Opowiadanie jest już skończone, ba było już nawet opublikowane na innym forum, niemniej jednak postanowiłam podzielić się nim także z wami. Składa się z dziesięciu rozdziałów i... cóż to chyba na tyle. Enjoy!
WSTĘPSekrety to dziwne zjawiska. Małe i duże, kryją się w ciemnych kątach, czekając na odpowiednią osobę, której będą mogły uchylić rąbka swoich tajemnic

-Świetnie, znakomicie…
- Nie marudź Astrid, przecież to najpiękniejsze miejsce na świecie!

Właściwie ją rozumiałam. Zapach morskiej bryzy, krzyk mew i wielki ogród z huśtawką to coś czego nie spotkała w naszym penthousie w Bridgeport. Lil była jeszcze dzieckiem, miała prawo cieszyć się z przeprowadzki.

W końcu to nie ona straciła całe swoje dotychczasowe życie. To moi znajomi, wszystkie znane miejsca i wspomnienia z nimi związane zostały tam, w miejscu które od 17 lat nazywałam domem. Była zła, ba, byłam bardzo zła, na ojca, za to, że musiał zmienić pracę, na matkę, że nie potrafiła sprzeciwić się przeprowadzce, mimo że kochała miasto tak samo jak ja i musiała rzucić swoją ciepłą posadkę *********** na rzecz spędzania całych dni w domu. . Ale było już ,jak to mówią, pozamiatane. Musiałam pogodzić się ze zmianami, choćby nie wiem jak drastyczne były.


Na początek postanowiłam zwiedzić nowy dom. Jego najstarsza część pochodziła z XVIIw., lecz całkiem niedawno został wyremontowany. Od pokoleń należał do mojej rodziny, po śmierci babci stał zupełnie pusty. Na parter składała się przestronna, jasna kuchnia, jadalnia ze stołem na 8 osób i porozstawianymi po katach niepokojącymi rzeźbami, a także salon z olbrzymim pianinem do którego od razu dorwała się moja mama, niespełniona pianistka.Wszystko utrzymane w starym stylu. Widać było jednak wszechogarniającą nowoczesność. Co prawda w domu nie było zbyt dużo elektroniki, ale wszystkie sprzęty kuchenne i sanitariaty, nie pasowały do nastroju miejsca. Przeszłam przez szklane drzwi w kuchni i przez chwilę miałam wrażenie, że wyszłam z domu prosto do równikowej dżungli.

Ogród zimowy! I to jaki ogród zimowy! W środku panowało przyjemne ciepło i unosił się zapach tropikalnych kwiatów. Z niechęcią opuściłam to miejsce, z poczuciem, że będę je często odwiedzać.


Piętro urządzone było już w duchu nowoczesności. Choć meble stylizowane były na stare, wnętrzom brakowało klimatu. Zaciekawiły mnie natomiast drzwi, drzwi w sypialni rodziców.

Musiały prowadzić do schodów na poddasze, jednak były zamknięte. Dziwne biorąc pod uwagę to, że nie spotkałam takiej przeszkody podczas całej wycieczki po domu. Wyczułam wsuwkę w kieszeni spodni i postanowiłam spróbować pogmerać nią w zamku (na filmach zawsze działa) kiedy..
-Dziewczynki kolacja!

Jadłyśmy same w wielkiej jadalni. Lily miała jeden ze swoich dziecięcych słowotoków, nie mogła przestać mówić o zaletach nowego domu. Słuchałam w milczeniu od czasu do czas kiwając głową. Lil nie potrzebowała rozmówcy, potrzebowała słuchacza. Wstałam od stołu i, życząc siostrze dobrej nocy, poszłam do sypialni. Mimo dość wczesnej godziny (po 21 dostawałam zazwyczaj nagłego zastrzyku energii) czułam się wykończona. Żeby zdążyć na samolot musieliśmy wstać o 5 rano.


Bez zastanowienia zanurzyłam się w miękkości materaca i jedwabiu pościeli. Odpłynęłam w kilka minut.
Komentarz
Uwielbiam takie historie,no i oczywiście nawiedzone domy ;]
Czekam na ciąg dalszy...
ROZDZIAŁ I
Obudził mnie zapach naleśników.
Podnosząc się z łóżka miałam niejasne przeczucie, że zapomniałam o czymś ważnym. Usiadłam i starałam się przypomnieć sobie ostatnie obrazy z pogranicza jawy i snu.
