Road after the peace

Generalnie mało simowe opowiadanie, jednak mam nadzieję, że się wam spodoba.
Prolog
Dom to miejsce, do którego każdy kocha powracać. Dobrze wiesz, że ktoś zawsze będzie tam na ciebie czekał z otwartymi rękoma, uśmiechem na twarzy. Powitasz tą osobę, wtulając się w jej ramiona przepełnione miłością i ciepłem. Będziesz mógł zapomnieć o trudnych sytuacjach w szkole i porozmawiać z tym, kto najlepiej cię rozumie. Usiądziesz przed kominkiem. Ogrzejesz swoje zimne dłonie, po czym zjesz gorący rosół, wykonany przez twoją ukochaną mamę. Aż otworzysz usta ze szczęścia, z całą szczerością. Chyba że masz na nazwisko Dalon i mieszkasz w Motherwell, mieście należącym do hrabstwa Lanakrshire. Wtedy wszystko jest zupełnie inne. Każdy nowy dzień jest jak walka o życie. Nikt nie wie, czy wytrzymasz, będziesz wystarczająco silny, by stawić czoła wyzwaniom, które czekają tuż za rogiem, jak wąż. Obawiasz się reakcji ze strony twojej rodzicielki, kiedy poprosisz ją o pomoc. Wiesz, że wybuchnie gniewem. Potrafi obrócić każde słowo przeciwko tobie, żeby było jeszcze gorzej. Kiedy wychodzisz do szkoły, mówi „Kocham cię”. Nie wierzysz w to. Jesteś pewien, że kiedy wrócisz, zacznie wyzywać cię od najgorszych stworzeń świata. Nie potrafisz na nią patrzeć. To sprawia ci ogromny ból psychiczny, nie porównywalny z żadnym innym. Czujesz do niej żal o to, że wybrała właśnie takie życie. Próbujesz wieźć życie normalnej nastolatki. Uśmiechasz się, rozmawiasz z innymi. Nie jesteś inny – na zewnątrz. Inni czasem potrafią powiedzieć, że jesteś duszą towarzystwa. W głębi duszy jednak ty, to skryta, cicha i mądra osoba. Nie ukazujesz tej twarzy. Uważ*** „Dlaczego inni mieliby wiedzieć? Wystarczy, że wie moja rodzina”. Umiesz wyjść gdzieś na cały dzień, zapominając o rodzeństwu, które zapewne męczy się z zachowaniem matki. Jest ci ciężko, ale czasem nawet ty potrzebujesz odpoczynku. Czasem wybuchają w tobie emocje, wrzeszczysz, choć wiesz, że to i tak nic nie da. Nie próbujesz nawet się pocieszać. Musisz wytrzymać.

Tak żyję.

Wracam ze szkoły. Otwieram drewniane drzwi. Moim oczom ukazuje się długi korytarz. Otrzepuję spodnie z kurzu. Dziś po raz kolejny wylądowałam na podłodze. Ludzie potrafią być nieobliczalni. Zniżają człowieka to poziomu zwierzęcia, po czym jeszcze się śmieją. Zupełnie jakby nie mieli serca. Nie ukrywam, że tą opcję trzeba wykluczyć. Gdyby tak było, nie mogliby żyć. Rzeczywistość jest okrutna.

Stawiam stopy na zimnej posadzce. Zdążyłam już wystarczająco zmarznąć. Nie czuję chłodu. Tracę nadzieję na to, że kiedykolwiek przyzwyczaję się do panującego tutaj klimatu. W salonie, na fotelu leży mama. Nie mogę oskarżać jej o to, że uzależniła się od różnego rodzaju używek.. Czasem nie ma się na to wpływu. Nie budzę jej. Wiem, że to wywołałoby awanturę. Przecież, jakim prawem, ja, taki beznadziejny człowiek, śmiem zakłócać jej spokój? Wchodzę na górę. Otwieram drzwi pokoju, w którym znajduje się jedyny w moim domu komputer. Widzę moje rodzeństwo - wysokiego chłopca z ufarbowanymi na czarno włosami, ubranego w czarną bluzę i spadające jeansy. Denerwuje mnie ta moda, nie chcę jednak zwracać mu uwagi. Styl ubierania to jego osobisty wybór, na który nie mogę mieć wpływu. Jak na razie. Obok siedzi mała blondynka, w czerwonej ********, z uśmiechem od ucha do ucha. Zawsze poprawia mi humor, kiedy jest wesoła.

- Cornelia – powtarzam cicho. Patrząc na nią, czuję żal, że mimo tak młodego wieku musi znosić grymasy mamy. Uważam, że stanowczo za dużo myślę o rodzinnych problemach. Powinnam korzystać z młodości. Ale jak, kiedy wiem, że ktoś jest ode mnie zależny?

Dziewczynka odwraca głowę w moją stronę. Podbiega i przytula się.

- Nareszcie przyszłaś. Głodna jestem. Masz ciastka?

Potrafi wzbudzić w człowieku wyrzuty sumienia. Tego dnia zapomniałam o zakupieniu ciastek. Kiedy spoglądam w jej dziecięce, ufne oczy, pełne radości i oczekiwania na najlepsze, robi mi się przykro. Muszę jakoś się wytłumaczyć. Nie mogę po prostu zmienić tematu. To nie w moim stylu. Potrafię, a przynajmniej próbuję stawiać czoła wyzwaniom. Nawet tym trudnym.

- Przepraszam. Zapomniałam.

No i skończyła się słodka Cornelia.

- Obiecałaś przecież! Nie lubię cię.
- Cornie, proszę. Nie miałam czasu.

Spoglądam na twarz Jamesa, na której pojawia się cwany uśmieszek. Odpowiadam tym samym. Mam ochotę dodać „Jak jesteś taki mądry, to zamieńmy się miejscami. Ty będziesz prał, robił zakupy i gotował, a ja będę całymi dniami siedziała na chacie z koleżankami. Co ty na to?”. Rezygnuję jednak, biorąc pod uwagę fakt, że moje wtrącenie nie przyniosłoby żadnych korzyści, z wyjątkiem powiedzenia całej prawdy prosto w twarz. Zresztą, on i tak wie, co o nim myślę. Nie muszę powtarzać tego w nieskończoność. Przynajmniej oszczędzę swoje struny głosowe.

Moje rozmyślania przerywa potworny krzyk dziewczynki. Ma donośny, a zarazem chrapliwy głos. Zaczyna jednocześnie płakać i *******ć tak głośno, że aż zatykam uszy. Próbuję ją jakoś uciszyć. James nawet nie kiwnie palcem, wiem o tym. Potrafi siedzieć spotkanie, nawet wtedy, gdy wybucha pożar. Czuję, że ta sytuacja źle się skończy.

- Dawaj mi moje ciastka! – krzyczy.

- Uspokój się, bo mama wstanie – próbuję mówić głośniej, by dotarły do niej moje słowa, co sprawia, że powstaje jeszcze większy rozgardiasz. Cornelia upada na podłogę. Próbuję ją powstrzymać. Topi się w swoich łzach. Bije rękami o posadzkę. Zastanawiam się, dlaczego te ciastka były dla niej aż takie ważne. To niesamowite, że potrafi kłócić się o takie błahostki. Myślę o tym, czy zachowałabym się podobnie, będąc w jej wieku. Za wszelką cenę chcę sobie przypomnieć moje dzieciństwo. Nie pamiętam już, za co byłam wtedy gotowa oddać życie.

- Nie obchodzi mnie to. Daj pieniądze w takim razie.

- Jesteś za mała. Masz dopiero pięć lat.

- Kłamiesz! Jestem wystarczająco duża.

Rozhisteryzowane dziecko podbiega do ściany ze wschodniej strony pokoju. Dosłownie pada na nią, brudząc farbę tłustymi dłońmi. Nie rozumie konsekwencji swojego zachowania.

- Przestań, proszę cię – spoglądam w stronę Jamesa. Widzę, że jest coraz bardziej zaniepokojony. Przecież Cornelia wie, co może się stać. Mimo to, pragnie zwrócić na siebie uwagę. Wydaje jej się, że jest najważniejsza. Przynajmniej odbieram takie wrażenie. Istnieje jednak druga opcja – mała nie rozumie. Jest zdezorientowana. Muszę jej wybaczyć. Najwidoczniej nie ma na to wpływu. Nasuwa się pytanie: lepiej cierpieć i nie znać powodu tego cierpienia, czy wiedzieć, co się dzieje? Teraz nie umiem na nie odpowiedzieć. Chyba przeżyłam jeszcze zbyt mało. W chwili obecnej, jedyną pociechą dla mnie jest to, że los innych może być o wiele gorszy. Z trudem słyszę własne myśli. Patrzę w oczy dziewczynki. Czuję do niej żal. Kiedyś wydawało mi się, że ona, w swojej prostocie serca, potrafi zrozumieć wszystkie tajemnice świata, jednak coraz bardziej zaczynam w to wątpić. Nagle drzwi do pokoju otwierają się. Słyszę ich skrzyp. Staje w nich osoba. Jest ubrana w kremową pidżamę, ma pomarszczoną skórę, usta w kolorze krwistoczerwonym i niebieskie oczy, w których widzę wyłącznie nieuzasadniony gniew. Jest kobietą, którą śmiem nazywać matką. Kurczowo zaciska rękę. Trzyma w niej nóż. Nigdy w życiu nie widziałam jej w takim stanie. Wiedziałam, że stoi już na cienkiej granicy pomiędzy samym nałogiem, a ciężką chorobą psychiczną. Jestem zła na siebie o to, że nie kazałam jej pójść na leczenie. Wydaje mi się jednak, że moje prośby na nic by się nie zdały. Mój obecny stan można określić jednym słowem – bezsilność. Próbuję jakoś ratować całą sytuację. Łapię Cornelię i podnoszę ją do góry. Wejście do pokoju zagradza swoim ciałem Elizabeth Dalon. Potykam się o leżący na podłodze plecak. Upadam razem z dziewczynką, która kuli się i chowa pod łóżkiem. Kobieta podchodzi spokojnie, jakby nigdy nic. Podobno, w chwili śmierci, ludzie przypominają sobie całe swoje życie. Ze mną jest odwrotnie – nie mogę myśleć o przeszłości. Zastanawiałam się jedynie, jak nisko upadłam, skoro moja rodzicielka, osoba, która zmieniała mi pieluchy i układała do snu, stoi na de mną i przykłada nóż do mojego gardła. Próbuję się bronić. Odpycham ją. Jestem ciekawa, co robi teraz Cornelia i James. Czy martwią się o mnie? Wiem, ze nie mam teraz na to czasu. Ręka matki gwałtownie unosi się ku górze, po czym wraca na swoje miejsce. Czuję, że tracę siły. Po co dalej walczyć? Umierając, nie musiałabym martwić się już o sprawy przyziemne. Jestem zwykłym tchórzem, lecz nie potrafię tego wytrzymać. Ciąży na mnie zbyt duży krzyż cierpienia. Być może nie myślę o rodzeństwie, ale czy ono teraz myśli o mnie?

- Przestań! – krzyczę bez zastanowienia.

Nie wiem, dlaczego mnie rani. Jej zimna dłoń ląduje na mojej twarzy. Powstaje czerwony odcisk. Nagle, James zaczyna ciągnąć ją za pas. Odsuwa ode mnie.

