Jak donoszą brukowce i wszelakie szmatławce różnej maści produkujące niestworzone rzeczy na potrzeby mieszkańców szacownego ( i na dodatek stołecznego) Sunsett Valley - nie ma dobrej historii bez tajemnicy i trupa w każdej szafie. Moja historyjka jest mniej krwawa, ale czytelnikom uwielbiającym słodkie happy-endy wstęp wzbroniony :-D :-D
No nie - żartowałam...
Oto historia rodu sławnego rodu Remingtonów według niejakiej Alicji, czyli A'la Holmes na tropie!
Historia rodziny jest bardzo długa i sięga wielu pokoleń wstecz, co jest udokumentowane wieloma nagrobkami przodków znajdującymi się na rodzinnym cmentarzu na terenie ogromnej posiadłości Remington Hall. Nietrudno znaleźć tę okazałą rezydencję, gdyż jest położona na najwyższym wzniesieniu miasta Riverview.

Dwór Remingtonów w całej okazałości
Gdy najmłodsza latorośl rodu Hanna Remington zakochała się w Andrzeju Jaroszu, cała rodzina była oburzona – nikt nie wiedział kim jest i skąd przybył ten przybłęda bez grosza. Ale Hanna twardo obstawała przy swoim wyborze, a wkrótce szybko i po cichu zawarty ślub w Las Simas w końcu położył kres naciskom rodziny.
Hanna jednak przekonała się niebawem, że to nie jej wdzięki zawróciły w głowie Andrzejowi, lecz jej bogata rodzina i spodziewany spadek. Było to naprawdę przygnębiające…

Fotka z prawej obrazuje, co tak naprawdę wybrankowi Hanny chodzi po głowie...
Hanna rzuciła się więc w wir pracy zawodowej, została wkrótce znaną dziennikarką śledczą, prowadzącą najtrudniejsze sprawy głośnych mafijnych porachunków i niewyjaśnionych zabójstw.

Hanna przy pracy
Andrzej Jarosz – obecnie Andrew Remington (za zgodą snobistycznych przedstawicieli rodu szybko przyjął nazwisko bogatej żony i zmienił imię, bo Andrzej jakoś nie pasowało do arystokratycznego nazwiska) - długo był na utrzymaniu Hanny, ale gdy wuj Hanny -Code Remington (brat jej matki Lidii) zagroził wydziedziczeniem obojga – z wielką niechęcią wziął się za pracę w jednej z restauracji będącej własnością rodu, i wkrótce okazało się, że ma do tego niebywały talent.
Biegły lata…
Wuj Cody od dawna już spoczywa na rodzinnym cmentarzu obok swojej żony Eileen i siostry Cristiny…

Hanna nie czując już nic do swojego męża, nie odważyła się mieć z nim dzieci. Andrew nie pokazując jak bardzo mu na tym zależało, realizował swoje ambicje zdobywając kolejne gwiazdki dla sieci swoich restauracji. Podczas uroczystej gali otwarcia kolejnej, w uroczym szkockim miasteczku Kilmarnock Valley, poznał lokalną piękność – aktoreczkę Dianę Moore - głupiutką blondynkę.

Andrew właśnie zauważa wśród gości przybyłych na galę otwarcia śliczną blondyneczkę

Zawrócić jej w głowie było dziecinnie proste i wkrótce Diana została jego kochanką.


Spędzanie czasu z Dianą było łatwe i przyjemne, toteż Andrew bawił się świetnie – do czasu, gdy Diana przybywając do Remington Hall oznajmiła mu, że jest w ciąży! Początkowo Andrew wpadł w popłoch, ale później przyszła zimna kalkulacja i okazało się, że jest to właściwie bardzo sprzyjająca okoliczność...
Wuj Cody pozostawił co prawda cały spadek Hannie, ale pod pewnym warunkiem – (Andrew wycisnął to z wielkim trudem i za ogromną łapówkę od notarialnego kancelisty), że posiadłość przejdzie po śmierci Hanny w posiadanie dalszych członków rodu, jeśli oni sami nie zostaną rodzicami! Andrew nie zmartwił się tym zbytnio, bo Hanna należała do rodu słynącego z długowieczności, zagrożenie utraty okazałej rezydencji było odległe i mało realne. Hanna przecież dziedziczyła posiadłość dożywotnio… A Andrzej choć był sporo starszy od Hanny cieszył się dobrym zdrowiem i kondycją, o którą zresztą bardzo dbał – zyskując na wyglądzie! Kto go zresztą pozbawi rodowego pałacu, skoro nie ma nikogo z najbliższej rodziny, komu by na tym zależało! Nie wiedział jednak, że stary wuj Cody Remington tuż przed śmiercią napisał list do dalszych kuzynek Hanny, aby czuwały z daleka i nie pozwoliły przejąć rodzinnych dóbr komuś obcemu, mając na myśli oczywiście Andrzeja. Obie kuzynki – Wiktoria i Cristina Mae uznały, że list wujka Cody'ego jest w zasadzie zaproszeniem, i któregoś pięknego dnia zjechały z wizytą, która – bagatela – przedłuża się w nieskończoność.

Siostry Mae - Wiktoria i Cristina
Tak naprawdę to Cristina i Wiktoria poczuły się już właścicielkami Remington Hall. Rozumowały dobrze - Hanna dobiega już pięćdziesiątki, Andrew jest o kilkanaście lat starszy – nie zanosi się na to, aby pojawił się jakiś nieproszony potomek na horyzoncie. Tak więc oto dla Andrzeja czyli Andrew’a Remingtona ciąża Diany okazała się nieoczekiwanym prezentem. Skoro oboje z Hanną nie mają dzieci – Andrew po cichu, bez rozgłosu uzna dziecko Diany i zmusi Hannę do adopcji, i w ten sposób Wiktoria i Cristina Mae będą musiały obejść się smakiem. A jeśli zakwestionują sprawę adopcji – to wtedy okaże się, że dziecko Diany Moore tak naprawdę jest jego legalnym dzieckiem! A wuj Cody w testamencie nie zaznaczył wyraźnie, że dziecko ma pochodzić ze związku Hanny i Andrzeja! Stary głupiec!

Andrew śmiał się drwiąco zacierając ręce. Ależ go przechytrzyłem! A jaką satysfakcję będę miał pokazując obu słodkim kuzyneczkom drzwi!
Andrew nie przewidział jednego. Że Diana Moore nie jest taką głupiutką blondyneczką, na jaką wygląda. I że los potrafi płatać niezłe figle.
Ale nie uprzedzajmy faktów!
Ciąg dalszy nastąpi ;-D
Komentarz
Cofnijmy się do momentu, w którym Andrzej vel Andrew Remington spędza miło czas w hotelu Excelsior w Kilmarnock Valley z głupiutką aczkolwiek śliczną aktoreczką. Diana Moore jednak ma trochę rozumku w ślicznej główce i nieźle kombinuje, wie, czego chce!!! Andrew o rozwodzie nie chce rozmawiać - wszelkie próby poważniejszych rozmów na ten temat kończą się w łóżku, gdzie tak chętnie spędza z nią czas.
Diana bawi się na pozór równie świetnie.
Pozostają jej (na razie) słodkie i urocze minki, uwodzicielskie pozy, paradowanie w negliżu tudzież inne sztuczki znane od wieków wszystkim kobietom świata...
