Alicjo!Historia jest świetna!Należą się wielkie brawa!Historia jest wciągająca i intrygująca.Szkoda jest się od niej oderwać.Pi.sz ją dalej,a ja będę na nią czekać.
Po prostu fenomen! Szkoda, że tego polska telewizja nie widzi, bo by już o tym film nagrali! Oglądam dopiero początek, jestem na 2 stronie, ale jest E X T R A! A powiesz mi, jak się wstawia zdjęcia na strone, bo robię img, wstawiam link, a pojawiają się dziwne obrazki. Zobacz sobie w historii Z życia Molly
Jako książka ta historia byłaby bestsellerem. Jakby to zobaczyli, to rzyciliby 2 część filmu o Harrym Potterze i zaczęli robić film na podstawie tego fenomenu!
Moi kochani, nie porzuciłam forum - ani was, moich wiernych fanów! Bardzo dziś się wzruszyłam czytając tyle miłych słów pod swoim adresem, a właściwie pod adresem mojej historyjki. Tajemnica mojego długiego "niebycia" jest prosta - pochłonęło mnie masę domowych spraw, d
Natomiast moja historyjka powolutku p i s z e się...
Na początku lutego wielki powrót Diany
A tu - dla moich wiernych fanów kolejny odcinek.
Zapach stęchlizny – to jedyne, co mogły zarejestrować zmysły Diany. Natężony do bólu wzrok i słuch na nic się zdał – wokół panowała cisza i ciemność. Leżała na czymś twardym i zimnym, nie musiała dotykać dłonią, by stwierdzić, że to „coś” to kamienna posadzka, a zapach stęchlizny wydobywał się z derki, którą litościwie rzucono jej jako posłanie.
Jestem pewnie w piwnicy – skonstatowała zupełnie obojętnie…
Sama się zdziwiła, że stać ją na taki spokój. Ale cóż mogła w tej sytuacji zrobić? Szamotanie i krzyki na nic by się zdały. Szkoda płuc…
Leżała więc, i czekała - co dalej…
Myśli jednak krążyły jak przestraszone gołębie, ciągle wracając do wczorajszego popołudnia…
Wczorajszego?
Diana już zaczęła tracić poczucie czasu… Wszystko zaczęło się zlewać, kolejność zdarzeń, twarze…
Taaak, twarze szczególnie…
...Twarz ulizanego, grzecznego turysty, która szybko zamieniła się w zimną maskę bezwzględnego bandyty…
...Twarz zbira stojącego w drzwiach – tępa i zarazem obojętna.
...Twarz Andrewa…
Diana wzdrygnęła się, wspominając tę przerażającą chwilę…
Diana mimo obezwładniającego lęku zauważyła drogi garnitur, elegancką koszulę, pantofle z miękkiej skórki... Opalona skóra i bujne ciemne włosy... Ufarbował je - pomyślała.... Ubrany elegancko, siedział z pewną siebie, drwiącą miną
Jednak to były tylko pozory – Diana zauważyła, że nerwowo obracał na palcach złote, bogate pierścienie. Takie ozdoby dziwiłyby u Europejczyka, jednak tutaj, wśród ludzi Wschodu – były jednym z synonimów zamożności… Teraz nerwowo kręcąc nimi zdradzał swoje zakłopotanie…
- A więc żyje… Fala gorąca uderzyła jej do głowy!
- Jak mogłeś nie dać żadnego znaku przez tyle miesięcy- wrzasnęła
- Jak mogłeś, wiedząc, że oni zabrali naszego synka!!!
Oni – Diana dopiero mówiąc to, zorientowała się, że oni, to także …. Andrew…
- Gdzie jest mój syn! Gdzie jest moje dziecko – straszny krzyk wyrwał jej się z piers..
–Mów natychmiast, bo wydrapię ci oczy!!!!
Zerwała się jak na sprężynie, i rzuciła się do niego z pazurami, jak tygrysica.