- Masz za swoje! – krzyczy kobieta. Po czym, biegnąc w stronę brata, ląduje na podłodze. Ach, ten nieszczęsny plecak, mówię do siebie. Chłopak, korzystając z okazji, chwyta rękę matki i ciągnie ją aż na korytarz. Ona, wytrącona z równowagi, wstaje powoli. Zdążam zasunąć drzwi łóżkiem. Podbiegam do szafy. Wyjmuję z niej kilka ubrań i torbę. Pakuję wszystko bez najmniejszej dokładności.

- Zabierz swoje rzeczy. – mówię to Jamesa, który, mimo zdziwienia, wykonuje moje polecenie. Wiem, ze gdyby był nieposłuszny, cała sprawa skończyłaby się bardzo źle. Kobieta zaczyna dobijać się do drzwi. Uderza w nie nożem. Czuję, że zaraz będzie w pokoju. Czym prędzej wyrzucam torby za okno. Patrzę, jak leżą na mokrej zieleni. Stawiam stopy na zimnym parapecie. Uważam, by się nie poślizgnąć. Zdaję sobie sprawę z tego, iż mam lęk wysokości. To jednak nieistotne. Staram się nie patrzeć w dół. Ostrożnie kładę nogi na białej, drewnianej markizie. Schodzę po drabince. Jestem na ziemi. Udało się, myślę. Teraz czas ściągnąć Cornelię. Mała czyni podobne kroki. Chwytam jej brzuch. Akcja zakończyła się pomyślnie. Na samym końcu dostrzegam Jamesa. Uciekamy, trzymając w rękach walizki. Otwieram furtkę, prowadzącą do ogrody. W głębi duszy jednak trudno jest mi zostawić dom. Nawet matkę. Niezależnie od tego, jak spełniała swoją rolę, była moją rodzicielką. Mogę dawać jej kolejne miliony szans, których i tak nigdy by nie wykorzystała. Nadal ją kocham. Czuję żal o to, że to ona znienawidziła mnie, a w zasadzie to, dla czego poświęciła życie, pozwoliło jej mnie znienawidzić. Dlaczego nie dostałam szansy mieszkania w normalnej rodzinie? Nie potrzebuję ładnego pokoju, kosztownych prezentów. Chcę tylko jednego – miłości. Teraz to już skończone. Nie ma odwrotu. Biegnę. Wiem, że podjęłam słuszną decyzję, w imię dobra mojego rodzeństwa, wbrew mojej woli. Muszę być rozsądna. Nagle przystaję. W oddali widać mój dom. Czuję, że czasem przeżyję chwile, w których najlepszym wyjściem będzie powrót do dawnego miejsca zamieszkania, jednak udaję się w dalszą drogę. Nie raz trzeba postawić los na jedną kartę. Nie myśleć o konsekwencjach, gdyż one potrafią tylko odwieść człowieka od podjęcia właściwej decyzji. Cokolwiek się stanie, muszę dać radę, nie mogę się poddać. Patrzę na swoje mokre stopy. Nie zdążyłam włożyć butów. Moje rodzeństwo także. Docieramy do głównej ulicy Crawforda, przechodzimy przez przejście dla pieszych, chowamy się za jednym z olbrzymich, z punktu widzenia Cornelii, bloków. Oddycham głęboko, chcąc odpocząć.

- Chyba ją zgubiliśmy – mówię, nie potrafiąc złapać tchu.

James kiwa głową. Cornie płacze. Jest cała brudna. Zaskoczył nas deszcz, jak to zwykle bywa w Szkocji. Nigdy nie wiadomo, jaka będzie pogoda.

- Gdzie my idziemy? – pyta dziewczynka.

- Jak najdalej od domu. – odpowiadam, nie będąc przekonana, co do moich słów.

Rozdział I
Stoję, cała przemoczona. Jest mi zimno w stopy, plecy, ręce i nogi. Spoglądam na ubłocone koniuszki palców. Wyglądam jak bezdomna, myślę. Temperatura pięciu stopni Celsjusza mocno daje się we znaki. Próbuję złapać oddech, pochylając się stopniowo. Wdycham zanieczyszczone przez spaliny samochodów powietrze. Przede mną stoją robotnicy, ubrudzeni równie bardzo, jak ja. Mają na sobie pomarańczowe kamizelki z żółtymi paskami. Jeden z nich jest łysy, reszta to bruneci. Wymieniają się między sobą opiniami na temat ostatniego meczu F.C Celtic z F.C Motherwell. Nie zauważają nikogo, poza sobą. Uznaję, że czasem dobrze jest nie przejmować się otoczeniem, skupić na jednej, istotnej rzeczy. Przyjemnej bynajmniej. Otaczają mnie szare bloki, z brązowym tynkiem, który w niektórych miejscach dawno odpadł od ściany. Stąpam po kałuży, dookoła Jamesa. Dochodzę do wniosku, że podjęłam tą decyzję zbyt pochopnie. Najwyraźniej kierowała mną chęć odizolowania się od trudnej sytuacji w domu, jednak czy dalsze życie pod jednym dachem z matką psychopatką jest rozsądne? Nie miałam wyboru, próbuję się tłumaczyć. Przecież moja rodzicielka równie dobrze może uprzykrzyć życie osobom, które znam, nauczycielom, czy kolegom z pracy. W mojej głowie mnożą się pytania i wątpliwości. Trudno jest brać odpowiedzialność za kilkoro osób, mając jedynie osiemnaście lat. A jeśli ona zrobi komuś krzywdę? Kto za to odpowie? Jeśli nas znajdzie? Nie dam rady. Jak będę dojeżdżać do pracy, szkoły? A Cornelia i James? Mieszkanie? Krzyczę nagle, po czym upadam na ziemię. Zwracam na siebie uwagę rodzeństwa i przechodniów. Podbiega do mnie brat.

- Nic ci nie jest? – pyta, klepiąc mnie po plecach.

A jednak się martwi, myślę. Pomaga mi wstać.

- Wszystko w porządku – próbuję uśmiechnąć się sztucznie. Wiem jednak, że moje starania są marne – on rozumie, to, co czuję, przynajmniej się stara. Mimo licznych kłótni, które zaistniały między nami, w naszych żyłach płynie ta sama krew, psująca wszystko, co napotka na swojej drodze: relacje międzyludzkie, radość, szczęście.

- W takim razie, gdzie idziemy?

- Niedaleko jest dworzec. Możemy gdzieś pojechać.

Cornelia zaczyna głośno kaszleć. Po krótkiej chwili jednak, skrzeczący dźwięk ustaje.

Biorę do rąk torbę, drugą trzyma James. Biegniemy, ile sił w nogach. Wydaje nam się, że czym prędzej będziemy na miejscu, tym szanse, że matka nas znajdzie, będą coraz mniejsze. Popycham różnych ludzi, nie zdążając spojrzeć na ich twarze. Wielu z nich to osoby starsze i schorowane. Zapewne teraz myślą sobie o mnie coś nieprzyjemnego. Muszę im wybaczyć. Niektórym wydaje się, że potrafią doskonale wczuć się w sytuacje innych. Niestety, są w błędzie. W gruncie rzeczy, każdy reaguje inaczej na przeciwności losu. Jedni umieją wytrzymać ból i cierpienie, drudzy załamują się i wpadają w depresję. Jestem ciekawa, do których z nich należę. Wchodzę na schody, nie trzymając się poręczy. Spoglądam za siebie. Widzę, że Cornelia nie daje rady, jej siły słabną. Nie mogę jednak przestać. Przekraczam próg pociągu, stojącego na peronie. Nie mam pojęcia, dokąd jedzie. Przezieram się przez tłum ludzi, siedzących w poszczególnych przedziałach. Chcę kupić bilet. W tym celu otwieram mój skórzany portfel. Dostrzegam w nim zaledwie kilka papierków. Płacę, po czym zajmuję miejsce, szczęśliwa, że mogę odpocząć. Kiedy jest się pozbawionym prawie wszystkiego, radość potrafią sprawić nawet najdrobniejsze, codzienne rzeczy. Opieram głowę o metalową konstrukcję. Moja siostrzyczka po chwili zasypia na moich kolanach.

- Mam jedno pytanie, Lucy – mówi James. Zaczynam się bać. Jego ton głosu jest wyraźnie przyciszony. On sam wygląda na zmartwionego, co nie jest częstym zjawiskiem.

- Słucham.

- Gdzie będziemy mieszkać?

Mój brat to z natury człowiek mało poważny. Mogę nawet powiedzieć, że jest bez serca. Śmieje się, kiedy ja płaczę. Krzyczy, kiedy się śmieję. Szczere mówiąc, bardzo mnie denerwuje. Nigdy nie potrafię się z nim zgodzić. Mamy odmienne poglądy, zdania.

- Znajdziemy coś. – odpowiadam.

- Czasem zachowujesz się tak, jakbyś była wszechwiedząca. Nie martwisz się, tym, że zapewne wylądujemy pod mostem i wszyscy pomrzemy.

Znów ma do mnie pretensje.

- Będę się denerwować, kiedy dotrzemy na miejsce.

- Jakie miejsce? Nawet nie wiesz, dokąd jedziemy.

Ma rację. Jestem często zbyt pewna swojej urojonej utopii szczęśliwego życia. Popełniam ważne błędy, które mogą zaważyć na naszej przyszłości, kierując się wyłącznie zasadą „Wszystko się ułoży”. A jeśli nie?

Nie muszę odpowiadać. Spoglądam za okno. Widzę, jak krople deszczu z hukiem uderzają o okno. Dobrze jest patrzeć na nie, kiedy nie ma się z nimi styczności.

Na środku ogródka stoi drzewo. Jest niewysokie. Na nim oparta jest biała drabina. Jako dziecko, uwielbiałam wspinać się na tą potężną konstrukcję. Udawałam, że jestem piratem, astronautą, czy zwykłym bohaterem. Kiedy nieco podrosłam, wraz z moją przyjaciółką, Helenn, grałyśmy w policjantów i złodziei. Ja, jako złodziej, miałam świetną kryjówkę – chowałam się za konarami, gdzie dziewczyna nie potrafiła się wdrapać. Patrząc na to drzewo, przypominałam sobie beztroskie chwile dzieciństwa. Były jak coś zakazanego, o czym nigdy nie powinnam myśleć, by choć na chwilę nie zapomnieć o problemach. Nie chciałam tego, ponieważ każdy powrót do monotonii szarego życia, stawała się podobna do kolorowego motyla, który spoczywał na szczycie World Trade Center.

Na niebie pojawia się srebrzysty księżyc. Nie widzę go. Śpię nerwowo, oparta o ramię fotela. Odnoszę wrażenie, że nawet najmniejszy szmer potrafi mnie zbudzić. Podchodzi do mnie konduktor, szarpie moje ramię.

- Proszę się obudzić. To ostatni przystanek.

Przecieram zapłakane oczy.

- Dziękuję, już wysiadamy.

Potrząsam Cornelią. James nie śpi. Podnoszę się na rękach. Dotykam jedną ręką metalowej poręczy.

- Dobranoc – odpowiadam, trochę niestosownie do sytuacji. Nie powinnam życzyć czegoś takiego osobie, która nie może zasnąć przez najbliższe kilka godzin.

Przez chwilę stoimy na pustej przestrzeni, nie wiedząc, w którą stronę się udać. Wiem, że to ja muszę podjąć decyzję. Modlę się o to, by była ona słuszna. Idę na prawo. Schodzę schodami, które kierują się raz w górę, raz w dół. Dostrzegam światła lamp ulicznych. Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Ściskam zimną rękę Cornelii.