Ciąża byłaby w tej sytuacji dobrze ukartowanym posunięciem!
Jeszcze nie powiadomiła Andrew’a o tym, że spodziewa się jego dziecka! Wyobraża sobie, że Andrew, który często wspomina jak bardzo brakuje mu tupotu maleńkich dziecięcych nóżek w pustych i smutnych zamkowych korytarzach, oszaleje z radości. I że natychmiast poprosi ją o rękę, a ona dumnie wkroczy do zamku Remington Hall!
Zamek!!!!
To słowo było dla niej jak magiczne zaklęcie...
Oczami wyobraźni już widziała siebie we wspaniałych futrach, w złotym powozie wiozącym ją pod ogromne zamkowe drzwi, służbę ustawioną w szeregu i witającą z pokorą nową panią... Panią na Remington Hall...
Na drodze do jej szczęścia była tylko pewna przeszkoda, mała i według Diany mało istotna – jej Andrew jest jeszcze żonaty! Ale to kwestia czasu i paru jeszcze słodszych minek i gorących nocy...
Postanowiła zmusić Drewa (– takim pieszczotliwym zdrobnieniem zwracała się do swojego bogatego kochanka) - do uznania dziecka i rozwodu z Hanną. Przecież Andrew tyle razy mówił, że nie może bez niej żyć, że jest jego niebem i ziemią... I powietrzem, którym oddycha....
Nie wiedziała jednak o czymś bardzo istotnym. Otóż - Andrew nie odziedziczy ani jednej cegiełki, jeśli on i jego żona Hanna nie zostaną rodzicami. I że Andrew nie poświęci ani jednej cegiełki Remington dla nikogo, prócz siebie samego...
Któregoś późnego popołudnia Andrew odebrał telefon, po którym z bladą i zaciętą twarzą natychmiast spakował się i wyjechał - bez pożegnania. Wiadomość była dla niego podwójnym ciosem! Hanna została postrzelona przez jednego z agentów korporacji MorcuCorp podczas akcji w Egipcie. Na dodatek postrzelona śmiertelnie! Co będzie, jeśli umrze, ZANIM ON zdąży się do tego przygotować, zanim zdąży wytrzasnąć skądś tego cholernego bachora! Zamek i cała fortuna Remingtonów przepłyną mu koło nosa jak ulotny obłoczek perfum Diany... W tej sytuacji pozostało mu tylko jedno - rzucić tę laleczkę jak najszybciej i warować przy łożu umierającej żony! Może los się do niego uśmiechnie i znajdzie się jakaś szansa...
Los rzeczywiście uśmiechnął się do Andrewa, ale ten - w euforii - nie zauważył, że to bardzo krzywy uśmieszek...
Wróćmy jednak do hotelu w Kilmarnock Valley.
Diana - rozgoryczona i wściekła, została - jak sądziła - znienacka porzucona w hotelowym apartamencie! Przepełniało ją rozgoryczenie i wściekłość... Jak Andrew mógł tak postąpić, narażając ją na plotki i pogardliwe spojrzenia dotąd "życzliwych" przyjaciół i znajomych...
Wkrótce zresztą grono "przyjaciółek" stopniało do zera...
Znów sprawdziło się stare powiedzenie - s u k c e s ma wielu ojców (czytaj - przyjaciół). Tylko klęska jest sierotą!
Ale nasza Diana nie z tych, co załamują ręce i biadają nad swoim losem. Zgodnie z kolejnym powiedzeniem - każdy jest kowalem własnego losu - Diana postanowiła kuć swoje żelazo, póki gorące - i to szybko!
Ciąg dalszy nastąpi :-D
Brawo !!
Czekamy na ciąg dalszy ;]
Ale nie będę was trzymać w napięciu.
Oto dalszy ciąg, a właściwie mały kawałeczek:
Nawet dla naszej Diany nie było wielką trudnością ustalić, że Andrewa wezwano pilnie do Riverview. I że stało się coś złego.
Jednak trzeba było trochę sprytu i pieniędzy, aby wyciągnąć od kogo trzeba, co się właściwie stało...
Wkrótce zresztą cała brukowa prasa aż huczała od plotek i spekulacji. "...HANNA REMINGTON ZOSTAŁA POSTRZELONA!!! MOŻE JUŻ NIE ŻYJE… KTO WIE, CZY NIE MACZAŁ W TYM PALCÓW JEJ MĄŻ!!! WSZAK JEGO PRZESZŁOŚĆ JEST TAKA NIEJASNA! MOŻE PRÓBOWAŁ UKRYĆ SWOJĄ TOŻSAMOŚĆ W OBAWIE PRZED..."
No właśnie – przed czym, lub przed kim? Niektóre tabloidy wręcz posuwały się do jawnych oskarżeń i donosiły, że „…ARESZTOWANIE ANDREWA REMINGTONA vel ANDRZEJA JAROSZA TO TYLKO KWESTIA CZASU!!!..."
Diana spakowała więc swoje manatki i pojechała w ślad za kochankiem.
Po dotarciu na miejsce nie namyślając się wiele udała się wprost do pałacu Remington Hall. Zachowywała się przy tym JUŻ jak PANI na REMINGTON
Niestety - głupi szofer kompletnie się nie zorientował, kogo wiezie... Nawet nie pofatygował się pomóc wynieść jej kufry i walizki z bagażnika, co Diana skrzętnie sobie odnotowała w mściwej pamięci... Nie podaruje mu tej zniewagi - to pewne!
Tymczasem nie pozostało nic innego tylko pozbierać pudła, kufry i inne bagaże, co Diana uczyniwszy - z dumnie podniesioną głową zadzwoniła do drzwi. Miała szczęście, bo zamiast lokaja - drzwi otworzył sam gospodarz...
Andrew na jej widok wpadł w popłoch
Rany, co ty tu robisz! Skąd się tu wzięło tyle pudeł! I co robi ta kiecka na latarni! -Co za głupia dziewczyna- pomyślał, ale głośno dodał - miałaś czekać na mnie w hotelu... Nie spodziewałem się ciebie tutaj, w takiej chwili...
Diana milczała zaskoczona, toteż Andrew szybko przeszedł do ataku:
-Kto ci tu kazał przyjeżdżać! Nie słyszałaś, co się stało? Przecież zaraz stanę się celem paparazzich! Czy ty nie masz rozumu, kobieto? Nie czytasz gazet?
Diana zaskoczona tym nieoczekiwanym "gorącym" przywitaniem w końcu odzyskała głos i tupet - i też wyciągnęła pazurki...
- Radziłabym ci się zamknąć, idioto. Czytam gazety - i myślę, wbrew temu, co o mnie mówią. Wiem, że ty jesteś głównym podejrzanym w tej brudnej sprawie. Jeśli Hanna umrze - nie wywiniesz się, to więcej niż pewne!
Radziłabym ci, abyś przywitał mnie z otwartymi ramionami, bo jedynie ja mogę dać ci alibi i ci uratować skórę...
Więcej serdeczności kochany - zdaje się, że twoje kuzyneczki wyszły mnie przywitać!
Diana ruszyła swobodnie ku dwóm czarnowłosym, młodym kobietom, które w milczeniu przyglądały się tej scenie.
-Och, to chyba Cristina, a ty, to pewnie Wiktoria - szczebiotała radośnie podchodząc do sióstr i swobodnie się z nimi witając. Widząc ich zaskoczone i niepewne miny dodała - Drew dużo mi o was mówił...