Drzwi… tak śniłam o drzwiach! Ale nie były to te z pokoju rodziców, były inne odrapane, stare. I było tam coś jeszcze, coś do czego wciąż nie potrafiłam dotrzeć. Nagle zapach naleśników nasilił się i mój żołądek zaczął protestować. Spojrzałam na zegarek.
-O matko!
Nie dziwne, ze kiszki grały mi marsza, dochodziła 12! Wyskoczyłam z łóżka i popędziłam do kuchni.
- Mamo rozglądałam się wczoraj po domu i.. no cóż, nie wiesz dlaczego drzwi na poddasze są zamknięte?
-Drzwi na poddasze? Nie, szczerze mówiąc nie zwróciłam na nie uwagi, ten dom jest taki ogromny, że wciąż czuję się w nim zagubiona. Ale spytaj ojca, może on wie coś na ten temat.
Pewnie i wiedział, szkoda tylko że nie było go w domu, jak zwykle zresztą. Poznałam już dom, przynajmniej jego otwartą część, przydałoby się poznać otoczenie, może znajdzie się ktoś miejscowy, chętny do oprowadzenia mnie po wyspie. Najlepiej jakiś słodki francuski chłopaczek…
- Mogę wziąć mini’ego?
-Jedziesz gdzieś?
-Chcę rozejrzeć się po wyspie, wiesz jutro zaczyna się szkoła, nie będzie czasu nawet na maleńki spacer, tyle nauki, prace domowe i..
-Akurat, jestem twoją matką, znam Ciebie i twoją awersję do książek lepiej niż ktokolwiek na świecie. Kluczyki są na stoliku w przedpokoju..
-Dzięki mamo, kocham Cię!
-Szkoda, że tylko jak czegoś chcesz, idź już i nie wracaj za późno!
Biegłam do garażu ciesząc się na nadchodzącą wycieczkę. W gruncie rzeczy lubiłam poznawać nowe miejsca i ludzi, być może okaże się, ze przeprowadzka nie była takim złym pomysłem.
Jeżdżąc po mieście bez celu dostrzegłam coś co wyglądało na lokalny pub.
-to chyba niezłe miejsce na ******** nowych znajomości.
Wnętrze okazało się przytulne choć wyludnione. Dziwne, było niedzielne popołudnie, wprost idealne by spędzić czas w miejscu takim jak to. Jedyną obecną osobą była sprzedawczyni. Stwierdziłam, że skoro już weszłam warto się przywitać i zapytać gdzie mieszkańcy zwykli spędzać wolny czas.
Dziewczyna była niewiele starsza ode mnie. Musiała niedawno skończyć szkołę. Ubrana była bardziej jak miksolog w jednym z ekskluzywnych klubów, w których zwykłam do niedawna bywać, niż jak sprzedawczyni w *****, na zapomnianej przesz świat wyspie. Jak się szybko dowiedziałam na imię było jej Sylwia.
Dziewczyna okazała się bardzo wylewna i po kilku minutach znajomości poznałam zarys całego jej życiorysu. Historię opowiadającą o wielkich ambicjach i braku możliwości by je zrealizować, o nudach i trudach małomiasteczkowego życia i pragnieniu przeniesienia się do wielkiego miasta. Wiedziała kim jestem odkąd pojawiłam się na progu pubu, wieści tu rozchodziły się błyskawicznie. Byłam spełnieniem jej pragnień, bogatą panienką z miasta. Nie powiem, pochlebiało mi to, czułam się lepsza i trochę mnie to zmartwiło.
-Możesz się na chwilę wyrwać, chciałabym zwiedzić miasto a nie bardzo wiem jak się tu odnaleźć.
-Niestety, musze tu siedzieć nawet przy całkowitym braku klientów. Wiesz, pilnowanie rodzinnego interesu. Po prostu idź główną drogą, nie sposób tu zabłądzić.
Wyglądała na przygnębioną. Umówiłyśmy się na następny dzień, na kawę, obiecała przedstawić mnie swojemu nastoletniemu bratu.
Miała rację, nawet ktoś całkowicie pozbawiony zmysłu orientacji (jak ja) nie mógł zgubić się na Wyspie Galahada. Szłam prosto przed siebie ładnymi, brukowanymi uliczkami i byłam coraz bardziej zauroczona widokiem, który miałam przed sobą. Tyle tu było kolorów i zapachów, przeważała odświeżająca morska bryza, która mieszała się z wonią setek kwiatów. Śliczne, niewielkie budynki, tak bardzo różniące się od szarych miejskich olbrzymów.
Po drodze minęłam najprawdziwszy wodospad!
Swoją wycieczkę skończyłam na zadbanej plaży, siedząc na ciepłym piasku i obserwując zachód słońca. Nagle poczuła że to ja mam czego zazdrościć Sylvi, nie odwrotnie.