To była duża nieostrożność – zbir spod drzwi jednym susem znalazł się przy niej. Złapał ją za włosy i trzasnął na odlew w twarz, a potem rzucił jak worek o ścianę..
Diana osuwając się wsunęła rękę za pasek spodni.
– Ona ma broń – rzucił ostrzegawczo Andrew.
Ulizany piękniś, który do tej pory w milczeniu przyglądał się dziewczynie, błyskawicznym ruchem wykręcił jej rękę. Z dłoni Diany wypadł… telefon.
Zdradził ją ruch ręki, gdy chciała uchronić aparat przed stłuczeniem…
To koniec – pomyślała zrozpaczona…
-Błagam cię, powiedz, co z naszym dzieckiem… wyszeptała drżącym głosem…
Andrew milczał, jak gdyby ważąc słowa…
Ciąg dalszy też zamilkł – w oczekiwaniu na luty
Jest odcinek! Krótki ale jednak Alu, wiedziałam, że nas nie opuścisz!
Jak zwykle wspaniały tylko... czemu skończyłaś akurat w tym momencie?!
Ciekawi mnie co będzie dalej. Wciągnęła mnie ta historia i chciałabym znać wszystkie jej szczegóły.
a już się bałem że nas opuściłaś Alicjo...a jednak nie pozostawiłaś nas!
Pamiętaj jednak że czasem się niecierpliwimy (:)jakoś wytrzymamy ) Powiem ci tak ta historia jest [/b][/Super!
Coś mi jednak mówi że Alicja porzuciła tą historie i fanów, jest tu kwiecień. Zdjęcia tyle czasu nie zajmują! a w dodatku zaczeła pisać tamtą historie "Ala Holmes przedstawia" napisałem jej wtedy że zostawiła tą historie, że fani odchodzą. Nie odpisała. to chyba koniec
Przerwałam moją opowieść w dość dramatycznym momencie.
- Gdzie jest Dillon, gdzie mój malutki synek - zapytała Diana, a Andrew zwlekając, jakby chciał zyskać na czasie - zastanawiał się, co odpowiedzieć.
- Nie mam go, a widząc przerażone oczy Diany dodał wymijająco - wszystko ci potem wytłumaczę! Wszystko teraz zależy od ciebie...
Pamiętasz może dzień, w którym podarowałem ci naszyjnik z turkusów w kształcie skarabeuszy? Bardzo ci się podobał, i nie rozstawałaś się z nim... Wszędzie go ze sobą zabierałaś - nawet na plażę...
A jakże - pamiętała... Ale jakie to miało znaczenie teraz?
- Też zebrało mu się na wspominki - pomyślała, a głośno odparła
- pamiętam...
I co z tego... Jaki to ma związek z Dillonem...
-Ma, i to olbrzymi - odparł Andrew wpatrując się w nią uważnie...
-Masz go może przy sobie teraz?
- Co za głupie pytanie... zniecierpliwiła się Diana... Masz mnie za głupszą od siebie? Przecież sto razy przeszukaliście moje rzeczy, gdybym miała, już dawno pewnie byś to zauważył...
- Widzę, że pazurki nadal masz ostre, nie brakuje ci tupetu - odparł Andrew nie bez nutki podziwu w głosie... Inna w twoim położeniu dawno by się załamała...
A ty...
Ale dodał zaraz zimno - lepiej będzie, jak sobie przypomnisz, gdzie on jest!
- Inna nie walczyłaby zapewne o życie swojego dziecka - krzyknęła, jednocześnie próbując rozpaczliwie przypomnieć sobie, co się stało z tym cholernym naszyjnikiem...
Wszystko, co kojarzyło jej się z jej dawnym życiem, wszystkie drogie suknie, futra, biżuterię - dawno rozdała... Gdy w końcu opadły jej łuski z oczu, i zobaczyła siebie oczami, jakimi widzieli ją inni, jakimi widział ją pewien błękitnooki ogrodnik - nie chciała już mieć nic wspólnego z dawną Dianą...