-Drew? - Wiktoria popatrzyła na Cristinę nie rozumiejącymi oczami.
- Ach,Drew - tak nazywaliśmy Andrew'a w gronie rodzinnym - roześmiała się perliście Diana. -Jestem jego kuzynką. Daleką kuzynką. Widząc zaskoczone miny kobiet rzuciła od niechcenia: -Och, Drew - przedstaw mnie swoim słodkim kuzyneczkom!
I nie odwracając się, warknęła do Andrewa przez ramię:
-I niech ktoś w końcu wniesie moje bagaże! Zatrzymam się tu jakiś czas!
Gdy kuzynki weszły do holu Diana przytrzymała Andrew'a za ramię.
-Słuchaj, jest jeszcze coś. Właściwie głównie w tej sprawie tutaj przybyłam... Tu zawiesiła efektownie głos
-Spodziewam się dziecka!
Andrew stał jak ogłuszony. - -Jakiego dziecka? Czyjego dziecka? - wydusił w końcu, gdy wrócił mu głos.
-Twojego - idioto, wysyczała wściekła Diana. - Może w końcu przywitasz mnie jak należy!
Trudno opisać, co czuł w tym momencie Andrew. Setki myśli przeleciały mu w jednej chwili przez głowę. Ale jedna w nich była najważniejsza, wybijająca się swoim znaczeniem nad inne
- jestem uratowany! -Jestem uratowany! Hanna jeszcze żyje. Mamy dziecko za JEJ życia! Obrzucił ją cieplejszym wzrokiem...
- Ale ta Diana - rany, co to za idiotka, która podróżuje z misiem!
Wieczorem, już po kolacji Andrew jeszcze raz przeżywał to niezwykłe wydarzenie. Diana krążyła po pokoju swobodnie, opowiadając i paplając jak zwykle. Dla Andrew'a było to teraz bez znaczenia. Niech sobie paple. Niech się tu mości... Jego radość była nieopisana... Gotów był nosić Dianę na rękach. Byleby tylko urodziła to dziecko całe i zdrowe.
Kilkanaście godzin później Hanna wydała ostatnie tchnienie… Ostatni potomek w prostej linii rodu Remingtonów opuścił ten ziemski padół! Pochowano ją na terenie posiadłości – obok grobów pozostałych krewnych. Jednak zanim Hanna ostatecznie opuściła ten świat - jej smutny duch ostatni raz wzniósł się nad Domem swego szczęśliwego dzieciństwa… Krążąc po nim spodziewała się ujrzeć choć odrobinę żalu… Co zobaczyła?
Zobaczyła dwie spiskujące w kącie kuzyneczki… W bibliotece, pogrążony w półmroku Andrew, nieprzytomny ze szczęścia ściskał smarkatą blond lalkę.
Nie poczekał nawet jednego dnia – pomyślała ze smutkiem pełnym rezygnacji…
Ale wraz z tym stwierdzeniem nie poczuła znajomego ścisku w sercu. Ból, który towarzyszył jej przez wszystkie lata małżeństwa - znikł! Nie czuła już nic – przecież była duchem!
Tylko Niebo zachmurzyło się na ten okropny widok i jakaś straszliwa błyskawica przecięła je ogniem w nagle zapadłej nocy...
Chociaż Niebo płacze nade mną - pomyślała Hanna i jej Duch odpłynął daleko, tam, gdzie nie dosięgnie jej już nic – żaden ból i troska…
Diana dla przyzwoitości uroczystości żałobne – długie i nudne przeczekała w hotelu. Wiedziała, że nie będzie czekała długo…
Ciąg dalszy nastąpi ;-P
może pomyślałabyś nad rolą pisarki opowieści przygodowych ?
no przepraszam za tą Panią ale nie wiem jak się do Ciebie zwracać...:P
Proszę więc nie pisać PANI ALICJO, bo ukatrupię. Chcecie, żebym poczuła się jak stara pani Zadecka z pierwszej części Simów?
/*Trzasnęła torebką w łeb tego i owego*/
Galonger - jestem zaszczycona twoją wizytą w moich skromnych progach :-D :-D :-D
Qadesh - wiem, że końcówka poprzedniego odcinka trochę melodramatycznie wyszła, ale nie wiedziałam, jak wykorzystać dwie ostatnie fotki - moim zdaniem bardzo ciekawe. Na tej ostatniej uchwyciłam błąd gry, który (choć niekoniecznie)- może być zapowiedzią kolejnego jej padu i blue lots, kurde!!! Już to przerabiałam, więc żeby dokończyć historię, zanim gra mi całkiem padnie - muszę przyspieszyć nieco akcję. A poza tym tych, którzy przysypiali na końcówce poprzedniego odcinka muszę teraz czymś obudzić,no nie? ;-D
Końcówka poprzedniego odcinka trochę melodramatycznie wyszła, ale nie wiedziałam, jak wykorzystać dwie ostatnie fotki - moim zdaniem bardzo ciekawe. Na tej ostatniej uchwyciłam błąd gry, który (choć niekoniecznie)- może być zapowiedzią kolejnego jej padu i blue lots.
Poprzedni odcinek zakończył się dość dramatycznie. Pochowaliśmy więc Hannę, która spokojnie (lub nie :-/) spoczywa na cmentarzu rodzinnym, obok wuja Cody'ego, obok jego siostry a swojej matki - Lydii, ciotek Cristiny, Ethel i wielu innych członków rodu Remingtonów. Andrew tuż po pogrzebie, na którym nie pozwolił zrobić żadnego pamiątkowego zdjęcia (ciekawe, dlaczego) - tak jak Diana oczekiwała - nie zwlekał zbyt długo z zaproszeniem jej do Remington Hall.
Pozwolił jej nawet zamieszkać w dawnych apartamentach żony, co wprawiło Dianę w niebywale dobry nastrój, a służbę domu w zgorszenie.
Diana już wyobrażała sobie rychły ślub i objęcie w posiadanie wspaniałego rodzinnego zamczyska...
Jednakoż Andrew – ujrzawszy pamiętnego wieczora Dianę pod swoimi drzwiami - jak już wspominaliśmy - początkowo wpadł w popłoch i nawet jęknął jak starożytni Rzymianie na widok wojsk Hannibala:
-Hannibal ante portas!
Ale po zimnym przemyśleniu sprawy uznał, że los mu sprzyja. Wszak potomek jest – spadł mu jak podarunek z nieba! Jego panowanie w Remington Hall, i władanie całym majątkiem wielkiego rodu jest tylko kwestą czasu, zaledwie kilku miesięcy. Skoro jednak jego los spoczywa... w brzuchu Diany - zaprosił więc ją do Remington Hall, w którym szybko się rozpanoszyła. Nie zamierzał jednak robić nic więcej - postanowił czekać na rozwój wypadków. Wszak różne rzeczy się zdarzają - Diana mogła np zatruć się jakimś nieświeżym jedzeniem (jadła za dwóch- tyła też w zastraszającym tempie, co jednak zważywszy jej stan, nie było niczym nadzwyczajnym).
Mogła spaść ze schodów podczas szalonej gonitwy - uwielbiała bowiem bawić się w berka i ganiała całymi dniami po zamkowych korytarzach. Po co więc wiązać się z kobietą, która - tak jak jest ładna - tak i głupia. A do szczęścia potrzebne mu było jedynie to, co nosiła w brzuchu... Gdy ciąża Diany stała się widoczna, i dotąd zgrabna dziewczyna zaczęła tracić na wyglądzie - praktycznie przestał się nią interesować.
