Zgadzam się z poprzedniczkami ta historia jest taka ciekawa że 10 rozdziałów to za mało i to strasznie za MAŁO !!!! Tak to wciąga zawsze codziennie sprawdzam czy jest nowy rozdział nie wiem jak sobie poradzę jak nie będę miała czego sprawdzać :-)
Stety, czy niestety rozdziałów jest ile jest, dziesięć plus krótki epilog, tak krótki, że właściwie nie warto o nim wspominać. Opowiadanko miało być krótkie od samego początku i stanowić jedną z opowieści z Galahad Island. Drugie opowiadanie jest w trakcie pisania, ale nie wiem, czy będzie nadawała się na to forum, poza tym nie wiem, czy wgl kiedykolwiek ją ukończę
ROZDZIAŁ VIII
- Pewnie, będę za 5 minut.
Dokładnie pięć i pół minuty później usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie żeby mnie to zdziwiło, Will miał swoje sposoby na przeczenie wszelkim prawom fizyki i pokonywanie drogi, na którą normalny człowiek musiałby poświęcić 10 minut, w czasie o połowę krótszym.
-Wybacz spóźnienie, miałem nadprogramowe zakładanie łańcucha. – trudno było nie zauważyć, całe ręce miał pokryte smarem.
- Zmyj to szybko, jesteś mi potrzebny.
Popatrzył na mnie zdziwiony, ale posłusznie wypełnił moje polecenie. Nie miałam czasu na rozmowy i żarty, chciałam jak najszybciej znaleźć się z powrotem na strychu.
Podczas gdy Will zmywał ze swoich rąk kolejne warstwy czarnej mazi opowiedziałam mu pokrótce o tym co odkryłam.
- … i dlatego zadzwoniłam. Musisz pomóc mi przesunąć regał, jestem prawie pewna, że zastawia kolejne drzwi.
- To oczywiste, że potrzebujesz silnej, męskiej ręki – uśmiechnął się głupkowato, zaraz jednak spoważniał – Mówisz, że twój ojciec może mieć tajemniczą siostrę? Myślę, że to akurat łatwo sprawdzić.
- Jak? Masz jakiś pomysł? – być może wmieszanie go w sprawę nie było tak głupim pomysłem jak początkowo sądziłam
- W miejscowej bibliotece powinny być akty urodzeń, spisy ludności, nekrologi...
- jesteś genialny! Wybierzemy się tam jutro po szkole! Tymczasem zajmijmy się regałem.
Weszliśmy na strych. W oczach Williama widziałam coś na kształt strachu, był w miejscu dziecięcych koszmarów.
Śmiało podszedł jednak do regału, wybadał palcami wystającą framugę i spróbował lekko przesunąć mebel. Ku mojemu zdziwieniu deski lekko skrzypnęły i ciężka półka na książki odsunęła się od ściany o ładnych parę centymetrów.
- Pomóż mi trochę to za chwilę będzie po sprawie – zrobiłam jak mi kazał i po chwili wspólnej pracy regał stał bokiem do starych, zniszczonych drzwi, ledwo widocznych na tle ścian. Drzwi z mojego snu.
Próba otwarcia zakończyła się oczywiście fiaskiem. Z żalem spojrzałam na pęk kluczy, które dostałam od ojca. Byłam pewna, że wiem, który powinien pasować do zardzewiałego zamka. Niestety w reku trzymałam tylko jego nędzne, połamane szczątki. Spojrzałam na Willa z rezygnacją.
- Coś się wymyśli – posłał mi pokrzepiający uśmiech – jutro odwiedzimy bibliotekę, może się czegoś dowiemy
Znowu poczułam zmęczenie, byłam zawiedziona, odechciało mi się wszystkiego, teraz mogłyby mi się objawić wszystkie tajemnice tego świata i przeszłabym obok nich obojętnie. Weszliśmy na dach i bez słowa obserwowaliśmy zachodzące słońce.
Pożegnałam Willa, chyba trochę zbyt ozięble. Postanowiłam naprawić to jutro, przecież to nie jego wina, że mam podły humor. Poszłam spać bez kolacji, nie byłam głodna, tylko zmęczona, tak bardzo zmęczona…
Wydawało mi się, że ledwo zamknęłam oczy, kiedy coś mnie obudziło. Rozejrzałam się po pokoju i w jednym z kątów dostrzegłam małą dziewczynkę. Siedziała skulona, chyba płakała. Przez chwilę pomyślałam, że to Lily chce mnie nastraszyć, ale skóra dziecka była tak blada, że niemal świeciła w panującym mroku, a długie czarne włosy sięgały połowy pleców. Początkowo byłam tak przerażona, że bałam się ruszyć.
Krew dudniła mi w uszach, czułam ucisk strachu w żołądku. Chwytając się resztek sił, spuściłam rozdygotane nogi z łóżka i wstałam omal się nie przewracając. Nagle dziewczynka odwróciła się, grymas złości wykrzywił białą, wychudłą twarz i rozpalił czerwone ogniki w czarnych oczach. Wtedy się obudziłam.
@olizgs nie, drugie opowiadanie jest o całkiem innej bohaterce, brak w nim też zjawisk paranormalnych
Nie ma co ukrywać zbliżamy się do finału, enjoy!
ROZDZIAŁ IX
Wyplątałam się z pościeli i zapaliłam lampkę. Pokój był oczywiście pusty, ale nie mogłam opanować szaleńczo bijącego serca.
Leżałam na łóżku, do chwili, gdy przez okna zaczęły wpadać pierwsze słoneczne promienie. Była piąta rano, od kilku godzin wygłodzony żołądek przypominał jak niewiele zjadłam poprzedniego dnia. Wykorzystując cały posiadany zasób odwagi wstałam z łóżka, z ulgą zauważając, że nic nie złapało mnie za nogę. Po cichu zeszłam na dół prosto do kuchni. W lodówce czekała na mnie wczorajsza sałatka, której zjadłam podwójną porcję.