- Tam jest chyba jakiś park. Może zdrzemniemy się na ławce? – proponuje brat.

- Dobry pomysł.

Spoglądam na twarz siostry. Widzę, że coś jest nie tak.

- Źle się czuję. Możemy tutaj zostać?

- Zamarzniesz. Coś cię boli? – pytam. Zaczynam się martwić.

- Wszystko.

Mała upada na ziemię, niczym bezbronna gałązka. ******* moją dłoń. Klękam, przestraszona.

- Co jej jest? – pyta James.

- Nie wiem – przewracam dziewczynkę na bok. Leży teraz w odpowiedniej pozycji.

- Jak to dobrze, że skończyłam kurs pierwszej pomocy. – spoglądam w górę, wzdychając z ulgą. Na szczęście wiem, co robić.

- Dzwoń na pogotowie.

- Oddycha?

- Tak. Dzwoń, błagam – moje ręce drżą. Zupełnie tak, jakbym była śmiertelnie głodna, apetyczna kanapka leżała tuż przede mną, a ja nie mogłabym jej wziąć do ust.

- Przecież nawet nie wiem, gdzie jesteśmy!

- Zapytaj kogoś – mówię ze łzami w oczach. Nie mam czasu na przemyślenie wszystkich trudnych spraw. Patrzę na leżącą dziewczynkę. Myślę: dlaczego akurat teraz?

Zastanawiam się nad tym, jak skończyłaby się akcja z nożem, gdybym nie uciekła. Być może już bym nie żyła, podobnie reszta rodzeństwa. Teraz nie jest lepiej. Dlaczego trzeba walczyć do końca? Czy to, co obecnie przeżywam, można nazwać walką? Wiem, że moje rodzeństwo ma do mnie pretensje i będzie je miało, ***óki nie skończy swojego życia. Jestem za nie odpowiedzialna, czyli muszę starać się o to, by było szczęśliwe, a przede wszystkim je kochać bardziej niż samą siebie.

James podchodzi do dwójki nastolatków, najwyraźniej wracających z imprezy. Nie różni się od nich właściwie niczym – jest ubrany podobnie, mówi w prawie identyczny sposób. To smutne, że ludzie nienawidzą odmienności. Wydaje im się, że bycie „kimś” oznacza dopasowanie się do reszty. Każdy, przechodząc młodzieńczy bunt, udaje kogoś, ponieważ chce uniknąć odrzucenia. Nic na tym świecie nie jest prawdziwe. Nic, z wyjątkiem Boga. Nawet poranna mgła to tylko złudzenie – niby istnieje, ale kiedy przechodzi się przez jej zasłonę, nie pozostawia po sobie śladu.

Moja przemyślenia przerywa postać brata, trzymającego w dłoni telefon. Po krótkiej chwili oczekiwań, komórka ląduje w jego kieszeni.

- Za chwile powinni tu być.

Oddycham z ulgą. Kilka minut później nadjeżdża biało-czerwony pojazd. Staje. Wychodzą z niego ludzie, ubrani w czerwone stroje.

- Dzień dobry. Co jej jest? – pytają.

- Zemdlała nagle. Czy możecie ją zabrać?

- Oczywiście.

Ciało mojej malutkiej siostrzyczki ląduje na noszach. Zostaje zabrana do środka maszyny. Modlę się o to, by jej stan nie był poważny. Wstyd mi – dziewczynka wygląda jak bezdomna – cała ubrudzona błotem, zmarznięta jak styczniowy szron. To moja wina. Przecież to ja doprowadziłam ją do takiego stanu.

Nagle, mała otwiera oczy.

- Gdzie ja jestem? – dyszy głośno.

- W karetce.

- Co mi się stało?

- Nic takiego. Odpoczywaj – trzymam jej rękę. Mam nadzieję, że to doda jej otuchy.

Docieramy na miejsce. Dostrzegam duży budynek, z jasnymi murami. Wysiadam. Idę dość szybko, za ratownikami. Zatrzymuję się przed salą, w której leży Cornelia. Przykładam nos do szklanych drzwi. Uznaję, że moja siostra podobna jest do swojej matki. Teraz, kiedy wiem o tym, co raz trudniej jest mi spojrzeć jej prosto w oczy. Zaczynam cicho płakać. Mam czas na zebranie myśli. Wcześniej zachowanie mojej rodzicielki nie potrafiło do mnie dotrzeć. Teraz przypominam sobie to, że próbowała zakończyć moje doprawdy kruche życie. Przebaczanie jest trudne. Kiedyś obiecałam sobie, że cokolwiek się stanie, będę mogła znaleźć w jej osobie jakieś dobre cechy. Tak bardzo pragnęłam normalności i miłości. Nie w tej chwili. Nie zależy mi na odbudowie relacji z matką. To skończony rozdział. Potrafię bez niej żyć, wszystkiego nauczę się sama. Ona nie umie sprawić, bym była szczęśliwa.

Mogę sobie wmawiać wiele podobnych rzeczy, jednak nigdy nie przestanę żałować.

Siadam na niewielkim krześle w korytarzu, obok Jamesa. Łkam nieopanowanie. On mnie przytula. Robi to tylko wtedy, kiedy wie, że potrzebuję tego najbardziej na świecie. Zachowuje się tak, jakby rozumiał moje uczucia. Rzadko spotykane zjawisko. Wie, czego chcę. Lubię czas, kiedy zachowuje się w podobny sposób. Jest dobry, czuję, że mu na mnie zależy, że pośród zmartwień mam kogoś, komu mogę powiedzieć o wszystkich moich troskach. Choć na chwilę. Ocieram łzy o jego czerwoną bluzę z kapturem. Oddycham z wielkim trudem. Dlaczego nic nie może być idealne? Chyba sama muszę odpowiedzieć na to pytanie – ponieważ wtedy nie byłoby takich momentów – wszyscy mieliby uśmiechy na twarzach, z czasem jednak zapomnieliby o tym, że są szczęśliwi. Cierpienie uczy nas doceniania dobra, jest miarą naszej wytrzymałości. W takim razie jestem bardzo silna.

- Przestań już, bo zmoczysz materiał.

Uśmiecham się przez łzy. To zabawne, że podczas mojego lamentowania wiem o istnieniu radości. Odsuwam się. Czekam na kolejny dzień. Nie mam pojęcia, co przyniesie, czy zdołam dożyć jego końca. Ważne, że dostaję nową szansę.

Komentarz

  • SimomaniaK9SimomaniaK9 Posty: 1,214 Member
    edytowano października 2011
    Wspaniałe! Tylko nieco za długie, aż nie chce się czytać, bo oczy bolą xD
  • iwcialol120iwcialol120 Posty: 195
    edytowano listopada 2011
    Przez okno wpada jasny promień słońca, oświetla moją twarz.. Budzę się z krótkiej drzemki. Biorę głęboki wdech, po czym podchodzę do łóżka, w którym śpi Cornelia. Bardzo chcę z nią porozmawiać. Potrząsam jej ramieniem.

    - Ś****? – pytam, choć wiem, że niepotrzebnie.

    Dziewczynka odwraca się w moją stronę. Kiwa głową przecząco. Uśmiecham się dość sztucznie.

    - Jak się czujesz?

    - Trochę lepiej niż wczoraj.

    - Dobrze w takim razie. Za niedługo lekarze sprawdzą, co ci jest. – informuję małą by nie była zaskoczona, kiedy ktoś zacznie pobierać jej krew. - Ja tymczasem muszę udać się do pracy.

    Wiem, że ona tego nie chce. Nie mam wyboru. Cornie nie najlepiej dogaduje się z Jamesem. Zresztą, z nim nikt nie dogaduje się dobrze. Wkładam na siebie kurtkę, wychodzę na zewnątrz. Zatrzymuję jedną z taksówek. Wsiadam do środka. Obok mnie siedzi mężczyzna, czytający gazetę. Najwyraźniej podróżuje już dość długo, gdyż widzę, że dobrze dogaduje się z kierowcą.

    - Gdzie? – pyta nie miło.

    - Do Murihouse Road.

    - Będzie musiała pani poczekać. Ten pan był pierwszy.

    Zmierzam wzrokiem tamtego człowieka. Jest gruby, ubrany w garnitur, czyta gazetę dotyczącą *******.

    - Dobrze – odpowiadam, po czym zaczynam przysłuchiwać się rozmowie mężczyzn.

    - W dzisiejszych czasach trudno o jakiegokolwiek klienta. Zwł******, jeśli chodzi o kupno bardziej zaniedbanego mieszkania – człowiek, siedzący za kierownicą kiwa głową.

    Słowo „mieszkanie” brzmi w moich uszach niczym ogromna tuba i odbija się kilkadziesiąt razy o ich ściany. Biorę głęboki wdech i zerkam do środka gazety. Widzę różne oferty, niektóre z nich są zaznaczone czerwonym flamastrem. Nie jestem odważna i chyba nigdy nie będę, jednak jeśli w grę wchodzi dobro mojej rodziny, potrafię zrobić naprawdę wszystko i bynajmniej nie dlatego, że jestem jej częścią. Rodzina to nie tylko określenie grupy ludzi, połączonych między sobą więzami krwi – to przede wszystkim wspólnie wylane łzy, chwile radości, uśmiechy, kłótnie, wiele emocji. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. To ona nakręca mnie jak zegarek, sprawia, że moje życia nabiera sensu. Nie mówię, że jest łatwo. Czasem bliscy potrafią ranić, dla nich jednak zawsze się powraca.

    - Przepraszam – odchrząkam – Jaki mieszkanie ma pan na myśli? – raz kozia śmierć.

    - Skromna kawalerka w Orbiston – nie mogę w to uwierzyć. Gdybym zamieszkała właśnie w tym miejscu, dojazd do pracy sprawiałby mi o wiele mniejszy problem niż dotychczas. Trochę gorzej ze szkołą Jamesa. Wiem, że muszę zadbać o to, by regularnie do niej uczęszczał, jednak rozumiem, że moje wskazówki są dla niego równie ważne, jak papier toaletowy. Wolę wyrzucić za okno każdą myśl, dotyczącą wychowania mojego rodzeństwa. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że prędzej czy później, będę musiała się z tym zmierzyć.

    - Jakie są koszta miesięcznego wynajmu?

    - Tysiąc funtów – marszczy brwi.

    - To dużo – myślę głośno.

    - Nic na tym świecie nie jest tanie, młoda panno – spoglądam na swoje zniszczone trampki. Nawet taka prosta rzecz jak obuwie, potrafi kosztować fortunę. Zastanawiam się, jak wyglądałby świat bez pieniędzy. Nie wierzę w to, że ludzie przestaliby rywalizować ze sobą, staliby się dobroduszni. Raczej znaleźliby na to inny sposób. Niektórzy nie potrafią żyć bez pychy, a współcześnie jedyną drogą do niej są kolorowe papierki z wizerunkami postaci historycznych.

    Nastała chwila ciszy, po której znów usłyszałam chropowaty głos **********.

    - Istnieje możliwość mieszkania z współlokatorką.

    - To chyba wykluczona. Mam dwójkę rodzeństwa. Nie zostawię ich na pastwę losu.