Coraz częściej zdarzało się, że Diana samotnie jadła nie tylko śniadania, ale i kolacje... Nie skusiła Andrewa nawet kolacją przy świecach...
Czasami, gdy Diana zbyt natarczywie domagała się ślubu - składał jakieś mętne deklaracje, zapewniał o swojej dozgonnej miłości dodając przy okazji parę niezobowiązujących komplementów...
- skoro to tylko podpis na jednym dokumencie -argumentuje Diana błagalnie - zróbmy to niezwłocznie!
- Diano, przecież wiesz, że cię kocham nad życie! Na potwierdzenie tego nie musimy mieć żadnego papierka!
Euforia Diany powoli wygasała...
Uwielbiała spacerować całymi dniami po zamkowych ansamblach, przyglądać się portretom przodków, wyobrażać sobie swój portret wiszący wśród innych na wiekowej ścianie. Czuła się tak, jak gdyby mieszkała tu od zawsze. Czuła, że tu było jej właściwe miejsce! Zaprzyjaźniła się szybko z pokojówkami, kucharką i lokajem. Ba - nawet ogrodnik zaczął patrzeć na nią przychylniejszym okiem, odkąd pochwaliła wyhodowany przez niego niezwykle rzadki okaz orchidei. Więc gdy zaczęła snuć plany przebudowy, a właściwie budowy ogrodu, bo sami przyznacie, że jego dotychczasowa forma jest raczej marnym wspomnieniem dawnego dworskiego parku - dotąd mrukowaty ogrodnik zapałał do niej niezwykłą sympatią.
Zapamiętajmy tę postać...
Ogród zaczął swoją agonię jeszcze za życia ciotki Ethel - która dawno temu, pogrążona w rozpaczy po śmierci swojej jedynej córki Antoniny, nie chciała w ogóle op u s z c z a ć zamkowych komnat, nie interesując się doczesnym życiem. Wkrótce zresztą dołączyła do swojej córki... Wuj Cody sprowadził na Zamek drugą z sióstr - Lydię, która niedawno owdowiała, i samotnie wychowywała swoją córeczkę Hannę. Wkrótce zresztą dołączyła do swojego męża, powierzając wychowanie córki jedynemu krewnemu... Stary Cody nie interesował się ogrodem, a Hanna po poślubieniu Andrewa- sami wiecie - nie miała na to ani głowy, ani ochoty. Dotąd starannie strzyżone żywopłoty zdziczały, róże wymarzły, tylko resztkami zamkowej oranżerii opiekował się stary ogrodnik Oswald, którego wuj Cody sprowadził jakiś czas temu... Ale i on nie był cudotwórcą, i przy braku zainteresowania właścicieli - ogród przestał od dawna być ogrodem...
Diana czując skromne poparcie w osobie starego zdziwaczałego ogrodnika, snuła już w swojej główce fantastyczne plany.
Próbowała zbliżyć się do obu kuzyneczek, ale nie rozumiała jednak, dlaczego obie siostrzyczki Mae patrzą z taką złością na jej rosnący brzuch.
- Taaa, ładna z niej kuzynka, bliska.... Bliska na tyle, na ile pozwala odległość łóżka od łóżka - myśli Wiktoria.
Osamotniona Diana próbowała za wszelką cenę zaprzyjaźnić się z nimi. Obie kochały, wprost uwielbiały taniec, okres żałoby jednak pozbawił je tej przyjemności. Któregoś dnia – wędrując po zakamarkach posiadłości, Diana odkryła ze zdumieniem, że obie siostry zaniosły wieżę stereo na strych, i tam - w tajemnicy przed wszystkimi - godzinami spędzają czas na ulubionym zajęciu!
Siostry przestraszyły się, że Diana doniesie o tym Andrewowi, a one czuły, że ten tylko czeka na najbłahszy powód, aby wyprosić je z Remington Hall na zawsze. Ale Diana rozumiała instynktownie, że musi znaleźć sobie sprzymierzeńca w obu kuzynkach
Diana jak każda młoda dziewczyna - przede wszystkim lubiła się bawić, toteż machnąwszy ręką na swój stan - ruszyła ochoczo do tańca! Rozbroiła tym nieufność kuzynek, i uśpiła ich czujność. Ale z niej głuptas - mówiły za jej plecami...
Mimo tego, iż jej brzuch z dnia na dzień stawał się coraz większy – Andrew jakoś nie wspominał o ślubie. Chętnie za to widział ją obok siebie w łóżku – w całkiem innej roli. Od czasu do czasu zachodził do jej apartamentów w wiadomej sprawie.
Ale bez szaleństw i dotychczasowych uniesień... Rzadko nawet zdobywał się na zwykłe przytulenie...
Zachowywał się jak stary, znudzony mąż! Diana zasypiała wściekła...
Diana zwierzyła się z tego siostrom Mae, które udając przyjaźń usiłowały wybadać, jakie zamiary wobec niej nosi Andrew. Gdy dowiedziały się, że zapewne nie będzie szybkiego ślubu - tak się ucieszyły, że wygadały Dianie o testamencie wuja Cody’ego i jego warunkach.
Mimo, iż była to duża nieostrożność – uznały, że ta głupiutka blondyneczka, która spędza czas na robieniu minek przed lustrem
lub na zabawie w berka czy kiepskich żartach ze swoim Andrzejkiem – nie zrobi z tej wiadomości żadnego użytku.
Ale Diana – jak już wiemy – miała trochę oleju w głowie. Nawet więcej, niż trochę. I świadomość, że oto Zamek wymyka się z jej małych rączek spowodowała, że na tych delikatnych paluszkach w mig wyrosły krwiożercze pazury! ......
Co zrobi Diana, czy odkryje, że Andrew prawdopodobnie nigdy nie widział w niej nic innego poza ładnym ciałkiem! Co zrobi, gdy w końcu się dowie, że ze ślubu nici? Tego i jeszcze wiele więcej dowiecie się w następnym odcinku! :-P
Na dziś tylko tyle - wiadomo - weekend, i muszę zająć się moją własną rodzinką. Ale obiecuję - ciąg dalszy nastąpi - ale niestety - za kilka dni... :-/
I proszę mnie "tykać". Jestem po prostu Alicja!
Ps.Skąd masz fryzurkę Drewa bo jest super?
Pozdrów rodzinkę ode mnie
czekam na następne odcinki. : P...
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy!
Wróćmy do naszej historyjki...
Diana jest w ciężkim szoku. Dowiedziała się właśnie, że nawet jeśli uda jej się zaciągnąć Andrewa do ołtarza - nic to jej w praktyce nie da. Nawet jeśli zostałaby żoną tego padalca, to oboje i tak pojechaliby na tym samym wózku...
Na nic więc zdały się wszystkie zabiegi, mające na celu udowodnienie Andrewowi i kuzyneczkom, jakim dobrym jest materiałem na żonę dla niego i jak nikt inny nadaje się na wspaniałą gospodynię Remington Hall!
- Żegnaj Zamku...