Robiło się coraz ciemniej i chłodniej. Bretońskie noce wiosną są chłodne, więc podniosłam się ze stygnącego szybko piasku i udałam się w drogę powrotną.
Byłam w domu zanim mama zdążyła choćby sięgnąć po telefon. Po moim późnym śniadaniu nie było już śladu, a reszta rodziny właśnie skończyła obiad.
Ojciec jak co dzień przyniósł pracę do domu, siedział przy laptopie i załatwiał sobie tylko znane sprawy. Sadząc po dźwiękach dochodzących z salonu, matka ćwiczyła najnowszy utwór na pianinie. Lil musiała bawić się lalkami, bo prowadziła zawziętą konwersację z samą sobą, zmieniając co chwile głos z cienkiego na niski.
Zajrzałam do lodówki, żeby odgrzać sobie obiad, ale zwątpiłam widząc, że mam do czynienia z pulpetami. Na szczęście zza kotletów wyglądały resztki dzisiejszych naleśników, równie apetyczne co kilka godzin temu. Odsuwając z obrzydzeniem klopsy wyjęłam z lodówki dzisiejszy obiad. Po jedzeniu poszłam na górę. Zamierzałam choć chwile poszarpać struny mojego basu. Daleko było mi do perfekcji, a ostatnio miałam dodatkowo problemy z ćwiczeniami. Zawsze kiedy zaczynałam coś nagle mi przerywało.
Podniosłam instrument, przesunęłam dłonią po idealnie gładkiej powierzchni gryfu i już chciałam wydać pierwszy dźwięk, kiedy..
-Astrid! Pamiętaj, że jutro szkoła! Przygotuj mundurek i zostaw mi do prasowania.
-Dobrze mamo..
Ze smutkiem odłożyłam bas na miejsce i poszłam grzebać w szafie w poszukiwaniu spódniczki i białej koszulki, niezbędnika tutejszej szkoły.
Wzięłam ciuchy i zniosłam na dół wiedząc, że gdy się obudzę będą gotowe do założenia. Wracając na górę znowu usłyszałam głos Lily. Była już 22, wiedziałam, że jeżeli się zaraz nie położy pierwszy dzień szkoły spędzi marudząc jak bardzo się nie wyspała. Uchyliłam drzwi do pokoju i zdziwiła się nie widząc jej przy domku dla lalek.
Lil stała na środku pokoju, i mówiła coś gestykulując. Nie zauważyła mnie, a ja stałam jak wryta nie mogąc nic zrobić.
-Kto!? – Rzuciła w stronę wyimaginowanego rozmówcy i szybko obróciła się mierząc mnie wściekłym spojrzeniem. – Czego chcesz!?
-Chciałam ci tylko przypomnieć, że o tej godzinie dzieciaki takie jak ty, powinny już spać – byłam zła, nie mogłam pozwolić, żeby się na mnie darła, to ona zachowywała się jak wariatka, nie ja– Z kim rozmawiałaś, dzidzia znalazła sobie wymyśloną przyjaciółkę?
-Nie twój zasmarkany interes. Idź już, chcę się położyć. – zamknęła mi drzwi przed nosem.
Słyszałam jeszcze jak mamrocze coś złośliwie, po czym skrzypnęło łóżko i zniknęła smuga światła pod drzwiami. Nie wiedziałam co o tym myśleć. Kłóciłyśmy się niezwykle rzadko jak na rodzeństwo. Zwykle Lil była kochaną urocza istotką, którą miałam ochotę ochronić przed całym, złym światem. Z mieszanymi uczuciami poszłam do siebie. Zasnęłam równie szybko jak poprzedniej nocy.
Przeczytałem ją już całą wiele razy :P (na pewnym forum)
ROZDZIAŁ III
Mój sen przerywały nieustanne pobudki, równomierne, mniej więcej co godzinę. Nie wiedziałam co się ze mną działo, jawa mieszała mi się z sennymi marami, na powiekach wyświetlały się różne obrazy, niektóre tak ostre i wyraźne, że wywoływały ból głowy, inne mętne i zamglone, niewyraźne zarysy miejsc i postaci.
Wszystkie bez większego sensu. Wielokrotnie próbowałam się im wyrwać, otworzyć oczy, wybudzić się całkowicie, jednak sen nie o.d.p.u.s.z.a.ł.
Moim zbawieniem okazał się budzik. Byłam bardziej zmęczona niż gdy się kładłam.