W tym czasie słońce wzeszło już całkowicie, napełniając kuchnię zbawiennym światłem. Z góry dochodziły odgłosy porannej krzątaniny. Mój koszmar nagle wydał się tak mało rzeczywisty, że aż śmieszny, śmiałam się sama z siebie, doprawdy, zachowałam się gorzej niż moja młodsza siostra.
- Co ty tu robisz o tej porze? – musiała być za piętnaście szósta, jak zwykle punktualna, mama zeszła, żeby przygotować śniadanie
- Nie mogłam spać – odpowiedziałam wesoło
Matka wzruszyła ramionami i sięgnęła do lodówki po składniki na francuskie tosty.
Moja obecność w kuchni o tej porze faktycznie musiała ja zdziwić, zazwyczaj miałam problem z wstaniem dwie godziny później. Do zapchanego już żołądka z trudem wcisnęłam słodkiego tosta, który wyglądał i pachniał tak smakowicie, że nie mogłam się mu oprzeć.
Wróciłam na górę, żeby przygotować się do szkoły. Otwierając drzwi do pokoju, czułam narastający niepokój. Mimo, że słońce zdążyła już napełnić cały dom oślepiającym blaskiem, bałam się tego, co zastanę w środku. Drżącą ręką nacisnęłam klamkę, zamek cicho kliknął i drzwi stanęły przede mną otworem. Było tak cicho i spokojnie, że wszelkie paranormalne zjawiska nie miały prawa zaistnieć. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam wciągać szkolny mundurek.
Zgodnie z wczorajszym planem, po szkole poszliśmy z Willem do biblioteki publicznej. Szybko przeszukałam komputerowy spis ludności i akty urodzeń z lat 50, znajdując wśród tysięcy imion, mojego ojca, ale odnotowując całkowity brak wzmianki o jego rodzeństwie.
Nie wykazując oznak zniechęcenia, Will pomógł mi przedrzeć się przez stosy starych gazet, żadnej nie było jednak nawet wzmianki o drugim dziecku państwa Ginger. Zauważyliśmy jednak brak jednego z numerów dziennika, z dnia 31.10.1956. Zdjęcie, które znalazłam na strychu było z roku 1966, wszystko do siebie pasowało, dziewczynka musiała mieć około 10 lat, mój ojciec koło 16.
- Jak zwykle pod górkę, co. Rozwiązanie tej zagadki chyba nie leży w zasięgu naszych możliwości – Will wyglądał na zrezygnowanego, miał dość ciągłego poszukiwania, które na domiar złego nie przynosiło rezultatów.
- Przecież do niczego Cię nie zmuszam, możesz w każdej chwili iść do domu. – taka była prawda, mogłam równie dobrze próbować rozwikłać tajemnicę domu sama. Mogłam, ale tak naprawdę bałam się, że mnie z tym zostawi.
- Coś ty, w życiu nie przepuściłbym okazji zabawienia się w detektywa, każdy chłopiec marzy o takiej zagadce. Przeszukaj gazety jeszcze raz, ja pójdę zapytać bibliotekarki o brakujący egzemplarz.
Will wrócił, gdy byłam w połowie przekopywania stosu.
- Nie ******, ten numer nigdy nie wyszedł.
- Jak to nie wyszedł?! Mają je tu wszystkie, numer po numerze, miliony stron, i brakuje akurat tej, która jest nam potrzebna? To zakrawa na jakiś cholerny spisek!
- Spokojnie, nie denerwuj się, nie mogą mieć tego numeru, ponieważ nigdy nie został wydrukowany. Bibliotekarka, która ma chyba ze sto lat, powiedziała, że tego dnia, 31 października 1956 roku z samego rana, ktoś włamał się do drukarni i wykradł numer, którego drukowanie miało rozpocząć się 2 godziny później.
- Myślisz, że ktoś to zaplanował? To przecież nie mógł być przypadek!
- Być może masz rację, złodziej nigdy nie odnaleziono, poza tym, brak jednego numeru dziennika nikogo specjalnie nie zmartwił.
- Gdyby wiedzieli jak ważny będzie dla potomnych… Trudno, czas się zbierać, nic tu po nas.
Okazało się że na szperanie w bibliotece poświeciliśmy ponad trzy godziny. Ostatnie słoneczne promienie dogasały na horyzoncie. Nie czułam już nawet tego wszechogarniającego zmęczenia, które wywoływały u mnie niepowodzenia. Chyba przyzwyczaiłam się do porażek. Nie wróciliśmy do domu, pojechałam z Williamem na dziką plażę, obejrzeć zachód słońca. Siedzieliśmy na ciepłym piasku rozmawiając. Dziewczynka ze zdjęcia i jej zagadka jakby przyblakła, po raz pierwszy od kilku dni czułam się zrelaksowana i wolna od problemów. Podzieliłam się moimi odczuciami z Willem, uśmiechnął się rozbrajająco w odpowiedzi.
Spojrzałam na rzymski profil mojego kompana, rysujący się ostro w pomarańczowo-różowych promieniach słońca. Spojrzał na mnie, w ciemnozielonych oczach zapłonęła jakaś dziwna pewność. Nagle znalazł się jakby bliżej mnie, nie odczuwałam jego bliskości jako czegoś nieprzyjemnego. Pewność w ciemnozielonych oczach zmieniała się powoli w uczucie o wiele głębsze.
Wracając do domu nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Na ustach Willa błąkał się lekki uśmiech samozadowolenia. Ja też się uśmiechałam, myśli o wszelkich tajemnicach zostały wyparte przez wspomnienia wieczora, o ile przyjemniejsze od rozpamiętywania niepowodzeń.
Will pożegnał mnie pocałunkiem w policzek, czająca się w oknie blond czupryna Lily nie sprzyjała romantycznym uniesieniom. Zasnęłam uśmiechnięta, w obliczu ostatnich wydarzeń nocne koszmary zniknęły bezpowrotnie. Jak się jednak szybko okazało, nie długo pozwoliły mi cieszyć się nowoodkrytym uczuciem.