Zmieniła się...
Zmieniła się dla tego mężczyzny, o którym wiedziała tylko tyle, że ma błękitne oczy i silne ramiona... I że nie jest ogrodnikiem, za którego wszyscy go mieli... Gdzie on teraz jest...
Ale to było tak dawno, wieki temu... I właściwie dlaczego teraz o nim pomyślała?
- Nie wiem, gdzie jest ten naszyjnik, zaczęła z namysłem... Pewnie go wyrzuciłam, jak wszystko, co od ciebie dostałam...
-Andrew w sekundę zmienił zachowanie. Przyskoczył do niej, i nachyliwszy nad nią pobladłą z wściekłości twarz, wysyczał -
- Lepiej byłoby dla ciebie i dla mnie, żebyś go miała!
- Jeśli go nie znajdziesz, to ja nie ręczę za nich - rzucił, starając się, aby Diana nie usłyszała w jego głosie strachu...
- Nie mam go - nie mam niczego, co kojarzyło mi się z moją przeszłością i z tobą! Wyrzuciłam wszystko - łącznie ze wspomnieniami... Nie chcę o niczym pamiętać, prócz tego, że mam dziecko, które niczemu nie jest winne.
- Gdzie jest Dillon - tylko to chcę wiedzieć, tylko o to cię proszę - odpowiedz mi!
- Ty głupia s u k o! - Wyrzuciłaś go?! Andrew tracił głos z wściekłości pomieszanej ze strachem... - Jak mogłaś to zrobić!
T o był cenny naszyjnik, to była mapa... To było moje ubezpieczenie!
Wiedziałem, że kochasz błyskotki jak sroka, wiedziałem, że prędzej
sobie dasz serce wydrzeć, niż którykolwiek z klejnotów! Byłem pewien, że nie rozstaniesz się z nimi w żadnej sekundzie swojego życia. Obwieszałaś się nimi nawet kładąc się do łóżka, i dałbym sobie głowę uciąć, że każesz się z nimi położyć do trumny! Tym bardziej byłem pewien, wysyłając ci tę kartkę z Al Simhary, że jadąc tutaj w ślad za tym bachorem - weźmiesz ze sobą to, co dla ciebie najcenniejsze, z czym nie rozstaniesz się za żadną cenę!
- To łatwo straciłbyś ten swój zarozumiały łeb - pomyślała Diana z mściwą satysfakcją, ale w następnej sekundzie dotarła do niej cała groza sytuacji... Jeśli ten padalec tak się boi swoich kompanów, to może znaczyć tylko jedno - on jest takim samym zakładnikiem tych zbirów, jak i ona... To oni rozdawali karty, i to pewnie od nich zależy życie Andrewa, jej i dziecka... Jeśli ono w ogóle jeszcze żyje...
Diana osunęła się bezwładnie przy ścianie, jak balon, z którego uszło powietrze. Nie miała już sił na dalszą walkę. Wszystko, co przeszła wyczerpało ją tak, że w zasadzie było jej obojętne, co się z nią teraz stanie...
Jeden ze zbirów, którzy przyglądali się dotąd biernie - podniósł swoje olbrzymie cielsko i robiąc parę kroków w ich kierunku rzucił do Diany -
-No, laluniu, zabawa w kotka i myszkę skończyła się... Dawaj naszyjnik albo rozwalę ci za chwilę tę piękną blond główkę.
A do Andrewa -
- Mówiłeś, że nie będzie kłopotów... Jeśli nie dostaniemy tego, czym nas zwodziłeś od kilku miesięcy, to rozwalimy ciebie, tę ślicznotkę a potem bachora!
- Dawaj naszyjnik! No, na co czekasz!