Usiadałam na łóżku, żeby przypomnieć sobie obrazy i spróbować poukładać je w spójną całość. Drzwi… tak, znowu drzwi, te same, tylko wyraźniejsze, jakby bardziej realne i… dziewczynka, dziewczynka z fotografii. Tak! Czarno-białe zdjęcie, byłam pewna, że gdzieś już je widziałam, lecz nie miałam pojęcia gdzie… Od wysilania pamięci zaczynała boleć mnie głowa, ból nasilał się w skutek niewyspania. Zapowiadał się uroczy dzień w nowej szkole. Usłyszałam trzask drzwi, ojciec wyszedł do pracy. Wspaniale, znowu zapomniałam zapytać o klucz na poddasze i teraz nie będę miała okazji aż do wieczora.
Doprowadzenie się do ludzkiego wyglądu zajęło mi trzydzieści minut. Tona pudru zakryła cienie pod oczami, żel oswoił niesforne kosmyki.
Gdy wróciłam do pokoju na pościelonym łóżku leżał świeżo uprasowany mundurek. Już przebrana zeszłam na dół. Tym razem po całym domu rozchodził się zapach gofrów. Wzięłam swoją porcję i dosiadłam się do mamy i Lily.
Siostra nawet na mnie nie spojrzała. Siedziała sztywno na krześle żując zawzięcie swojego gofra. Normalnie zaczęła bym ją rozśmieszać, ona nie mogąc wytrzymać parsknęłaby śmiechem i byłoby po kłótni. Ale nie dzisiaj, po fatalnej nocy nie miałam nastroju na żarty, próby załagodzenia konfliktu zakończyłyby się jeszcze większą kłótnią.
-I jak dziewczynki, podekscytowane nową szkołą? – mama próbowała przerwać ciszę ciążącą w jadalni, niestety nieskutecznie. Obie przytaknęłyśmy jej cichym, ponurym „yhm”.
BEEEB BEEB!! Klakson autobusu szkolnego skutecznie przerwał milcznie.
-Szybko dziewczynki, bo wam ucieknie! Nie zapomnijcie Drugiego śniadania! Powodzenia! Miłego dnia!
Weszłyśmy do autobusu, Lily pobiegła na koniec, gdzie zaraz została otoczona przez grono p.i.s.z.c.z.ących dziewczynek w jej wieku. Ja nie miałam takiego szczęścia. Szłam między siedzeniami i zdawałam sobie sprawę, że zostało mi coraz mniej drogi. Zauważyłam wolne krzesło obok wysokiej blondynki, jednak ona chyba też zauważyła moje spojrzenie i rzuciła plecak na puste miejsce. Powoli utwierdzałam się w przekonaniu, że będę musiała przestać całą podróż. Nagle jednak zobaczyłam chłopaka o sympatycznej twarzy, który zachęcająco poklepał siedzenie obok siebie. Odetchnęłam z ulgą, nie spędzę drogi do szkoły narażona na wścibskie spojrzenia z każdej strony.
Jeżeli miałam jakąkolwiek nadzieję na nawiązanie bliższej znajomości z siedzącym obok chłopakiem, to szybko się rozwiała. Widać akt odwagi jakim było wskazanie mi fotela obok siebie był jednokrotny wyczynem. Wyglądał jakby jego samego zadziwiła taka śmiałość. Może gdybym była w lepszym nastroju… ale niestety mój nastrój był równie ponury jak szkolny mundurek.
Na miejsce dojechaliśmy oczywiście za późno. Wysiadając z autobusu usłyszałam dźwięk dzwonka. Nie chciałam spóźnić się na pierwszą lekcję w nowej szkole, bo większość nauczycieli uważa pierwsze wrażenie za nieomylne. Wbiegłam do budynku i nie znając układu sal zaczęłam błądzić.
Szkoła nie zaskakiwała niczym. Wyglądała, brzmiała, nawet pachniała jak wszystkie inne szkoły. Jedynym powodem dla którego odwiedzałam ten budynek średnio pięć razy w tygodniu byli moi przyjaciele. Zazwyczaj jest to wspaniałe miejsce na spotkania towarzyskie i zawieranie nowych znajomości. Jednak już po pierwszych lekcjach dowiedziałam się, ze Bretończycy, a zwł.a.s.z.c.z.a Ci z małych wysepek są wyjątkowo pilni i nudni. A nudna szkoła z nudnymi ludźmi to już podwójne dno.