Diana ciężko przeżywała gorycz porażki... Jedynym pocieszeniem była dla niej świadomość, że ta kanalia Andrew też nie nacieszy się spadkiem. Ale on odejdzie stąd sam... A ona? Co teraz robić, gdzie podziać się z tym… bękartem! . Po co jej ten bagaż – spojrzała z odrazą na swój zaokrąglony już brzuszek…
- Przecież nie mogę wrócić do Kilmarnock Valley, bo umrę ze wstydu. Uchodziłam tam niemal za lady Remington…
Uroda to nie wszystko.... Ta refleksja przyszła zbyt późno do biednej blond główki…
Niejedna może silniejsza od niej kobieta załamałaby się, będąc na miejscu Diany, ale nie ona!
Przez cały tydzień zastanawiała się, jaki następny krok powinna uczynić...
Najlepszym miejscem do rozmyślań okazało się zaciszne miejsce przy grobie… Hanny. Każdy, kto ją obserwował mógł myśleć, że jest zatopiona w modlitwie za zmarłą…
Ale Diana gorączkowo myślała…
I wymyśliła!!!
Do realizacji planu potrzebowała jednak pomocy, bo w porę zreflektowała się, że sama nie podoła całemu przedsięwzięciu…
- Adwokat! Potrzebny mi natychmiast adwokat! Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam!
Poczyniła niezbędne przygotowania
Wyobrażacie sobie pewnie - nieskazitelny makijaż, filmowa burza blond loków, wyzywający dekolt?
Nieee, nic z tych rzeczy - no, może oprócz makijażu, ale prawie niewidocznego. Diana postanowiła zmienić taktykę, burza blond loków na pewno wzbudziłaby zdziwienie i zaniepokojenie... Aby nie obudzić czujności kuzyneczek, zmian postanowiła dokonywać małymi kroczkami. Gdy kuzynki przyzwyczaiły się do nowej fryzury - nadeszła pora do działania...
Założyła więc swoje eleganckie futro z leopardów, a pod spód jednak skromną garsonkę pod samą szyję... Pozostało tylko zamówić taksówkę. Dla niepoznaki demonstracyjnie zapakowała strój kąpielowy, słoneczne okulary i pudło z kapeluszami. Z nieodzownym misiem na czele...
Na użytek szpiegujących oczu domowników udawała się przecież do jednego z nadmorskich hoteli znanego stołecznego kurortu Sunsett Valley.
Diana: -Jadę na plażę!
Andrew: - w futrze?????
Na swój własny użytek miała zgoła odmienne plany.
Na miejscu poszła do najlepszej w mieście kancelarii adwokackiej - Whiter, Blakefield and Co. Traf chciał, że była to ta sama kancelaria, która prowadziła dotychczas wszystkie sprawy rodziny Remingtonów.
Nie trzeba chyba wspominać, jak mieszane uczucia wzbudził w szacownej firmie niefortunny mariaż Hanny, jedynej dziedziczki rodu, i potem jej zagadkowa śmierć. Adwokaci, w ścisłej tajemnicy przed rodziną wszczęli nawet swoje prywatne śledztwo... Utknęło jednak w martwym punkcie bez wystarczających dowodów... Trafiła więc w najwłaściwsze miejsce, nawet nie zdając sobie z tego sprawy... Diana jednak była niezwykłą szczęściarą, prawdziwym dzieckiem fortuny!
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Została przyjęta w eleganckim gabinecie obitym skórami. Przedstawiła cel swojej wizyty.
Starszy siwowłosy mężczyzna okazał wielkie zainteresowanie sprawą, przyglądając się dziewczynie bardzo uważnie.
Potem okazało się, że był to sam prezes - sędzia Gregory Blakefield.
Jednak po namyśle i przerzuceniu kilku tomów, prezes wyjął parę teczek i zlecił coś sekretarce przez interkom. Najwyraźniej kogoś wezwał.
Początkowy niepokój Diany na widok młodego adwokata, któremu sędzia Blakefield zlecił jej sprawę, powoli zamieniał się w swobodną pewność siebie...
Widziała, jak młodemu dżentelmenowi rozbiegały się oczy, gdy tylko rozpięła futro... A ten pośpiech, z którym ruszył, aby pomóc jej zdjąć to eleganckie okrycie... Potrącił przy tym dwa krzesła, które swoim rumorem speszyły biedaka! Diana uśmiechnęła się lekko... Wiedziała już, że TEN adwokat będzie tak tańczył, jak ONA zagra!
Istotnie - Diana wywarła na młodym Darcym Bertrandzie ogromne wrażenie! Mimo, iż na pięknych plażach Sunsett Valley widział mnóstwo młodych, pięknych dziewcząt w skąpych, ba - nawet więcej niż skąpych strojach - żadna z nich nie wywarła na nim takiego piorunującego wrażenia, jak ta - stojąca właśnie przed nim, szczelnie otulona od stóp do głów młoda kobieta. Eleganckie futro, powściągliwość ruchów, brak kokieteryjnych spojrzeń - wszystko to mówiło Darcy'emu- to jest prawdziwa dama!
Biedny Darcy... Tylko na karb jego młodego wieku i braku rozeznania można złożyć taki pośpieszny, nierozważny osąd. Myślał - oto syrena - nie widząc, że ma przed sobą prawdziwą harpię! Diana była powściągliwa, bo jednak sprawa, z którą przybyła, odebrała jej trochę pewności siebie. Nie została wszak jeszcze panią Remington, a już brzuszek rysował się pod jej cienką garsonką wyraźnie, co starała się na razie ukryć.
- Dlatego właśnie nie zdejmowała z siebie okrycia, choć czuła narastające ciepło...
Na usprawiedliwienie Darcy'ego można tylko dodać, że zarówno syrenę jak i harpię można by było odróżnić po ogonach, gdyby tylko wynurzyły z mroków całe swoje postaci. Jednak gdy syrena ukrywała w morskich toniach jedynie swój rybi ogon, to harpia - kryjąc odrażający krogulczy odwłok, bardziej jeszcze ukrywała swoje krogulcze szpony. A "nasza" harpia miała dziś piękne aksamitne rękawiczki i drogie futro. Jednak w miarę upływu czasu, gdy ciepło gabinetu, mimo włączonej klimatyzacji, zmieszało się z ciepłem wypitej nierozważnie (dla kurażu) lampki koniaku - pozwoliła zdjąć z siebie leopardzie skóry.
...odwróciła się jednak i sprytnie narzuciła na siebie lekkie bolerko, które akurat miała w torebce.
- Udało się – na razie Darcy Bertrand niczego nie zauważył!
Uzyskała najważniejsze - młody ale mający już sporą renomę adwokat zgodził się przyjąć jej sprawę. Nie do przecenienia była też kwota, jaką Diana zaoferowała za pomyślne dla niej zakończenie...
Z opowieści, jaką uraczyła młodego prawnika - wydawałoby się - niedoświadczonego - wyłaniał się obraz skrzywdzonej, nieszczęśliwej i bardzo samotnej młodej dziewczyny. Darcy znał jednakże podobne historie i podobne młode naciągaczki... Podświadomie zdawał sobie sprawę, że Diana może być jedną nich. Jednak w Dianie było tyle uroku...
Wysłuchał więc wszystkiego bardzo uważnie.. Nie ukrywajmy, iż zauważył więcej, niż Diana sądziła.
Trzeba jednak szczerze przyznać - zakochał się w Dianie Moore od pierwszego wejrzenia! Całym sercem postanowił jej pomóc.
Traf chciał ( znów to niebywałe szczęście Diany!), - Darcy Bertrand przeżył w dzieciństwie podobną historię.
