"Czasem zastanawiam się nad sercami i umysłami innych. Czy w ogóle je mają... Bo nie każdy człowiek jest szlachetny, mądry, dobry. Wiele osób nie zna wcale znaczenia tych słów. Ale czy to myślenie mi coś da... Jeśli tak, co konkretnie? Nie sprawię, by każdy począł filozofować! Nie umiem..."
-Floozy? Floozy!- przestałam intensywnie zastanawiać się nad ludźmi. Ciocia Candy potrafi zepsuć wszystko.
-Floo, pobaw się z dziewczynkami na dworze!-powiedziała, po czym uśmiechnęła się sztucznie.
-Kiedy ja nie chcę! Tyle razy mówiłam, że to nie dla mnie...-odparłam. Byłam inna niż wszystkie pięciolatki. Moje zachowanie dziwiło każdego. Nie umiałam bawić się w piaskownicy, śpiewać na rytmice, uczyć się na angielskim... Wciąż myślałam nad istotą życia. Nad tym, jacy ludzie są głupi. Nie zdają sobie sprawy z błędów, które popełniają. Zawsze wiedziałam co będzie lub co powinno być. Nikt nie podchodził do mnie w przedszkolu i na ulicy. Człowiek bał się mnie. Nie raz uszłyszałam, gdy obmawiają mnie kobiety z tylnej ławki kościoła.
-Widziała pani tą małą, białooką blondyneczkę?
-Jakże ona mnie dziwi!
-Ta jej blada buzia...
-Oh, zupełnie jak trup!
...te myśli wiły mi się w głowie jak węże.
***
W poszukiwaniu spokoju postanowiłam uciec z domu. Nie, nie na ulicę. Starannie zaplanowałam co zrobię. Przez las, wzdłuż rzeki, potem skręt w prawo, przenocuję w garażu Lindsay a rano podejdę cichutko do stacji i w Unlucky Scratch przyjdę do domku pani Gioplando. Ta pozwoli mi zostać z pięć dni. Zapracuję u niej na pole namiotowe. Obiadki będę dostawać, suchy pokarm- spakowany. Musiałam oderwać się od złej rzeczywistości. Tylko na jakiś miesiąc. Ciocia Candy nie zauważa mojego braku. Z tym nie było kłopotu.
Na pewno zastanawia was fakt, że nie ****ę o moich rodzicach. A więc oboje nie żyją. Mama- w moje pierwsze urodziny popełniła samobójstwo. Skoczyła z balkonu. Była chora psychicznie, biła mnie i już wtedy sama musiałam gotować sobie mleko, czytać książki oraz rozwijać język.
Ojciec- tak właściwie ojczym. Prawdziwego nie znałam a o tym, że ten dziad nie jest moim rodowitym tatusiem, dowiedziałam się trzy lata i dwanaście dni po narodzinach. Przez te wszystkie czasy siedział przed telewizorem z piwem i chipsami. Wyszedł za mame, bo miała kasę. Odebrano mu prawa rodzicielskie, odesłano mnie do ciotki. Tydzień temu dotarła do mnie wieść, że leciał z kolegami do Japonii, na festiwal alkoholu. Samolot rozbił się pod Tokio i tyle "tatka" znałam.
Nie przeżyłam jakoś specjalnie śmierci moich "najbliższych". Czemu? Nie wiem. Przewidziałam to po prostu.
C.D.N. -->
Mam nadzieję, że historia dziewczynki-filozofa, podoba się :]
Napisałam to historie na pewne forum, ale myślę, że mogę ją wstawić i tutaj.
Komentarz
P i sz dalej! Będę tu często zaglądac!
1. Rozegrałam się w TS3: Kariera
2. Tu mam blokadę i muszę skorzystać z innego komputera :c
Bawiąc się źrenicami dostrzegłam głupotę ludzką wokół mnie. Rasa ludzka jest beznadziejna, najsłabsza. Gdyby nie te wszystkie machiny, bylibyśmy martwi. Smutna, ale szczera prawda. Niestety dziś znowu nie rozmyślałam nad tym zbyt długo. Pani Gioplando szykowała mi posiłek.