Obudziło mnie uczucie, że ktoś się we mnie wpatruje. Nagły impuls otwarcia powiek, by odkryć przyczynę niepokoju został szybko stłumiony. Bałam się otworzyć oczy, wiedziałam co mogę zobaczyć i budziło to mój lęk. Próbowałam tłumaczyć sobie w myślach, że to tylko moja chora wyobraźnie, że w pokoju nie ma nikogo oprócz mnie. Nagle coś lekko szturchnęło moje ramię. Zamarłam sparaliżowana, nie mogłam wykonać żadnego ruchu.
- Obudź się Astrid, chce Ci coś pokazać – dziewczęcy, słodki głosik szepnął tuż koło mojego ucha. Automatycznie otworzyłam oczy.
Była bardzo rzeczywista jak na ducha, wyglądała jak normalne dziecko, z tym, że nie zmieniła się ani trochę od czasu zrobienia zdjęcia, więc od jakiś trzydziestu lat.
Stała obok łóżka i patrzyła na mnie ze smutnym uśmiechem na ustach. Nie powiedziała nic więcej, tylko stałą z wyciągniętą rączką. Gdy podniosłam się łóżka wyraźnie kazała mi zachowywać się najciszej jak potrafię i podążać za nią.
Nie zdziwiłam się, ze kieruje się w stronę sypialni rodziców, czułam, że celem naszej nocnej wyprawy jest strych. Chrapanie ojca skutecznie zagłuszyło cichy jęk drzwi i skrzypienie schodów.
Dziewczynka nie oglądając się na mnie otworzyła najbardziej tajemnicze drzwi w domu. Nie wierząc własnym oczom sama przekroczyłam próg wąskiego, długiego pokoju. Ku mojemu zdziwieniu pokój nie wyglądał na szczególnie tajemniczy, stało w nim żelazne , dziecięce łóżko i stara skrzynia na zabawki. W kącie leżał porzucony, pluszowy miś.
Podłogę stanowiły wysłużone, skrzypiące deski, ściany pokryte były poobdzieraną tapetą, która kiedyś musiała być jasnoróżowa w delikatny, kwiatowy wzór, dziś straciła niemal cały kolor. W wpółspróchniałych, wysokich oknach wisiały długie, zakurzone zasłony, również w kolorze wypłowiałego różu. Dziewczynka stanęła na środku pokoju, nie wiedząc zapewne jak się zachowam. Miałam opory, żeby zacząć rozmowę z czymś, co najpewniej było duchem, ale musiałam przerwać, coraz bardziej nieznośną ciszę.
- Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? – mój głos drżał lekko, ale i tak zabrzmiał mocniej niż się spodziewałam
-Chciałaś wiedzieć – jej głos był tak pełen smutku, że zachciało mi się płakać
- Mieszkałaś tu prawda? Ale dlaczego, dlaczego trzymali Cię tu, zamkniętą, odizolowaną od świata?
Szare oczy pociemniały ze smutku, wydawało mi się, że jej źrenice rozszerzają się zajmując miejsce tęczówki, a potem całego oka, tonęłam w tej czerni, byłam jak zahipnotyzowana.
Miał tu się pojawić nowy wpis, ale stwierdziłam, że potrzymam was jeszcze w niepewności :twisted: @blakc kto się nie boi Gorsze są tylko klowny... i ślimaki, nie lubię ślimaków....
przedszkolanka - najbardziej ekstremalny zawód świata xDD, okrutny człowieku, jak możesz tak torturować swoich niewinnych czytelników! ślimaki są złe, ale gorsze chyba wydają się być ćmy (panicznie boję się tych małych, dziwnych stworzeń) xD
Fakt, otumanione światłem ćmy potrafią w najmniej spodziewanym momencie trafić cię w twarz/rękę/cokolwiek, przyprawiając o mały zawał. Wbrew pozorom ślimaki też to potrafią. Wspomnisz moje słowa, gdy usłyszysz charakterystyczne, soczyste chrupnięcie pod butem idąc ulicą w deszczowy dzień :twisted:
BTW. voila, ostatni rozdział
ROZDZIAŁ X i króciutki epilog
"Legendy przesądy od wieków stanowią część naszej wyspy – usłyszałam w głowie dziecięcy głos, równocześnie przed oczami zaczęły wyświetlać mi się obrazy
– dziecko urodzone w dniu umarłych miało być przeklęte, narażone na ataki wszelkich demonów jakie 31.10 miały otwartą drogę do świata żywych. I choć termin twojej babki, a mojej matki przypadał na środek listopada ,nieoczekiwany upadek ze schodów przyspieszył poród. Równo o 6.06, 31 października 1956 roku przyszłam na świat. Nasza rodzina nie była tak przesądna jak reszta, ale obawie o moje bezpieczeństwo postanowiono ukryć to, że się urodziłam. Na prędce przygotowano mi pokój na strychu, zamykany na klucz i pozbyto się wszelkich dowodów na moje istnienie, tak by nikt w wiosce się o mnie nie dowiedział.
Nigdy nie wy.pu.sz.cz.a.n.o mnie na dwór, zawsze trzymano z dala od innych ludzi. Byłam tylko małym, bardzo samotnym dzieckiem Astrid, nie było we mnie nic z potwora. Urodziłam się po prostu nie tego dnia co trzeba. Nie rozumiałam czemu budzę taki strach, ani dlaczego nie wolno mi bawić się z innymi dziećmi. Najwięcej czasu spędzałam z twoim ojcem, był moim jedynym przyjacielem. Doskonale znał moje marzenia o „zewnętrzny” świecie. Pewnego dnia, pod nieobecność rodziców, przyszedł do mojego pokoiku i zaproponował mi wyjście na dwór. Był razem ze swoją przyjaciółką ,twoją matka zresztą. Widzieli, ze jestem smutna i pragnęli poprawić mi humor, pokazali mi ogród fontannę zabrali mnie na huśtawkę.