ROZDZIAŁ IV
Słysząc dzwonek obwieszczający koniec lekcji odetchnęłam z ulgą. Nie chciałam wracać do domu, nie w takim humorze. Nagle pomyślałam o Sylvii i naszym umówionym spotkaniu. Nie ustaliłyśmy godziny, więc 14 powinna być równie dobra jak każda inna. Z wczorajszej wycieczki wiedziałam, że pub leży blisko szkoły. Z nikim się nie żegnając opuściłam mury szkoły i obrałam kurs na miejsce spotkania. Po przejściu kilkunastu metrów zauważyłam znajomy budynek.
Weszłam do środka, pewna, że zobaczę Sylwię za ladą. Wielkie było moje zaskoczenie, gdy zamiast niej ujrzałam mojego porannego wybawiciela. Chłopak spojrzał na mnie i oblał się rumieńcem.
-Cześć- burknął nieśmiało
-Hej – jego zawstydzenie trochę mnie śmieszyło, trochę irytowało. Nie byłam pewna co bardziej – Nie widziałeś gdzieś Sylwii? Pracuje tutaj, byłyśmy umówione, ale nie ustaliłyśmy godziny i może jeszcze jej nie ma…
Chłopak już otworzył usta, żeby mi odpowiedzieć, kiedy nagle do pokoju wszedł nie kto inny jak moja nowa znajoma.
- oh Astrid, witaj. Nie byłam pewna, czy przyjdziesz, ale fajnie, że jednak się zdecydowałaś. Kawy? Herbaty? Może jakieś inne życzenia?
-Cappuccino, jeśli można.
-Pewnie, że można – podeszła do ekspresu i nacisnęła odpowiednie guziki, po czym odwróciła się powrotem do mnie – Poznałaś już mojego brata Williama? Chodzi do równoległej klasy, w przeciwieństwie do mnie, jest wolny całe dnie, więc pomyślałam, że jeśli nadal sz.u.k.a.sz przewodnika to mógłby się nadać.
Powiedziała to z uśmieszkiem osoby, wcielającej w Zycie swój chytry plan. Chciała mnie z nim zeswatać? Wybacz złotko, może i jest słodki, ale wolę kiedy chłopak potrafi wykrztusić z siebie choćby zdanie w mojej obecności.
-Tak poznaliśmy się, był na tyle miły, że dziś rano uratował mnie przed samotnym staniem na środku autobusu. – Will uśmiechnął się nieśmiało i zrobił coś co niezmiernie mnie zaszokowało, przemówił.
- Wyglądałaś tam jak ostatnia sierota, musiałem coś zrobić. – nie dość, że zaczął mówić to jeszcze był bezczelny.
-Will to było niegrzeczne – tak, Sylwia zdecydowanie troszczyła się o związki swojego brata.
- Chyba jednak wolałam jak się nie odzywałeś .
Miałam ochotę pokazać mu język, co dziwniejsze swoją głupią odpowiedzią trochę poprawił mi humor, Sylwia postawiła przede mną parujące cappuccino z gęstą, mleczną pianką na wierzchu. Zrobiło mi się niesamowicie miło, po raz pierwszy dzisiejszego dnia.
Kawa już dawno się ulotniła, a nasza trójka wciąż siedziała przy tym samym stoliku dyskutując na przeróżna tematy. Moja rozmowa z Williamem składała się głównie z drobnych uszczypliwości, szybko okazało się, że mamy podobne poczucie humoru, i żadne nie bierze ich na poważnie. Od przyjazdu na wyspę nie czułam się tak dobrze, zupełnie straciłam poczucie czasu. Nagle, gdy właśnie kończyłam swoją opowieść o tym jak mój znajomy obudził się kiedyś po imprezie w mleczarni, obok zadziwionej jego obecnością krowy, zadzwonił telefon.
Godzina, którą zobaczyłam na wyświetlaczu przeraziła mnie nie mniej niż napis „MAMA” pod nią.
- Tak słucham – wypiszczałam przez zaciśnięte gardło.
-Na miłość boską, Astrid! Żyjesz, nic Ci nie jest?! – w głosie matki słyszałam autentyczny strach – Od sześciu godzin nie dajesz znaku życia, telefon był głuchy, zastanawiałam się, czy nie dzwonić na policję.
- Spokojnie mamo, nic mi nie jest, zasiedziałam się po prostu u koleżanki. A telefon musiał stracić zasięg, to się tu często zdarza.
- Tak ciężko było Ci zgadnąć, ze siedzę w domu i się zamartwiam – strach szybko przerodził się w złość – Ile ty masz lat dziewczyno?! Zachowujesz się jak nieodpowiedzialna gówniara! Masz natychmiast wracać do domu!
Rozłączyła się zanim zdołałam jej powiedzieć, że nie bardzo mam jak wrócić. Szkolny autobus odjechał dawno temu, a samochody stały sobie spokojnie w garażu.
