadchodzi z nieoczekiwanej strony.
Zajęłam miejsce siedzące. Widziałam radosne delfiny; meduzy, i te małe i te duże; ostrygi, czy morskie ślimaki. Uwaga! Stacja Simino!-usłyszałam oraz wysiadłam. Hmm... Goldenstreet... Coś mi to mówi... No tak! To ulica przy której niedawno wysiadłam.-pomyślałam spoglądając na wizytówkę. Ale ulica przy której teraz stoję to Goldenstreet 19. O! To tu obok peronu mieści się Goldenstreet 20.
Weszłam na ganek. Zadzwoniłam do drzwi. Budynek był piękny, starannie wykończony. Na pewno ta rodzina stała się już dawno bogata.
Dotworzyła mi wysoka pani o pstrokato-rudych włosach. Miała na sobie zwiewną bluzkę na ramiączkach i długie pomarańczowe dżinsowe rurki. Na stopach zaś zauważyłam stylowe buty na wysokim obcasie. Kobieta była dość szczupła.
-Tak? Słucham?-powiedziała cienkim, jednak melodyjnym głosem.
-Ja... Czy szanowna pani zwie się może Morissimo?-odparłam uprzejmie.
-Zgadza się. W czym mogę ci pomóc młoda damo?
-Ja... Znalazłam tę karteczkę.-podałam jej wizytówkę.
-Hmmm... Mieszkałaś może w Simlondynie?
-Ehm...-kiwnęłam głową.
-Może wejdziesz do środka? Wytłumaczę ci wszystko.
-No... dobrze...
Szczerze mówiąc, nie wiedziałam co robić, ale weszłam za nią do środka. Wnętrze okazało się być równie świetne. Dostałyśmy się do salonu. Znajdowało się w nim wiele zakurzonych ksiąg.
-Może usiądziesz?-spytała zachęcająco. Usiadłam na skórzanej sofie, a ona obok mnie.
-Twoja mama Financy, zaś moja przyjaciółka... Byłyśmy nierozłączne. Strzegłyśmy świat przed szaleńcami, których w dzisiejszych czasach jest również niemało.
-Ale... Gdzie ona teraz jest?
-Spokojnie... Już w średniowieczu istnieli strażnicy. I z przypowieści, które są mi znane wiem, że zawsze któryś z nich musiał się zbuntować. Od lat ochranialiśmy świat. Wśród nas istnieli też zdrajcy. I to oni byli naszymi wrogami. My walczyliśmy o pokój i równouprawnienie zarówno dla strażników jak i ludzi. Oni myśleli, że jesteśmy od nich lepsi i to my powinniśmy być wyżej w hierarchii społecznej. Nienawidzili zwykłych ludzi. To oni wszczynali krwawe wojny, które przeciętni ludzie toczą do dziś. My jedynie możemy im w tym przeszkodzić. Opowiem ci o jednym, z wielu zbuntowanych strażników. Recz w tym że stał się gorszy od wszystkich innych. To on był przywódcą strażników-zdrajców. Przeciągnął również twą kuzynkę na swoją stronę. My nazywamy tę stronę strefą zaćmienia. Gdyż stało się to i nadal może się tylko stać w czasie zaćmienia. Ponadto każdy członek tej sekty stawał się tzw. zaćmiony, czyli ślepy na smutek, radość, rozumiesz tylko żądza władzy.
-My to znaczy kto kto? A pani kim w ogóle jest?
-A no tak! Gapa ze mnie!-roześmiała się, choć dla mnie to nie było śmieszne. W końcu nie na co dzień dowiaduje się człowiek że jest całkiem, całkiem wyjątkowy.-Zapomniałam się przedstawić. Alikapra Morissimo. No tak nie powiedziałam ci jeszcze... Jesteśmy, również ty pewnego rodzaju strażnikami.
-Ale ja dorastałam w Domu Dziecka.
-No tak... Umieścili cię tam twoi wujkowie. Wiesz dlaczego? Bo kiedy miałaś jeszcze 7 lat, trwał jeszcze większy spór, niż dzisiaj. Tedy to zaczęła się wzmożona aktywność naszego wroga. Teraz nie jest ona, aż tak wysoka. Większość strażników uważa, iż ukrywa się on, by nabrać sił, następnie ponownie zaatakować. Pomyśl: dziecko które bawi się mocą na pewno zostanie zauważone. Twoja rodzina zrobiła to tylko dla twojego bezpieczeństwa. Któryś z fałszywych strażników, tych co to trzymają z tym dziwnym agresywnym deklem, przebywających pod postacią zwykłych ludzi mogliby ci coś zrobić.
-Ale... Kim on jest? Jak go nazywacie?
-Hmm... Jeśli się nie mylę, a pamięć mam dość krótką, jego imię brzmi Blacky.
-A gdzie są teraz moi rodzice?
-Hmm... Dobre pytanie. Po starciu z Blacky'm ślad po nich zaginął. A! I jeszcze jedno my jesteśmy strażniczkami, to się odmienia.-mrugnęła do mnie wciąż z uśmiechem na ustach.
-Aha...
-Zaraz, gdzie będziesz spać?! Przyjechałaś tu, aż z Simlondynu!
-No...
-Może chciałabyś na razie zamieszkać u mnie?
-No...
-A więc postanowione! Mam nawet jedną wolną, bardzo ładną sypialnię!
Koniec rozdziału 5.
Dobra kolejny rozdział. Nie chciałam pisać posta pod postem... No nie! Laptop mi nawala! Miałam zamiar wstawić zdjęcia, a przynajmniej spróbować je wstawić, ale kuzynka siedmiolatka postawiła sobie przy klawiaturze colę. No i tak przegląda przy moim laptopku... i plusk po laptopie! A ja nie mam już gwarancji! A na komputerze gdzie teraz na nim p.i.s.z.e nie chce mi się wejść w imageshack, tylko wchodziło na laptopie. O zgrozo! Moja kuzynka jest gorsza niż szarańcza i Lady McBeth razem wzięte! Bez dłuższego offtopu:
Rozdział 6: Rodzina Morissimów. Przyjaciel może zapełnić pustkę po utracie bliskich. Wróg może cię jedynie wykorzystać.