Jego matka - Amelia Bertrand bezskutecznie usiłowała wywalczyć część spadku przypadającego jej synowi po nieżyjącej, bezdzietnej siostrze - Agnieszce Zaddekck - jednej z najbogatszych mieszkanek Sunsett Valley.
Jej opustoszały dom przy ulicy Sekwojowej w Sunsett - stoi do dziś na stromym, urwistym klifie. W równie opustoszałym ogrodzie pozostał jedynie samotny nagrobek Eryka Darlinga, męża Agnieszki, którego śmierć jest również okryta tajemnicą...
Dlaczego Darcy miał według matki prawo do spadku? Otóż Darcy był nieślubnym synem Eryka - niewiernego męża Agnieszki!
Matka Darcy'ego - Amelia - była młodszą siostrą Agnieszki, uderzająco do niej podobną. Po początkowym szoku, Agnieszka zajęła się wychowaniem pasierba, jednak po kilku latach, gdy Amelia ukończyła naukę - odebrała starszej siostrze swojego synka. Wyszła właśnie za mąż za Pascala, brata Olivera Bertranda - slynnego podróżnika i badacza starożytnych reliktów. Oliver był najlepszym przyjacielem Agnieszki, toteż Agnieszka przyjaznym okiem patrzyła na przyjaźń siostry z Pascalem... Amelia i Pascal zajęli się z zapałem wychowaniem małego Darcy'ego, ale Darcy dobrze pamięta gorzkie piętno nieślubnego dziecka.
Eryk Darling- ojciec Darcy'ego zmarł w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, a matka i ciotka mimo nagabywań chłopaka - nigdy nie chciały na ten temat rozmawiać, uznając przeszłość za rozdział zamknięty.
Z biegiem lat, po śmierci Olivera, Agnieszka, która zawsze słynęła z ekscentrycznego zachowania - zdziwaczała do reszty. Cały swój majątek zapisała Towarzystwu Samotnych Matek w Sunsett Valley, i gdy po śmierci męża Amelia popadła w tarapaty - Agnieszka pokazała jej drzwi...
Jak zapewne miłośnicy całej serii gry The Sims wiedzą - chronologicznie The Sims 3 powinny być pierwsze w całej serii, gdyż przedstawiają cza, gdy wielu z późniejszych bohaterów jedynki było jeszcze dziećmi - np Mortimer Ćwir, a późniejsza pani Zadecka - w trójce jest jeszcze młodą, ledwie owdowiałą kobietą. Pamiętacie pewnie tę zdziwaczałą staruszkę z TS1 Nightlife, która waliła torebką po głowach każdą całującą się publicznie parkę. To właśnie była Pani Zadecka vel Agnieszka Zaddeck (na potrzeby historyjki trochę zmieniłam jej nazwisko
Uff, dużo tym razem, ale to nie koniec :-D. Wasz ulubiony ciąg dalszy nastąpi!
Zapraszam TSR-Bozena
Diana używa jak widać wszystkich sposobów, aby przekonać Darcy'ego...
Właściwie to nie musiała już wiele robić – oczarowała go przecież od pierwszego spojrzenia, zajął się jej sprawą z wielką gorliwością i gorąco zapewniał, że są wielkie szanse na wygraną.
Darcy zorientował się już podczas pierwszej wizyty, że Diana spodziewa się dziecka, i wbrew oczekiwaniom Diany - ten fakt choć umiarkowanie ucieszył Darcy'ego, to wg niego - bardzo bardzo ułatwił całą sprawę. Na wszelki wypadek przekopał jednak przepastne archiwa słynnej Biblioteki Papirusowej w poszukiwaniu odpowiednich prawniczych precedensów.
Nie trzeba dodawać, że przy osobistym zaangażowaniu tak zdolnego adwokata, Diana mogła oczekiwać przyjścia na świat swojego dziecka w pełnym spokoju.
Adwokat stał się z czasem częstym gościem w Remington Hall. Jednak Diana czuła, że nie *********ą ich tam z oka.
Spotykała się więc z nim w ogrodzie, gdzie często spacerowali, nie wzbudzali jednak zainteresowania jedynie w srokach i wróblach.
Jak widać - każdy jej krok był śledzony, a rozmowy z Darcym podsłuchiwane.
Diana zyskiwała z każdym dniem na pewności siebie. Nie bez znaczenia było to, że już nie musiała ukrywać swojego stanu, a gdy podczas badania USG, jakiemu poddała się w najlepszej stołecznej klinice pod wezw. Świętej Trzustki okazało się, że to będzie chłopiec – radość jej sięgnęła zenitu. Diana chodziła teraz po całym pałacu z miną zadowolonej kotki, która bawi się myszą. Stała się milsza i wylewniejsza nawet wobec domowej służby. Już nie bała się złych oczu sióstr Mae. Zresztą siostrzyczki - udając przyjaźń - chętnie wdawały się w pogawędki, starając się być miłe... A Diana udawała, że im ufa...
Aby jakoś wytłumaczyć tak częste wizyty młodego i przystojnego adwokata - Diana oświadczyła Andrewowi, że są one związane ze sprawą, którą zmuszona była niezwłocznie powierzyć prawnikom, a dotyczyła ona zdjęcia z Diany kary finansowej za zerwania kontraktu z wytwórnią ParSIMount Pictures w Kilmarnock Valley.
Jak pamiętamy – Diana była jedną z wielu młodych aktoreczek biegających z castingu na casting, ale wmówiła całemu nowemu otoczeniu, że jest najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie wytwórni, i teraz, gdy opuściła Kilmarnock - cała produkcja bez jej obecności wisi na cienkim włosku!! Dlatego szefowie ParSIMount w ten oto bezwzględny sposób usiłują zmusić ją do powrotu na plan filmowy. Diana tak się wczuła w całą tę historię, że sama w końcu w nią uwierzyła!
Gdyby Andrew wiedział o tych bajeczkach – pewnie uśmiałby się do łez. Na pewno też sprowadziłby Dianę na ziemię. Ale biedakowi sen z oczu spędzały jego własne kłopoty, a miał ich niemało. Dochodzenie w sprawie śmierci Hanny wcale nie zostało umorzone, na dodatek wiele osób uważało, że Andrew w taki czy inny sposób maczał w tym palce…
Czuł, że jego kroki od chwili śmierci Hanny były bacznie obserwowane, jeszcze przed swoją śmiercią wuj Cody tylko w w sobie wiadomy sposób wykrył, że Andrew prowadzi jakieś brudne interesy, dla których sieć restauracji jest tylko przykrywką. Na dodatek stan jego finansów był w opłakanym stanie, i nawet dla najmniej bystrych obserwatorów stało się jasne, że jedynym ratunkiem dla Andrewa było jak najszybsze przejęcie fortuny Remingtonów. Szansą na rychłe wzbogacenie było przyjście na świat tego przeklętego dzieciaka! Musiał więc tolerować Dianę do czasu rozwiązania. Gdy już zostanie odczytany ostatni akapit testamentu - zleci prawnikom odebranie jej praw do dziecka, a ją samą odeśle bodaj do piekła!! Dzieciak zresztą później też nie będzie mu do niczego potrzebny…
Od jakiegoś czasu Andrewa zaczęły nękać telefony, które odbierał o najdziwniejszych porach dnia i nocy. Tracił po nich na długo apetyt i dobry nastrój. Na dodatek po posiadłości zaczął się kręcić jakieś podejrzane typki, wypytujący o różne sprawy napotykanych pracowników zatrudnionych w Remington Hall.