Gdy Diana zastanawiała się później nad tym, co się właściwie wydarzyło - nie była w stanie przypomnieć sobie kolejności wypadków... Czy najpierw padły strzały, a potem wpadła policja, czy odwrotnie... Bandyci nie mieli szans - zostali zaskoczeni w swojej kryjówce jak lis w norze...
Ale po kolei...
Naszyjnik jest... To znaczy nie ma go tutaj, ale jest - Andrew kluczył próbując zyskać na czasie..
- To jest, czy go nie ma - w głosie bandyty zabrzmiało zniecierpliwienie... Jeśli jest, to dawaj nam go zaraz, a jeśli nie, to...
Przyłożył pistolet do głowy Diany...
Diana struchlała.... Przed chwilą wydawało jej się, że jest jej już wszystko jedno... Ale teraz - w obliczu śmierci, która zajrzała jej w oczy bardzo realnie - poczuła, jak bardzo kocha życie...
- Andrew, Andrew - krzyknęła z rozpaczą w głosie - Nie pozwól mu, zrób coś... Proszę, ratuj mnie!
W tej samej chwili rozległ się ogłuszający huk i drzwi do pomieszczenia wyleciały z łoskotem. Wraz z nimi wpadło kilku mężczyzn odzianych w mundury karabinierów.
Rozległy się strzały...
- Ręce do góry, rzucić broń - rozkazy padały ostro i zdecydowanie.
Jednak bandyta, który trzymał pistolet tuż przy głowie Diany zamierzał drogo sprzedać swoją skórę. Złapał Dianę za włosy i wrzasnął-
- Prędzej ją rozwalę, niż wy mnie dostaniecie!
- Niech nikt nie waży się drgnąć!
- Wychodzę, a wy zostajecie tutaj, póki nie znajdę się na zewnątrz. P u s z c z ę ją, jeśli...
Nie zdążył dokończyć, gdyż Andrew jednym susem rzucił się na osiłka. Rozległ się suchy strzał, i Andrew trzymając się za brzuch osunął się na podłogę...
W tym samym momencie z grupki zdezorientowanych karabinierów wysunął się najwyższy z nich, i korzystając z tej maleńkiej chwili zamieszania - skoczył jak żbik na plecy bandyty, który cały czas trzymał przed sobą Dianę jak żywą tarczę.
Błyskawicznym ruchem chwycił go za ramię i wykręcił z taką siłą, że rozległ się chrzęst łamanej kości. Bandyta zawył z bólu, na pomoc rzucili się jego kompani.
Ale nie mieli szans...
Karabinierzy po chwilowej dezorientacji sprawnie rozprawili się z pozostałą dwójką...
Po chwili wszyscy zostali zakuci w kajdanki.
Oprócz jednego...
Diana nachyliła się nad Andrewem.
Komentarz
Masz talent do pis.ania. Czekam na więcej!
a historia
Super !
Nie porzuciła. Zdaje mi się, że ją ostatnio widziałam na forum.
Natomiast moja historyjka powolutku p i s z e się...
Na początku lutego wielki powrót Diany
A tu - dla moich wiernych fanów kolejny odcinek.
Zapach stęchlizny – to jedyne, co mogły zarejestrować zmysły Diany. Natężony do bólu wzrok i słuch na nic się zdał – wokół panowała cisza i ciemność. Leżała na czymś twardym i zimnym, nie musiała dotykać dłonią, by stwierdzić, że to „coś” to kamienna posadzka, a zapach stęchlizny wydobywał się z derki, którą litościwie rzucono jej jako posłanie.
Jestem pewnie w piwnicy – skonstatowała zupełnie obojętnie…
Sama się zdziwiła, że stać ją na taki spokój. Ale cóż mogła w tej sytuacji zrobić? Szamotanie i krzyki na nic by się zdały. Szkoda płuc…
Leżała więc, i czekała - co dalej…
Myśli jednak krążyły jak przestraszone gołębie, ciągle wracając do wczorajszego popołudnia…
Wczorajszego?