-Zaprowadzę cię do twojego nowego pokoju.-powiedziała.
Weszłam za kobietą do pomieszczenia. Mieściło się tam łóżko, komoda, budzik, lampa stojąca i mały regał z książkami. Ściany pokryto jasnozieloną tapetą. Na drewnianej, błyszczącej się wspaniale podłodze (zapewne codziennie, dokładnie pastowanej) leżała książka.
Dama rzekła:
-O, przepraszam zapomniałam odłożyć książkę.-zanim odłożyła ją na miejsce, przyuważyłam na niej napis taki sam napis jak na książce, którą czytała ta mała dziewczynka... Może to była wskazówka... Albo dziwny zbieg okoliczności... Choć w moim życiu nigdy nie znalazły się wspomnienia, które nie byłyby powiązane z moim przeznaczeniem...- Jak ci się podoba twój pokój?-wyrwała mnie z zamyśleń.
-Jest bardzo ładny.
-No, dobrze. Ojej! To już 19.00!-ozwała się spoglądając na zegarek.-Czas na kolację! A potem spędzisz noc w swojej przytulnej izdebce. Chodź za mną.-poszłam, więc za panią Alikaprą do wytwornie urządzonej, wręcz królewsko jadalni.
-Proszę, usiądź. Zaraz coś przygotuję.-posłusznie usiadłam. Niedługo potem zjawiła się z surówką w dużej misce.-Proszę to jeden z moich słynnych specjałów. Artur! Haden! Zejdźcie proszę na dół!-zawołała z wyraźnym podekscytowaniem. Moim oczom ukazał się najpierw dorosły mężczyzna o czarnych jak mak włosach, a za nim schodził ze schodów młody chłopak o równie czarnych włosach, co jego poprzednik. Obydwoje usiedli przy stole.
-To jest Haden, mój mąż.-wskazała na dorosłego.-A to mój syn Artur.-wskazała na chłopaka.
-Miło mi cię poznać... yyy...-rzekł serdecznie pan Haden.
-Tak, dzień dobry.-odpowiedziałam ciepło.
-Nazywa się Destiny.-spojrzała na swojego męża karcąco.
-No, tak Destiny.-odparł.
-Artur, może byś się odezwał.-ale chłopak patrzał martwym wzrokiem w swój talerz. Jego matka nieco zaniepokojona (chociaż to próbowała ukryć uśmiechem) lekko szturchnęła syna w łokieć.
-Co?!-mruknął wyrwany, jakby z jakiego transu.
-Przywitaj się.-rozkazała gniewnie mama.
-Dobra, cześć.
-Dobrze. Teraz nałożę wam tej przepysznej potrawy.-kiedy wszyscy już mieli nałożone swoje porcje, kobieta zagadnęła:
-Arturze, czy wiesz może, choćby jakie imię ma twoje koleżanka?-spytała chcąc, aby syn wreszcie wrócił do rzeczywistości.
-Kto?-zapytał drwiąco. Nie ukrywam troszkę mnie to uraziło, ale sprawy rodzinne powinna załatwiać między sobą rodzina...
-Och! Ma na imię Destiny!
-Nie przypominam sobie, żebym miał taką koleżankę...-ciągnął złośliwie. Z pewnością był w tej zaistniałej sytuacji dość dobrze zorientowany. Ja i pan Morissimo już dawno zaczęliśmy jeść. Reszta zaś nie tknęła nawet dania, kłócąc się niepotrzebnie o swe racje.
-Chłopcze! Jak ty się zachowujesz?! To nasz gość!-odezwała się ciut obrażona dama.
-Nie to nasz wróg!-zaprotestował.
-Dosyć! Marsz do swojego pokoju! Ale już!-wykrzyknęła, czując się zdegradowana przez syna do niższej pozycji.
-Chętnie!-odrzekł, obrażony na cały Boży świat oraz szybko wybiegł do góry, po schodach.
-Przepraszam cię za niego. Jest nie swój od kiedy...-tu urwała, najwyraźniej powróciło w jej głowie jakieś niezwykle smutne wspomnienie. Jedliśmy w niepokojącej ciszy. Kiedy wszyscy (oczywiście prócz Artura) zjedliśmy posiłek, pani Morissimo rzekła:
-Proszę idź do swojego pokoju. Aha, Destiny łazienka jest w razie czego obok twojego pokoju.
-Oki.-odpowiedziałam. A więc wróciłam do swojego pokoju. Kiedyś uważałam że los nigdy nie będzie sprzyjał i nikomu nie jestem potrzebna... Wtedy było zupełnie inaczej...
Koniec rozdziału 6.
No, dobra poddaje się! Kończę swoją historię... bo nie mam już weny! No co wy żartuję, nie chce mi się po prostu... ****ę jak jestem smutna, a na razie jak są wakacje to mnie tylko ogarnia hała że nie ma ładnej pogody... Więc raczej na dalszą część musicie poczekać, aż do rozpoczęcia się roku szkolnego. Znów wtedy zaczną się męczarnie...
Rozdział 7: Rozmowa z Arturem Podwój się w trójkę a potem w dwójkę, to nic trudnego. Za to jak przekonać człowieka rozumnego do współpracy z innym to dopiero sztuka!
Tak jak za w czasu napisałam powróciłam do "swojego"(bo według mnie nadal nie był on mój, nieważne jak pani Alikapra by się starała ) pokoju. Nagle za ścianą usłyszałam głośną muzykę. Postanowiłam odnaleźć źródło dźwięku. Zobaczyłam otwarte drzwi w końcu korytarza. Artur leżał na łóżku w swym pokoju. Słuchał muzyki, wydobywającej się z wieży stereofonicznej. Zapukałam dla grzeczności.
-Mogę wejść?-spytałam.