    - Mieszkanie jest dość duże. Koszty byłyby o wiele mniejsze – mężczyzna sięga do kieszeni i wydobywa z niej małą karteczkę, którą podała mi do ręki. – To moja wizytówka. Proszę zadzwonić.

    Uśmiecham się szczerze. Szansa na lepsze życie staje się coraz bardziej realna. Mogę zacząć wszystko od nowa. Los mruga do mnie jednym okiem, chcąc powiedzieć, że mam prawo do pójścia o jeden krok dalej. Wiem, że rzeczywistość nie jest aż tak kolorowa, jednak zawsze należy walczyć o to, by ją zmienić.

    Wysiadam z taksówki. Płacę kierowcy. Udaję się w swoją stronę. Staję przed budynkiem księgarni. Przechodzę przez szklane drzwi, kiedy uderza mnie ciepłe powietrze. Widzę twarze kolegów, koleżanek. Nie mam ochoty z nimi rozmawiać. Myślę ciągle o tym, jak czuje się Cornelia. Bardzo się martwię. Idę w stronę szatni. Przebieram się w firmowy strój i staję za ladą.

    - Cześć – mówią do mnie Dylan i Casey.

    - Hej – odpowiadam niechętnie.

    - Coś ty taka obrażona? Jakby ktoś cię oblał gorącą herbatą – cienka riposta w wykonaniu chłopaka potrafi mnie zdołować. Dylan lubi rozpamiętywać sytuacje sprzed kilku dni. Nie odzywam się ani słowem, zajmuję się pracą. Słyszę, jak moi współpracownicy obgadują mnie za plecami. Nie miłe uczucie. Oni nie rozumieją tego, że każdy może mieć czasem ciężki dzień. Wolą żyć w swojej powłoce i nie widzieć nikogo poza końcem własnego nosa.

    Biorę do ręki pudło z książkami, które układam na poszczególnych półkach. Natykam się na Peta, najstarszego pracownika księgarni, a jednocześnie jej współwłaściciela, ojca trójki dzieci.

    - Cześć – próbuję nie zwracać na niego uwagi, co jednak nie udaje mi się. Nie potrafię bronić się przed kulturą.

    - Dzień dobry. Jak po weekendzie?

    - Świetnie. Byliśmy całą rodziną nad jeziorem. Dzieciaki biegały od rana do wieczora. Niesamowita rozrywka.

    - Cieszę się – mówię, zazdroszcząc jednocześnie. Brakuje mi tych wspólnych wyjazdów. Teraz nie mam już nawet szansy na to, by przeżyć choć jeden. Nie mogę wrócić do matki.

    - Wszystko w porządku, Lucy?

    - Tak – kłamię. Nie potrafię powstrzymać płaczu i cienka strużka łzy spływa po moim policzku.

    - Nie mówisz prawdy. Coś nie tak. Chcesz pogadać?

    Siadam na małym krześle i kiwam głową. Cieszę się, że chce mnie wysłuchać. Pete jest bardziej jak ojciec, niż kolega. Udaję się na zaplecze. Tam opieram się o framugę drzwi. Wiem, że z mojego serca spadnie wielki kamień, choć powiedzenie całej prawdy nie jest takie łatwe.

    - W takim razie…co się stało?

    - Uciekliśmy z domu – boję się jego reakcji. Pete marszczy brwi i z niedowierzaniem prosi o powtórzenie mojej wypowiedzi. – Nie martw się, znalazłam już mieszkanie – to ciągłe udawanie dorosłej zaczyna mi przeszkadzać. Muszę zdać się sama na siebie, jednak w głębi duszy jestem tylko małym, bezbronnym dzieckiem, które modli się o człowieka, potrafiącego wyciągnąć pomocną dłoń. Niestety, kiedy znajdzie się ktoś taki, odrzucam oferowaną mi pomoc. Czuję, że tak będzie i w tym przypadku. Nie wiem, co mną kieruje. Czyżbym była egoistką? Chyba każdy człowiek ma w sobie choć cząstkę tej cechy, która niszczy relacje i wszelkie emocje. Buduje za to wygórowane mniemanie o sobie. Jest jak żrący kwas. Zaczyna rozprzestrzeniać się powoli, aż dosięgnie serca. Później jest już za późno. Podobno większa radość płynie z dawania, niż brania. Czasem jedno wyklucza drugie – oba są niewykonalne.

    Pete wyjmuje z portfela pieniądze, chce mi je wręczyć. Odsuwam jego rękę. Teraz wystarczy wymyślić jakąś sensowną wymówkę.

    - Nie mogę tego przyjąć.

    - Dlaczego?

    - Bo jesteś moim szefem – on załamuje ręce. Nie jest zadowolony.

    - To nie ma nic do rzeczy. Weź – kiwam głową. – W takim razie chociaż zrób sobie kilka dni wolnego. To rozkaz – uśmiecham się. Na to mogę się zgodzić. Zakładam mój szary beret. Wychodzę, nie zwracając uwagi na pozostałych pracowników księgarni. Nareszcie – uwolniłam się. Ostatnimi czasy, każdy człowiek, którego spotykam na swojej drodze, zaczyna mnie denerwować. Nie mogę patrzeć na ich twarze, smutne z błahych powodów. Nikt z nich przecież nawet nie ma odwagi spojrzeć na moją rodzinę. Czasem mam wrażenie, że niektórzy boją się nas, ponieważ nie chcą zarazić się naszą patologią, jak zwykłym, jesiennym wirusem. Samotność sprawia, że ludzie odizolowują się od innych. Nie chcą się do nich zbliżyć, czekają, aż ktoś wykona pierwszy krok.

    Docieram na miejsce. Pierwszy dźwięk, który słyszę po wejściu do wnętrza szpitala, to nieopanowany krzyk Cornelii. Wchodzę do sali badań. Ocieram łzy dziewczynce, próbując mówić nieco głośniej.

    - Spójrz na mnie. Uspokój się. Przecież to nie boli.

    - James mówił co innego – robi mi się ciepło na całym ciele. Gwałtownie odwracam głowę w stronę mojego brata. Nie mogę wytrzymać. Oddycham głęboko. Moja ręka ląduje z impetem na twarzy chłopaka.

    - Masz za swoje – kieruje mną niepohamowany gniew. W normalnych okolicznościach nigdy bym tego nie zrobiła. Teraz nie zależy mi już na opinii publicznej. Od dawna chciałam pokazać, jak wielkim gniewem czasem do niego pałam. Nadarzyła się okazja.

    Mam wrażenie, że on nie odczuwa bólu. Gładzi się po policzku i śmieje arogancko. Jestem bliska płaczu. Nie mogę na niego dłużej patrzeć.

    - Jesteś taki sam, jak matka – nareszcie powiedziałam to, co o nim myślę. Patrzę na zawstydzona twarze pielęgniarek, które wbijają chudą igłę w ciało mojej małej, płaczącej siostrzyczki.

    - Już po wszystkim – mówię. Ona uśmiecha się.