Twoja matka była bardzo zdolnym, młodym fotografem i nie rozstawała się z aparatem, zrobiła nam więc kilka zdjęć. W życiu nie czułam się tak dobrze, pierwszy raz tak długo mogłam rozkoszować się słońcem i świeżym powietrzem. Specjalnie dla mnie w domu założono zimowy ogród, ale był tylko namiastką tego co spotkałam na zewnątrz, brakowało w nim zapachu morza, wiejącej bryzy. I nagle moje szczęście prysło jak mydlana bańka, wrócili Twoi dziadkowie. Widząc mnie spokojnie huśtającą się na dworze z twoim ojcem, matka omal nie zemdlała. Twój dziadek okazał się bardziej przytomny, wziął mnie na ręce i próbował zanieść do domu. Niestety drogą obok domu akurat przechodziła sąsiadka, natychmiast poznała się na mnie, od lat krążyły plotki, o dziecku-demonie ukrywanym w domu. Wzniosła krzyk na całą wyspę, wkrótce przed bramą zebrał się olbrzymi, kipiący nienawiścią tłum. Jedyne czego pragnęli to zniszczyć potwora. Twój ojciec i dziadkowie nie mogli nic zrobić mogli tylko bezradnie patrzeć jak tłum zabiera szamoczące się dziecko prosto na wzgórze czarownic, gdzie wprawne ręce wzniosły już duży stos drewna…
- Sami stworzyli sobie potwora Astrid, to ich wina, że stała się tym, czym się stałam. – jej głos znowu brzmiał obok mnie.
Było tak, jakbym obudziła się z głębokiego snu, znów patrzyłam w szare oczy. Po chwili zorientowałam się, ze płaczę, łzy leciały mi bez przerwy, z żalu nad losem nieszczęsnego, samotnego dziecka.
- Jak oni mogli…
- Pożałowali, wszyscy bez wyjątku. Nienawiść i żal do ludzi, którzy zrobili mi taką krzywdę stworzyła potwora, prawdziwego demona, który zniszczył im życie już po mojej śmierci. Wszyscy bez wyjątku pomarli zdjęci chorobami, lub w wyniku niewyjaśnionych wypadków. Ale ona wciąż pragnie zemsty Astrid, jest nienasycona, dlatego przyszłam Cię ostrzec, pobyt w tym domu jest niebezpieczny zarówno dla ciebie jak i reszty rodziny.
- Czy jest jakiś sposób, żeby ją powstrzymać? Mam młodszą siostrę, też ją widziała, bała się. – nie dziwiło mnie już, że rozmawiam ze zjawą z przeszłości, byłam wdzięczna, że chce mi pomóc.
- Ona jest częścią mnie, jeżeli ja zaznam spokoju, ona zniknie. – jej kontury blakły, rysy twarzy rozmazywały się, dziewczynka znikała w pierwszych promieniach słońca.
- Poczekaj, nie odchodź, powiedz mi co mam zrobić! – krzyczałam, ale teraz nie było już nawet cienia, który mógłby mnie usłyszeć.
Cicho zeszłam na dół, na chwilę zatrzymałam się w sypialni rodziców. Patrząc na nich nagle zdałam sobie sprawę jak okrutny sekret musieli przed nami ukrywać, szczególnie ojcu musiało być ciężko ze świadomością tego co zdarzyło się w tym miejscu. Nie dziwne, że o.pu.sz.cz.ał dom pierwszy i jako ostatni do niego wracał. Postanowiłam nie mówić im, że wiem, byłoby to niepotrzebne zmartwienie, rozdrapywanie starych ran.
Leżąc w łóżku dużo rozmyślałam, o tym co było i co będzie. Fragmenty historii Samanthy wciąż obtłukiwały mi czaszkę, jarzyły się pod powiekami, wywołując coraz to nowe łzy nad niesprawiedliwym losem dziewczynki. Gdy o 7 rano zwlekłam się z łóżka miałam już gotowy plan.
Mimo, że był sobotni poranek, wykręciłam numer do Willa. Odebrał po drugim sygnale, był typowym rannym ptaszkiem.
- Będziesz mi potrzebny – powiedziałam bez zbędnych wstępów
- Powiedz tylko gdzie i kiedy piękna..
Kwadrans potem siedziałam w jego samochodzie.
- To powiesz mi w końcu dokąd jedziemy? Gdybyś zadzwoniła kilka godzin wcześniej, pomyślałbym, że chcesz sprawdzić, czy wschody słońca są równie przyjemne jak zachody, ale skoro słońce stoi już tak wysoko…
- Nie mam czasu na żarty, powiedz mi znasz miejsce o nazwie wzgórze czarownic? – Will’a przebiegł nagły dreszcz
- Czemu ty zawsze musisz wybierać najstraszniejsze miejsca no cel wycieczek?
- Jedź, opowiem Ci po drodze.
Wzgórze okazało się niewielkim pagórkiem na skarpie, ziemia na szczycie była jałowa, wypalona. Wyczuwało się tu dziwną atmosferę, napięcie, które skłaniało człowieka do ucieczki. William, który przed chwilą usłyszał całą historię wyglądał na przerażonego.
- Więc to tu ją… - pokiwałam głową, nie musiał kończyć
Z kieszeni wyjęłam fiolkę z poświeconą wodą i skropiłam miejsce, odmawiając równocześnie krótką modlitwę. Musiało wystarczyć, nie wiedziałam, czy moje zabiegi pomogły, zrobiłam jednak co w mojej mocy. Na łysym szczycie posadziłam bratki. Chciałam upamiętnić jakoś miejsce tragicznej zbrodni na niewinnym dziecku.