-Co? A tak, proszę.-odpowiedział, nawet nie patrząc na mnie. Chyba już mu przeszło...
-Ja... Nie wiem od czego zacząć.
-Ach, to ty!-odparł poirytowany.
-Czemu przed chwilą byłeś taki...-próbowałam rzucić trochę nieistotnym, jak tak teraz myślę, pytaniem.
-Miły?-dokończył za mnie.-Nie wiedziałem, że to ty.
-To wczas się skapłeś.-odrzekłam z zadziwiającą pewnością siebie.-A w ogóle skąd wiedziałeś, iż właśnie o to cię...
-Spytasz?-znowu powtórzył swoją denerwującą czynność.-Jesteś bardzo przewidywalna.To przyszłaś... Czemu?
-Bo nie ma dżemu.-odburknęłam niewzruszona.
-Po co?!-teraz już był wyraźnie zdenerwowany.
-Po nic.
-Och, jak ty mnie wnerwiasz!
-A ty mnie!-odkrzyknęłam.
-To mój pokój.-tym razem z jego ust płynęły spokojne, akcentowane, wyraźnie słowa. Był zbyt pewien siebie jak dla mnie...
-Ale ja jestem grzeczna.-odezwałam się i zrobiłam maślane oczka.
-Co ma ryba do grzyba?!-wiedziałam o co mu chodziło, ale jednak nie mogłam się powstrzymać...
-Rymuje się.
-Och, ale ty mnie denerwujesz!
-I nawzajem.-zrobiłam minę rozkapryszonego dziecka.
-Czemu chcesz mnie wkurzyć?!
-A czemu ty?! Dlaczego byłeś taki dla mnie grubiański przy kolacji?!-nie mogłam utrzymać nerwów na wodzy...
-Bo... Ach ty tego nie zrozumiesz.-zasępił się, zaś po chwili pauzy dodał-Moja mama opowiadała ci o Blacky'm, prawda?
-Tak.-przytaknęłam już bardziej opanowana.
-Za to... Nie powiedziała ci o tym, że to...-przerwał, wodząc wzrokiem bez celu...-Mój brat, a moich rodziców tym samym syn.-aż otworzyłam usta ze zdziwienia.Zapanowała niezręczna, martwa cisza. Jakby śmierć która i tak kiedyś po nas przyjdzie, odjęła nam mowę. Poczułam lodowate spojrzenie mojego serca, pytające mnie z żalem, czemu w ogóle do tej rodziny przybyłam. Mówiło mi, iż naruszyłam ich błogie i dostatnie życie. Wtem niczym jakaś inna wyścigówka, wygrała tym razem cały konkurs natknęła mnie odmienna myśl. Zapewne rozum wygrał ponownie z sercem... Zaczęłam wierzyć w nas, istoty ludzkie. Odzyskałam wiarę w to, że nasze istnienie oraz los ma jakiś sens. Poczułam przypływ adrenaliny, zatem wesoło zapytałam:
-Czyli to nie było złośliwie?
-Taa...
-Aha. A więc nie będziesz mi już dokuczał, tak?
-No, jeśli ty nie będziesz dokuczać mnie.-w tymże momencie począł się lekko śmiać, aczkolwiek ja wraz z nim! Idealne zwieńczenie ciężkiego dnia...
-Hmmm... Sądząc po twojej osobowości chyba można ci zaufać.
-No, jasne!-zawołałam radosnym tonem.
-Dobra, skoro jesteś strażniczką, należałoby cię nauczyć minimum połowy tego i owego. Moja mama ma zamiar raczej dopiero jutro uczyć cię potrzebnego materiału.-Na pewno byłoby nudno, gdyby to ona cię uczyła. Może chcesz, żebym został twoim prywatnym nauczycielem?-uśmiechnął się do mnie. Po raz pierwszy... To do tego trzeba się uczyć?! Och... Zabijcie mnie proszę...
-Zgoda. A tak w ogóle umiesz?-zapytałam nadal nie dowierzając słowom kolegi.
-No, ba. Ma się ten talent. Mogę wiedzieć ile masz lat?
-Ech... Czternaście. I ty chyba też?
-No, tak, ale to potrzebne do nauki.-zaśmiał się. Na moich policzkach pokazał się delikatny rumieniec.
-To co najpierw?
-Najpierw chodź do biblioteki, trzeba wybrać książki do nauki.
-Jest dziesiąta w nocy!-upomniałam, spoglądając na zegar zawieszony nad łóżkiem.
-No i co? Nikt po prostu nie może nas usłyszeć ani zobaczyć. To wystarczy.
To be continued...
Tak więc niby miałam przestać pisać wiecie... Ale znalazłam pełno zeszytów wykorzystanych do tej historii, bowiem... Trochę to spam niby i kłamstwo wiecie. Ech, ale przez ten czas zmienił się mój styl pisania i w ogóle. Poprawiłam się. No bo teraz mam trzy opowiadania na głowie do napisania i zakończenia, mam myśli, ale nie mogę ich pozbierać... Acha z Simonem to był niewypał. Przepraszam!
A więc tak: Historia mi się podoba Początek troszkę kiepski, ale ostatnie dwa rozdziały bardzo mi się spodobał tylko,że...
Łamiesz regulamin stawiając jeden po.st. pod drugim co i wygląda nieestetycznie...
Nie musisz dodawać rozdziałów kilka razy w tygodniu, wystarczą dwa lub trzy razy...
Na razie to tyle, aczkolwiek nie mówię,ze pozytywnie czy negatywnie...
Tak, tak już nie będę ^^' Mam teraz trochę dużo historii na utrzymaniu, więc dziwnie się porobiło ;_; W tym także bloga... Hm... Postaram się do końca wakacji wstawić rozdziały wraz ze zdjęciami, a może nawet jak mi się uda to z rysunkami Odkryłam TinyPic i teraz jestem podjarana :XD: Teraz już nie ma bata. Muszę kontynuować albo zawiesić. Cóż mam do stracenia... Zresztą i tak jestem skazana na stracenie -.-
Komentarz
Ciekawość kształtuje naszą odwagę, lecz czasami jest zgubna.