    - Dobrze, że przyjechałaś – zdejmuję małą ze stołu i zanoszę do pokoju. James stoi za mną. Nie dociera do niego to, co się przed chwilą stało. Jest jak kamień. Złoszczę się na siebie o to, że uwierzyłam w jego dobroduszność. Wczoraj był miły, sympatyczny, dziś, nastąpiła u niego diametralna zmiana. Nie wiem, dlaczego udawał. Większą przyjemność sprawiłby mi, gdyby pozostał sobą. Rozczarowałam się jak nigdy dotąd. To nie było to samo uczucie, kiedy mama obiecywała, że pójdzie na terapię – ja i tak wiedziałam, że nic z tego nie będzie. To coś znacznie gorszego. W kim mam kłaść moje nadzieje? Cornelia jest za młoda. Zostałam sama. Nie wiem, jaki sens ma moja walka. Rodzeństwo równie dobrze poradziłoby sobie beze mnie. Robię wszystko, co w mojej mocy – otrzymuję tonę obelg. Rodzina przestaje mieć znaczenie, kiedy jej członkowie nie wspierają się wzajemnie. Życie wtedy staje się długą katorgą, przepełnioną ciągłym powtarzaniem „Jutro będzie lepiej”. Ciekawe, co się stanie z ludźmi, którzy przestaną wypowiadać te magiczne słowa. Umrą? Raczej nie. Będą dalej wykonywać wszystkie czynności, jednak bez grosza nadziei – a bez niej przecież życie nie ma sensu.
  • FimfimFimfim Posty: 2,388 Member
    edytowano listopada 2011
    Świetne opowiadanie.Opowiada o urokach i smutkach życia :roll:
  • Nacia666Nacia666 Posty: 632
    edytowano grudnia 2011
    Bardzo lubię Twój styl pisania, jest taki... profesjonalny. :) Posty są dość długie, ale to dobrze, nie ograniczaj swojego talentu do krótkich notek. Mam nadzieję, że jeszcze przez długi czas będziesz nam umilać życie. :P Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wpadniesz na mój blog. Życzę powodzenia we wszystkim, co będziesz robić. ;)
  • YukizYukiz Posty: 413 Member
    edytowano grudnia 2011
    Bardzo ładne... tu nic więcej nie trzeba dodawać... gratuluje.
  • iwcialol120iwcialol120 Posty: 195
    edytowano grudnia 2011
    Tego dnia mam zamiar wynagrodzić Cornelii wszystko, co się wczoraj stało. Walczę dalej, łudząc się, że moje starania nie pójdą na marne. Mam nadzieję, że dziewczynka szybko zapomni o tamtym incydencie. Nie znam psychiki dzieci. Być może nie zezłościła się nawet trochę. Przecież teraz się uśmiecha. Chciałabym wiedzieć, czy udaje. Podchodzę do łóżka i siadam na nim. Uśmiecham się, nic nie mówiąc. Liczę na to, że mała zacznie rozmowę.
    - Wiesz, w naszej szkole jest taka dziewczyna. Nie lubię jej. Jest przemądrzała i skarży. Ostatnio na lekcji, niechcący ją popchnęłam, a ona zaczęła *******ć i wołać nauczycielkę.
    - Są i tacy ludzie. Najlepiej nie zwracać na nich uwagi – podsumowuję bez wyrazu.
    Teraz rozumiem. Mała woli uniknąć rozmowy na poważny temat. Podświadomie znajduje wymówkę. Ludzie bardzo lubią tłumić w sobie emocje – począwszy od siedmiolatków. Wydaje im się, że mówienie o swoich problemach jest zakazane, może skutkować publicznym wyśmianiem. Udają, że wszystko jest w porządku, że są twardzi. Być może. Za to mają serce z kamienia. Nie twierdzę, że do nich nie należę. Stopniowo zaczynam wchodzić w skromne progi zgorzknialców. Nie wiem, jak przed tym uciec. Być może jest to nieuniknione. Zastanawiam się nad tym, czy zostawiając za sobą całe życie, byłabym szczęśliwa, idąc, zamknięta na miłość i wszelkie inne uczucia.
    Dostrzegam uderzającą o okno swoimi małymi skrzydłami muchę. Chce wydostać się na zewnątrz. Dąży do czegoś niemożliwego, choć wie, że i tak nic z tego nie będzie. Patrząc na nią, myślę o sobie. Między nami nie ma żadnego podobieństwa w wyglądzie. Istnieje ono jednak w sposobie patrzenia na świat. Wstaję i uderzam w nią kawałkiem czasopisma. Nie mogę dłużej patrzeć na to, jak się męczy.
    - Co to zrobiłaś?! – odzywa się. – Mogłaś ją wypuścić!
    - Za późno – powiedziałam, wzruszając ramionami. Odwracam się, kiedy do sali wchodzi pielęgniarka.
    - Dzień dobry, mam wyniki badań – czuję, jak serce podchodzi mi do gardła, zaczynam się denerwować. Na krótką chwilę zapominam o tym, dlaczego znajduję się właśnie w tym okropnym miejscu. Mam nadzieję, że Cornelia jest zdrowa. Nie mam zamiaru zmierzać się z kolejną przeszkodą.
    Kobieta przegląda karty. Chcę zauważyć na jej twarzy zadowolenie. Wstrzymuję oddech, po czym łapię rękę dziewczynki. Pragnę, by ta chwila była już daleko za moimi plecami. Najchętniej zatkałabym uszy, zagłuszając głos rozsądku. Nie chcę słyszeć prawdy, podobnie jak większość ludzi. Wolę żyć w kłamstwie, o ile ono sprawi, że poczuję się lepiej. Zamknąć się na rzeczywistość, udawać, że wszystko jest w porządku.
    Szczęśliwym można być tylko wtedy, gdy z całą świadomością chce się uśmiechać do każdego, przechodzącego obok. Niektórzy czują się tak tylko przez sekundę. Jedną, niezapomnianą sekundę, do której zawsze chce się powracać. Zazdroszczę im – wiedzą, że warto żyć. Ja natomiast wolałabym uciec od problemów i zanurzyć się w egoizmie. Wtedy nie byłabym już człowiekiem, a przecież nadal chcę nim pozostać. Żyję, błąkając się pośród różnych życiowych dróg. Nie wiem, którą z nich wybrać. Świat proponuje mi tyle wygodnych możliwości. Kusi swoją pozorną wspaniałością. Znajdując się na skraju załamania, mam najszczerszą ochotę pójść drogą gładką niczym satyna. Wiem, że się nie potknę, jednocześnie mając świadomość tego, co czeka mnie na jej końcu – płacz, cierpienie i nieustające wyrzuty sumienia. Skręcam niespodziewanie, mówiąc „To nie dla mnie”. Robię słusznie – wiem o tym. Czekam uporczywie na zasłużoną nagrodę.
    Spoglądam na twarz kobiety z ogromnym strachem.
    - Wszystko w porządku. Dziewczynka jest zdrowa. Może wyjść ze szpitala, kiedy tylko wyrazi pani na to zgodę.
    Kamień spada mi z serca. Czuję, jak z moich oczu płyną łzy szczęścia i głębokiej ulgi. Patrzę na Cornelię. Ona również się cieszy. Nie wiem, co powiedzieć. Decyduję się na „Dzięki Bogu”. Pielęgniarka wychodzi z sali, zatrzaskując drzwi z impetem. Ocieram ręką mokry policzek.
    - To…możemy wracać do domu? – pyta dziewczynka. Zadaję sobie pytanie „Dlaczego ona jest taka naiwna?”. Nie chcę odpowiadać. Niby w jakim celu uciekałabym z mieszkania, żeby teraz do niego wracać? Zaciskam zęby, po czym otwieram usta, chcąc po raz kolejny wytłumaczyć Cornelii, to, co sprawia jej tak wielki ból. Jest jakże ważnym dla mnie dzieckiem. Chcę zrobić wszystko jak najlepiej, ale przecież nie ma ludzi idealnych. Mam emocje, mogę je wyrażać. Czasem nie można inaczej. Kiwam głową przecząco. Widzę w jej oczach głębokie oburzenie.
    - Dlaczego? – mówi z żalem. – Kiedy wrócimy?
    - Nie wiem. Być może nigdy – odpowiadam, choć w głębi mojej duszy płonie płomień nadziei na to, że kiedyś będę mogła ponownie zawitać w domowych progach, porozmawiać z matką o wszystkim, co się stało o wybaczyć jej błędy.
    Dziewczynka przykrywa twarz kołdrą, wtula się w jej miękkie brzegi. Płacze, gdyż nie dostała tego, na czym zależało jej aż tak bardzo. Zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że źle ją wychowałam. Próbowałam chronić, zamiast ukazać życie takim, jakim jest naprawdę. Przecież byłam dla niej jak matka. Najwidoczniej zbyt dumna. Mam ochotę powiedzieć jej prawdę prosto w twarz, choć patrząc na tą drobną istotkę, słowa stają mi w gardle. Patrząc z innej strony, zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby dowiedziała się o wszystkim z moich ust, niż z ust Jamesa czy kogokolwiek innego. Stoję pomiędzy młotem, a kowadłem. Wyciągam rękę i gł*****ę dziewczynkę po głowie. Ona popycha mnie ze złością.
    - Nic nie rozumiesz. Jeśli tak ci na tym zależy, to idź. Droga wolna. Ja nie zamierzam dalej tam mieszkać. Podjęłam decyzję. Przykro mi – wskazałam palcem na drzwi. Krzyczę dość głośno Mam świadomość tego, że postąpiłam zbyt okrutnie. Czy było jakieś inne wyjście? Czuję się tak, jakbym stała na skraju krawędzi. Pode mną jest wyłącznie pustka, tak głęboka, że nie sposób jej opisać. Ktoś próbuje mnie zepchnąć, a ja walczę jedyną bronią, jaką mam. Złoszczę się, bo nie mogę zapobiec mojemu upadkowi. Bardzo żałuję. Tak jest, kiedy ktoś ciągle czegoś ode mnie wymaga. Ja nie wytrzymuję presji. Czuję, jakby zabraniano mi okazywania emocji.
    Patrzę, na błyszczące od łez, oczy Cornelii. Wiem, że dostrzegła we mnie kogoś zupełnie innego, obcego. Kogoś, kto nie potrafi pomóc, troszczyć się a przede wszystkim pocieszać. Ona zawiodła się tak samo, jak ja.
    - Wiesz co…ja też nie wrócę – mówi dumnie.
    Nie spodziewałam się takiej reakcji z jej strony. Zupełnie jakby dojrzała w jednej chwili. Spoglądam na jej drobną twarzyczkę z niedowierzaniem.
    - W takim razie – przerywam, wstając. – ja muszę gdzieś zadzwonić – mówię zupełnie bez uczuć udając, że sytuacja, która miała miejsce chwilę temu, nie zaskoczyła mnie ani trochę. Wychodzę, opierając się o framugę drzwi. Jestem zimna jak lód. Chcę się ogrzać, jednak nie wiem jak. Wyjmuję z kieszeni wizytówkę. Czytam litery, układające się w imię i nazwisko: „Jim Parker, numer kontaktowy: 114354137”. Wystukuję rytmicznie rząd cyfr na klawiaturze telefonu, po czym przykładam słuchawkę do ucha. Słyszę sygnał.
    - Dzień dobry, Parker z tej strony. Z kim mam przyjemność? –
    - Dzień dobry. Pamięta pan dziewczynę, pytającą o mieszkanie, dziś rano, w taksówce? – mówię, nieznacznie się jąkając.
    - Oczywiście. Ma pani zamiar wynająć kawalerkę w Orbiston?
    Cieszę się, że zapamiętał.
    Kiwam głową, po czym zdaję sobie sprawę z tego, że ********* nie widzi tego, co robię.
    - Tak, to ja. Czy mogłabym kiedyś obejrzeć mieszkanie? Zależy mi na czasie.
    - Co pani powie na dzisiaj o godzinie piątej? Podam pani adres – odczekuję chwilę, po czym słyszę ten sam, chropowaty głos. Zapisuję na kartce numer mieszkania i ulicę, następnie odkładam słuchawkę.
    Nie mogę w to uwierzyć. To zbyt piękne. Za godzinę mam umówione spotkanie w sprawie własnego mieszkania. Nigdy nie ***********łam, że dożyję tej chwili, przynajmniej w tak młodym wieku. Zawsze wydawało mi się, że zamieszkam w ślicznym domku, przypominającym dworek, z ogródkiem, psem i dwójkę dzieci. Nie chciałam usamodzielnić się właśnie w takich okolicznościach. Marzyłam o skończeniu studiów oraz wybraniu odpowiedniego momentu na rozpoczęcie dorosłego życia. Tymczasem on spada na mnie jak grom z jasnego nieba. Miażdży mnie, przez co dotykam ziemi. Trudno jest podnieść jego ciężar.
    Wchodzę z powrotem do sali, w której leży Cornelia. Uśmiecham się do niej sztucznie. Ubieram kurtkę, po czym wychodzę ze szpitala. Dochodzę do wniosku, że potrafię zmieniać swoje zdanie na różne tematy w przeciągu kilku minut. Już się nie złoszczę. Jestem przepełniona nadzieją, choć w głębi mojego serca rodzi się myśl, mówiąca „Nic z tego nie będzie’’. Podświadomie nie chcę jej zwalczać. Kieruję się zasadą „Myśl negatywnie. Jeśli będzie lepiej, twoja radość stanie się sto razy większa, niż gdybyś myślał pozytywnie”.
    Podobno pozytywne myślenie pomaga w życiu. Jestem przeciwna temu stwierdzeniu. Uważam, że jest w większej mierze skutkiem wielu zawodów i smutków.
    Wsiadam do tramwaju, wyczekując niecierpliwie kolejnego przystanku. Hamulce zaczynają pracować, a ogromna maszyna zatrzymuje się szybko. Wymagające naprawy zawiasy w drzwiach, otwierają się mechanicznie. Przekraczam próg konstrukcji. Wdycham zimne powietrze. Popycha mnie zgraja ludzi, zapewne spieszących się do swoich domów po skończonej pracy. Patrząc na młodzież z plecakami, zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Przecież opuściłam już kilka dni, a matura zbliża się wielkimi krokami. Jednak nie mam zamiaru wchodzić głębiej w temat szkoły. Otrząsam się z chwilowego zamyślenia. Są o wiele ważniejsze sprawy.
    Idę na prawo, kierując się wskazówkami zapisanymi na skrawku papieru. Niebo przykrywa ciemna chmura, niczym satynowy obrus. Otaczają mnie pozornie zielone krzewy i duże budynki. Stąpam po chodniku, uważając, by przypadkiem się nie potknąć. Jestem bardzo zdenerwowana. Słyszę rozmowy ludzi, starając się jednocześnie nie zwracać na nich uwagi. Przystaję lekko, by przyjrzeć się bliżej jednemu z budynków. Podchodzę do jego ściany, na której wisi tabliczka z numerem „215”.
    - To tutaj – mówię głośno. Popycham ciężkie drzwi. Po krótkiej chwili znajduję się pod drzwiami mieszkania. Słyszę głosy, dobiegające z jego wnętrza. Śmiechy, rozmowy. Unoszę swoją rękę do góry. Moje palce delikatnie spoczywają na drewnianym materiale. Pukam cicho. Szczerze mówiąc, nie lubię rozmawiać z nowo poznanymi ludźmi. Powstrzymuję strach z wielkim trudem. Przymykam oczy na krótką chwilę. W drzwiach staje nastolatka. Wydaje mi się, że nie żyje dłużej, niż dziewiętnaście lat. Ma niebieskie oczy, ciemne, gęste włosy, spięte w wysoki kok. Ubrana jest w granatową *******ę ze skórzanym pasem. To zapewne moja nowa współlokatorka, myślę. Chcę zrobić na niej dobre wrażenie, jednak słowa grzęzną mi w gardle. Uśmiecham się jedynie, nie mówiąc nawet „dzień dobry”. Nie wyobrażam sobie tego, że za chwilę będę musiała pokazać się z jak najlepszej strony i postarać o wynajem mieszkania. Najprawdopodobniej nic nie wskóram i zamieszkam na ulicy. Dostaję jednak wielką szansę. Byłabym głupia, gdybym jej nie wykorzystała. Zawsze należy próbować, choćby wydawało nam się, że jesteśmy bezsilni. Przecież wierzę w cuda. To one nadają sens temu, co w ludzkich oczach jest jedynie pustką.