Od czasu wydarzeń tamtej pamiętnej nocy minęło kilka lat, bardzo spokojnych lat zresztą. Czasami zastanawiam się, czy to nie był czasem zwykły sen. Nigdy nie zdobyłam się na to, żeby zapytać rodziców czy historia wydarzyła się naprawdę, czy jest tylko efektem mojej wybujałej wyobraźni. Czasem wchodzę jednak na strych i wpatruję się w zamknięte drzwi, jakby z nadzieją, że ponownie się przede mną otworzą. Pozostają jednak nieme na moje prośby, a ja od.pu.sz.cz.am, wracając do realnego świata pełnego obowiązków związanych z ukochanym i karierą polityczną. Od czasu do czasu mam wrażenie, że obserwują mnie szare, smutne oczy, wtedy zwykle chodzę na wzgórze czarownic i podlewam bratki, które pokryły już prawie cały pagórek.
Też zaczynam rozumieć, co to znaczy brak czasu... Opowiadanie było świetne, a ja tak nie lubię, gdy dobre rzeczy się kończą. Szkoda, ale mam nadzieję, że wkrótce pojawi się następne - Twojego autorstwa oczywiście. xDD
Jeju to było super!!!
Mam wielką nadzieję (naprawdę wielką), że napiszesz jeszcze jakąś historię ( i proszę niech będzie o tej samej tematyce!)
Bo ja... kocham nawiedzone domy!
Komentarz
ROZDZIAŁ VIII
- Pewnie, będę za 5 minut.
Dokładnie pięć i pół minuty później usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie żeby mnie to zdziwiło, Will miał swoje sposoby na przeczenie wszelkim prawom fizyki i pokonywanie drogi, na którą normalny człowiek musiałby poświęcić 10 minut, w czasie o połowę krótszym.
-Wybacz spóźnienie, miałem nadprogramowe zakładanie łańcucha. – trudno było nie zauważyć, całe ręce miał pokryte smarem.
- Zmyj to szybko, jesteś mi potrzebny.
Popatrzył na mnie zdziwiony, ale posłusznie wypełnił moje polecenie. Nie miałam czasu na rozmowy i żarty, chciałam jak najszybciej znaleźć się z powrotem na strychu.
Podczas gdy Will zmywał ze swoich rąk kolejne warstwy czarnej mazi opowiedziałam mu pokrótce o tym co odkryłam.
- … i dlatego zadzwoniłam. Musisz pomóc mi przesunąć regał, jestem prawie pewna, że zastawia kolejne drzwi.
- To oczywiste, że potrzebujesz silnej, męskiej ręki – uśmiechnął się głupkowato, zaraz jednak spoważniał – Mówisz, że twój ojciec może mieć tajemniczą siostrę? Myślę, że to akurat łatwo sprawdzić.
- Jak? Masz jakiś pomysł? – być może wmieszanie go w sprawę nie było tak głupim pomysłem jak początkowo sądziłam
- W miejscowej bibliotece powinny być akty urodzeń, spisy ludności, nekrologi...
- jesteś genialny! Wybierzemy się tam jutro po szkole! Tymczasem zajmijmy się regałem.
Weszliśmy na strych. W oczach Williama widziałam coś na kształt strachu, był w miejscu dziecięcych koszmarów.
Śmiało podszedł jednak do regału, wybadał palcami wystającą framugę i spróbował lekko przesunąć mebel. Ku mojemu zdziwieniu deski lekko skrzypnęły i ciężka półka na książki odsunęła się od ściany o ładnych parę centymetrów.
- Pomóż mi trochę to za chwilę będzie po sprawie – zrobiłam jak mi kazał i po chwili wspólnej pracy regał stał bokiem do starych, zniszczonych drzwi, ledwo widocznych na tle ścian. Drzwi z mojego snu.
Próba otwarcia zakończyła się oczywiście fiaskiem. Z żalem spojrzałam na pęk kluczy, które dostałam od ojca. Byłam pewna, że wiem, który powinien pasować do zardzewiałego zamka. Niestety w reku trzymałam tylko jego nędzne, połamane szczątki. Spojrzałam na Willa z rezygnacją.
- Coś się wymyśli – posłał mi pokrzepiający uśmiech – jutro odwiedzimy bibliotekę, może się czegoś dowiemy
Znowu poczułam zmęczenie, byłam zawiedziona, odechciało mi się wszystkiego, teraz mogłyby mi się objawić wszystkie tajemnice tego świata i przeszłabym obok nich obojętnie. Weszliśmy na dach i bez słowa obserwowaliśmy zachodzące słońce.
Pożegnałam Willa, chyba trochę zbyt ozięble. Postanowiłam naprawić to jutro, przecież to nie jego wina, że mam podły humor. Poszłam spać bez kolacji, nie byłam głodna, tylko zmęczona, tak bardzo zmęczona…
Wydawało mi się, że ledwo zamknęłam oczy, kiedy coś mnie obudziło. Rozejrzałam się po pokoju i w jednym z kątów dostrzegłam małą dziewczynkę. Siedziała skulona, chyba płakała. Przez chwilę pomyślałam, że to Lily chce mnie nastraszyć, ale skóra dziecka była tak blada, że niemal świeciła w panującym mroku, a długie czarne włosy sięgały połowy pleców. Początkowo byłam tak przerażona, że bałam się ruszyć.
Krew dudniła mi w uszach, czułam ucisk strachu w żołądku. Chwytając się resztek sił, spuściłam rozdygotane nogi z łóżka i wstałam omal się nie przewracając. Nagle dziewczynka odwróciła się, grymas złości wykrzywił białą, wychudłą twarz i rozpalił czerwone ogniki w czarnych oczach. Wtedy się obudziłam.
Nie ma co ukrywać zbliżamy się do finału, enjoy!
ROZDZIAŁ IX
Wyplątałam się z pościeli i zapaliłam lampkę. Pokój był oczywiście pusty, ale nie mogłam opanować szaleńczo bijącego serca.
Leżałam na łóżku, do chwili, gdy przez okna zaczęły wpadać pierwsze słoneczne promienie. Była piąta rano, od kilku godzin wygłodzony żołądek przypominał jak niewiele zjadłam poprzedniego dnia. Wykorzystując cały posiadany zasób odwagi wstałam z łóżka, z ulgą zauważając, że nic nie złapało mnie za nogę. Po cichu zeszłam na dół prosto do kuchni. W lodówce czekała na mnie wczorajsza sałatka, której zjadłam podwójną porcję.