- Mamusia się martwi? – Will w ogóle nie przejął się moją tragiczną sytuacją
- To że się martwi to mój najmniejszy kłopot. Jest potwornie wściekła. Kazała mi natychmiast wracać do domu. Jest tylko jeden mały problem, ja nie mam czym wrócić.
-Świetnie się składa, dołożyłam się Will’owi do samochodu i mimo, że ma go od miesiąca rzadko miewa okazje, żeby się przejechać – Sylwia dobrze czuła się w roli swatki, nie zamierzałam jednak odmawiać, właściwie nie miałam wyboru.
- ta, o ile księżniczce z wielkiego miasta nie przeszkadzają wbijające się w siedzenie sprężyny, to mogę Cię podrzucić moją cud-maszyną.
-Fizyczne tortury w twoim samochodzie będą i tak o niebo lepsze od tych, które zafunduje mi mama po powrocie.
- Zaczekaj pani, a ja przygotuję twoją karetę do odjazdu. Wyjdź przed knajpę jak usłyszysz, że podjechałem, nie bój się usłyszysz na pewno- puścił mi oczko i wyszedł.
Maszyną był stary ford w kolorze śliwki. Faktycznie nie sposób było go nie usłyszeć.
- Przynajmniej wiadomo kiedy się zjawisz- -powiedziałam wsiadając.
W środku samochód był dość przestronny, pachniało waniliowym odświeżaczem i tytoniem, siedzenia bardziej przypominały małe kanapy niż standardowe fotele, na desce rozdzielczej wesoło machał głową brązowy piesek. Było nawet bardziej niż przyjemnie.
I tak pytam kiedy następny rozdziałek ? :roll:
Czekam :thumbup:
ROZDZIAŁ V
-To gdzie mam Cię właściwie zawieść?
-Mieszkam na portowej 17 – zwykle wyluzowany William nagle zaczął wyglądać na spiętego, nie zauważyłam nawet kiedy zaszła ta zmiana.
-Jesteś pewna że nie pomyliłaś adresu – w jego głosie dało się usłyszeć zdenerwowanie z nutą strachu
-Will może i wprowadziłam się tu niedawno, ale wiem gdzie mieszkam. Co Cię tak przeraża? Dom jest stary i wygląda niecodziennie, ale żeby od razu się go bać…
-Nie boję się, nie domu. – wyraźnie chciał coś ukryć – Właśnie mi się przypomniało, potrafisz zrobić to zadanie z fizyki? Bo ja ze ścisłych jestem noga. Mogłabyś mi je wysłać, albo wytłumaczyć jutro przed lekcjami..
- Nie zmieniaj tematu, chcę wiedzieć jaką posępną tajemnicę kryje mój dom – pozwoliłam sobie nawet na krótki śmiech, żeby rozładować panujące w samochodzie napięcie. Tak naprawdę zżerała mnie ciekawość, chciałam wiedzieć, co go tak przeraziło.
- Nie, to nie tak, po prostu… po prostu ludzie na wyspie są dość przesądni, wierzą w legendy i wszelkie straszydła. Wpajają to dzieciom od małego. Dla nas ten dom zawsze był nawiedzony, baliśmy się go, zakładaliśmy się, kto podejdzie bliżej. Starsze dzieciaki, które rzekomo były w środku opowiadały niestworzone historie o poruszających się przedmiotach, dziwnych odgłosach i cieniach ukazujących się w lustrach.
Byliśmy mali i głupi, wierzyliśmy w każde słowo. Nawet teraz, kiedy wyrosłem z mar dzieciństwa i wiem, że dom jest zupełnie niegroźny, jest coś co mnie w nim przeraża, co trzyma mnie z dala od niego.
- Jako próżna księżniczka większość dnia spędzam przed lustrem i gwarantuję Ci że żadnych zjaw nie widziałam – zgodnie z moim zamiarem Will rozchmurzył się, resztę drogi spędziliśmy na mniej lub bardziej nieznaczącej rozmowie.
Podwiózł mnie pod sam dom i nie oglądając się na budynek odjechał, zanim zdążyłam mu choćby pomachać. Celowo nie drążyłam tematu zjawisk paranormalnych w moim domu. Trochę dlatego, że było już ciemno i zaczęłam się bać, wolałam więc zbagatelizować sprawę. Miałam jednak jeszcze jeden powód. Przypominały mi się nocne wizje, zamknięte drzwi. Nie wiem czemu nie chciałam mieszać w to Williama, coś podpowiadało mi, że powinnam spróbować rozwiązać sprawę na własną rękę.