    * * * * *
    Dziękuję za te miłe komentarze, cieszę się, że czytacie :)
  • Nacia666Nacia666 Posty: 632
    edytowano grudnia 2011
    Jak zwykle idealnie, nic dodać, nic ująć. Masz wielki talent pisarski, cieszę się, że się nim z nami dzielisz. :)
  • iwcialol120iwcialol120 Posty: 195
    edytowano grudnia 2011
    '' Dziecko, które w nas mieszka, ufa, że istnieją gdzieś mędrcy znający prawdę"
    Czesław Miłosz
    Seamus Heaney, Biedny poeta

    * * *

    Widzę człowieka, którego spotkałam rano w taksówce. Wygląda na nieco bardziej radosnego. W końcu ma przy sobie bliską osobę, najwyraźniej zachwyconą jego towarzystwem.
    - Dzień dobry, proszę usiąść – mówi. Ja jedynie kiwam głową i wykonuję wszystkie polecenia. Nie mam za grosz kultury, uznaję. Strach trzyma się mnie niczym nieznośny cień. Jedyną moją deską ratunku jest to, że korzyść z moich trudów przekażę osobom bardzo dla mnie ważnym. Jestem żołnierzem na wielkiej wojnie życia. Jeśli zginę, zostawię po sobie ślad, który dla kilku osób będzie nieodłącznym elementem przetrwania. Odcisnę swoją duszę w historii mojej rodziny. Nawet, jeżeli nie uda mi się uznam, że było warto.
    - A więc mam pani do zaoferowania mieszkanie z jedną sypialnią, łazienką oraz kuchnią, którą będzie pani dzieliła z moją siostrzenicą – dziewczyna uśmiecha się szeroko, podając mi rękę w geście powitalnym. Widzę, jak bardzo cieszy się z możliwości mieszkania bez rodziców. Jest młoda, żyje z całych sił. Typowa nastolatka, marząca o pójściu na studia, romantyczka, uczennica, powtarzam w myślach. Zależy mi na zawieraniu nowych znajomości, choć nie przychodzi mi to z łatwością. Nie mam przyjaciół, koleżanek, czy kolegów ze szkoły. Idę przez życie sama, bojąc się, by przypadkiem nie wciągnąć w moją chorą sytuację innych ludzi. Próbuję ich chronić przed tym, co obecnie przeżywam. Nie znoszę litości. Unikając jej, przestaję użalać się nad własnym życiem. Tak jest o wiele łatwiej, udając, że nie mam problemów. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy i zarazem ostatni urządziłam imprezę, a w zasadzie krótkie spotkanie ze znajomymi. Przyszli. Byli ciekawi, jak wygląda mój dom, rodzina, pokój. Rozgościli się. Upiekłam nawet ciastka specjalnie na tą okazję. Małe muffinki z orzechami. Zajęło mi to cały weekend, lecz przyniosło jednocześnie ogromną satysfakcję. Usiedli w kanapie na salonie. Rozmawiałam z nimi. Potem przyszła mama. Była już pijana. Zaczęła wyzywać mnie i moje koleżanki, próbowała wyrzucić z domu. Mówiła, że nie uprzedziłam jej o spotkaniu. Kłamała. W zasadzie nawet nie wiedziała, że kłamie. Dziewczyny wyszły razem ze mną. Nie miałam ochoty na dłuższe wsłuchiwanie się w jej głos. Stanęłam na trawie w ogródku. Moje koleżanki były zaskoczone i przerażone. Nie wiedziały, co powinny powiedzieć, zupełnie jakby istniała reguła na pocieszanie ludzi. Klepały mnie po ramieniu, mówiąc, że ich matki krzyczą podobnie. Udawałam, że im wierzę. Rzeczywistość była zupełnie inna. Moje życie różniło się od ich życia. Miały szczęście. Nie musiały znosić tego prawie każdego dnia. Nie płakałam. Potrafiłam się powstrzymać. Zresztą, to była dla mnie codzienna rutyna. Zdążyłam się przyzwyczaić, one – wręcz odwrotnie. Następnego dnia w szkole omijały mnie szerokim łukiem. Rozumiałam je. Doznały szoku, tylko czy musiały od razu udawać, że mnie nie znają? To nie była moja wina. Nie wybrałam swojej mamy, ani pozostałych członków rodziny. Miałam jednak jeden powód do radości – rodzicielka sprawiła, że moje znajome już zawsze będą czuły uraz do alkoholu i innych używek. Przynajmniej tak mi się wydawało. Jednak świat potrafi pociągać, kusić tym, co ma do zaoferowania, czyli wszystkim sprawiającym ból nie tylko poszczególnym osoby, ale i ich rodzinom. Taka właśnie jest mama – już dawno wybrała świat od swoich dzieci. Co prawda był to jej wybór, jednak nie uwzględniła w nim wielkich konsekwencji, którymi są: ja, Cornelia i James.
    Przerywam swoje myśli. Wiem, że muszę skupić się na rozmowie z niejakim Jimem Parkerem.
    - A więc, jakie będą koszty? – pytam z nadzieją, że cena wynajmu zmieści się w granicach dwieście-pięćset funtów.
    - Sześćset – nie trafiam. Nerwy nie pozwalały mi na to, lecz nareszcie znajduję chwilę na rozejrzenie się dookoła. Widzę duże, białe okna z widokiem na miasto, wygodną sofę, na której siedziałam, telewizor nowszej generacji. Zaczynam podejrzewać, że zostałam oszukana. Nie należę do tej grupy osób, która podpisuje umowę bez wcześniejszego przeczytania każdego z jej punktów. Nie mogę dać się nabrać. Muszę nabrać odwagi. Przypominam sobie, dla kogo robię to wszystko. Przed oczami staje mi postać brata, którego niedawno uderzyłam, rozwrzeszczanej siostry. Na szczęście ten obraz szybko znika z mojej głowy. Wypieram się go. Staram się dostrzec jedynie ich dobre strony. Przecież tak bardzo ich kocham, mimo krzywd, które mi wyrządzili. Są dla mnie ważni, dzięki nim mam po co wstawać rano, zanim słońce wyjrzy zza ciemnego mroku. Kiedy ktoś mnie pyta „Jak się trzymasz?”, odpowiadam, że nieźle. Tak naprawdę, gdyby oni nie istnieli, już dawno straciłabym nadzieję, nawet jej najmniejszy promień, mieszkający jeszcze w moim sercu.
    Nareszcie wydobywam z siebie cichy głos:
    - Czy mogłabym obejrzeć cały dom?
    - Oczywiście – odpowiada *********. Wstaję, podążając za nim. Wchodzę do niewielkiego pomieszczenia z kuchenką, małym stołem i kilkoma krzesłami. – Tutaj jest kuchnia. Mam nadzieję, że umie pani gotować, w odróżnieniu od Scarlett? – śmieje się . Dziewczyna jest wpatrzona w niego jak w obrazek. Najwyraźniej Jim Parker to dla niej wielki autorytet, chce pójść w jego ślady, być perfekcjonistką. Mężczyzna widzi, że czegoś się obawiam.
    - Podoba się pani? – pyta.
    - Tak, wszystko w porządku, tylko…- czeka na moją odpowiedz. – ten salon. On jest zbyt ładny jak na swoją cenę – ********* śmieje się coraz głośniej. Patrzy na mnie, jakbym była nie z tej planety. Być może nie jesteśmy z tej samej warstwy społecznej, lecz należymy ludzkiej rasy. Nie różnimy się w zasadzie niczym. Nasze włosy są zbudowane z takiego samego materiału, oczy, zęby, skóra. Jesteśmy identyczni. W takim razie dlaczego niektórzy twierdzą inaczej? Pozwalają sobie na gorsze traktowanie osób, na przykład mających problemy finansowe. Tak naprawdę udowadniają tylko nieznajomość własnych siebie. Obrażają to, kim są.
    - Mieszkanie jest podzielone na dwie części ze wspólną kuchnią. Do pani należy zaledwie jedno pomieszczenie. Proszę iść za mną, zaraz je pani pokażę – przechodzimy przez długi korytarz, na końcu którego są drewniane drzwi. Najwyraźniej osoba montująca tą konstrukcję niezbyt dobrze znała się na swoim fachu. Są one przekrzywione w lewo. Naciskam klamkę. Delikatnie, jakbym bała się, że za chwilę wpadnie na mnie potwór, zupełnie jak dziecko.
    Zielone ściany, ociekające pleśnią, nieszczelne okna, ciasna kanapa. To wszystko, co ukazuje się moim oczom po wejściu do pomieszczenia. Czego mogłam się spodziewać? Łóżka z dziesięcioma materacami, ogromnej rozety, królewsko zastawionego stołu? Chyba naprawdę zapomniałam, ile mam lat.
    - Ładnie – mówię. Choć myślę inaczej. W końcu lepsze to, niż nic. Nie wyobrażam sobie, jaki cud pomoże nam się tu pomieścić. Uśmiecham się mimowolnie. Chcę, by mężczyzna wiedział, iż zrobił dla mnie coś naprawdę dobrego. Spoglądam na dziewczynę. Widzę, jak bardzo cieszy się z tego, że nie jest na moim miejscu. Zniknęła cała miła atmosfera, którą zdążyłam sobie wytworzyć w swojej głowie. Teraz odczuwam tylko zimno, wstyd, rozpacz, niezrozumienie. Chcę wreszcie zrozumieć, że istnieją ludzie, na których nie warto polegać. Nie umiem wyzbyć się tego nawyku. Po prostu znów pragnę zobaczyć w czyichś oczach troskę. Chcę wiedzieć, że jest ktoś, komu na mnie zależy. Uporczywie ****** złotego środka, rodzinnego domu, który próbuję stworzyć mimo tego, iż wiem, że nigdy mi się to nie uda. ****** ludzi, których obsadzam w główne role rodziny – mamę, tatę, babcię, dziadka, ciocię i wujka. Robię to nawet mijając różne osoby na ulicy. Uzależniłam się od tego. Nie mogę przestać.
    - Jeszcze łazienka – uprzedza mnie Jim Parker. Spoglądam przez otwarte drzwi. Jest nawet trochę podobna do łazienki z naszego domu. Po krótkiej chwili ponownie udajemy się do salonu Scarlett. – Możemy podpisywać umowę – oznajmia mężczyzna. Wyjmuje z teczki stos papierów. Boję się, że nie zdążę wszystkiego przeczytać. Podaje mi je do ręki. Widzę stos paragrafów. Zabieram się za ******ę każdego z nich. Niestety, nie mogę nic zrozumieć. Modlę się, by nie popełnić błędu przy podejmowaniu decyzji. Przewracam kolejne strony udając, że każde z wyrażeń zawartych w umowie nie jest mi obce. Mężczyzna podaje mi czarny długopis. Jest na nim napisane „Agencja nieruchomości Parker”. Zaciskam na nim palce. Kładę jego końcówkę na papierze. Teraz, albo nigdy. Mam nadzieję, że nigdy nie będę żałować tego, co robię. Widnieje tam teraz mój podpis. To trochę jak ukłucie igłą przy pobieraniu krwi – najtrudniej jest za pierwszym razem, później już nie boli. Przeciągam niebieską substancją w metalowej obudowie po kartkach umowy. Jeszcze tylko kilka pociągnięć i będzie po wszystkim. Prostuję się. Już za późno, by cokolwiek zmieniać. Spoglądam na ********** i jego siostrzenicę. Uśmiechają się do mnie pozornie przyjacielsko. Wydaje mi się, że do swoich twarzy mają przyczepione kolorowe maski, w rzeczywistości zaś myślą „dała się nabrać”.
    - Dziękuję pani bardzo. Tu ma pani numer, na który należy wpłacać opłaty za czynsz. Resztę spraw musimy jeszcze omówić – podaje mi miniaturowych rozmiarów karteczkę. Przez najbliższe dwie godziny rozmawiam z nim na tematy dotyczące mieszkania. Ostatecznie wpłacam wstępną kwotę. Później wychodzę, żegnając się. Jest już ciemno. Mam nadzieję, że zasłużyłam na pochwałę. Wracam do szpitala, by zabrać z niego Cornelię i Jamesa. Cieszę się z tego, że ********* pozwolił nam na wprowadzenie się do kawalerki jeszcze w tym dniu. Moje policzki stają się czerwone od mrozu. Jest mi zimno. Po krótkim czasie docieram na miejsce. Szpital jak zwykle żyje swoim rytmem – lekarze w fartuchach, miłe pielęgniarki, pacjenci. Witam się z każdym z nich. Dochodzę do sali, w której leży Cornelia. Jest już ubrana w kurtkę, gotowa do wyjścia. Obok niej stoi James, wyraźnie zniecierpliwiony.
    - Myślałam, że nie przyjdziesz. Co robiłaś tam tak długo? – pyta, łapiąc moją rękę.
    - Rozmawiałam – mówię krótko.
    - Cieszysz się, że wracamy do domu?
    - Tak – odpowiadam, choć myślę zupełnie inaczej. Wypisuję małą ze szpitala. Wiem, że to dla niej radosna wiadomość. Ciągłe przesiadywanie w jednym miejscu nie jest ani trochę przyjemne. Mijamy dwa korytarze, wychodzimy na zewnątrz, po czym docieramy na przystanek. Spoglądam na uśmiechniętą Cornelię. Nie rozumiem, dlaczego aż tak się cieszy z powrotu do domu. Najwyraźniej nie jest świadoma tego, że będzie musiała spać na ciasnej kanapie, umierając z zimna. Przecież przeprowadzka nie sprawi, że będzie nam lepiej. Ona widzi wszystko przez różowe okulary – jak dziecko.
    Nagle nadjeżdża autobus. Widzę ledwo dostrzegalny przez moje zaspane oczy napis, umieszczony w górnej części konstrukcji. W środku czuję oddechy ludzi, radosnych z powodu powrotu do ukochanego domu. Rozmawiają ze sobą o całym przeżytym dniu, dzieląc się troskami i problemami. Zajmuję miejsce obok starszej pani, która uśmiecha się do mnie miło. Na moich kolanach siedzi Cornelia. Maszyna rusza z niewielką prędkością. Zatrzymuje się na zmianę na kolejnych przystankach. Po upływie kilku minut autobus stopniowo pustoszeje. Na końcu zostaje jedynie nastolatek i starszy mężczyzna. Siedzą znacznie oddaleni od siebie, wyglądając przez zamarznięte okno. Ciekawe kim są. Być może przeżywają właśnie wewnętrzny kryzys lub też są zachwyceni swoim życiem. Nie wiem, kim są. Być może mogliby być moimi przyjaciółmi, z którymi z wielką chęcią spędzałabym wolne chwile. Kiedyś dowiem się, kim są, ale jeszcze nie teraz.
    Maszyna zaczyna zwalniać.
    - Ostatni przystanek – rozlega się głos z megafonu. – Proszę wysiadać – nie mam wyboru. Wolę zatrzymać się w miejscu czekając, aż ktoś mnie odnajdzie. Siedzieć samotnie mając nadzieję na to, że uda mi się wytrwać. A później będzie już tylko: radość, szczęście i spokój. Mogłabym czekać i czekać w nieskończoność, jednak nie wiem, czy znalazłabym kiedyś kogoś, kto byłby zainteresowany moim smutkiem.
    * * *
  • YukizYukiz Posty: 413 Member
    edytowano grudnia 2011
    Niesamowity styl, czytając to mam wrażenie, że sama wszystko przeżywam... bardzo mi się podoba.