To stało się 02.10.1997 roku.
Był piękny dzień i akurat siedziałam na polanie.
Kiedy powoli zaczął padać deszcz, postanowiłam poszukać schronienia. Dość blisko był stary dom, jednak nikt tam nie mieszkał.
Umieszczony był na ulicy Darkstreet 12. Ciarki mi przeszły po plecach, ale nie chciałam zmoknąć tym bardziej, że teraz rozwinęła się prawdziwa ulewa.
Schroniłam się, więc w o.p.u.s.z.o.n.y.m budynku. Jego gmach wywoływał u mnie przerażenie i zachwyt.
Znienacka nadszedł okropny chłód. Tak, jakby to miało być ostrzeżenie oraz zaproszenie. Pomyślałam, że warto byłoby wejść do środka, np. po to by się po prostu schronić albo zwiedzić, chociażby z ciekawości. Było tam przytulnie. Wchodząc do wnętrza obiektu zaświeciły się światła.
Było tam przyjemnie ciepło. Na sufitach wisiały diamentowe żyrandole, zaś na ścianach widniały stare obrazy. Pragnęłam obejrzeć jeden z nich. Mój wybór padł na kolorowy jako jedyny z wszystkich w tym domu. Przyjrzałam się mu dokładniej. Zobaczyłam w nim kogoś obcego, a jednak tak bardzo mi bliskiego.
Koniec rozdziału 1.
Ten krótki pierwszy rozdział ma być tak jakby wstępem.
Sen przysparza nam energii... i innych środków.
Znajoma mi osoba siedziała na fotelu i czytała książkę. Najwyraźniej była to dziewczynka, identycznie podobna do mnie. Miała jasnobrązowe włosy, zielone oczy, jasną karnację.
Ta druga różniła się ode mnie tylko ubraniem, no i oczywiście wiekiem. Posiadała zieloną s.u.k.i.e.n.k.ę, taką którą kiedyś nosiłam oraz limonkowe botki. Później zauważyłam coś jeszcze.Mianowicie tytuł, widniejący na czytanej przez nią lekturze.
Historie Wooponturów. To prawda, nazywam się Destiny Woopontur, ale choć jestem dość mądra, nienawidzę czytać historycznych książek! W dodatku nie przypominam sobie takiego wydarzenia z dzieciństwa! Na obrazie młodsza Ja była prawdopodobnie w bibliotece. Za to, ja za żadne skarby nie siedziałabym w nudnej bibliotece! I jeszcze w wieku 9 lat?! To zaczynało być coraz dziwniejsze.
Nie zniechęciłam się tym odkryciem. Zwiedzałam upiorny zamek dalej. Mijałam wiele komnat, lecz gdy próbowałam otworzyć drzwi, były one zamknięte na klucz. Jeden, bo każde wrota miały ten sam kształt dziurki. W końcu znalazłam jakieś drzwi otwarte. Weszłam do pięknie zdobionego pokoju. Okazał się on sypialnią. Chcąc, czy nie chcąc musiałam się gdzieś położyć. Po wchodzeniu po tysiącach schodów, czułam się zmęczona. Runęłam na łóżko jak wieża z klocków zwala się po niewłaściwym ich ułożeniu. Zasnęłam.
Koniec części 1.
Niedługo potem, wśród światła ujrzałam małą Destiny. Czytała jak na obrazie tyle, że teraz zdawała się być... bardziej ruchoma! Pewnej chwili przerwała czytanie.Rozległ się dzwonek do drzwi.
Dziewczynka otworzyła drzwi i powiedziała:
-Znowu?! Co jest z tym miastem?! Czemu zawsze podejrzewacie mnie?!
-Panienka wybaczy.-odparł milicjant.-Ale krążą o panience pogłoski, iż...
-To tylko plotki!-szybko zaprzeczyła.
-Niestety to już trzecia ofiara. A w jej żołądku ponownie znaleziono panny kwiat...-wyciągnął czarny kwiat.
-Ktoś próbuje mnie wrobić!
-Przykro mi, ale musimy panią...unieszkodliwić.-w tejże chwili chciał wbić jej nóż, jednak ona przytrzymała go i zanurzyła go w jego sercu! Mężczyzna upadł. Następnie skonał. Zauważyłam na broni tego człowieka napis o treści: Śmierć Wooponturom.
Czemu chciał ją zabić? Nie miałam zielonego pojęcia, bo w tej chwili mój sen został zmącony przez wewnętrzny niepokój, jaki miałam w sobie. Po prostu się obudziłam. Wstałam z łóżka. A potem wybiegłam szybko na zewnątrz. Pognałam, co sił w nogach do mego domu, a raczej Domu Dziecka.
Koniec części 2.
Niestety sorrki że długo tu nie zabawiałam, ale simsy się coś ostatnio strasznie psują simka staje w miejscu i się nie rusza, latająca ryba hehe
Możliwe że już do końca miesiąca nie będę p.i.s.a.ć.
Link do rozdziału 1 w formie historii: http://www.thesims3.com/contentDetail.html?contentId=404392
A tu link do rozdziału 2 w formie historii: http://www.thesims3.com/contentDetail.html?contentId=405934 I jeszcze raz proszę o komentarze.
I do 3 rozdziału w formie historii: http://www.thesims3.com/contentDetail.html?contentId=409644
EDIT: Co do ujęć to ciągle mi lata ryba więc ciężko jest w ogóle zrobić zdjęcia. :roll: (Dość dobrze ją zazwyczaj na screenach widać. :? ) I jeszcze jedno dla uciekawienia historii dodam takie mądre słowa, złote myśli już wkrótce do każdego rozdziału.
xD
Czasami chcemy umrzeć i uważamy, że to z winy naszych wrogów. W rzeczywistości to oni dają nam siłę do dalszej walki. (Albo raczej nienawiść do nich.)