-Floo, kalafiorowa. Następnie łap za kosiarkę i do ogródka!-rzekła moja tymczasowa opiekunka. Bawiło mnie, że nigdy nie zważała na mój wiek. W końcu byłam ciekawą życie pięciolatką! Mądrą, ale pięciolatką! Kiedyś spytałam ją o to. Powiedziała, że nie widzi we mnie dziecka. Chyba miała rację.
Nie minęło pięć minut, a już kosiłam trawnik. Za płotem zauważyłam pewnego szesnastolatka. Był to Charlie Lord. Chłopiec, który uwielbia znęcać się nad młodszymi. Podszedł do mnie i... Zaczął płakać. Nie robił tego z żalu. To ja powodowałam jakieś fale łez. Wyciągnęłam ku niemu rękę, chcąc zobaczyć co się stanie. Moje oczy zaiskrzyły się na biało. Z mózgu zaczęła mi wypływać krew. Przepływała przez nos i gałki oczne. Musiał to być potworny widok dla Charliego. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje, ale na pewno to nic dobrego.
-Jesteś... jesteś nienormalna! Psychiczna!- wrzasnął blady jak papier chłopak. Nie był w stanie przełknąć śliny po swoim okrzyku. Po chwili zdołał jednak się ruszyć. Z przerażeniem pobiegł w stronę domu.
Przez resztę dnia rozmyślałam w pokoju nad tamtym zdarzeniem. Dręczyło mnie to, że krzywdzę innych. Posiadałam jakieś potwornie chore moce. Nie umiałam ich wytłumaczyć. Skąd się wzięły i kiedy to się zaczęło... Nie! Nie mogłam dłużej zastanawiać się nad czymś co było... Nadzwyczajne! Mogło mi całkowicie postradać zmysły! Postanowiłam sobie, że wytłumaczę to potworne zjawisko. Pożegnałam panią Gioplando już z rana i szłam tam, gdzie niosła mnie wyobraźnia.
W końcu trafiłam do szpitala. To już jest szczyt chamstwa, moja droga wyobraźni! To zbyt jasne, żeby mogło być prawdziwe! Rany, czy do mojego umysłu nie dochodziły proste rzeczy? Chyba tak, skoro banały zawsze przychodziły mi najtrudniej. Ponieważ ciężko było walczyć z moją wyobraźnią, weszłam do szpitala. Ale to było złe miejsce. Tu leczyli się normalni, podkreślam, normalni ludzie! Nie pasowałam tu! Zawróciłam. W jednym momencie znowu poczułam się jak potwór. Krew ponownie drżała mi w całym ciele. Wiem, czego potrzebowałam w szpitalu. Powrotu do normalnego życia. Jednak nie potrafiłam przekroczyć progu tego budynku. To chyba było miejsce, którego bałam się najbardziej. Nie chciałam czuć się monstrum, tylko odnaleźć własne miejsce.
Sekunda i wszystko zachwiało mi się w głowie. Wspomnienia przewijały mi się jak taśma. W końcu bezsilnie padłam na ziemię. Lekarze zabrali mnie do łoża szpitalnego. Moja wyobraźnia chyba zgłupiała.
C. D. N. -->
"To będzie coś mocno psychicznego? Muhuhu!"- tak skomentowano m. in. pierwszą część. Chyba się nie mylono
Edit: Bardzo przepraszam, czytając dostrzegłam parę powtórzeń. Mam nadzieję, że to nie przeszkodzi jakoś strasznie w lekturze! :-)
Szpital to okropne miejsce. Wszyscy ludzie cierpią. Niby tak jak ja, ale żaden z nich nie chciał ze mną rozmawiać. Bali się mnie. Nie mogłam tego znieść. Podeszłam do ciotki i spytałam wprost:
-Co mi jest?!
...Ona nie wiedziała. Tak jak i lekarze. Ale nie mogli mnie wypuścić, bo mieli pewność, że coś mi jednak dolega! To mnie denerwowało. Postanowiłam, że nie będę się dłużej kisić w łożu szpitalnym. Kolejna ucieczka- to planowałam. Wzięłam jakąś reklamówkę, którą przyniosła ciocia, wpakowałam do niej jedzenie, picie i jakąś dobrą książkę, po czym zaplotłam prześcieradła ze wszystkich pięciu łoży na sali.