    Wesołych Świąt...
  • krzyhu12krzyhu12 Posty: 664 Member
    edytowano grudnia 2011
    Przynajmniej mnie podnosisz na duchu. Teraz wiem, że nie jestem sama na tym świecie z problemami. Oczywiście, te tutaj napisane są tysiąc razy gorsze.
  • DONA_CDONA_C Posty: 412 Member
    edytowano grudnia 2011
    Świetne, niesamowite i wspaniałe :wink:
    Jak Ty to robisz, że czytając to czuję się jakbym tam była ???
    Gratuluję ogromnego talentu i oczywiście życzę powodzenia :wink:
  • iwcialol120iwcialol120 Posty: 195
    edytowano stycznia 2012
    "Szaleństwo to niemożność przekazania swoich myśli. Trochę tak, jakbyś znalazła się w obcym kraju - widzisz wszystko, pojmujesz, co się wokół ciebie dzieje, ale nie potrafisz się porozumieć i uzyskać znikąd pomocy, bo nie mówisz językiem tubylców.
    - Każdy z nas czuł to kiedyś.
    - Bo wszyscy, w taki czy inny sposób jesteśmy szaleni. "
    Paulo Coelho
    Weronika postanawia umrzeć
    * * *
    Nareszcie podnoszę się z fotela i idę w stronę wyjścia. Żelazna kurtyna odsłania wszystko, co jest na zewnątrz – drzewa, pusty przystanek, cały pokryty niezbyt artystycznymi rysunkami i duże kamienice. Nawet nie zdaję sobie z tego sprawy, ale ciągle trzymam rękę Cornelii, która trzęsie się z zimna. Dziewczynka patrzy na mnie uporczywie, jakby chciała, bym odezwała się do niej choć słowem. W jej spojrzeniu wyczuwam szczyptę niepewności. Mała nagle otwiera usta. Zastyga w tej pozie przez krótką chwilę, po czym mówi:
    - To nie był nasz przystanek – kręci przecząco głową. Wyrywa się gwałtownie, odchodząc jednocześnie kilka kroków do tyłu. Dyszy zasapana. Nie wiem co powiedzieć, dosłownie odbiera mi mowę. Stoimy tak wpatrzone w siebie, niezdolne do jakichkolwiek odruchów. Wiem, że to nie jest już zwykły kaprys kilkulatki, tylko prawdziwe uczucia, które można bardzo łatwo zranić. Chcę podejść do niej, przytulić ją z całych sił i powiedzieć „Będzie dobrze”, lecz nie pozwalają mi na to wyrzuty sumienia. Mam nadzieję, że zrozumie moje zachowanie – teraz nie mam najmniejszej ochoty na okłamywanie jej. W tych drobnych oczach pojawiają się łzy. Jedna z nich spływa po policzku dziewczynki, drugą zręcznie połyka.
    - Nie wracamy do domu, prawda? – mówi. Przecież już raz powiedziałam jej, że nigdy tego nie zrobimy. Ona nadal nie rozumie.
    - Dlaczego myślisz, że wrócimy? – zadaję zupełnie inne pytanie niż te, którego się spodziewała.
    - Ja tylko miałam nadzieję…- szepczę. Ledwo ją słyszę. Nie ukrywam, że jej zachowanie bardzo mnie denerwuje. Po raz kolejny każe mi przemyśleć własną decyzję, czego nie chcę robić. Klamka zapadła – nie mogę już wrócić. Nie mam zamiaru nawet myśleć o tym, że postąpiłam źle. Rozpamiętywanie błędów nic nie wskóra, jedynie rozgrzebie starą ziemię, pod którą zostały pochowane moje nadzieje na przemianę mamy.
    Cornie zaczyna pokaz. Ląduje na zimnej ziemi, od niedawna pokrytej śniegiem. Bierze rękami zmrożoną wodę i wsmarowuje ją w twarz. Kopie nogami rośliny, ******* i krzyczy wniebogłosy. Tarza się uporczywie wśród biało-czarnej mieszaniny.
    - Przestań, obudzisz ludzi! – próbuję ją przekrzyczeć. Dlaczego ona mi to robi? Przecież poświęcam jej wystarczająco dużo czasu, opiekuję się nią jak matka. Zwracanie mojej uwagi naprawdę jest zbędne. Podbiegam do niej. Szlocham. Czuję na sobie wzrok przechodniów. Nie wiem, dlaczego to robią. Płacz to normalny odruch. Oni jednak wolą udawać, że nigdy nie zaznali uczucia smutku i goryczy. Wpatrują się w ten jakże żywy obrazek, jakby widzieli go po raz pierwszy. Wydaje im się, że kiedy zapłaczą spokojnie, w zaciszu swojego pokoju, będą lepsi ode mnie. Mam tyle pytań, które chciałabym komuś zadać. W końcu to jedynie ja okazuję swoje prawdziwe uczucia. Ludzie zapewne już nie raz mówili, że zachowaliby się zgodnie z tym, co dyktuje im serce. To niestety tylko suche obietnice, nie mające przyszłości. W sytuacji bez wyjścia nie ma czasu na przypomnienie zasad, zgodnie z którymi powinno się żyć. Człowiek raczej przestaje myśleć, reaguje tylko dzięki sercu, które nie może przestać bić.
    Modlę się, by którymś z przechodniów nie był przypadkiem policjant, lub osoba, która zechce zgłosić ten przypadek na komisariat. Przytulam dziewczynkę, mówiąc cicho do jej ucha:
    - Spokojnie, ja już tu jestem – ona nie może nic mówić. Kiwa jedynie głową, chcąc potwierdzić to, co powiedziałam. – Spokojnie – nie domagam się wytłumaczeń. Śpiewam jej cicho ulubioną kołysankę:"W górze tyle gwiazd, w dole tyle miast. Gwiazdy miastom dają znać, że dzieci musza spać...". Siedzimy blisko siebie przez kilka minut. Czekam, aż jej oddech stanie się spokojniejszy. James stoi nad nami. Najwyraźniej nie wie, co powinien zrobić. Nie chcę, by zaraz pocieszył i mnie, i Cornelię. Wystarczy, by tu był, powstrzymując się od wszelkich złośliwych komentarzy. Czasem cisza potrafi wesprzeć bardziej niż wszelkie słowa. Nie spoglądam na zegarek. Wiem, że powinnam podnieść małą ze śniegu z obawy przed chorobą. Wiem, że nie jestem rozsądna. Wiem wiele, ale niekoniecznie to, co jest mi w danej chwili najbardziej potrzebne.
    * * *
    To był ranek, taki jak zwykle. Słońce wpadało do mojego pokoju przez niewielką szparę w żaluzji. Jego promienie spoczęły na leżącej obok krzesła ********. Obudziłam się z powodu nieznośnego ciepła panującego w pomieszczeniu, co rzadko zdarzało się w Szkocji. Przetarłam zmęczone oczy ręką, podnosząc się z łóżka. Miałam na sobie szarą pidżamę z różnymi napisami, zlepionymi w spójną całość. Położyłam swoje nogi na miękkim dywanie. Rozpostarłam ramiona i głośno ziewnęłam. To był szczególny dzień – koniec roku szkolnego. Cieszyłam się, że mogę nareszcie odetchnąć od nauki. Zeszłam na dół, po czym zaparzyłam sobie zieloną herbatę. Uwielbiałam ten smak. Kojarzył mi się z zapachem perfum mamy, które dostała od taty. Były takie delikatne, że ilekroć je wąchałam, rozpływałam się w marzeniach. Po krótkiej chwili wytchnienia, ubrałam się w odpowiedni strój. Później moje drobne stopy zaniosły mnie do pokoju Jamesa, który nie zdążył jeszcze się obudzić. Miałam zamiar oblać go zimną wodę, jednak wolałam pozostać grzeczną siostrzyczką.
    - Hej. Pora wstawać – potrząsnęłam jego ramieniem. Miał trzynaście lat. Uczył się wręcz znakomicie, z wielką łatwością przychodziło mu nawiązywanie nowych znajomości – jednym słowem – mogłam być z niego dumna, zupełnie tak samo jak mama i tata.
    Chłopak zakrył twarz poduszką.
    - Mi też się nie chce – uśmiechnęłam się szczerze, po czym zaczęłam ciągnąć go za nogi. Nie dawałam za wygraną. Po kilku minutach wstał z łóżka. – Dziś ostatni dzień szkoły, powinieneś się cieszyć. Kiedy przyjedzie tata, zastanie Cię w pidżamie, a to na pewno mu się nie spodoba.
    - Jak myślisz, chyba wybaczą mi, jeśli zrobię sobie jednodniową przerwę?
    - Nie wydaje mi się – James ze zrezygnowaniem poszedł w stronę łazienki. Nie musiałam długo czekać, aż stanie obok mnie w eleganckim garniturze.
    - Nikt już się tak teraz nie ubiera – mruknął, jednak w jego oczach można było zobaczyć swoisty blask, mówiący „patrzcie na mnie, jestem ładnie ubrany!”. Na samą myśl o tym wybuchnęłam śmiechem.
    - Tata nas zawiezie? – zapytał po chwili milczenia. Kiwnęłam głową twierdząco.