Zastałam jak zwykle Lolę i Patricię, które już czyhały, aby mnie oczernić.
Najpierw podbiegła złośliwie Lola i zaczęła krzyczeć:
-Haha! Dzidzia poszła poznać chłopaków?! Całą noc cię nie było!
-A wiesz co?! Jesteś skończoną idiotką, jeśli myślisz, że mnie to ruszy!
-Patricia, kochana chodźmy do pani Serwery Frame.- uśmiechnęła się szyderczo.
-Tak, to nasz obowiązek.-odpowiedziała z satysfakcją jej przyjaciółka. A więc pobiegły znów na mnie naskarżyć, abym ponownie dostała karę.-pomyślałam. Szłam spacerem przez ponure korytarze. W końcu dotarłam do mojego do mojego pokoju. Tu tylko dotychczas mogłam czuć się bezpieczna.
Mój spokój nie trwał długo. Weszła pani Serwera.
-Czemu nie wróciłaś na noc?-zapytała z melancholijnym spokojem.
-Poszłam na polanę...
-Tak długo tam byłaś?
-Proszę pani...
-Słucham.
-Zna pani ulicę Darkstreet?
-Znam.
-No więc tam obok polany...
-O nie! Nie mówisz chyba o ulic Darkstreet 13?! Prawda?!
-Nie.
-Uff.
-A co jest na tej Darkstreet 13?
-Yyy... No dobrze. Widziałaś kiedyś z polany ten duży dom?
-Tak.
-Ale naprawdę ten ogromny?
-Tak.-odparłam znudzona.
-To Darkstreet 13.
-Kto tam mieszka?
-Nikt. Niegdyś mieszkała tam pewna rodzina, ale przeprowadziła się do Simghaju.
-A czy długa jest droga z Simlondynu do Simghaju?
-Tak. Kilkaset kilometrów.
-Aha. A jakie to było nazwisko?
-Nie jestem pewna, ale chyba Rutnopoow.
-Aha.
-Wracając do naszej rozmowy...
-Cholera! Po co te małpy, Patricia i Lola tu jeszcze są?!
-Zaraz, jak ty się w.y.r.a.ż.a.s.z?!
-Bo one ze mnie szydzą...
-Przykro mi. Mogę tylko z nimi porozmawiać.
-Mówi to pani już po raz setny!
-Dość! A ty masz karę! Nie wychodzisz dziś poza teren placówki.-wyszła, trzaskając drzwiami. Widać było, że czuła się bezradna.
Mój pokój pomalowano na kolor zielony, co znacznie przywracało mi chęć do życia, ale nawet ta barwa, ani mieszkanie bez współlokatorki już mi nie pomagało! Ni mój wazon z kwiatami, ani elegancka lampka już mi nie pomagały!
Nawet nie zdołało światło słoneczne, wpadające przez okno, które zazwyczaj poprawiało mi humor! Zaraz... okno! Mogę się wyrwać z tego miejsca raz na zawsze! Patricia i Lola cały ten czas uprzykrzały mi życie, jednak to ja pierwsza ucieknę z tego miejsca na dobre! Pani Serwera jest w porządku, ale nie potrafi odważnie działać. Spakowałam moje ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Za piętnaście minut miała być kolacja, wzięłam jedzenie na zapas. Lepiej w strasznym domu niż tu! Te dwie psiapsiółki nastawiły wszystkich przeciwko mnie, ale już więcej ich nie zobaczę.
Koniec rozdziału 3.
Podróż w kierunku naszych snów to zapowiastka nieprzewidzianych zdarzeń.
Zrobiłam jak postanowiłam.
O pierwszej w nocy byłam już na polanie. W plecaku miałam kilka owoców, parę pajd chleba, trzy butelki wody. To powinno na razie wystarczyć. Może znajdę coś do jedzenia w budynku.-pomyślałam, choć szczerze mówiąc w to wątpiłam.
Polana była na tyle odległa od Domu Dziecka, iż nikt tam nie przychodził. Weszłam do środka. Najpierw poszukałam jedzenia. W końcu natrafiłam na kuchnię, była zamknięta. Wyważyłam więc drzwi. O dziwo jej stan wydał mi się naprawdę świetny. Nie zdążyłam nawet otworzyć lodówki, bo upadłam na posadzkę. Położyłam się na chłodnych płytkach i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przeniosłam się w inny świat-świat snów. Niewiele miałam do gadania. Ktoś jakby mną sterował. Nie jestem przecież ani trochę zmęczona.-mówiłam sobie w głowie. Ale moje myśli rozpłynęły się wśród białego światła.
Usłyszałam swój głos:
-Strzeż się! Niechybnie poluje na ciebie anioł śmierci!
-Co?! Ale...
-Jesteś stworzona do wyjątkowych czynów!
-Ale...-w tejże chwili rozmowa została przerwana przez... moje burczenie w brzuszku!
Musiałam coś zjeść! Kto wie może nawet zjadłabym konia z kopytami! Hihi. Na szczęście w lodówce znalazłam sałatkę owocową. Cóż nie byłam wybredna, więc zjadłam danie ze smakiem.
Wyjrzałam przez okno. Był piękny, słoneczny poranek. Postanowiłam zajrzeć do ogrodu. Okazał się elegancki oraz zadbany. Tu i ówdzie zasadzone były zarówno warzywa jak i owoce. Banany, limonki, jabłka, brzoskwinie, truskawki, gruszki, arbuzy, sałata, pomidory, cebula. Wyglądał bardziej na wielki, rozległy sad niż na przytulny, mały ogródek.
Natomiast po kawałku drewna wbitym w ziemię, pnął się wysoki słonecznik. Zauważyłam kwiaty, które widziałam w moim śnie.
Wchodząc do holu zainteresował mnie nowoczesny, stacjonarny telefon. Normalnie by mnie nie zainteresował, ale moja intuicja mówiła mi, że warto to sprawdzić. Kiedy przyjrzałam mu się bliżej, przyuważyłam wizytówkę z napisem: Simino Goldenstreet 20-Morissimowie.