Widywano ich to tu, to tam, kilkakrotnie Andrew widział kogoś z daleka rozmawiającego z ogrodnikiem. Andrewowi zaczęło robić się gorąco....
Ktoś cichcem podkradł się do ogrodu. Wszyscy zdrętwieli ze strachu...A to tylko... wasz ulubiony ciąg dalszy
czekam na ciag dalszy
Ogromne dzięki wielce szacownej publice za tak mile łechcące tu i tam,( i gdzie indziej) słowa uznania.... Trochę szwankowałam ostatnio na ciele, toteż mam teraz zastój weny...
Powróćmy jednak do naszej historyjki. Trzepnąwszy miotłą w kąt spłoszyliśmy ciąg, który nastąpił :-D :
... Nasza piękna Diana nieświadoma zagrożenia spędzała czas na odrestaurowywaniu zamkowego ogrodu, bądź plotkach z kuzyneczkami Mae. Jak już wiemy – te ostatnie doskonale wczuły się w rolę miłych cioteczek oczekujących niecierpliwie przyjścia na świat jedynego siostrzeńca i dziedzica nazwiska Remingtonów.
Nadszedł w końcu ten dzień, i Diana urodziła ślicznego chłopczyka, któremu nadała imię Dillon.
Kuzyneczki wbrew swoim oczekiwaniom, naprawdę straciły dla niego głowę. Za to Andrew, chcąc zamydlić wszystkim oczy - jak na dumnego ojca przystało - kilka tygodni później wyprawił huczne chrzciny.
Stosowna wzmianka, - bagatelka - reportaż na całą stronę miejscowej gazety Sweet Riverview, spełniła rolę pantoflowej poczty. Nawet stołeczna, szacowna Sunsett Dailly ( nie wspominając o pomniejszych szmatławcach) zamieściła krótką notkę opisującą to doniosłe wydarzenie, powiadamiając w ten sposób mieszkańców okolicy, że oto król restauratorów - sam Andrew Remington - został ojcem. Kim jest szczęśliwa matka - gazety gładko przemilczały, bąkając coś tylko półgębkiem o urodziwej towarzyszce życia...
Natomiast sam Andrew Remington czym prędzej pobiegł po uroczystości do kancelarii prawniczej Whitaker, Blakefield and Co, która jak już wiemy - zajmowała się prowadzeniem interesów rodziny - aby tam niezwłocznie potwierdzono jego prawa do Remington Hall i całego majątku. Przyjęto go bardzo dostojnie, aczkolwiek chłodno.
Mecenas opiekujący się testamentem wuja Cody'ego przyjął bez zastrzeżeń dokument potwierdzający ojcostwo Andrewa, po czym oświadczył zdumionemu mężczyźnie, że - co prawda – Dillon dziedziczy cały majątek Remingtonów, ale… jest pewien drobiazg. Andrew Remington nie ożenił się z matką swojego dziecka, dziedziczy więc tylko syn... Tylko syn!!!
Owszem - dziecko zostało poczęte przez Andrzeja Jarosza czyli obecnego tu Andrewa Remingtona jeszcze za życia Hanny, został więc spełniony podstawowy warunek, jednak zgodnie z kodycylem testamentu głównego, majątkiem małoletniego dziecka w jego imieniu zarządzać ma JEGO matka.
-Tak brzmiał kodycyl, czyli uzupełnienie testamentu wuja Cody’ego! Sprytny wuj przewidział, iż prędzej czy później Andrew dowie się o treści testamentu, i użyje wszelkich sposobów, aby przejąć majątek Hanny, używając każdego możliwego podstępu - zabezpieczył więc prawa swojej siostrzenicy przez ten zapisek, pozostawiając władanie posiadłością, akcjami i pokaźnymi kontami w rękach matki dziecka.
I tym tropem poszedł Darcy Bertrand, gdy Andrew usiłował podważyć zasadność kodycylu. Zapisek był nie do podważenia... Wuj sporządził go przy świadkach, pieczęcie były nienaruszone. Andrew nie mógł tego ugryźć z żadnej strony - całym majątkiem dziecka ma zarządzać jego matka. Wuj w kodycylu nie napisał jednak, jaka matka, bo w swej prostoduszności uznał, że matką mogła być tylko Hanna. Nie przewidział jednak biedak, że Hanna umrze, a matką – prawdziwą czy adopcyjną - będzie nikomu nie znana jakaś tam Diana Moore!!!
Darcy Bertrand triumfował, a wraz z nim cała kancelaria!
Szybko sporządzono stosowne dokumenty, naniesiono zmiany w księgach hipotecznych, sporządzono pełnomocnictwa do zarządzania kontami...
Bertrand przedstawił to wszystko zdumionej Dianie, która jeszcze nie zdążyła otrząsnąć się z szoku po narodzinach dziecka.
Ciągle wydawało jej się, że słyszy wieczorami dźwięki kołysanki śpiewane cichym, kobiecym głosem.
Czasami wydawało jej się, że widzi jakiś cień kołyszący w ramionach dziecko i skarżący się żałośnie...
Diana biegła wtedy przerażona do kołyski, sprawdzić, czy nic złego nie stało się jej synkowi. Na myśl, że dzieje mu się krzywda traciła oddech, a każdy jego poruszenie, każdy płacz budził ją z najgłębszego snu... Nigdy by nie sądziła, nie podejrzewała, że pokocha kogoś oprócz siebie, że do tego stopnia będzie obchodził ją ten malec!
Matka Natura zrobiła swoje, i w Dianie obudziły się nieznane pokłady uczuć, o których istnieniu nie miała do tej pory bladego pojęcia.
Tak oto Diana Moore i jej syn Dillon stali się jedynymi spadkobiercami milionowej fortuny Remingtonów.
Oczywiście – Andrew natychmiast oświadczył się Dianie, ba - nawet runął na kolana, ale Diana dumnie uniosła podbródek.
- Nie chciałeś wiązać się z małą głupiutką blondyneczką z Kilmarnock Valley, gdy tego tak bardzo potrzebowała, więc i teraz tym bardziej nie musisz, bo nie ma już takiej potrzeby!
-Twój czas minął, mój kochany Drew, teraz już za późno, przespałeś raki w popiele – czy jakoś tak - rzekła nie ukrywając satysfakcji..
-Gdyby nie dziecko – MOJE dziecko - nie obchodziłabym ciebie tak, jak nie obchodziła cię Hanna. Gdybym teraz zgodziła się wyjść za ciebie – ci, którzy o mnie myśleli -głupiutka gąska– mieliby rację. Mówili o mnie do tej pory – phi, jakaś tam Diana Moore...
Teraz będą mówić - TA Diana Moore - ta SPRYTNA Diana Moore, która wywiodła w pole cały klan Remingtonów za pomocą swojego małego rozumku!
Przez grzeczność nie dodamy, że akurat nie rozumek był tą częścią jej ciała, której użyła w walce o fortunę Remingtonów.
Spuśćmy więc na to zasłonę milczenia... Co uczynił spiesznie wasz ulubiony ciąg dalszy...
Nie mógł tak po prostu zabić Diany, choć właśnie to jako pierwsze przyszło mu na myśl!
Ten przeklęty adwokat!