    - W zasadzie powinien już być – spojrzałam na zegarek. Ojciec nie lubił się spóźniać, to było do niego niepodobne, lecz każdemu zdarzają się wpadki. Usiadłam więc na ławce przed domem, czekając, aż pod bramą zaparkuje czerwona Honda. Kiedy wskazówka miniaturowej konstrukcji znajdującej się na mojej ręce wskazała ósemkę wiedziałam, że nie mogę już dłużej siedzieć bezczynnie. Zamknęłam w domu śpiącą mamę i Cornelię, a sama poszłam w stronę przystanku autobusowego. Nie miałam pojęcia, czy powinnam się martwić. W końcu każdy człowiek dzieli sytuacje na ważne, mniej ważne, tragiczne i te przyjemne. Byłam zupełnie taka, jak wszyscy, dlatego zastanawiałam się, czy mój strach będzie uzasadniony i potrzebny. Nie chciałam sztucznie panikować. Ciekawe, co siedząca obok mnie kobieta pomyślałaby sobie, gdybym zaczęła drżeć i oddychać głośno ze zdenerwowania? Nie mogłam zepsuć swojej dobrej reputacji. Mimo wszystko, ta sprawa nie dawała mi spokoju. Wyjęłam z kieszeni telefon i wykręciłam numer komórki ojca. Odezwała się automatyczna sekretarka. Co prawda mój rodziciel prosił, by nie przeszkadzać mu w pracy, wewnętrzny, głęboki głos podpowiadał mi, że stało się coś bardzo niedobrego.
    * * *
    - Możesz już wstać? – pytam cicho dziewczynkę. W zasadzie jest to bardziej rozkaz niż pytanie. Cornelia to widzi. Podnoszę ją za ręce. – Widzisz ten blok? – wskazuję ręką na budynek, znajdujący się kilka przecznic dalej. – Tam będziemy mieszkać – oznajmiam. – Na pewno Ci się spodoba – mówię, choć myślę zupełnie inaczej. Kłamstwo potrafi zaspokoić potrzeby człowieka tylko na chwilę. Postępujemy tak dlatego, że nie chcemy sprawić innym przykrości. Później i tak poznaje się prawdę. Ona boli tysiąc razy bardziej. Odkrywamy ją patrząc w oczy drugiego człowieka – niezgłębioną tajemnicę ludzkiej egzystencji – oczy pełne smutki, nienawiści lub żalu.
    Idziemy w blasku księżyca, któremu słońce zdążyło już dawno ustąpić miejsca. Nie odzywamy się do siebie, byle jak najszybciej dotrzeć do celu. Kiedy znajdziemy się w mieszkaniu, każdy z nas zaszyje się w swoim kącie i nie będzie musiał oglądać niczego poza wyblakłą ścianą. Sam na sam z własnymi myślami. Nie wiem, czy to zniosę. Zaatakują mnie wyrzuty sumienia, miliony wątpliwości – przecież mogłam jakoś temu zapobiec, na pewno był jakiś sposób, a ja zwyczajnie uciekłam od tego, co prędzej czy później zdąży mnie dogonić. Wolę zagłuszać ten wewnętrzny głos, byle nigdy nie mógłby wytknąć mi błędów. Bronię się przed sobą, przed prawdą, którą jestem.
    Stajemy przed wejściem do bloku. W ręce zaciskam klucz bardzo nerwowo, jakbym bała się, że go *******ę. Ta cisza trwa kilka minut. Wiem, że nigdy nie nazwę tego budynku mieszkaniem. Zawsze będzie on dla mnie jedynie miejscem, gdzie jem, piję i śpię. Ja już nie mam domu.
    Wciskam kawałek metalu do dziurki, otwieram drzwi. Moim oczom ukazują się korytarz i schody. Jest ciemno. Wchodzę pierwsza, zostawiając za sobą resztę rodzeństwa. Idę kilka kroków, po czym odwracam się.
    - Proszę, wejdźcie – błagam. Widzę na ich twarzach wyraz rozczarowania. W głębi serca każdy z nas myślał, że to tylko sen, z którego obudzimy się w odpowiednim momencie. Gdybym miała wybór, chciałabym otworzyć oczy właśnie teraz. Niestety, nie jesteśmy w bajce, lecz w życiu, a przecież w nim nie wszystko kończy się dobrze.
    James i Cornelia przyjmują moją propozycję. Wchodzimy po schodach na wyższe piętra. Wreszcie mówię:
    - To tutaj – pociągam za klamkę. Delikatnie odsłaniam ręką wnętrze mieszkania. Przechodzę korytarzem. Przypominam sobie, kiedy w hallu naszego domu w Motherwell bawiłam się razem z bratem w policjantów i złodziei. Chłopak zawsze pozwalał mi na wybranie swojej roli. Teraz nie ma tu dzieci. Jest jedynie trójka dorosłych, która już zapomniała, kim była przed kilkoma laty.
    Idziemy w stronę kuchni. Kiedyś w tym pomieszczeniu pachniało pieczonymi piernikami, które umilały mi każdy świąteczny wieczór. Rozsypana mąka, plama po mleku na ścianie. To wszystko jest dla mnie tak bliskie, że nie wyobrażam sobie życia bez tych drobnych szczegółów. Gładzę palcami po drewnianym stoliku. Nie czuję wgłębienia powstałego podczas próby pieczenia ***** przez tatę. Na lodówce nie wisi żaden obrazek autorstwa Cornelii. Dobrze, że Scarlett wprowadza się dopiero za dwa dni.
    Teraz czas na sypialnię. Niewygodna kanapa dla jednej osoby, drewniane okno. Tym razem nie będę miała okazji, by spojrzeć przez nie i zobaczyć, z jak wielkim entuzjazmem moja młodsza siostra goni po ogrodzie w poszukiwaniu pierwszych śladów wiosny.
    - Tutaj jest tak obco – mówię do siebie. Wydawało mi się, że umiejętność przyzwyczajenia się do nowego środowiska przychodzi mi z wielką łatwością. Tego dnia mam na ten temat zupełnie inne zdanie. Czuję, że jeszcze przez długi czas będę budziła się w nocy, chcąc wypić szklankę ciepłego mleka. Będę wtedy szła na oślep, z zamkniętymi oczyma. Najpierw na prawo, później na lewo, otworzę jedne drzwi, zejdę po schodach. Potem otworzę powieki i zdam sobie sprawę z tego, że jestem w zupełnie innym miejscu. W pustym i ponurym miejscu, gdzie już nikt i nic na mnie nie czeka.
    Spokojnie zaczynamy układać się do snu. James nie jest zadowolony. Będzie musiał brać pod uwagę Cornelię, która potrzebuje drzemki o wiele dłuższej niż on. Ja tak samo. Rozkładam na podłodze ***. Znajduję go w jednej z szaf.
    - Mam nadzieję, że będzie ci ciepło – mówię do brata, który będzie skazany na sen na podłodze.
    - Dobranoc - odpowiada, po czym zasłania twarz miękkim materiałem.
    - Dobranoc – mówi dziewczynka. Jest wyraźnie zmęczona. Kładzie się na kanapie obok mnie. Nie zamykam oczu. Po prostu nie mogę. Boję się, choć przecież nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo. Nie chcę zostać sama, a księżyc jest nawet dobrym towarzyszem. Jestem inna, zupełnie jak wszystko, co mnie otacza. Dostałam to, czego chciałam – spokój od matki. Teraz mam szczere wątpliwości co do prawdziwości moich marzeń. Wydawało mi się, że kiedy ucieknę, wszystkie problemy znikną. Będę rozkoszować się życiem, pozbawionym tęsknoty. Jestem w zupełnie innym od mojego domu miejscu, a ludzie wymagają ode mnie tego, bym zachowywała się normalnie. Nie mogę sprostać ich prośbom. Brakuje mi codziennej rutyny, tego, co kiedyś wydawało mi się być największym okrucieństwem. Jestem do tego aż tak przyzwyczajona, że nie mogę pogodzić się ze zmianą. Kiedy nie ma na świecie rzeczy, którą można by pokochać, zaczyna doceniać się te nieprzyjemne. Jestem niezdecydowana, nie wiem, czego chcę. Mam nadzieję, że Cornelia i James będą potrafili mi wybaczyć. Zamykam powieki, kurczowo ściskając drewnianą ramę kanapy. Wmawiam sobie, że powinnam się uspokoić. Nie chcę czuć tego bólu, słuchać słów moich myśli, wymierzonych w moją stronę, jak ostre noże. Pragnę jednego – zasnąć, zapomnieć o tym kim jestem i co przeżywam. Rano – obudzić się i móc dalej walczyć.
  • krzyhu12krzyhu12 Posty: 664 Member
    edytowano stycznia 2012
    aż płakać się chce, biedne dzieci :(
  • FimfimFimfim Posty: 2,388 Member
    edytowano stycznia 2012
    Kiedy CDN?Mam nadzieje,że nie porzuciłaś tej historii :( .
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Return to top