Wzięłam kartkę do kieszeni w nadziei, że coś mi to da. Hmm... Może pojadę do tych Morissimów?-zamyśliłam się.
Spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy. Następnie popędziłam na dworzec Aqua Metro*.
-Przepraszam, o której jedzie Aqua Bus do Simina? I który to peron?
-O 16.00. Peron 2.
-Dziękuję.
O, nie! Jest 15.57! Na pewno się spóźnię!-pomyślałam. Na szczęście w ostatniej chwili zdążyłam. Wsiadłam do metro. Pojazd ruszył.
___________________________________________
*Aqua Metro- darmowe metro, przemieszczające się pod wodą. Kursuje w kierunku Simina i Simlondynu.
Wiem, wiem to na końcu to klasyka komedii, ale musiałam jakoś rozładować stres. :roll: Po prostu nie chciałam żeby ktoś myślał że to okropny horror. A właśnie jak postrzegacie moją historię? Jako komedię, horror, dramat, czy kryminalistykę? I
Pomoc czasem nadchodzi z nieoczekiwanej strony.
Zajęłam miejsce siedzące. Widziałam radosne delfiny; meduzy, i te małe i te duże; ostrygi, czy morskie ślimaki.
Uwaga! Stacja Simino!-usłyszałam oraz wysiadłam.
Hmm... Goldenstreet... Coś mi to mówi... No tak! To ulica przy której niedawno wysiadłam.-pomyślałam spoglądając na wizytówkę. Ale ulica przy której teraz stoję to Goldenstreet 19. O! To tu obok peronu mieści się Goldenstreet 20.
Weszłam na ganek. Zadzwoniłam do drzwi. Budynek był piękny, starannie wykończony. Na pewno ta rodzina stała się już dawno bogata.
Dotworzyła mi wysoka pani o pstrokato-rudych włosach. Miała na sobie zwiewną bluzkę na ramiączkach i długie pomarańczowe dżinsowe rurki. Na stopach zaś zauważyłam stylowe buty na wysokim obcasie. Kobieta była dość szczupła.
-Tak? Słucham?-powiedziała cienkim, jednak melodyjnym głosem.
-Ja... Czy szanowna pani zwie się może Morissimo?-odparłam uprzejmie.
-Zgadza się. W czym mogę ci pomóc młoda damo?
-Ja... Znalazłam tę karteczkę.-podałam jej wizytówkę.
-Hmmm... Mieszkałaś może w Simlondynie?
-Ehm...-kiwnęłam głową.
-Może wejdziesz do środka? Wytłumaczę ci wszystko.
-No... dobrze...
Szczerze mówiąc, nie wiedziałam co robić, ale weszłam za nią do środka. Wnętrze okazało się być równie świetne. Dostałyśmy się do salonu. Znajdowało się w nim wiele zakurzonych ksiąg.
-Może usiądziesz?-spytała zachęcająco. Usiadłam na skórzanej sofie, a ona obok mnie.
-Twoja mama Financy, zaś moja przyjaciółka... Byłyśmy nierozłączne. Strzegłyśmy świat przed szaleńcami, których w dzisiejszych czasach jest również niemało.
-Ale... Gdzie ona teraz jest?
-Spokojnie... Już w średniowieczu istnieli strażnicy. I z przypowieści, które są mi znane wiem, że zawsze któryś z nich musiał się zbuntować. Od lat ochranialiśmy świat. Wśród nas istnieli też zdrajcy. I to oni byli naszymi wrogami. My walczyliśmy o pokój i równouprawnienie zarówno dla strażników jak i ludzi. Oni myśleli, że jesteśmy od nich lepsi i to my powinniśmy być wyżej w hierarchii społecznej. Nienawidzili zwykłych ludzi. To oni wszczynali krwawe wojny, które przeciętni ludzie toczą do dziś. My jedynie możemy im w tym przeszkodzić. Opowiem ci o jednym, z wielu zbuntowanych strażników. Recz w tym że stał się gorszy od wszystkich innych. To on był przywódcą strażników-zdrajców. Przeciągnął również twą kuzynkę na swoją stronę. My nazywamy tę stronę strefą zaćmienia. Gdyż stało się to i nadal może się tylko stać w czasie zaćmienia. Ponadto każdy członek tej sekty stawał się tzw. zaćmiony, czyli ślepy na smutek, radość, rozumiesz tylko żądza władzy.
-My to znaczy kto kto? A pani kim w ogóle jest?
-A no tak! Gapa ze mnie!-roześmiała się, choć dla mnie to nie było śmieszne. W końcu nie na co dzień dowiaduje się człowiek że jest całkiem, całkiem wyjątkowy.-Zapomniałam się przedstawić. Alikapra Morissimo. No tak nie powiedziałam ci jeszcze... Jesteśmy, również ty pewnego rodzaju strażnikami.
-Ale ja dorastałam w Domu Dziecka.
-No tak... Umieścili cię tam twoi wujkowie. Wiesz dlaczego? Bo kiedy miałaś jeszcze 7 lat, trwał jeszcze większy spór, niż dzisiaj. Tedy to zaczęła się wzmożona aktywność naszego wroga. Teraz nie jest ona, aż tak wysoka. Większość strażników uważa, iż ukrywa się on, by nabrać sił, następnie ponownie zaatakować. Pomyśl: dziecko które bawi się mocą na pewno zostanie zauważone. Twoja rodzina zrobiła to tylko dla twojego bezpieczeństwa. Któryś z fałszywych strażników, tych co to trzymają z tym dziwnym agresywnym deklem, przebywających pod postacią zwykłych ludzi mogliby ci coś zrobić.
-Ale... Kim on jest? Jak go nazywacie?
-Hmm... Jeśli się nie mylę, a pamięć mam dość krótką, jego imię brzmi Blacky.
-A gdzie są teraz moi rodzice?
-Hmm... Dobre pytanie. Po starciu z Blacky'm ślad po nich zaginął. A! I jeszcze jedno my jesteśmy strażniczkami, to się odmienia.-mrugnęła do mnie wciąż z uśmiechem na ustach.