Diana już zaczęła tracić poczucie czasu… Wszystko zaczęło się zlewać, kolejność zdarzeń, twarze…
Taaak, twarze szczególnie…
...Twarz ulizanego, grzecznego turysty, która szybko zamieniła się w zimną maskę bezwzględnego bandyty…
...Twarz zbira stojącego w drzwiach – tępa i zarazem obojętna.
...Twarz Andrewa…
Diana wzdrygnęła się, wspominając tę przerażającą chwilę…
Diana mimo obezwładniającego lęku zauważyła drogi garnitur, elegancką koszulę, pantofle z miękkiej skórki... Opalona skóra i bujne ciemne włosy... Ufarbował je - pomyślała.... Ubrany elegancko, siedział z pewną siebie, drwiącą miną
Jednak to były tylko pozory – Diana zauważyła, że nerwowo obracał na palcach złote, bogate pierścienie. Takie ozdoby dziwiłyby u Europejczyka, jednak tutaj, wśród ludzi Wschodu – były jednym z synonimów zamożności… Teraz nerwowo kręcąc nimi zdradzał swoje zakłopotanie…
- A więc żyje… Fala gorąca uderzyła jej do głowy!
- Jak mogłeś nie dać żadnego znaku przez tyle miesięcy- wrzasnęła
- Jak mogłeś, wiedząc, że oni zabrali naszego synka!!!
Oni – Diana dopiero mówiąc to, zorientowała się, że oni, to także …. Andrew…
- Gdzie jest mój syn! Gdzie jest moje dziecko – straszny krzyk wyrwał jej się z piers..
–Mów natychmiast, bo wydrapię ci oczy!!!!
Zerwała się jak na sprężynie, i rzuciła się do niego z pazurami, jak tygrysica.
To była duża nieostrożność – zbir spod drzwi jednym susem znalazł się przy niej. Złapał ją za włosy i trzasnął na odlew w twarz, a potem rzucił jak worek o ścianę..
Diana osuwając się wsunęła rękę za pasek spodni.
– Ona ma broń – rzucił ostrzegawczo Andrew.
Ulizany piękniś, który do tej pory w milczeniu przyglądał się dziewczynie, błyskawicznym ruchem wykręcił jej rękę. Z dłoni Diany wypadł… telefon.
Zdradził ją ruch ręki, gdy chciała uchronić aparat przed stłuczeniem…
To koniec – pomyślała zrozpaczona…
-Błagam cię, powiedz, co z naszym dzieckiem… wyszeptała drżącym głosem…
Andrew milczał, jak gdyby ważąc słowa…
Ciąg dalszy też zamilkł – w oczekiwaniu na luty
Jak zwykle wspaniały tylko... czemu skończyłaś akurat w tym momencie?!
Ciekawi mnie co będzie dalej. Wciągnęła mnie ta historia i chciałabym znać wszystkie jej szczegóły.
Pamiętaj jednak że czasem się niecierpliwimy (:)jakoś wytrzymamy
Przerwałam moją opowieść w dość dramatycznym momencie.
- Gdzie jest Dillon, gdzie mój malutki synek - zapytała Diana, a Andrew zwlekając, jakby chciał zyskać na czasie - zastanawiał się, co odpowiedzieć.
- Nie mam go, a widząc przerażone oczy Diany dodał wymijająco - wszystko ci potem wytłumaczę! Wszystko teraz zależy od ciebie...
Pamiętasz może dzień, w którym podarowałem ci naszyjnik z turkusów w kształcie skarabeuszy? Bardzo ci się podobał, i nie rozstawałaś się z nim... Wszędzie go ze sobą zabierałaś - nawet na plażę...
A jakże - pamiętała... Ale jakie to miało znaczenie teraz?
- Też zebrało mu się na wspominki - pomyślała, a głośno odparła
- pamiętam...