W tym czasie słońce wzeszło już całkowicie, napełniając kuchnię zbawiennym światłem. Z góry dochodziły odgłosy porannej krzątaniny. Mój koszmar nagle wydał się tak mało rzeczywisty, że aż śmieszny, śmiałam się sama z siebie, doprawdy, zachowałam się gorzej niż moja młodsza siostra.
- Co ty tu robisz o tej porze? – musiała być za piętnaście szósta, jak zwykle punktualna, mama zeszła, żeby przygotować śniadanie
- Nie mogłam spać – odpowiedziałam wesoło
Matka wzruszyła ramionami i sięgnęła do lodówki po składniki na francuskie tosty.
Moja obecność w kuchni o tej porze faktycznie musiała ja zdziwić, zazwyczaj miałam problem z wstaniem dwie godziny później. Do zapchanego już żołądka z trudem wcisnęłam słodkiego tosta, który wyglądał i pachniał tak smakowicie, że nie mogłam się mu oprzeć.
Wróciłam na górę, żeby przygotować się do szkoły. Otwierając drzwi do pokoju, czułam narastający niepokój. Mimo, że słońce zdążyła już napełnić cały dom oślepiającym blaskiem, bałam się tego, co zastanę w środku. Drżącą ręką nacisnęłam klamkę, zamek cicho kliknął i drzwi stanęły przede mną otworem. Było tak cicho i spokojnie, że wszelkie paranormalne zjawiska nie miały prawa zaistnieć. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam wciągać szkolny mundurek.
Zgodnie z wczorajszym planem, po szkole poszliśmy z Willem do biblioteki publicznej. Szybko przeszukałam komputerowy spis ludności i akty urodzeń z lat 50, znajdując wśród tysięcy imion, mojego ojca, ale odnotowując całkowity brak wzmianki o jego rodzeństwie.
Nie wykazując oznak zniechęcenia, Will pomógł mi przedrzeć się przez stosy starych gazet, żadnej nie było jednak nawet wzmianki o drugim dziecku państwa Ginger. Zauważyliśmy jednak brak jednego z numerów dziennika, z dnia 31.10.1956. Zdjęcie, które znalazłam na strychu było z roku 1966, wszystko do siebie pasowało, dziewczynka musiała mieć około 10 lat, mój ojciec koło 16.
- Jak zwykle pod górkę, co. Rozwiązanie tej zagadki chyba nie leży w zasięgu naszych możliwości – Will wyglądał na zrezygnowanego, miał dość ciągłego poszukiwania, które na domiar złego nie przynosiło rezultatów.
- Przecież do niczego Cię nie zmuszam, możesz w każdej chwili iść do domu. – taka była prawda, mogłam równie dobrze próbować rozwikłać tajemnicę domu sama. Mogłam, ale tak naprawdę bałam się, że mnie z tym zostawi.
- Coś ty, w życiu nie przepuściłbym okazji zabawienia się w detektywa, każdy chłopiec marzy o takiej zagadce. Przeszukaj gazety jeszcze raz, ja pójdę zapytać bibliotekarki o brakujący egzemplarz.
Will wrócił, gdy byłam w połowie przekopywania stosu.
- Nie ******, ten numer nigdy nie wyszedł.
- Jak to nie wyszedł?! Mają je tu wszystkie, numer po numerze, miliony stron, i brakuje akurat tej, która jest nam potrzebna? To zakrawa na jakiś cholerny spisek!
- Spokojnie, nie denerwuj się, nie mogą mieć tego numeru, ponieważ nigdy nie został wydrukowany. Bibliotekarka, która ma chyba ze sto lat, powiedziała, że tego dnia, 31 października 1956 roku z samego rana, ktoś włamał się do drukarni i wykradł numer, którego drukowanie miało rozpocząć się 2 godziny później.
- Myślisz, że ktoś to zaplanował? To przecież nie mógł być przypadek!
- Być może masz rację, złodziej nigdy nie odnaleziono, poza tym, brak jednego numeru dziennika nikogo specjalnie nie zmartwił.
- Gdyby wiedzieli jak ważny będzie dla potomnych… Trudno, czas się zbierać, nic tu po nas.
Okazało się że na szperanie w bibliotece poświeciliśmy ponad trzy godziny. Ostatnie słoneczne promienie dogasały na horyzoncie. Nie czułam już nawet tego wszechogarniającego zmęczenia, które wywoływały u mnie niepowodzenia. Chyba przyzwyczaiłam się do porażek. Nie wróciliśmy do domu, pojechałam z Williamem na dziką plażę, obejrzeć zachód słońca. Siedzieliśmy na ciepłym piasku rozmawiając. Dziewczynka ze zdjęcia i jej zagadka jakby przyblakła, po raz pierwszy od kilku dni czułam się zrelaksowana i wolna od problemów. Podzieliłam się moimi odczuciami z Willem, uśmiechnął się rozbrajająco w odpowiedzi.
Spojrzałam na rzymski profil mojego kompana, rysujący się ostro w pomarańczowo-różowych promieniach słońca. Spojrzał na mnie, w ciemnozielonych oczach zapłonęła jakaś dziwna pewność. Nagle znalazł się jakby bliżej mnie, nie odczuwałam jego bliskości jako czegoś nieprzyjemnego. Pewność w ciemnozielonych oczach zmieniała się powoli w uczucie o wiele głębsze.
Wracając do domu nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Na ustach Willa błąkał się lekki uśmiech samozadowolenia. Ja też się uśmiechałam, myśli o wszelkich tajemnicach zostały wyparte przez wspomnienia wieczora, o ile przyjemniejsze od rozpamiętywania niepowodzeń.