-Aha...
-Zaraz, gdzie będziesz spać?! Przyjechałaś tu, aż z Simlondynu!
-No...
-Może chciałabyś na razie zamieszkać u mnie?
-No...
-A więc postanowione! Mam nawet jedną wolną, bardzo ładną sypialnię!
Koniec rozdziału 5.
Dobra kolejny rozdział. Nie chciałam pisać posta pod postem... No nie! Laptop mi nawala! Miałam zamiar wstawić zdjęcia, a przynajmniej spróbować je wstawić, ale kuzynka siedmiolatka postawiła sobie przy klawiaturze colę. No i tak przegląda przy moim laptopku... i plusk po laptopie! A ja nie mam już gwarancji! A na komputerze gdzie teraz na nim p.i.s.z.e nie chce mi się wejść w imageshack, tylko wchodziło na laptopie. O zgrozo! Moja kuzynka jest gorsza niż szarańcza i Lady McBeth razem wzięte! Bez dłuższego offtopu:
Rozdział 6: Rodzina Morissimów.
Przyjaciel może zapełnić pustkę po utracie bliskich. Wróg może cię jedynie wykorzystać.
-Zaprowadzę cię do twojego nowego pokoju.-powiedziała.
Weszłam za kobietą do pomieszczenia. Mieściło się tam łóżko, komoda, budzik, lampa stojąca i mały regał z książkami. Ściany pokryto jasnozieloną tapetą. Na drewnianej, błyszczącej się wspaniale podłodze (zapewne codziennie, dokładnie pastowanej) leżała książka.
Dama rzekła:
-O, przepraszam zapomniałam odłożyć książkę.-zanim odłożyła ją na miejsce, przyuważyłam na niej napis taki sam napis jak na książce, którą czytała ta mała dziewczynka... Może to była wskazówka... Albo dziwny zbieg okoliczności... Choć w moim życiu nigdy nie znalazły się wspomnienia, które nie byłyby powiązane z moim przeznaczeniem...- Jak ci się podoba twój pokój?-wyrwała mnie z zamyśleń.
-Jest bardzo ładny.
-No, dobrze. Ojej! To już 19.00!-ozwała się spoglądając na zegarek.-Czas na kolację! A potem spędzisz noc w swojej przytulnej izdebce. Chodź za mną.-poszłam, więc za panią Alikaprą do wytwornie urządzonej, wręcz królewsko jadalni.
-Proszę, usiądź. Zaraz coś przygotuję.-posłusznie usiadłam. Niedługo potem zjawiła się z surówką w dużej misce.-Proszę to jeden z moich słynnych specjałów. Artur! Haden! Zejdźcie proszę na dół!-zawołała z wyraźnym podekscytowaniem. Moim oczom ukazał się najpierw dorosły mężczyzna o czarnych jak mak włosach, a za nim schodził ze schodów młody chłopak o równie czarnych włosach, co jego poprzednik. Obydwoje usiedli przy stole.
-To jest Haden, mój mąż.-wskazała na dorosłego.-A to mój syn Artur.-wskazała na chłopaka.
-Miło mi cię poznać... yyy...-rzekł serdecznie pan Haden.
-Tak, dzień dobry.-odpowiedziałam ciepło.
-Nazywa się Destiny.-spojrzała na swojego męża karcąco.
-No, tak Destiny.-odparł.
-Artur, może byś się odezwał.-ale chłopak patrzał martwym wzrokiem w swój talerz. Jego matka nieco zaniepokojona (chociaż to próbowała ukryć uśmiechem) lekko szturchnęła syna w łokieć.
-Co?!-mruknął wyrwany, jakby z jakiego transu.
-Przywitaj się.-rozkazała gniewnie mama.
-Dobra, cześć.
-Dobrze. Teraz nałożę wam tej przepysznej potrawy.-kiedy wszyscy już mieli nałożone swoje porcje, kobieta zagadnęła:
-Arturze, czy wiesz może, choćby jakie imię ma twoje koleżanka?-spytała chcąc, aby syn wreszcie wrócił do rzeczywistości.
-Kto?-zapytał drwiąco. Nie ukrywam troszkę mnie to uraziło, ale sprawy rodzinne powinna załatwiać między sobą rodzina...
-Och! Ma na imię Destiny!
-Nie przypominam sobie, żebym miał taką koleżankę...-ciągnął złośliwie. Z pewnością był w tej zaistniałej sytuacji dość dobrze zorientowany. Ja i pan Morissimo już dawno zaczęliśmy jeść. Reszta zaś nie tknęła nawet dania, kłócąc się niepotrzebnie o swe racje.
-Chłopcze! Jak ty się zachowujesz?! To nasz gość!-odezwała się ciut obrażona dama.
-Nie to nasz wróg!-zaprotestował.
-Dosyć! Marsz do swojego pokoju! Ale już!-wykrzyknęła, czując się zdegradowana przez syna do niższej pozycji.
-Chętnie!-odrzekł, obrażony na cały Boży świat oraz szybko wybiegł do góry, po schodach.
-Przepraszam cię za niego. Jest nie swój od kiedy...-tu urwała, najwyraźniej powróciło w jej głowie jakieś niezwykle smutne wspomnienie. Jedliśmy w niepokojącej ciszy. Kiedy wszyscy (oczywiście prócz Artura) zjedliśmy posiłek, pani Morissimo rzekła:
-Proszę idź do swojego pokoju. Aha, Destiny łazienka jest w razie czego obok twojego pokoju.
-Oki.-odpowiedziałam. A więc wróciłam do swojego pokoju. Kiedyś uważałam że los nigdy nie będzie sprzyjał i nikomu nie jestem potrzebna... Wtedy było zupełnie inaczej...
Koniec rozdziału 6.