I co z tego... Jaki to ma związek z Dillonem...
-Ma, i to olbrzymi - odparł Andrew wpatrując się w nią uważnie...
-Masz go może przy sobie teraz?
- Co za głupie pytanie... zniecierpliwiła się Diana... Masz mnie za głupszą od siebie? Przecież sto razy przeszukaliście moje rzeczy, gdybym miała, już dawno pewnie byś to zauważył...
- Widzę, że pazurki nadal masz ostre, nie brakuje ci tupetu - odparł Andrew nie bez nutki podziwu w głosie... Inna w twoim położeniu dawno by się załamała...
A ty...
Ale dodał zaraz zimno - lepiej będzie, jak sobie przypomnisz, gdzie on jest!
- Inna nie walczyłaby zapewne o życie swojego dziecka - krzyknęła, jednocześnie próbując rozpaczliwie przypomnieć sobie, co się stało z tym cholernym naszyjnikiem...
Wszystko, co kojarzyło jej się z jej dawnym życiem, wszystkie drogie suknie, futra, biżuterię - dawno rozdała... Gdy w końcu opadły jej łuski z oczu, i zobaczyła siebie oczami, jakimi widzieli ją inni, jakimi widział ją pewien błękitnooki ogrodnik - nie chciała już mieć nic wspólnego z dawną Dianą...
Zmieniła się...
Zmieniła się dla tego mężczyzny, o którym wiedziała tylko tyle, że ma błękitne oczy i silne ramiona... I że nie jest ogrodnikiem, za którego wszyscy go mieli... Gdzie on teraz jest...
Ale to było tak dawno, wieki temu... I właściwie dlaczego teraz o nim pomyślała?
- Nie wiem, gdzie jest ten naszyjnik, zaczęła z namysłem... Pewnie go wyrzuciłam, jak wszystko, co od ciebie dostałam...
-Andrew w sekundę zmienił zachowanie. Przyskoczył do niej, i nachyliwszy nad nią pobladłą z wściekłości twarz, wysyczał -
- Lepiej byłoby dla ciebie i dla mnie, żebyś go miała!
- Jeśli go nie znajdziesz, to ja nie ręczę za nich - rzucił, starając się, aby Diana nie usłyszała w jego głosie strachu...
- Nie mam go - nie mam niczego, co kojarzyło mi się z moją przeszłością i z tobą! Wyrzuciłam wszystko - łącznie ze wspomnieniami... Nie chcę o niczym pamiętać, prócz tego, że mam dziecko, które niczemu nie jest winne.
- Gdzie jest Dillon - tylko to chcę wiedzieć, tylko o to cię proszę - odpowiedz mi!
- Ty głupia s u k o! - Wyrzuciłaś go?! Andrew tracił głos z wściekłości pomieszanej ze strachem... - Jak mogłaś to zrobić!
T o był cenny naszyjnik, to była mapa... To było moje ubezpieczenie!
Wiedziałem, że kochasz błyskotki jak sroka, wiedziałem, że prędzej
sobie dasz serce wydrzeć, niż którykolwiek z klejnotów! Byłem pewien, że nie rozstaniesz się z nimi w żadnej sekundzie swojego życia. Obwieszałaś się nimi nawet kładąc się do łóżka, i dałbym sobie głowę uciąć, że każesz się z nimi położyć do trumny! Tym bardziej byłem pewien, wysyłając ci tę kartkę z Al Simhary, że jadąc tutaj w ślad za tym bachorem - weźmiesz ze sobą to, co dla ciebie najcenniejsze, z czym nie rozstaniesz się za żadną cenę!
- To łatwo straciłbyś ten swój zarozumiały łeb - pomyślała Diana z mściwą satysfakcją, ale w następnej sekundzie dotarła do niej cała groza sytuacji... Jeśli ten padalec tak się boi swoich kompanów, to może znaczyć tylko jedno - on jest takim samym zakładnikiem tych zbirów, jak i ona... To oni rozdawali karty, i to pewnie od nich zależy życie Andrewa, jej i dziecka... Jeśli ono w ogóle jeszcze żyje...