Will pożegnał mnie pocałunkiem w policzek, czająca się w oknie blond czupryna Lily nie sprzyjała romantycznym uniesieniom. Zasnęłam uśmiechnięta, w obliczu ostatnich wydarzeń nocne koszmary zniknęły bezpowrotnie. Jak się jednak szybko okazało, nie długo pozwoliły mi cieszyć się nowoodkrytym uczuciem.
Obudziło mnie uczucie, że ktoś się we mnie wpatruje. Nagły impuls otwarcia powiek, by odkryć przyczynę niepokoju został szybko stłumiony. Bałam się otworzyć oczy, wiedziałam co mogę zobaczyć i budziło to mój lęk. Próbowałam tłumaczyć sobie w myślach, że to tylko moja chora wyobraźnie, że w pokoju nie ma nikogo oprócz mnie. Nagle coś lekko szturchnęło moje ramię. Zamarłam sparaliżowana, nie mogłam wykonać żadnego ruchu.
- Obudź się Astrid, chce Ci coś pokazać – dziewczęcy, słodki głosik szepnął tuż koło mojego ucha. Automatycznie otworzyłam oczy.
Była bardzo rzeczywista jak na ducha, wyglądała jak normalne dziecko, z tym, że nie zmieniła się ani trochę od czasu zrobienia zdjęcia, więc od jakiś trzydziestu lat.
Stała obok łóżka i patrzyła na mnie ze smutnym uśmiechem na ustach. Nie powiedziała nic więcej, tylko stałą z wyciągniętą rączką. Gdy podniosłam się łóżka wyraźnie kazała mi zachowywać się najciszej jak potrafię i podążać za nią.
Nie zdziwiłam się, ze kieruje się w stronę sypialni rodziców, czułam, że celem naszej nocnej wyprawy jest strych. Chrapanie ojca skutecznie zagłuszyło cichy jęk drzwi i skrzypienie schodów.
Dziewczynka nie oglądając się na mnie otworzyła najbardziej tajemnicze drzwi w domu. Nie wierząc własnym oczom sama przekroczyłam próg wąskiego, długiego pokoju. Ku mojemu zdziwieniu pokój nie wyglądał na szczególnie tajemniczy, stało w nim żelazne , dziecięce łóżko i stara skrzynia na zabawki. W kącie leżał porzucony, pluszowy miś.
Podłogę stanowiły wysłużone, skrzypiące deski, ściany pokryte były poobdzieraną tapetą, która kiedyś musiała być jasnoróżowa w delikatny, kwiatowy wzór, dziś straciła niemal cały kolor. W wpółspróchniałych, wysokich oknach wisiały długie, zakurzone zasłony, również w kolorze wypłowiałego różu. Dziewczynka stanęła na środku pokoju, nie wiedząc zapewne jak się zachowam. Miałam opory, żeby zacząć rozmowę z czymś, co najpewniej było duchem, ale musiałam przerwać, coraz bardziej nieznośną ciszę.
- Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? – mój głos drżał lekko, ale i tak zabrzmiał mocniej niż się spodziewałam
-Chciałaś wiedzieć – jej głos był tak pełen smutku, że zachciało mi się płakać
- Mieszkałaś tu prawda? Ale dlaczego, dlaczego trzymali Cię tu, zamkniętą, odizolowaną od świata?
Szare oczy pociemniały ze smutku, wydawało mi się, że jej źrenice rozszerzają się zajmując miejsce tęczówki, a potem całego oka, tonęłam w tej czerni, byłam jak zahipnotyzowana.
@blakc kto się nie boi
BTW. voila, ostatni rozdział
ROZDZIAŁ X i króciutki epilog
"Legendy przesądy od wieków stanowią część naszej wyspy – usłyszałam w głowie dziecięcy głos, równocześnie przed oczami zaczęły wyświetlać mi się obrazy
– dziecko urodzone w dniu umarłych miało być przeklęte, narażone na ataki wszelkich demonów jakie 31.10 miały otwartą drogę do świata żywych. I choć termin twojej babki, a mojej matki przypadał na środek listopada ,nieoczekiwany upadek ze schodów przyspieszył poród. Równo o 6.06, 31 października 1956 roku przyszłam na świat. Nasza rodzina nie była tak przesądna jak reszta, ale obawie o moje bezpieczeństwo postanowiono ukryć to, że się urodziłam. Na prędce przygotowano mi pokój na strychu, zamykany na klucz i pozbyto się wszelkich dowodów na moje istnienie, tak by nikt w wiosce się o mnie nie dowiedział.
Nigdy nie wy.pu.sz.cz.a.n.o mnie na dwór, zawsze trzymano z dala od innych ludzi. Byłam tylko małym, bardzo samotnym dzieckiem Astrid, nie było we mnie nic z potwora. Urodziłam się po prostu nie tego dnia co trzeba. Nie rozumiałam czemu budzę taki strach, ani dlaczego nie wolno mi bawić się z innymi dziećmi. Najwięcej czasu spędzałam z twoim ojcem, był moim jedynym przyjacielem. Doskonale znał moje marzenia o „zewnętrzny” świecie. Pewnego dnia, pod nieobecność rodziców, przyszedł do mojego pokoiku i zaproponował mi wyjście na dwór. Był razem ze swoją przyjaciółką ,twoją matka zresztą. Widzieli, ze jestem smutna i pragnęli poprawić mi humor, pokazali mi ogród fontannę zabrali mnie na huśtawkę.