Nikt nie był ze mną na sali, więc nocą, spokojnie, około dwudziestej drugiej, spuściłam splecioną linę przez okno i zeszłam po niej. Biegiem udałam się w stronę domu pani Gioplando. Nigdzie indziej nie miałam schronienia, tylko ona mnie nie odrzucała! Widać nie mogłam jej opuścić tak, żeby nie skończyło się to źle.
Gdy dotarłam na miejsce dom wcześniej wspomnianej kobiety był ruiną. Wbiegłam do środka. Na stole leżała lekko podarta kartka. Na niej były odciśnięte ślady, coś jakby litery. Chwyciłam czerwoną kredkę, która leżała obok i z paniką zaczęłam mazać nią po kartce. Teraz odciski ułożyły się wyraźne słowa:
"Si quelqu'un meurt dans un proche avenir, c'est vous ou elle. Nous avons Gioplando d'une dame, il n'est pas. Venez à minuit devant la mairie et de lui sauver la vie ..."
To było po francusku. Umiałam kilka słów w tym języku, jednak nie rozumiałam dokładnego znaczenia tekstu. Wiedziałam jednak, że to było coś o śmierci, pani Gioplando, północy i ocaleniu... No tak! Wszystko jasne! Każdy by się domyślił, że to oznacza spotkanie przed ratuszem, o północy. Zadałam sobie typowe pytanie: "Dlaczego to musi być północ?" No, ale w końcu musiałam przestać bujać w obłokach i ruszyć swojej prawdziwej opiekunce (no przecież nie ciotce, która mnie całkowicie zignorowała!) na pomoc.
Wpół do dwudziestej czwartej. Siedziałam już przed ratuszem. Bałam się coraz bardziej. Byłam zła na siebie, że przyszłam za wcześnie. Gryzły mnie własne myśli... "Kim jestem? O co chodzi porywaczowi? Czy to ma coś wspólnego z moją przeszłością? Dlaczego ta historia jest coraz bardziej chora?! Czemu człowiek nie potrafi załatwić niczego po ludzku, bez porywania?!! Bez porywania ukochanych osób...?" I w tym momencie zaczęłam gorzko płakać. W takim stanie dostrzegł mnie porywacz. Poznałam, że to on po tym, że szedł z wyraźnie już zmęczoną tym wszystkim panią Gioplando, pod rękę.
-Witaj. Liczyłem, że będę wcześniej, ale cóż...- facet otworzył teczkę, w której znajdowało się mnóstwo pieniędzy. Pozwolił mi wziąć jeden banknot. Sprawdziłam, był prawdziwy.
-Skąd macie te pieniądze? Kim jesteście? Okradliście bank?!- zaczynałam mieć dość zagadek jak z "Cluedo".
-Nic z tych rzeczy! Może ci się przedstawię. Arnold Gunil, twój prawdziwy ojciec. W tym momencie dowiesz się wszystkiego o sobie.
Zatkało mnie. To był mój prawdziwy ojciec! Miał przy sobie nawet jakieś papiery, zdjęcia... To był on! Opowiedział mi wszystko. Z chwili na chwilę przestawałam wierzyć, że mówi prawdę.
-Jestem naukowcem. Wykorzystałem cię jako niemowlę do mojego eksperymentu. Powstało z ciebie to "coś", czym jesteś. Znam doskonale twoje możliwości. Razem możemy osiągnąć wiele. Wystarczy tylko, że nie zrobisz mi nic złego, zamieszkasz ze mną, a kobieta, którą porwałem będzie bezpieczna. Ty za to zamieszkasz w bogatym, wielkim domu, wraz z ojcem. Co ty na to?
Zrozumiałam. Ojciec, tak? Myślał, że nabiorę się na jego gierki! Chciał mnie ponownie wykorzystać, w innych eksperymentach!!! Ziemia to planeta głupich!
Z nienawiścią wyciągnęłam rękę ku ojcu. Oczy ponownie zaświeciły mi się na czerwono. Po chwili wszyscy oprócz mnie i pani Gioplando leżeli w krwawych plamach. Wzięłam opiekunkę na ręce i pośpiesznie ruszyłam w stronę jej domu. W tej chwili czułam, jakby to ona była moją rodziną.
C.D.N -->
Eh, dawno nie pisałam ^^ A ta część jest trochę brzydszym językiem napisana
Cóż, ale to wy oceniacie całe szczęście ~