Wchodząc do domu przybrałam minę osoby która bardzo wstydzi się za popełnione winy i przygotowałam się psychicznie na krzyki jakie zaserwować mi miała matka.
Nie pomyliłam się, już na progu przywitało mnie urocze „ Gdzie ty się szwędasz o tej godzinie”, poparte mającymi wywołać poczucie winy „ zdajesz sobie sprawę jak się martwiliśmy?!” i „przez chwile myślałam, że będę miała zawał” i uzupełnione „zacznij wreszcie zachowywać się dojrzale, czas najwyższy”.
Wiedziałam, ze nie ma sensu przerywać jej monologu. Cierpliwie wysłuchałam tego co miała mi do powiedzenia i po skwitowaniu całej rozmowy krótkim dobranoc, poszłam na górę. Przelotnie spojrzałam na nietkniętą torbę ze szkolnymi zeszytami w których roiło się od prac domowych.
Nie miałam sił żeby dłużej otwierać oczy, co dopiero zmagać się z logarytmami. Ledwo przytomna, założyłam piżamę i padłam na łóżko jak zabita.
ROZDZIAŁ VI
Obudziła mnie Lil. Przybiegła do mojego pokoju cała roztrzęsiona.
- Astrid, przepraszam, przepraszam, że Ci nie powiedziałam. Ale ona tam jest, i zrobiła się bardzo niemiła. –Mała płakała, dawno nie widziałam jej w takim stanie. Nie wiedziałam o czym mówi, ale najwyraźniej coś musiało ją przerazić. Wstałam, zapaliłam światło i przytuliłam ją do siebie.
- Lily ile razy mam Ci powtarzać, że żaden strach nigdy nie chciałby zamieszkać pod twoim łóżkiem, bo takie strachy za bardzo się szanują, żeby dzielić lokum z ogromnymi kotami kurzu. – Taka sytuacja powtarzała się od czasu do czasu, Lil przybiegała mówiąc, że z szafy, z pod łóżka, czy innej dziury w jej pokoju wychodzą strachy, ja przytulałam ja, żartowałam ze stworów, co poprawiało jej humor, po czym odprowadzałam ją z powrotem do łóżka, zapewniając, że nic z pod niego nie wyjdzie. Tym razem było inaczej.
- To nie był jakiś tam strach! To ona, Samantha! Mieszkała tu kiedyś, i bawiła się ze mną, była miła, ale nagle coś się z nią stało, zrobiła się straszna, przestraszyła mnie! – mówiła szybko i nieskładnie, ale zaczęło mi się coś klarować.
- Samantha? Ta twoja zmyślona przyjaciółka?
- Nie wymyśliłam jej! Naprawdę do mnie przyszła! – Lil gotowa była do kolejnej kłótni, spróbowałam więc złagodzić sytuację.
- Dobrze, wierzę ci. Odprowadzę cię do sypialni, zobaczysz, jeżeli nawet cokolwiek tam było, to już sobie poszło i będziesz mogła spokojnie spać dalej.
-Nie zasnę sama, zostaniesz ze mną? - nadal uważałam jej strach za niedorzeczny, ale skoro miało jej to pomóc usnąć, to musiałam się zgodzić.
- Nie ma problemu, posiedzę przy tobie
-Dzięki Astrid, jesteś najlepszą siostrą na świecie.
Poszłyśmy do jej pokoju, w którym rzecz jasna, nie znalazłam żadnego ducha. Położyłam się obok siostry, która zasnęła w ciągu kilku minut. Nie pozwoliła jednak zgasić sobie lampki nocnej, twierdziła, że być może nie odstraszy Samanthy, ale inne strachy na pewno.
Obudziłyśmy się do szkoły, obie wyspane jak nigdy. Byłam pogodzona z siostrą, miałam przyjaciela, który z pewnością da mi spisać rozwiązane logarytmy, dziś perspektywa pójścia do szkoły nie była już taka straszna.
Co dziwne do śniadania zasiadł z nami tata, miałam więc okazję spytać go o zaginiony kluczyk. Dał mi ich cały pęk i powiedział że któryś musi pasować, po czym wyszedł, był już spóźniony do pracy. W szkole Will pozwolił mi spisać matmę i resztę prac domowych o których kompletnie zapomniałam. Zapytał, czy nie wpadnę na kawę, wymigałałam się nadrabianiem zaległości w szkole. Miałam już pewne plany na popołudnie. Po powrocie do domu, nie zdejmując mundurka pobiegłam do sypialni rodziców.Chciałam zdążyć przed przyjściem Lily, byłam też zwyczajnie ciekawa jakie sekrety kryją się za zamkniętymi drzwiami.