Twoja matka była bardzo zdolnym, młodym fotografem i nie rozstawała się z aparatem, zrobiła nam więc kilka zdjęć. W życiu nie czułam się tak dobrze, pierwszy raz tak długo mogłam rozkoszować się słońcem i świeżym powietrzem. Specjalnie dla mnie w domu założono zimowy ogród, ale był tylko namiastką tego co spotkałam na zewnątrz, brakowało w nim zapachu morza, wiejącej bryzy. I nagle moje szczęście prysło jak mydlana bańka, wrócili Twoi dziadkowie. Widząc mnie spokojnie huśtającą się na dworze z twoim ojcem, matka omal nie zemdlała. Twój dziadek okazał się bardziej przytomny, wziął mnie na ręce i próbował zanieść do domu. Niestety drogą obok domu akurat przechodziła sąsiadka, natychmiast poznała się na mnie, od lat krążyły plotki, o dziecku-demonie ukrywanym w domu. Wzniosła krzyk na całą wyspę, wkrótce przed bramą zebrał się olbrzymi, kipiący nienawiścią tłum. Jedyne czego pragnęli to zniszczyć potwora. Twój ojciec i dziadkowie nie mogli nic zrobić mogli tylko bezradnie patrzeć jak tłum zabiera szamoczące się dziecko prosto na wzgórze czarownic, gdzie wprawne ręce wzniosły już duży stos drewna…
- Sami stworzyli sobie potwora Astrid, to ich wina, że stała się tym, czym się stałam. – jej głos znowu brzmiał obok mnie.
Było tak, jakbym obudziła się z głębokiego snu, znów patrzyłam w szare oczy. Po chwili zorientowałam się, ze płaczę, łzy leciały mi bez przerwy, z żalu nad losem nieszczęsnego, samotnego dziecka.
- Jak oni mogli…
- Pożałowali, wszyscy bez wyjątku. Nienawiść i żal do ludzi, którzy zrobili mi taką krzywdę stworzyła potwora, prawdziwego demona, który zniszczył im życie już po mojej śmierci. Wszyscy bez wyjątku pomarli zdjęci chorobami, lub w wyniku niewyjaśnionych wypadków. Ale ona wciąż pragnie zemsty Astrid, jest nienasycona, dlatego przyszłam Cię ostrzec, pobyt w tym domu jest niebezpieczny zarówno dla ciebie jak i reszty rodziny.
- Czy jest jakiś sposób, żeby ją powstrzymać? Mam młodszą siostrę, też ją widziała, bała się. – nie dziwiło mnie już, że rozmawiam ze zjawą z przeszłości, byłam wdzięczna, że chce mi pomóc.
- Ona jest częścią mnie, jeżeli ja zaznam spokoju, ona zniknie. – jej kontury blakły, rysy twarzy rozmazywały się, dziewczynka znikała w pierwszych promieniach słońca.
- Poczekaj, nie odchodź, powiedz mi co mam zrobić! – krzyczałam, ale teraz nie było już nawet cienia, który mógłby mnie usłyszeć.
Cicho zeszłam na dół, na chwilę zatrzymałam się w sypialni rodziców. Patrząc na nich nagle zdałam sobie sprawę jak okrutny sekret musieli przed nami ukrywać, szczególnie ojcu musiało być ciężko ze świadomością tego co zdarzyło się w tym miejscu. Nie dziwne, że o.pu.sz.cz.ał dom pierwszy i jako ostatni do niego wracał. Postanowiłam nie mówić im, że wiem, byłoby to niepotrzebne zmartwienie, rozdrapywanie starych ran.
Leżąc w łóżku dużo rozmyślałam, o tym co było i co będzie. Fragmenty historii Samanthy wciąż obtłukiwały mi czaszkę, jarzyły się pod powiekami, wywołując coraz to nowe łzy nad niesprawiedliwym losem dziewczynki. Gdy o 7 rano zwlekłam się z łóżka miałam już gotowy plan.
Mimo, że był sobotni poranek, wykręciłam numer do Willa. Odebrał po drugim sygnale, był typowym rannym ptaszkiem.
- Będziesz mi potrzebny – powiedziałam bez zbędnych wstępów
- Powiedz tylko gdzie i kiedy piękna..
Kwadrans potem siedziałam w jego samochodzie.
- To powiesz mi w końcu dokąd jedziemy? Gdybyś zadzwoniła kilka godzin wcześniej, pomyślałbym, że chcesz sprawdzić, czy wschody słońca są równie przyjemne jak zachody, ale skoro słońce stoi już tak wysoko…
- Nie mam czasu na żarty, powiedz mi znasz miejsce o nazwie wzgórze czarownic? – Will’a przebiegł nagły dreszcz
- Czemu ty zawsze musisz wybierać najstraszniejsze miejsca no cel wycieczek?
- Jedź, opowiem Ci po drodze.
Wzgórze okazało się niewielkim pagórkiem na skarpie, ziemia na szczycie była jałowa, wypalona. Wyczuwało się tu dziwną atmosferę, napięcie, które skłaniało człowieka do ucieczki. William, który przed chwilą usłyszał całą historię wyglądał na przerażonego.
- Więc to tu ją… - pokiwałam głową, nie musiał kończyć
Z kieszeni wyjęłam fiolkę z poświeconą wodą i skropiłam miejsce, odmawiając równocześnie krótką modlitwę. Musiało wystarczyć, nie wiedziałam, czy moje zabiegi pomogły, zrobiłam jednak co w mojej mocy. Na łysym szczycie posadziłam bratki. Chciałam upamiętnić jakoś miejsce tragicznej zbrodni na niewinnym dziecku.
Od czasu wydarzeń tamtej pamiętnej nocy minęło kilka lat, bardzo spokojnych lat zresztą. Czasami zastanawiam się, czy to nie był czasem zwykły sen. Nigdy nie zdobyłam się na to, żeby zapytać rodziców czy historia wydarzyła się naprawdę, czy jest tylko efektem mojej wybujałej wyobraźni. Czasem wchodzę jednak na strych i wpatruję się w zamknięte drzwi, jakby z nadzieją, że ponownie się przede mną otworzą. Pozostają jednak nieme na moje prośby, a ja od.pu.sz.cz.am, wracając do realnego świata pełnego obowiązków związanych z ukochanym i karierą polityczną. Od czasu do czasu mam wrażenie, że obserwują mnie szare, smutne oczy, wtedy zwykle chodzę na wzgórze czarownic i podlewam bratki, które pokryły już prawie cały pagórek.
Mam wielką nadzieję (naprawdę wielką), że napiszesz jeszcze jakąś historię
Bo ja... kocham nawiedzone domy!