No, dobra poddaje się! Kończę swoją historię... bo nie mam już weny! No co wy żartuję, nie chce mi się po prostu... ****ę jak jestem smutna, a na razie jak są wakacje to mnie tylko ogarnia hała że nie ma ładnej pogody... Więc raczej na dalszą część musicie poczekać, aż do rozpoczęcia się roku szkolnego. Znów wtedy zaczną się męczarnie...
Podwój się w trójkę a potem w dwójkę, to nic trudnego. Za to jak przekonać człowieka rozumnego do współpracy z innym to dopiero sztuka!
Tak jak za w czasu napisałam powróciłam do "swojego"(bo według mnie nadal nie był on mój, nieważne jak pani Alikapra by się starała
-Mogę wejść?-spytałam.
-Co? A tak, proszę.-odpowiedział, nawet nie patrząc na mnie.
Chyba już mu przeszło...
-Ja... Nie wiem od czego zacząć.
-Ach, to ty!-odparł poirytowany.
-Czemu przed chwilą byłeś taki...-próbowałam rzucić trochę nieistotnym, jak tak teraz myślę, pytaniem.
-Miły?-dokończył za mnie.-Nie wiedziałem, że to ty.
-To wczas się skapłeś.-odrzekłam z zadziwiającą pewnością siebie.-A w ogóle skąd wiedziałeś, iż właśnie o to cię...
-Spytasz?-znowu powtórzył swoją denerwującą czynność.-Jesteś bardzo przewidywalna.To przyszłaś... Czemu?
-Bo nie ma dżemu.-odburknęłam niewzruszona.
-Po co?!-teraz już był wyraźnie zdenerwowany.
-Po nic.
-Och, jak ty mnie wnerwiasz!
-A ty mnie!-odkrzyknęłam.
-To mój pokój.-tym razem z jego ust płynęły spokojne, akcentowane, wyraźnie słowa. Był zbyt pewien siebie jak dla mnie...
-Ale ja jestem grzeczna.-odezwałam się i zrobiłam maślane oczka.
-Co ma ryba do grzyba?!-wiedziałam o co mu chodziło, ale jednak nie mogłam się powstrzymać...
-Rymuje się.
-Och, ale ty mnie denerwujesz!
-I nawzajem.-zrobiłam minę rozkapryszonego dziecka.
-Czemu chcesz mnie wkurzyć?!
-A czemu ty?! Dlaczego byłeś taki dla mnie grubiański przy kolacji?!-nie mogłam utrzymać nerwów na wodzy...
-Bo... Ach ty tego nie zrozumiesz.-zasępił się, zaś po chwili pauzy dodał-Moja mama opowiadała ci o Blacky'm, prawda?
-Tak.-przytaknęłam już bardziej opanowana.
-Za to... Nie powiedziała ci o tym, że to...-przerwał, wodząc wzrokiem bez celu...-Mój brat, a moich rodziców tym samym syn.-aż otworzyłam usta ze zdziwienia.Zapanowała niezręczna, martwa cisza. Jakby śmierć która i tak kiedyś po nas przyjdzie, odjęła nam mowę. Poczułam lodowate spojrzenie mojego serca, pytające mnie z żalem, czemu w ogóle do tej rodziny przybyłam. Mówiło mi, iż naruszyłam ich błogie i dostatnie życie. Wtem niczym jakaś inna wyścigówka, wygrała tym razem cały konkurs natknęła mnie odmienna myśl. Zapewne rozum wygrał ponownie z sercem... Zaczęłam wierzyć w nas, istoty ludzkie. Odzyskałam wiarę w to, że nasze istnienie oraz los ma jakiś sens. Poczułam przypływ adrenaliny, zatem wesoło zapytałam:
-Czyli to nie było złośliwie?
-Taa...
-Aha. A więc nie będziesz mi już dokuczał, tak?
-No, jeśli ty nie będziesz dokuczać mnie.-w tymże momencie począł się lekko śmiać, aczkolwiek ja wraz z nim! Idealne zwieńczenie ciężkiego dnia...
-Hmmm... Sądząc po twojej osobowości chyba można ci zaufać.
-No, jasne!-zawołałam radosnym tonem.
-Dobra, skoro jesteś strażniczką, należałoby cię nauczyć minimum połowy tego i owego. Moja mama ma zamiar raczej dopiero jutro uczyć cię potrzebnego materiału.-Na pewno byłoby nudno, gdyby to ona cię uczyła. Może chcesz, żebym został twoim prywatnym nauczycielem?-uśmiechnął się do mnie. Po raz pierwszy...
To do tego trzeba się uczyć?! Och... Zabijcie mnie proszę...
-Zgoda. A tak w ogóle umiesz?-zapytałam nadal nie dowierzając słowom kolegi.
-No, ba. Ma się ten talent. Mogę wiedzieć ile masz lat?
-Ech... Czternaście. I ty chyba też?
-No, tak, ale to potrzebne do nauki.-zaśmiał się. Na moich policzkach pokazał się delikatny rumieniec.
-To co najpierw?
-Najpierw chodź do biblioteki, trzeba wybrać książki do nauki.
-Jest dziesiąta w nocy!-upomniałam, spoglądając na zegar zawieszony nad łóżkiem.
-No i co? Nikt po prostu nie może nas usłyszeć ani zobaczyć. To wystarczy.
To be continued...
Tak więc niby miałam przestać pisać wiecie... Ale znalazłam pełno zeszytów wykorzystanych do tej historii, bowiem... Trochę to spam niby i kłamstwo wiecie. Ech, ale przez ten czas zmienił się mój styl pisania i w ogóle. Poprawiłam się. No bo teraz mam trzy opowiadania na głowie do napisania i zakończenia, mam myśli, ale nie mogę ich pozbierać... Acha z Simonem to był niewypał. Przepraszam!
Łamiesz regulamin stawiając jeden po.st. pod drugim co i wygląda nieestetycznie...
Nie musisz dodawać rozdziałów kilka razy w tygodniu, wystarczą dwa lub trzy razy...
Na razie to tyle, aczkolwiek nie mówię,ze pozytywnie czy negatywnie...