Uważnie przyjrzałam się pękowi kluczy, które dostałam od ojca. Jeden z kluczy, wyglądający na najstarszy był złamany, miałam nadzieję, że to nie jego sz.u.k.a.m. Reszta kluczy wyglądała podobnie, wzięłam wiec jeden na chybił trafił i włożyłam do zamka.
Niespotykanym szczęściem zamek lekko zachrobotał i drzwi na poddasze stanęły przede mną otworem.
Super pi.s.z.e.s.z!
ROZDZIAŁ VII
Wchodząc po starych, skrzypiących schodach wyobrażałam sobie wszystkie tajemnice świata oczekujące na mnie na górze. Zjawy i upiory przenikały się z wizjami średniowiecznych skarbów. Jak wielkie było moje rozczarowanie, kiedy stanęłam na poddaszu.
Dokoła mnie leżały sterty nieprzydatnych rupieci, zardzewiały dziecięcy kojec, czarno-białe czasopisma, zakurzone sterty płyt, znoszone ubrania i cała masa wszystkiego, co nadawało się na śmietnik, ale zostało tu rzucone ze względu na wartość sentymentalną. Nie powiem, zawiodłam się, oczekiwałam, że wraz z pokonaniem nieszczęsnych drzwi dom ujawni mi wszystkie swoje tajemnice. Skoro jednak dotarłam w końcu na strych postanowiłam się rozejrzeć. W jednym z kątów stał stary regał na książki. Mój wzrok przykuł gruby, duży tom, pokryty skórzaną, powycieraną okładką.
Album! Usiadłam na rozklekotanej kanapie i zaczęłam przeglądać zdjęcia. Było ich chyba z tysiąc, ukazywały członków mojej rodziny na przełomie wieków.
Na ich podstawie można by było przedstawić całą historię fotografii. Ułożone były od najstarszych, przeskoczyłam więc na ostatnie strony. W uśmiechniętych postaciach rozpoznałam babcię i dziadka, rudym bobasem na następnym zdjęciu musiał być nie kto inny jak mój ojciec. Uśmiechnęłam się widząc rodzinną sielankę, ostatnie ze zdjęć przedstawiało moich nastoletnich rodziców, objętych, szczęśliwych, ubranych w wieczorowe stroje. Musiało być zrobione tuż przed balem maturalnym. Zamknęłam album i już chciałam odłożyć go na miejsce kiedy spomiędzy pożółkłych stron wypadło jedno za zdjęć. Było złożone na pół i pomięte. Podniosłam je z podłogi i delikatnie rozłożyłam papier. Znałam tą fotografię, to jej fragment widywałam ostatnio w snach. Wiązała się z nią niemiła historia z dzieciństwa, gdy znalazłam ją w jednej z babcinych szuflad, podczas zabawy w poszukiwaczy skarbów. Taka zabawa nie była niczym nowym, dom by przecież wielki i pełen sekretów, a wszystkie dzieci kochają odkrywać takie miejsca. Normalnie babcia nawet nie zwracała mi uwagi, ale tym razem było inaczej. Zabrała mi zdjęcie i skrzyczała gorzej nawet niż wtedy, gdy zbiłam jej ukochaną chińską wazę. Nigdy więcej nie widziałam fotografii, aż do dziś.
Przedstawiała roześmianą dziewczynkę na huśtawce, śliczne, czarnowłose dziecko z iskierkami w oczach. Za nią stał mój nastoletni ojciec.
Kolejna tajemnica, miałam wrażenie, że zaraz zacznę gubić się w ich labiryncie. Kim była ta dziewczynka i czemu ukrywano jej istnienie. Czy to możliwe, że mój ojciec miał siostrę, co się z nią stało, czemu nigdy o niej nie słyszałam… Schowałam zdjęcie do kieszeni i podeszłam do regału, żeby odłożyć książkę na miejsce. Był pełen, miałam więc problem z wciśnięciem grubego tomu. Użyłam za dużo siły, żeby wcisnąć album na miejsce, regał zachwiał się i omal na mnie nie poleciał. Przytrzymałam go zapierając się nogami o podłogę.Gdy mebel przestał się chwiać zauważyłam, że moja ręka oparta jest o framugę wystającą zza regału.
Szybko oceniłam swoje szanse przesunięcia drewnianej półki zapełnionej ciężkimi woluminami, było jasne, że będę potrzebować pomocy. Szybko wybrałam numer, odebrał po pierwszym sygnale.
- Hej Will, jeżeli dalej masz ochotę się ze mną spotkać, to przyjedź do mojego domu. Musisz mi w czymś pomóc.