Tyle lat znosił jarzmo beznadziejnego małżeństwa... wszystko w nadziei, że ten stary dureń Cody w końcu zdejmie z Remington Hall swoją ciężką łapę!
-Ożeniłem się z tą zimną rybą Hanną, jak się okazało - tylko po to, aby zagrała mi na nosie – myślał z goryczą...
Dorabiałem się swojej pozycji w śmierdzących oparach Baru „Rybi Tłuszcz” czy jak go tam zwał, aby w końcu postawić kilka tanich jadłodajni Cody'ego na nogi. Zrobiłem z nich sieć eleganckich restauracji... Jak się teraz okazuje - aby pomnożyć fortunę tego starego dziada! I teraz, przez jeden nierozważny romans mam to wszystko stracić na rzecz taniej aktoreczki i jej bękarta!
-Nie, nie dopuszczą do tego – myślał gorączkowo.
(Umknęło mu w złości, że ten bękart jest przecież jego synem…)
Nienawidził w tej chwili tak samo mocno Dianę jak i to dziecko, które stanęło mu na drodze do celu.
A może kazać porwać dzieciaka? Nie, to się też nie uda!
-Zbyt dużo szumu powstało wokół młodego... To przecież teraz dziedzic Remington Hall!
Uświadomił sobie dopiero teraz dogłębnie beznadziejność sytuacji, i wściekłość odebrała mu resztki rozsądku. Ruszył do Diany...
- Nie pozwolę ci odebrać sobie tego, na co pracowałem tyle lat!
- Nie uda ci się odebrać mi tego, co JUŻ należy do mnie!– rzucił ze złowrogim błyskiem w oczach.
- Nie po tych wszystkich upokorzeniach i poniewieraniu przez dumnych Remingtonów…
- Nie po tym… -Nie po tym, jak… tu urwał i wbił zdumione oczy w Dianę, bo usłyszał coś niesłychanego… Diana śmiała się
cicho i drwiąco…
- Nie po tym jak.. No, dokończ, mój kochany Drew. – Nie po tym jak… jak kazałeś zabić twoją słodką Hannę, czyż nie tak?
Sytuacja stawała się niebezpieczna, ale Dianie nie brakowało odwagi.
Andrew, który ruszył już w kierunku Diany, zatrzymał się w jednej chwili, z ręką już uniesioną do ciosu...
- Co za brednie – jedynie to zdołał wybełkotać zaskoczony.
Diana skorzystała z tego momentu zawahania i uciekła do środka, zatrzaskując się w swojej sypialni. Zaalarmowała oczywiście natychmiast swojego prawnika.
Darcy, który przybył natychmiast na odsiecz w towarzystwie dwóch rosłych drabów, nie musiał długo tłumaczyć Andrewowi, że zastraszając Dianę nie zyska niczego, a może stracić jeszcze więcej...
Diana blefowała, rzucając w twarz niedawnemu kochankowi tak ciężkie oskarżenie. Nie była świadoma tego, jak piorunujące wrażenie wywarły jej słowa, oraz jak była bliska prawdy.
Siedząc samotnie w ogrodzie, w kompletnej ciszy zakłócanej jedynie gwizdem zaprzyjaźnionego kosa miała czas na rozmyślania i układania sobie w całość urywków przyciszonych rozmów, jakie prowadził Andrew, roztrząsanie ostatnich tajemniczych wizyt na terenie posiadłości oraz rozgryzanie sensu najbardziej tajemniczej i dziwnej rozmowy, jaką ostatnio przeprowadziła…
Zaprzyjaźniła się swego czasu z milczącym i mrukliwym ogrodnikiem. Nikt nie umiał powiedzieć cokolwiek sensownego na temat tego tajemniczego człowieka. Ba, mało kto w ogóle widział go na oczy! Był tak niemiły i odpychający, że gdyby istniały mistrzostwa świata dla introwertyków – to w tej konkurencji Oswald zdobyłby na pewno palmę pierwszeństwa. Był jednak przede wszystkim mistrzem w swoim fachu, i na dodatek pracował za mniej niż skromne wynagrodzenie, co też zapewne nie było bez znaczenia. Wuj Cody umiał liczyć pieniądze… Bogaci dawno przestaliby być bogaczami, gdyby tak szastali pieniędzmi, jak zazwyczaj szastają biedniejsi od nich. Zatrudnił dawno temu tego dziwnego, skrytego ponuraka, który przy całej swojej szorstkości i odpychającej powierzchowności miał jednak złote ręce do roślin.
Jednak i mruka można oswoić, co jak widać udało się naszej niedoszłej pani Remington. Nie było to aż takie trudne, zważywszy, że ogrodnik z natury bywa bardziej od innych wrażliwy na piękno – piękno w każdym wydaniu. A jeśli jest przy tym piękno to uosabia najbardziej niezwykła istota, jaką nasz ogrodnik spotkał na swej drodze? Krótko mówiąc - Oswald – uległ jak wszyscy inni urokowi ślicznej aktoreczki. Nie bez znaczenia było to, że Diana doceniła należycie piękno i niepospolity urok jego ukochanych orchidei. Nie mogła się ich nachwalić...
Oswald rewanżował się, przynosząc Dianie co jakiś czas pęk świeżych kwiatów, lub koszyczek świeżych poziomek, a Diana honorowała go stawiając kwiaty na najbardziej widocznym miejscu w salonie.
I tak trwała ta dziwna przyjaźń jak w baśni o Pięknej i Bestii... Do tej pory nikt nie widział w tym niemiłym i odpychającym człowieku nic szczególnego. Ot – odludek i samotnik, jakich wielu. Oswald jednak miał cechę typową dla odludków i samotników – był niezwykle spostrzegawczy, i jeśli coś go zainteresowało – umiał obserwować godzinami. I miałby bardzo dużo do powiedzenia na temat tego, co dzieje się na terenie posiadłości, gdyby tylko ktoś w wystarczającym stopniu zdobył jego zaufanie. Nie musimy dodawać, że Dianie nie zabrało dużo czasu zawojowanie serca biednego samotnika, przy tym potrafiła słuchać. Dodajmy, że Oswald był niezwykle oddany poprzedniej pani Remington, i Diana już dawno zmiękczyła jego serce nosząc świeże kwiaty i przesiadując długo przy grobie Hanny. Skąd mógł wiedzieć, biedaczysko, że Diana wcale nie na opłakiwaniu Hanny spędzała tam tyle czasu!
Któregoś burzowego popołudnia, gdy Diana znalazła się w odległym zakątku parku otaczającym posiadłość - zbyt daleko, aby zdążyć do domu przed deszczem – natknęła się na ukryty głęboko w parku malutki domek ogrodnika.
Była to bardziej mieszkalna szopa, niż prawdziwy domek, ale Oswaldowi widocznie to wystarczało. Diana zapukała do drzwi przemoknięta do ostatniej suchej nitki.
Na pozór zrujnowana szopa okazała się być całkiem przytulną izdebką. Choć była skromnie umeblowana – nie panował w niej jednak bezład typowy dla męskiego samotnego gospodarstwa, a choć na dworze zrobiło się ciemno od burzowych chmur, w środku było ciepło i jasno od buzującego w żelaznym piecyku ognia.
W kąciku pod miotłą coś się niespokojnie poruszyło. Jak myślicie - co?
Taak, to wasz ulubiony ciąg dalszy :-P