Diana osunęła się bezwładnie przy ścianie, jak balon, z którego uszło powietrze. Nie miała już sił na dalszą walkę. Wszystko, co przeszła wyczerpało ją tak, że w zasadzie było jej obojętne, co się z nią teraz stanie...
Jeden ze zbirów, którzy przyglądali się dotąd biernie - podniósł swoje olbrzymie cielsko i robiąc parę kroków w ich kierunku rzucił do Diany -
-No, laluniu, zabawa w kotka i myszkę skończyła się... Dawaj naszyjnik albo rozwalę ci za chwilę tę piękną blond główkę.
A do Andrewa -
- Mówiłeś, że nie będzie kłopotów... Jeśli nie dostaniemy tego, czym nas zwodziłeś od kilku miesięcy, to rozwalimy ciebie, tę ślicznotkę a potem bachora!
- Dawaj naszyjnik! No, na co czekasz!
Gdy Diana zastanawiała się później nad tym, co się właściwie wydarzyło - nie była w stanie przypomnieć sobie kolejności wypadków... Czy najpierw padły strzały, a potem wpadła policja, czy odwrotnie... Bandyci nie mieli szans - zostali zaskoczeni w swojej kryjówce jak lis w norze...
Ale po kolei...
Naszyjnik jest... To znaczy nie ma go tutaj, ale jest - Andrew kluczył próbując zyskać na czasie..
- To jest, czy go nie ma - w głosie bandyty zabrzmiało zniecierpliwienie... Jeśli jest, to dawaj nam go zaraz, a jeśli nie, to...
Przyłożył pistolet do głowy Diany...
- Andrew, Andrew - krzyknęła z rozpaczą w głosie - Nie pozwól mu, zrób coś... Proszę, ratuj mnie!
W tej samej chwili rozległ się ogłuszający huk i drzwi do pomieszczenia wyleciały z łoskotem. Wraz z nimi wpadło kilku mężczyzn odzianych w mundury karabinierów.
Rozległy się strzały...
- Ręce do góry, rzucić broń - rozkazy padały ostro i zdecydowanie.
Jednak bandyta, który trzymał pistolet tuż przy głowie Diany zamierzał drogo sprzedać swoją skórę. Złapał Dianę za włosy i wrzasnął-
- Prędzej ją rozwalę, niż wy mnie dostaniecie!
- Niech nikt nie waży się drgnąć!
- Wychodzę, a wy zostajecie tutaj, póki nie znajdę się na zewnątrz. P u s z c z ę ją, jeśli...
Nie zdążył dokończyć, gdyż Andrew jednym susem rzucił się na osiłka. Rozległ się suchy strzał, i Andrew trzymając się za brzuch osunął się na podłogę...
W tym samym momencie z grupki zdezorientowanych karabinierów wysunął się najwyższy z nich, i korzystając z tej maleńkiej chwili zamieszania - skoczył jak żbik na plecy bandyty, który cały czas trzymał przed sobą Dianę jak żywą tarczę.
Błyskawicznym ruchem chwycił go za ramię i wykręcił z taką siłą, że rozległ się chrzęst łamanej kości. Bandyta zawył z bólu, na pomoc rzucili się jego kompani.
Ale nie mieli szans...
Karabinierzy po chwilowej dezorientacji sprawnie rozprawili się z pozostałą dwójką...
Po chwili wszyscy zostali zakuci w kajdanki.
Oprócz jednego...
Diana nachyliła się nad Andrewem.
Umierał... Teraz naprawdę umierał...
Od życia do śmierci
Od zarozumialstwa do skromności
Od sielanki do żałosności
Ostatnio mam jakąś wenę
I oto w ten sposób ród Remingtonów został pogrzebany zupełnie